„Panna młoda” Odc. 151 – streszczenie


***
Hancer kończyła przygotowywać obiad w domu tajemniczego właściciela. W kuchni unosił się zapach przypraw i duszonych warzyw, a ciepło bijące od garnków przyjemnie wypełniało jasne, sterylne wnętrze. Dziewczyna odstawiła drewnianą łyżkę, po czym powoli oparła dłonie na brzuchu.
Na jej twarzy pojawił się delikatny, ciepły uśmiech.
— Wszystko, co dotyczy ciebie, bardzo mnie ciekawi, maleństwo — powiedziała cicho. — Zastanawiam się, jakie będziesz lubił potrawy. Czy będziesz miał gust podobny do mojego… czy może do swojego taty.
Opuściła wzrok i lekko pogładziła brzuch.
— Może pokochasz faszerowanego bakłażana tak jak on… — szepnęła z melancholią. — A ja będę przygotowywać go dla ciebie z taką samą troską i miłością, z jaką gotowałam dla twojego ojca.
W jej oczach pojawił się cień smutku.
Przez krótką chwilę w kuchni panowała cisza.
Nagle rozległ się dźwięk telefonu.
Hancer drgnęła lekko, wyrwana z zamyślenia. Podeszła do stolika, na którym zostawiła komórkę, i spojrzała na ekran.
Nieznany numer.
Zmarszczyła brwi. Przez moment wahała się, czy odebrać, ale w końcu przesunęła palcem po ekranie.
— Halo?
Po drugiej stronie rozległ się niski, lepki od samozadowolenia głos.
— Jak się masz, ślicznotko?
Hancer zesztywniała. Coś w tym głosie wywołało w niej natychmiastowy niepokój.
— Kim jesteś? — zapytała ostro. — Dlaczego do mnie dzwonisz?
Mężczyzna roześmiał się cicho.
— Odkąd pojawiłaś się w moim życiu, wszędzie wokół zakwitły róże. Chciałem ci tylko o tym powiedzieć.
Serce Hancer ścisnęło się gwałtownie.
Rozpoznała go. To był ten sam natrętny klient z agencji sprzątającej. Ten, który od dawna ją niepokoił. Ten, którego pobiła torebką na ulicy.
Jej twarz pobladła ze złości.
— Jakim prawem do mnie dzwonisz, bezwstydniku?! — syknęła. — Skąd masz mój numer?!
— Wiem o tobie wszystko — odpowiedział spokojnie, niemal z rozbawieniem. — Jestem bliżej, niż myślisz, ślicznotko.
Hancer rozejrzała się nerwowo po domu, jakby nagle ściany zaczęły ją przytłaczać.
— Myślisz, że przestraszysz mnie takimi bredniami?
— To nie brednie. — Jego głos stał się jeszcze cichszy. — Wiem nawet o twojej nowej pracy. Mam nadzieję, że się nie przemęczasz.
Po chwili zaniósł się obrzydliwym śmiechem.
Hancer poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz. Natychmiast się rozłączyła.
Przez kilka sekund stała nieruchomo, mocno ściskając telefon w dłoni.
— Co za psychopata… — wyrzuciła z siebie drżącym głosem. — Nawet tamto lanie niczego go nie nauczyło. Stał się moim prawdziwym utrapieniem.
Odłożyła telefon na blat z większą siłą, niż zamierzała.
— Niech tylko jeszcze raz stanie na mojej drodze… Wtedy nie będę już taka wyrozumiała.
Powoli podeszła do kanapy i ciężko usiadła. Przyłożyła dłoń do skroni i zamknęła oczy.
— Aż ciśnienie mi skoczyło od tej złości…
Oparła głowę o sofę i próbowała uspokoić oddech.
Nie wiedziała jednak, że nie jest sama.
Że ktoś obserwuje każdy jej ruch.
Ktoś, kogo zna…
***
Derya szła przez dzielnicę lekkim, niemal tanecznym krokiem. Na jej ustach błąkał się szeroki uśmiech, a w oczach wciąż błyszczała satysfakcja po awanturze w rezydencji Develioglu. Chłodne, jesienne słońce ogrzewało jej twarz, kiedy mijała kolejne ogrodzenia i ciche uliczki.
