„Panna młoda” Odc. 114 – streszczenie
Beyza i Gülsüm siedziały naprzeciwko siebie w miękkich, bordowych fotelach. Między nimi stał niski stolik z filiżankami kawy, z których unosiła się jeszcze delikatna para. Eleganckie wnętrze, miękkie zasłony i przytłumione światło tworzyły pozory spokoju — ale napięcie wisiało w powietrzu, wyczuwalne w każdym spojrzeniu i każdym niedopowiedzianym słowie.
Gülsüm obracała filiżankę w dłoniach, jakby odwlekała moment, w którym powie coś więcej.
— Położył przed nią pusty formularz… — zaczęła w końcu, unosząc wzrok na Beyzę. — I kazał wpisać kwotę. Ile tylko chce. Powiedział: „Nie byłem niesprawiedliwy wobec Beyzy… nie będę też wobec ciebie”.
Beyza zesztywniała. Przez krótką chwilę milczała, po czym uniosła brodę z wyraźnym chłodem.
— Czy my w ogóle jesteśmy takie same? — zapytała ostro. — Ja noszę w sobie jego dziecko.
Gülsüm przewróciła oczami, opierając się wygodniej o oparcie fotela.
— Powiedzmy…
— Żadne „powiedzmy” — przerwała jej natychmiast Beyza, pochylając się lekko do przodu. Jej głos stwardniał. — Jeśli chcemy, żeby inni w to wierzyli… same też musimy.
Zacisnęła palce na filiżance.
— Ta żmija na pewno powiedziała mu, że nic nie chce. Gra wielką damę. Dumną, szlachetną, bezinteresowną… — prychnęła z pogardą. — Co za hipokrytka.
Gülsüm zawahała się, jakby przez moment chciała zaprzeczyć.
— Nie… to nie wyglądało dokładnie tak…
Beyza zmrużyła oczy. Jej spojrzenie stało się przenikliwe, niemal podejrzliwe.
— Więc jak?
— Hancer… — Gülsüm urwała na moment, po czym dokończyła ciszej — powiedziała, że musi się nad tym zastanowić.
Zapadła krótka cisza.
Beyza odchyliła się powoli w fotelu, a na jej ustach pojawił się chłodny, niemal pogardliwy uśmiech.
— Oczywiście… — mruknęła. — Będzie się zastanawiać, ile może na tym ugrać.
Pokręciła głową, jakby wszystko nagle stało się dla niej jasne.
— Bezwstydna kobieta.
Jej palce przesunęły się po brzegu filiżanki, ale spojrzenie było już gdzie indziej — chłodne, wyrachowane.
Jakby właśnie zaczęła układać w głowie kolejny ruch.
***
W przestronnym salonie panowała cisza, która miała w sobie coś ciężkiego i niepokojącego. Jasne ściany, zdobione meble i miękkie światło lamp tworzyły elegancką oprawę, ale napięcie między kobietami było niemal namacalne.
Beyza stała na środku, wyprostowana, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jej spojrzenie było pewne siebie, niemal prowokujące. Naprzeciwko niej stała Sinem — spokojna, ale czujna. Nieco z boku, niczym milczący strażnik tej konfrontacji, znajdowała się Mukadder.
— Urodzę dziedzica rodu Develioglu — powiedziała Beyza powoli, wyraźnie akcentując każde słowo. — To ja jestem drugą osobą w tej rezydencji. Zaraz po cioci.
Zrobiła krok bliżej.
— Radzę ci się do tego przyzwyczaić.
Sinem uniosła lekko brwi, ale jej twarz pozostała spokojna.
— Nie zamierzałam zajmować niczyjego miejsca — odpowiedziała cicho, choć stanowczo. — To Cihan podjął decyzję…
— Nieważne — ucięła ostro Mukadder, nawet na nią nie patrząc. — Pilnuj swoich spraw. To wystarczy.
Na chwilę zapadła cisza.
Sinem spojrzała jeszcze raz na obie kobiety — krótko, uważnie — jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie zrezygnowała. Odwróciła się i bez słowa opuściła salon, nie chcąc dolewać oliwy do ognia.
