Panna młoda odc. 137: Hancer żąda ślubu Cihana z Beyzą!

Cihan obejmuje ramiona Hancer, przyciągając ją do siebie.

„Panna młoda” Odc. 137 – streszczenie

Melih opierał się o samochód, pogrążony w myślach, gdy nagle drzwi rezydencji uchyliły się cicho. Sinem ostrożnie wyszła na zewnątrz i rozejrzała się nerwowo, jakby bała się, że ktoś ich podsłucha.

Kiedy podeszła bliżej, Melih od razu dostrzegł smutek w jej oczach.

— Mój tata przyjechał — powiedziała cicho, splatając dłonie. — Jest teraz na górze, u Mine. Zabierze nas do domu… jeszcze dziś.

Jej głos zadrżał.

— Nie wiedziałam, co powiedzieć ani co zrobić, Melihu. Wszystko wydarzyło się tak szybko…

Melih spojrzał na nią łagodnie. W jego oczach nie było pretensji — tylko troska.

— A co mogłaś zrobić? — zapytał spokojnie. — Twój ojciec chce cię chronić. To naturalne.

Zawahał się na moment.

— W ostatnich dniach wydarzyło się zbyt wiele. Nie mogłem ogłosić tego, co chciałem, ale wkrótce zabiorę głos. Obiecuję.

Sinem spuściła wzrok.

— Może rzeczywiście tak będzie lepiej — dodał ciszej. — Przynajmniej przez jakiś czas będziesz daleko od tego całego chaosu i napięcia.

Podszedł krok bliżej.

— A ja spróbuję przekonać moją mamę.

Sinem pokręciła głową z rezygnacją.

— To nie będzie łatwe. Siostra Fadime jest na mnie bardzo zła.

Melih wyciągnął rękę i delikatnie dotknął jej ramienia.

— Nie wierzysz mi?

Sinem uniosła na niego spojrzenie, pełne niepokoju i tęsknoty.

— Posłuchaj mnie uważnie — powiedział Melih stanowczo, ale ciepło. — Jedź teraz z ojcem. To jeszcze nie koniec. Nie zostaniesz tam długo, obiecuję ci.

Na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.

— Przyjadę po ciebie. I wyprowadzę cię z tamtego domu w welonie i śnieżnobiałej sukni ślubnej.

W oczach Sinem zalśniły łzy.

Właśnie wtedy drzwi rezydencji otworzyły się gwałtownie. Na zewnątrz wyszła Fadime, ciągnąc za sobą walizkę. Zatrzymała się obok nich i spojrzała na kobietę chłodno, bez cienia ciepła.

— Spakowałam twoje rzeczy, żebyś nie musiała tracić czasu — oznajmiła oschle. — Nie każ ojcu czekać.

Po tych słowach puściła uchwyt walizki i odwróciła wzrok, wyraźnie dając do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca.

***

Cihan wyszedł z pokoju powolnym krokiem, jakby ciężar ostatnich wydarzeń odbierał mu siły. Kiedy mijał korytarz, jego wzrok padł na kartkę leżącą na podłodze. Zatrzymał się i schylił po nią odruchowo.

To był dziecięcy rysunek Mine.

Dwoje ludzi stało pośród zielonej, ukwieconej łąki, trzymając się za ręce. Nad nimi świeciło żółte słońce, obok widniała tęcza, a pomiędzy postaciami Mine narysowała wielkie czerwone serce.

Cihan przesunął palcem po kartce. W jego spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, niemal kruchego. Po raz pierwszy od wielu godzin napięcie na jego twarzy odrobinę zelżało, a kąciki ust uniosły się w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.

Wtedy usłyszał kroki.

Na schodach pojawiła się Fadime. Kobieta spojrzała najpierw na niego, potem na rysunek w jego dłoni.

— Dzień dobry, panie Cihanie — odezwała się łagodnie. — Przyszłam sprawdzić, jak się pan czuje.

Zatrzymała wzrok na kartce.

— Mine chciała wręczyć to panu osobiście przed wyjazdem. Ale powiedziałam jej, że jeszcze pan śpi, więc zostawiła rysunek tutaj.

Cihan uniósł głowę.

— Przed wyjazdem? — powtórzył powoli, marszcząc brwi. — O czym ty mówisz?

Fadime zawahała się przez moment.

— Ojciec Sinem przyjechał dziś rano. Zabrał ją i Mine do swojego domu. Na razie zostaną tam.

Na twarzy Cihana pojawiło się zaskoczenie, które szybko ustąpiło irytacji.

— Wyjechały… bez słowa? Bez pożegnania?

— Pani Mukadder o wszystkim wiedziała — odpowiedziała spokojnie pokojówka.

Cihan zacisnął szczękę. Jeszcze raz spojrzał na dziecięcy rysunek — na prosty obrazek pełen ciepła i niewinności — po czym podał go Fadime.