— Dobrze jej tak — mruknęła do siebie z wyraźnym zadowoleniem. — Wyładowałam całą złość na tej wiedźmie Beyzie i od razu zrobiło mi się lżej.
Zaśmiała się pod nosem.
— Co ona sobie wyobrażała? Że będzie mnie poniżać i jeszcze oczekiwać, że będę siedzieć cicho? Naprawdę ma nierówno pod sufitem.
Poprawiła pasek torebki na ramieniu i już miała skręcić za róg ulicy, gdy nagle zadzwonił jej telefon.
Derya zatrzymała się i spojrzała na ekran.
„Mukadder”.
Jej uśmiech momentalnie zniknął. Zmarszczyła brwi.
Doskonale wiedziała, że telefon starszej kobiety znajduje się teraz u Yoncy. Nadal jednak nie rozumiała, jakim cudem do tego doszło.
— Kobieta szuka telefonu, a jej telefon nagle dzwoni do mnie… — mruknęła podejrzliwie.
Odebrała połączenie.
— Halo? Żartujesz sobie ze mnie?
Po drugiej stronie rozległ się przyciszony, nerwowy głos.
— Derya… to ja. Yonca.
Derya odsunęła telefon od ucha i spojrzała na ekran raz jeszcze.
— Co ty tam szepczesz? Nic nie rozumiem.
— Proszę, nie rozłączaj się — powiedziała szybko Yonca. — Nie mogę mówić głośniej.
Ton jej głosu był napięty. Przestraszony.
Derya natychmiast spoważniała.
— Yonca, co ty kombinujesz? — zapytała ostrzej. — Przed chwilą byłam u pani Mukadder. Szuka swojego telefonu po całym domu. Co ten telefon robi u ciebie? Ukradłaś go?
— Nie! — odpowiedziała gwałtownie Yonca. — Nie ukradłam go. To ona sama mi go dała.
Derya zamilkła na moment. Wiatr poruszył gałęziami drzew nad jej głową, ale ona stała nieruchomo pośrodku chodnika, coraz bardziej zaniepokojona.
— Co ty opowiadasz…?
Yonca nabrała urywanego oddechu.
— Posłuchaj mnie uważnie. Jeśli mi pomożesz… życie twoje, moje i Hancer całkowicie się zmieni.
Na dźwięk imienia szwagierki Derya momentalnie zesztywniała.
— Co Hancer ma z tym wspólnego? — zapytała natychmiast. — Yonca, o czym ty mówisz?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Nie mam czasu wszystkiego wyjaśniać — wyszeptała Yonca drżącym głosem. — Proszę cię… pospiesz się. Jeśli nie przyjdziesz teraz, dla nas wszystkich może być za późno.
***

***
Derya nie czekała ani chwili.
Kiedy ślusarz otworzył drzwi mieszkania, niemal wyrwała mu klamkę z ręki i wbiegła do środka. W domu panowała dziwna, ciężka cisza. Zasłony były zasunięte, a w powietrzu unosił się duszny zapach zamkniętych pomieszczeń.
— Yonca?! — zawołała głośno, rozglądając się nerwowo. — Yonca, gdzie jesteś?!
Po chwili dostrzegła ją przy ścianie salonu.
Dziewczyna siedziała skulona na podłodze, zapłakana i blada jak papier. Drżały jej ręce, a oczy były czerwone od płaczu. Gdy tylko zobaczyła Deryę, poderwała się gwałtownie i rzuciła w jej stronę.
— Derya… — wyszeptała łamiącym się głosem.
Derya natychmiast ją objęła.
— Co ci się stało? — zapytała z niepokojem, odsuwając ją lekko, by spojrzeć jej w twarz. — Kto ci to zrobił?
Yonca wtuliła się w nią jeszcze mocniej, jakby dopiero teraz mogła bezpiecznie oddychać.
— Bardzo ci dziękuję… — powiedziała drżącym głosem. — Już myślałam, że nie zdążysz. Uratowałaś mi życie.
Łzy znów napłynęły jej do oczu.
— Wezmę tylko torebkę i natychmiast stąd wyjdziemy.