Napięcie nieco opadło. Beyza usiadła na kanapie, poprawiając materiał koszuli, ale jej spojrzenie wciąż było ostre.
— Jaka ona jest arogancka — syknęła z pogardą. — Naprawdę uwierzyła, że może tu rządzić.
Mukadder zajęła miejsce naprzeciwko, powoli, z charakterystycznym spokojem.
— Dostała już swoją lekcję — odparła chłodno. — I przestań wracać do tematu domu. Ustaliłyśmy jasno: to zostaje między nami.
Spojrzała na nią znacząco.
— Zapomnij o tym. Przynajmniej na razie.
Beyza skinęła głową, choć w jej oczach błysnęło coś niespokojnego.
— Dobrze. Nie było tematu — powiedziała szybko. — Ale nie po to przyszłam.
Pochyliła się lekko do przodu.
— Przepisałaś dom w odpowiednim momencie.
Mukadder zmrużyła oczy.
— Co masz na myśli?
Beyza uśmiechnęła się chłodno.
— Ta żmija nie odpuści. Przy rozwodzie będzie żądać pieniędzy. Dużych pieniędzy.
Mukadder westchnęła ciężko, jakby ten scenariusz był jej aż nazbyt dobrze znany.
— Gdyby pieniądze mogły nas od niej uwolnić… — powiedziała powoli — sięgnęłabym do własnej kieszeni i dała jej wszystko.
Zamilkła na moment, a jej spojrzenie stwardniało.
— Ale to nie o pieniądze chodzi.
Uniosła głowę.
— Ona zrobi wszystko, żeby tu zostać.
W salonie znów zapadła cisza — cięższa niż wcześniej.
— I wygląda na to — dodała cicho Mukadder — że nie będzie tak łatwo jej się pozbyć.


***
Beyza stała przy toaletce, wpatrując się w swoje odbicie w lustrze. W dłoniach trzymała dokument — akt własności, którego krawędzie lekko drżały pod wpływem jej przyspieszonego oddechu. Na jej ustach pojawił się powolny, zadowolony uśmiech.
— Już niedługo… — wyszeptała cicho, niemal pieszczotliwie. — Pozbędę się jednej i drugiej. Najpierw Sinem, a potem tej sierotki Hancer.
Uniosła lekko podbródek.
— Wyrzucę je z mojego domu.
Słowo „mojego” zabrzmiało szczególnie mocno.
Nagle jej spojrzenie drgnęło. Usłyszała kroki na korytarzu. Bez wahania złożyła dokument i wsunęła go do szuflady, zamykając ją jednym, szybkim ruchem.
Drzwi otworzyły się niemal od razu.
Do środka weszła Gulsum, zatrzymując się niepewnie przy progu.
— Czego chcesz? — rzuciła Beyza chłodno, nawet się nie odwracając.
— Pani Hancer była przed chwilą w kuchni — zaczęła ostrożnie.
Beyza prychnęła cicho i w końcu spojrzała na nią przez ramię.
— I z tym do mnie przychodzisz? Naprawdę nie masz nic lepszego do roboty?
— To nie wszystko — dodała szybko Gulsum, prostując się. — Słyszałam, jak mówiła, że rana pana Cihana wciąż się nie zagoiła. Podobno znowu krwawi. Maść się skończyła, a Melih pojechał kupić nową.
Na twarzy Beyzy pojawił się cień niepokoju, który niemal natychmiast ustąpił miejsca czemuś ostrzejszemu.
— Co za diabeł… — syknęła. — Jestem pewna, że robi to celowo. Przeciąga wszystko, żeby mieć pretekst, by przy nim zostać.
Gulsum zawahała się przez moment, po czym zrobiła krok bliżej.
— Gdybyśmy miały czarną maść, rana zagoiłaby się w jeden dzień.
Beyza zmrużyła oczy i odwróciła się do niej całkowicie.
— Czarną maść? — powtórzyła powoli, z wyraźnym zainteresowaniem. — Co to takiego?
— Przepis mojej babci — odpowiedziała Gulsum, a w jej głosie pojawiła się nuta dumy. — Kiedy byliśmy dziećmi, leczyła nas tylko tym. Żadnych lekarzy, żadnych szpitali… i wszystko znikało jak ręką odjął.