Derya zmarszczyła brwi i rozejrzała się po mieszkaniu.
— Chwileczkę… Czyje to mieszkanie? — zapytała ostrożnie. — Kto cię tutaj przetrzymuje?
Yonca nerwowo odwróciła wzrok.
— Nie teraz, dobrze? Wszystko ci wyjaśnię później. Musimy stąd uciekać jak najszybciej.
Ruszyła w stronę schodów prowadzących na piętro, ale nagle zatrzymała się gwałtownie. Z jej ust wyrwał się bolesny jęk.
— Aaah…!
Złapała się za brzuch, a nogi momentalnie się pod nią ugięły. Osunęła się na schody i zacisnęła palce na poręczy, próbując złapać oddech.
— Yonca! — Derya natychmiast przy niej uklękła.
Kolejny skurcz przeszył ciało dziewczyny. Krzyknęła głośno, a po jej policzkach popłynęły łzy.
Derya zbladła.
— O Boże… poród się zaczął.
Próbowała zachować spokój, choć sama czuła narastającą panikę.
— Spokojnie. Słyszysz mnie? Oddychaj głęboko. Powoli… właśnie tak.
Yonca zamknęła oczy i spróbowała wykonać kilka głębokich oddechów. Po chwili ból nieco ustąpił.
— Dobrze… przeszło… — wyszeptała, choć jej twarz była śmiertelnie blada. —Mniejsza o torebkę. Po prostu chodźmy stąd. Musimy uciec.
Derya spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Ty nie jesteś w stanie nigdzie iść! Odeszły ci wody, rozumiesz? Zaraz urodzisz!
Yonca chwyciła ją kurczowo za rękę.
— Nie mogę tutaj rodzić — powiedziała spanikowana. — Muszę wyjść, zanim on wróci.
— Kto?
Yonca spojrzała na nią oczami pełnymi strachu.
— Nusret.
Derya zesztywniała.
— Co powiedziałaś…?
W tej samej chwili w mieszkaniu rozległ się dźwięk otwieranych drzwi.
Metaliczny zgrzyt zamka przeciął ciszę niczym ostrze.
Yonca pobladła jeszcze bardziej.
— Już tu jest… — szepnęła przerażona.

***
Mężczyzna, który od kilku dni nie dawał Hancer spokoju, stał przed swoim domem w ostrym, południowym słońcu. Na podjeździe pachniało kurzem i rozgrzanym betonem. Bez pośpiechu wyciągnął z kieszeni plik banknotów i wręczył po jednym trzem mężczyznom w średnim wieku.
— Dobra robota — rzucił z zadowoleniem.
Tamci wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia, schowali pieniądze do kieszeni i odeszli bez słowa. Mężczyzna patrzył za nimi z drwiącym uśmiechem, po czym zatrzasnął furtkę i ruszył w stronę wejścia do domu.
Nie zdążył jednak zrobić nawet kilku kroków.
Melih pojawił się przed nim nagle, jakby wyrósł spod ziemi. Chwycił go mocno za kurtkę i brutalnie pchnął do tyłu. Mężczyzna zatoczył się i uderzył plecami o ścianę przy wejściu.
— Nie ma ucieczki — powiedział Melih lodowatym głosem. — Trochę sobie porozmawiamy.
Tamten natychmiast spochmurniał.
— Nie mam z tobą o czym rozmawiać. Odejdź i nie sprowadzaj mi problemów.
Melih ani drgnął. Stał przed nim wyprostowany, z napiętą szczęką i wzrokiem wbitym prosto w jego twarz.
— Powinienem był skończyć z tobą już tamtego dnia — odezwał się cicho, ale w jego głosie buzowała wściekłość. — Nie zrobiłem tego tylko przez szacunek do Hancer. Ona sama potrafiła cię wtedy ustawić do pionu i pomyślałem, że może zrozumiałeś. Widzę jednak, że tacy jak ty uczą się wyłącznie bólem.
Zbliżył się jeszcze bardziej.
— Dlaczego ją śledzisz?
Mężczyzna prychnął pogardliwie.
— A co cię to obchodzi? Robię to, bo mam ochotę. Poza tym… podobają mi się rozwódki.
Na jego twarzy pojawił się obrzydliwy uśmiech.
— Miałem pytać cię o pozwolenie? Czy może sam rzuciłeś na nią oko?
W oczach Meliha błysnęło coś niebezpiecznego.
Cios spadł tak szybko, że tamten nawet nie zdążył się zasłonić. Zachwiał się i runął na ziemię. Melih dopadł go natychmiast, chwytając za kurtkę.
— Jeszcze raz wypowiesz jej imię tym swoim parszywym językiem… — wycedził przez zaciśnięte zęby.
Mężczyzna splunął krwią na bok i zaśmiał się nerwowo.
— Aż tak ci zależy na tej idiotce? — syknął. — To sobie ją bierz. Mnie nie jest już potrzebna.
Melih uderzył go ponownie. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Każdy kolejny cios był silniejszy od poprzedniego, jakby próbował wybić z niego całą podłość, która się w nim nagromadziła.
Mężczyzna próbował osłonić twarz rękami, ale Melih nie przestawał.
— Ostrzegałem cię — rzucił, ciężko oddychając. — Trzymaj się od niej z daleka.
W końcu puścił jego kurtkę. Tamten osunął się bezwładnie na beton podjazdu.
Melih spojrzał na niego z odrazą, splunął mu pod nogi i odwrócił się bez słowa.
Po chwili odszedł, zostawiając go leżącego samotnie przed własnym domem.


***
Hancer nadal nie mogła dojść do siebie po rozmowie z natrętnym mężczyzną. Siedziała nieruchomo na jasnej kanapie w przestronnym salonie, a jej dłonie wciąż lekko drżały. Serce biło jej szybciej niż zwykle, a w głowie wciąż rozbrzmiewał ten obrzydliwie spokojny głos.
Sięgnęła po szklankę stojącą na stoliku i upiła kilka łyków wody, próbując uspokoić oddech.
— Co za psychopata… — szepnęła do siebie, zaciskając powieki. — Skąd on tyle o mnie wie?
Spojrzała niespokojnie w stronę okien. Dom był ogromny, cichy i dziwnie pusty. Jeszcze przed chwilą wydawał jej się bezpieczny, teraz jednak każdy kąt budził w niej niepokój.
Wzięła telefon do ręki i po chwili zawahania napisała wiadomość do tajemniczego właściciela domu:
„Skończyłam już wszystko. Czy mogę wyjść wcześniej, jeśli nie ma więcej pracy?”
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
„Nie możesz wyjść, dopóki twój czas pracy się nie skończy.”
Hancer ciężko westchnęła i opuściła telefon na kolana.
— Oczywiście… — mruknęła zrezygnowana. — Nawet nie zapytał, czy wszystko w porządku.
Przez chwilę siedziała w milczeniu, wsłuchując się w tykanie zegara i własny niespokojny oddech. Miała ochotę natychmiast opuścić to miejsce, ale wiedziała, że nie może sobie pozwolić na utratę pracy. Nie teraz.
Objęła się ramionami i spojrzała przed siebie, nieświadoma, że ktoś obserwuje każdy jej ruch.
***
W tym samym czasie, kilka kilometrów dalej, w eleganckim gabinecie panowała cisza.
Cihan siedział za masywnym biurkiem, opierając łokcie o blat. Na ekranie laptopa wyświetlał się obraz z kamer monitoringu zamontowanych w domu.
Na ekranie była Hancer.
Widział, jak siedzi skulona na kanapie, jak nerwowo obraca szklankę w dłoniach i co chwilę spogląda w stronę drzwi.
Cihan nie odrywał od niej wzroku.
Na jego twarzy pojawił się cień smutnego uśmiechu.
— Wybacz mi, kochanie… — powiedział cicho, niemal szeptem. — Każda minuta spędzona blisko ciebie jest dla mnie cenna.
Przesunął dłonią po brodzie i jeszcze bardziej zbliżył twarz do ekranu.
— Nawet jeśli mogę oglądać cię tylko z daleka.