W pokoju zapadła krótka cisza.
Beyza przyglądała się jej uważnie, jakby coś kalkulowała.
— Masz ten przepis? — zapytała w końcu.
— Mam… ale to nie jest takie…
— Wystarczy — przerwała jej stanowczo Beyza.
Podeszła do niej szybkim krokiem i chwyciła ją za nadgarstek.
— Chodź.
— Dokąd?
— Do kuchni — odpowiedziała krótko, a w jej oczach pojawił się błysk, który nie wróżył niczego dobrego. — Zrobimy tę maść.
Nie czekając na sprzeciw, pociągnęła Gulsum za sobą.


***
Gulsum odebrała z rąk Meliha świeżo kupione opakowanie maści z uprzejmym, niemal przesadnym uśmiechem. Poczekała, aż mężczyzna zniknie za drzwiami, po czym jej twarz natychmiast się zmieniła — łagodność ustąpiła miejsca skupieniu.
W pokoju czekała już Beyza.
Na stoliku stała przygotowana wcześniej miseczka z gęstą, ciemną substancją. Jej zapach był intensywny, ziołowy, ale pod spodem kryło się coś cięższego, niepokojącego.
— Masz ją? — zapytała Beyza półgłosem.
Gulsum skinęła głową i położyła tubkę na blacie. Ostrożnie odkręciła zakrętkę, a potem, używając noża, rozchyliła aluminiowe zabezpieczenie.
— Szybko — ponagliła ją Beyza, rozglądając się nerwowo.
Gulsum wycisnęła część oryginalnej maści do miseczki, po czym zaczęła mieszać ją z przygotowaną wcześniej substancją. Ruchy miała pewne, wprawne — jakby robiła to nie pierwszy raz.
Masa stopniowo zmieniała kolor. Jaśniejsza, apteczna konsystencja ustępowała miejsca ciemniejszej, gęstszej mieszance.
— Wystarczy — powiedziała cicho Beyza. — Teraz nikt się nie zorientuje.
Gulsum przełożyła gotową maść z powrotem do opakowania, starannie wygładzając powierzchnię, by wyglądała na nienaruszoną. Potem zamknęła tubkę i odetchnęła głęboko.
— Zaniosę ją — oznajmiła.
Beyza skinęła tylko głową. W jej oczach błysnęła satysfakcja.
***
Gulsum zapukała lekko i weszła do pokoju Cihana, trzymając w dłoni tubkę.
— Przyniosłam nową maść — powiedziała spokojnie, podając ją Hancer.
Hancer podziękowała cicho i od razu zabrała się do pracy. Usiadła przy łóżku, odkręciła opakowanie… i znieruchomiała.
Jej brwi zmarszczyły się lekko.
Przez chwilę przyglądała się tubce, a potem zbliżyła ją do nosa.
Zapach był inny. Zdecydowanie inny.
— Coś tu nie gra… — mruknęła pod nosem.
Jej spojrzenie zatrzymało się na aluminiowym wieczku.
— Ono jest… naderwane — zauważyła cicho, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.
Cihan, oparty o poduszki, spojrzał na nią z cieniem zniecierpliwienia.
— To maść rzemieślnicza — powiedział spokojnie. — Takie rzeczy się zdarzają. Partie mogą się różnić kolorem, zapachem… nawet konsystencją.
Hancer pokręciła głową, wciąż nieprzekonana.
— Nie chodzi tylko o to — odpowiedziała cicho. — To wygląda, jakby ktoś ją wcześniej otwierał…
— Hancer — przerwał jej, nieco ostrzej. — Nie doszukuj się problemów tam, gdzie ich nie ma.
Zapadła krótka cisza.
Hancer zawahała się jeszcze przez moment. W jej oczach wciąż tliła się niepewność, ale w końcu westchnęła cicho.
— Dobrze…
Nabrała niewielką ilość maści na palec.
Przez ułamek sekundy zawisła w bezruchu — jakby instynkt próbował ją zatrzymać.
A potem przyłożyła dłoń do rany i zaczęła delikatnie ją smarować.
Jej ruchy były ostrożne, niemal czułe.