***
Yonca nadal siedziała na schodach, ciężko chwytając powietrze. Każdy kolejny skurcz przeszywał jej ciało ostrym bólem, który odbierał jej siły. Drżącymi dłońmi ściskała poręcz, próbując powstrzymać krzyk.
Deryi nie było już obok niej.
Nad Yoncą stał za to Nusret. W jednej ręce trzymał telefon, drugą nerwowo przeczesywał włosy. Na jego twarzy malowała się irytacja, nie troska.
— Dobrze… zaciskaj zęby i wytrzymaj jeszcze trochę — rzucił chłodno. — Dzwonię po położną.
Przyłożył telefon do ucha i zaczął chodzić po salonie.
— No odbierz wreszcie, kobieto! — warknął po chwili coraz bardziej poirytowany.
Nim wszedł do mieszkania, Derya zdążyła ukryć się w jednym z pokoi na piętrze. Teraz stała za uchylonymi drzwiami, starając się oddychać jak najciszej. Serce waliło jej tak mocno, że miała wrażenie, że zaraz zdradzi jej kryjówkę.
Ostrożnie wyjrzała na dół.
Ten facet to wujek Cihana — pomyślała. — Co on ma wspólnego z Yoncą? Dlaczego trzyma ją tutaj jak więźnia? Co się dzieje w tym domu?
Derya zmarszczyła brwi, próbując zrozumieć sytuację.
Na dole Yonca jęknęła z bólu i osunęła się jeszcze niżej na schodach.
— Nusrecie… ja tego nie wytrzymam… — wyszeptała drżącym głosem. Po policzkach spływały jej łzy, a twarz miała bladą jak papier. — Proszę… zawieź mnie do szpitala…
— Do diabła! — syknął Nusret, zerkając na ekran telefonu. — Nie odbiera!
Schował telefon do kieszeni i odwrócił się gwałtownie.
— Muszę po nią pojechać.
— Nusrecie… błagam… — Yonca zaniosła się płaczem. — Zabierz mnie do szpitala…
Mężczyzna spojrzał na nią z wyraźnym zniecierpliwieniem.
— Boże, jesteś strasznie delikatna — mruknął chłodno. — Nie przesadzaj. Wytrzymasz jeszcze trochę. Posłuchaj mnie uważnie. Pojadę po położną i zaraz wrócę. A ty siedź tutaj spokojnie i nigdzie się nie ruszaj.
Yonca spojrzała na niego z przerażeniem, ale Nusret nawet nie czekał na odpowiedź. Odwrócił się, wyszedł z domu i zamknął za sobą drzwi.
Dopiero wtedy Derya wybiegła z ukrycia i szybko zeszła po schodach.
— Yonca! — uklęknęła przy niej. — Powiedz mi natychmiast, co tu się dzieje! Skąd znasz Nusreta? I dlaczego masz telefon Mukadder? Co ty masz wspólnego z tą rodziną?!
Yonca zacisnęła powieki, próbując złapać oddech między kolejnymi skurczami.
— Nie teraz… — wydyszała. — Proszę cię… otwórz drzwi i zabierz mnie stąd. Szybko!
Derya chwyciła ją za ramiona.
— Nie. Najpierw mi wszystko wyjaśnisz. Wpakowałaś mnie w coś bardzo złego, prawda? Powiedz mi prawdę!
— Derya! — Yonca niemal krzyknęła. — Czy ty nie rozumiesz?! Jeśli Nusret cię tutaj zobaczy, zabije cię! Musimy uciekać!
— Boże… — wyszeptała Derya, cofając się o krok. — W co ty mnie wciągnęłaś…
Podbiegła do drzwi wejściowych i szarpnęła za klamkę.
Drzwi ani drgnęły.
Spróbowała jeszcze raz, mocniej.
Bez skutku.
Powoli odwróciła się do Yoncy. W jej oczach pojawił się strach.
— Nie otworzę ich… — powiedziała cicho. — Nusret zamknął nas na klucz.
Yonca pobladła jeszcze bardziej.
W tej samej chwili kolejny potężny skurcz przeszył jej ciało. Dziewczyna odchyliła głowę i krzyknęła z bólu tak głośno, że echo rozniosło się po całym mieszkaniu.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 110.Bölüm i Gelin 111.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