Ale w jej spojrzeniu wciąż czaił się cień niepokoju, którego nie potrafiła się pozbyć.

***
Drzwi sklepu otworzyły się z hukiem, który odbił się echem od metalowych regałów wypełnionych puszkami farb.
Derya wpadła do środka jak burza.
Zanim Cemil zdążył się podnieść z krzesła, ona już stała naprzeciwko niego — z wyciągniętymi rękami i pistoletem wymierzonym prosto w jego pierś.
— Wstawaj! Ręce do góry! — krzyknęła, a jej głos był ostry jak brzytwa.
Cemil zamarł na ułamek sekundy, po czym zerwał się z miejsca. Krzesło z trzaskiem przewróciło się za nim, a on cofnął się aż pod regał, unosząc ręce wysoko.
Jego oczy rozszerzyły się ze strachu.
— Co… co się dzieje? — zapytał drżącym głosem. — Derya…?
— Przyszłam cię zastrzelić — odpowiedziała bez wahania. — Zabiję cię.
Słowa padły chłodno, niemal spokojnie — i przez to zabrzmiały jeszcze bardziej przerażająco.
Cemil przełknął ślinę.
— Derya, przestań… To nie jest śmieszne. Skąd masz broń?
— Pożyczyłam — rzuciła krótko. — Od twojej siostry.
Jego twarz pobladła jeszcze bardziej.
— Odłóż to — powiedział szybko, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. — Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Opanuj się.
Jej oczy błysnęły gniewem.
— Kiedy twoja siostra robi dokładnie to samo, wszystko jest w porządku? — syknęła. — Ale kiedy ja podnoszę broń, nagle jestem wariatką?
Zrobiła krok w jego stronę.
— Masz rację… oszalałam.
Jej głos zadrżał, ale nie ze strachu — z furii.
Cemil cofnął się jeszcze dalej, aż poczuł za plecami chłód metalowej półki. Nie miał już gdzie uciec.
Derya ruszyła za nim.
Krążyli powoli wokół biurka, jak w dziwnym, napiętym tańcu. On — z rękami w górze, ostrożny, spięty. Ona — pewna, zdeterminowana, z bronią wycelowaną prosto w niego.
— Jaki jest twój problem? — zapytał w końcu, próbując kupić sobie czas.
— Ty jesteś moim problemem — odpowiedziała ostro. — Mam dość twojego marudzenia, twoich wymówek, twojego ciągłego narzekania!
Zatrzymała się na chwilę, mierząc go uważnie.
— Wracamy do domu, panie Cemilu. Natychmiast.
Podniosła broń odrobinę wyżej.
— Przysięgam, jeśli nie… strzelę ci prosto w głowę. Cihan może miał szczęście… ale ja się nie zawaham.
Cemil zamknął oczy na sekundę, jakby próbował opanować panikę.
— Dobrze… — powiedział w końcu cicho. — Dobrze, pójdę. Tylko… opuść pistolet, proszę.
Przez chwilę nic się nie działo. Napięcie wisiało w powietrzu, ciężkie i duszne.
W końcu Derya powoli opuściła ręce. Bez słowa wsunęła broń za pasek spódnicy, jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie.
— Idziemy — rzuciła krótko.
Cemil nie protestował.
Opuścił ręce i ruszył w stronę drzwi, wciąż oglądając się na nią z nieufnością. Ona szła tuż za nim, pewna siebie, jakby to ona miała pełną kontrolę nad sytuacją.
Drzwi sklepu zamknęły się za nimi.



***
Nazajutrz poranek przyniósł coś, czego Hancer obawiała się od chwili, gdy otworzyła tamtą tubkę maści.
Cihan obudził się rozpalony gorączką. Jego oddech był ciężki, nierówny, a skóra nienaturalnie gorąca. Hancer siedziała przy łóżku, ściskając jego dłoń, jakby tym gestem mogła zatrzymać pogarszający się stan.
— Masz prawie trzydzieści osiem i pół… — wyszeptała z niepokojem. — Wezwę lekarza.
— Nie — przerwał jej słabo, nawet nie otwierając oczu. — Nie trzeba.
— Cihanie, to nie jest zwykłe przeziębienie…
— Powiedziałem: nie — powtórzył, tym razem ostrzej, choć jego głos był wyraźnie osłabiony. Po chwili dodał ciszej: — Jeśli chcesz… możesz iść sama.
Te słowa uderzyły ją bardziej, niż powinna pozwolić sobie okazać.
W tej samej chwili rozległo się pukanie. Drzwi uchyliły się i do środka weszły Yasemin i Mukadder.
— Dzień dobry, Cihanie — odezwała się Yasemin łagodnie, podchodząc bliżej. — Chciałam wpaść wczoraj z Enginem, ale nie udało się. Dziś już nie mogłam tego odkładać. Jak się czujesz?
Hancer od razu podniosła się z miejsca.
— Dobrze, że przyszłaś, siostro Yasemin — powiedziała z ulgą. — Z Cihanem nie jest dobrze.
Mukadder nie czekała ani chwili. Podeszła do łóżka i położyła dłoń na czole syna. Jej twarz natychmiast stężała.
— Jest rozpalony… — syknęła. — Mówiłam! Trzeba było zatrudnić prawdziwą pielęgniarkę!
Odwróciła się gwałtownie do Hancer, mierząc ją wzrokiem pełnym gniewu.
— Ta dziewczyna nie przyniosła ci niczego dobrego, synu. Ostrzegałam cię! — Jej głos zadrżał z emocji. — Co mu podałaś? Co zrobiłaś?!
Hancer wyprostowała się, choć jej dłonie lekko zadrżały.
— Popełnia pani grzech, pani Mukadder — odpowiedziała spokojnie, ale stanowczo. — Dałam mu tylko to, co przepisał lekarz.
— Spokojnie — wtrąciła rzeczowo Yasemin, unosząc lekko dłoń. — Najpierw sprawdźmy, co się dzieje. Ile ma temperatury?
— Trzydzieści osiem i pół.
— Jakie leki przyjmuje?
Hancer sięgnęła po tubkę.
— Lekarz przepisał mu tę maść na ranę…
Yasemin odkręciła opakowanie. Zmarszczyła brwi. Zbliżyła tubkę do nosa, po czym skrzywiła się wyraźnie.
— To… nie wygląda dobrze — powiedziała powoli. — Ta maść nie powinna mieć takiego koloru. I zapach… jest zdecydowanie inny.
W pokoju zapadła cisza.
— Możliwe, że jest zepsuta.
Mukadder natychmiast odwróciła się do Hancer, aż jej twarz poczerwieniała.
— Nałożyłaś na jego ranę zepsutą maść?! — wybuchła.
— To drugie opakowanie — zaczęła szybko Hancer. — Pierwsze zużyliśmy. Melih kupił nowe. Kiedy je otworzyłam… coś mi nie pasowało. Zapach był dziwny. Nie byłam pewna, czy…
— To ja jej kazałem nałożyć maść — odezwał się nagle Cihan.
Mukadder prychnęła z irytacją.
— A ty, zamiast pomyśleć, posłuchałaś go bez zastanowienia! — rzuciła do Hancer. — Nie przyszło ci do głowy, żeby zapytać kogokolwiek?!
Hancer spuściła wzrok tylko na sekundę, po czym znów spojrzała przed siebie — spokojniej, ale z bólem.
— Próbowałam…
— Wystarczy — przerwała Yasemin stanowczo. — Stało się. Teraz najważniejsze jest to, co dalej.
Spojrzała na Cihana uważnie.
— W ranę prawdopodobnie wdała się infekcja. Dlatego masz gorączkę. Potrzebny jest antybiotyk.
Zawahała się na moment.
— Ale najlepiej byłoby, gdyby obejrzał cię lekarz.
— Nie ma takiej potrzeby — odpowiedział od razu Cihan, choć pot spływał mu po skroni. — Wypisz receptę. To wystarczy.
Yasemin przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, jakby chciała zaprotestować. W końcu jednak westchnęła i sięgnęła do torebki.
Wyjęła notes, szybko wypisała receptę i podała ją Hancer.
— Nie ignorujcie tego — powiedziała poważnie. — Jeśli temperatura nie spadnie, natychmiast jedźcie do lekarza. Bez dyskusji.
Hancer skinęła głową. Jej palce zacisnęły się na kartce.
Gdy Yasemin i Mukadder wyszły z pokoju, ona powoli uklękła przy Cihanie i delikatnie ujęła jego dłoń.
— Będzie dobrze… — szepnęła, choć w jej głosie nie było pewności.
Tym razem jednak to nie jego upór budził w niej największy lęk.
Tylko to, co naprawdę mogło kryć się za tą maścią.



***



***
Wieczór zapadł cicho, niemal niezauważalnie, ale w sypialni Cihana czas zdawał się płynąć inaczej — ciężej, wolniej, jakby każdy oddech był wysiłkiem.
Mężczyzna leżał na łóżku, blady, z półprzymkniętymi oczami. Jego skóra była rozpalona, a ciało co chwilę przeszywały mimowolne drżenia. Koszula przykleiła się do niego od potu, a oddech miał płytki i nierówny.
Hancer siedziała przy nim, pochylona, czujna. Już któryś raz z rzędu zmieniała kompres — zimna woda nie nadążała za żarem jego ciała. Delikatnie odsunęła materiał z jego czoła i przyłożyła nowy, ale widząc, jak szybko znów się nagrzewa, zacisnęła usta.
To nie wystarczało.
— Cihan… — odezwała się cicho, lecz stanowczo, pochylając się bliżej. — Musisz wziąć prysznic. To jedyny sposób, żeby zbić temperaturę.
Mężczyzna poruszył się niespokojnie. Jego powieki zadrżały, jakby każde słowo docierało do niego z opóźnieniem.
— Nie… — wymamrotał słabo. — Zostaw mnie… Nie chcę…
Jego głos był tak kruchy, że niemal ginął w ciszy.
Hancer wyprostowała się, a w jej spojrzeniu pojawiła się determinacja.
— Albo pójdziesz pod prysznic, albo wezwę karetkę — powiedziała już ostrzej, nie odrywając od niego wzroku. — Nie pozwolę ci tak leżeć.
Przez chwilę panowała cisza. Tylko jego ciężki oddech wypełniał przestrzeń.
Cihan nie zaprotestował.
To wystarczyło.
Hancer wsunęła rękę pod jego plecy i ostrożnie pomogła mu się podnieść. Jego ciało było ciężkie, jakby pozbawione sił, ale oparł się na niej — bez słowa sprzeciwu.
— Powoli… — szepnęła, obejmując go pewniej.
Każdy krok do łazienki był wysiłkiem. Cihan szedł chwiejnym krokiem, oparty o nią, jakby tylko jej obecność utrzymywała go w pionie.
Gdy weszli do środka, Hancer nie zawahała się ani chwili. Wprowadziła go pod prysznic, stanęła obok i sięgnęła do baterii.
Szum wody przeciął ciszę.
Strumień chłodnej wody spadł na nich nagle, rozbijając się o skórę Cihana i spływając po jego twarzy, szyi i ramionach. Mężczyzna drgnął gwałtownie, jakby ciało próbowało zaprotestować przeciwko temu szokowi.
— Spokojnie… — powiedziała miękko Hancer, unosząc dłonie i układając je przy jego twarzy, żeby odsunąć włosy z czoła.
Woda ściekała po jego rzęsach, po brodzie, po napiętych mięśniach szyi. Oddychał ciężko, ale powoli jego oddech zaczynał się wyrównywać.
Hancer była blisko. Zbyt blisko, by to zignorować.
Jedną dłonią podtrzymywała jego kark, drugą opierała się o ścianę kabiny, jakby chciała go osłonić przed całym światem. Ich twarze dzieliły centymetry.
Cihan uniósł lekko powieki i spojrzał na nią nieprzytomnie. W jego spojrzeniu było zmęczenie… i coś jeszcze. Coś miękkiego, kruchego, czego nie potrafił ukryć.
Strumienie wody spływały po nich obojgu, zacierając granice między ciepłem a chłodem, między słabością a bliskością.
Przez krótką chwilę świat przestał istnieć.
Byli tylko oni.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 83.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