Odwrócił się gwałtownie i szybkim krokiem ruszył w stronę pokoju matki. Echo jego kroków rozniosło się po cichym domu.

***

Mukadder siedziała nieruchomo w czerwonym fotelu, ze splecionymi dłońmi i nieobecnym wzrokiem wbitym w podłogę. Pokój tonął w ciężkiej ciszy, którą nagle przerwał gwałtowny trzask otwieranych drzwi.

Cihan wszedł do środka szybkim krokiem. Jego twarz była napięta, a spojrzenie chłodne i ostre.

— Mamo… — zaczął niskim, drżącym od gniewu głosem. — Sinem i Mine wyjechały. Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz?

Mukadder powoli podniosła głowę.

— Ojciec Sinem przyjechał rano i zabrał je do siebie — odpowiedziała zmęczonym tonem. — Sam przecież powiedziałeś jej, że jeśli chce, może odejść. Nie miałam już siły, żeby zatrzymywać kogokolwiek. Mam dość własnych problemów.

Cihan parsknął gorzkim śmiechem.

— Własnych problemów? — powtórzył z niedowierzaniem. — Zrobiłaś wszystko, żeby rozbić moje małżeństwo. Dopięłaś swego. Rozwodzę się z Hancer. Powinnaś być teraz szczęśliwa, prawda? Czy może nadal ci mało? Chcesz jeszcze mojego życia?

Mukadder gwałtownie zacisnęła dłonie.

— Nie mów tak, synu… — wyszeptała. — Chciałam tylko, żebyś był szczęśliwy. Nie przypuszczałam, że wszystko zajdzie aż tak daleko. Zaślepiła mnie ambicja… moja duma…

Nagle zaczęła nerwowo uderzać dłonią w swoje czoło.

— Jaka ja byłam głupia… Boże, jaka głupia…

Cihan patrzył na nią bez cienia współczucia.

— Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że naprawdę żałujesz odejścia Hancer.

Te słowa zabolały bardziej niż krzyk. Mukadder poderwała się z fotela i chwyciła syna za rękę.

— Cihanie, przysięgam ci… bardzo tego żałuję.

W tej samej chwili w drzwiach pojawiła się Beyza.

Jej kroki były spokojne, niemal leniwe, a na ustach błąkał się słodki uśmiech.

— Czego żałujesz, kochana ciociu? — zapytała miękkim głosem. — Chyba nie tego, co zrobiłaś mnie?

Cihan odwrócił głowę w jej stronę.

Beyza podeszła bliżej i mówiła dalej z udawaną łagodnością:

— Przez lata dawałaś mi odczuć, że jestem bezwartościowa. Upokarzałaś mnie, bo nie mogłam mieć dzieci. A jednak okazało się, że mogę zajść w ciążę. To dlatego masz teraz wyrzuty sumienia, prawda?

Mukadder spuściła wzrok.

— Och, ciociu… — westchnęła teatralnie Beyza. — Zawsze powtarzam, żebyś nie była dla siebie taka surowa. To, co było, minęło. Powinniśmy patrzeć w przyszłość, nie sądzisz?

Cihan patrzył na nią przez krótką chwilę z mieszaniną zmęczenia i goryczy. Potem tylko pokręcił głową, minął Beyzę bez słowa i wyszedł z pokoju.

Drzwi zamknęły się za nim cicho.

Mukadder osunęła się z powrotem na fotel, jakby nagle zabrakło jej sił. Beyza odczekała chwilę, po czym podeszła bliżej. Uśmiech zniknął z jej twarzy równie szybko, jak się pojawił.

Jej spojrzenie stało się lodowate.

— Gdybym nie usłyszała waszej rozmowy i nie weszła w odpowiednim momencie… — powiedziała chłodno. — Naprawdę powiedziałabyś Cihanowi wszystko?

Mukadder zamknęła oczy.

— Nie mogę już żyć z tym ciężarem… — wyrzuciła z siebie drżącym głosem. — Mój syn zostanie ojcem cudzego dziecka…

Beyza nawet nie mrugnęła.

— A inną możliwością jest to, że dowie się o wszystkich twoich intrygach i wyrzeknie się ciebie na zawsze. — Nachyliła się lekko nad nią. — Zastanów się dobrze, co byłoby dla ciebie gorsze.

Mukadder milczała, oddychając ciężko.

— Spójrz na to inaczej — ciągnęła spokojnie Beyza. — Dasz osieroconemu dziecku prawdziwy dom. Pełną rodzinę. To przecież szlachetny uczynek. Może nawet zostanie ci wynagrodzony po śmierci.

Na jej ustach pojawił się krótki, chłodny uśmiech.

— Myśl pozytywnie, ciociu.

Odwróciła się i wyszła z pokoju, zostawiając Mukadder samą z ciszą, wyrzutami sumienia i strachem, który coraz mocniej zaciskał się wokół jej serca.

***

Cemil obudził się gwałtownie, z ciężkim oddechem i sercem tłukącym się w piersi jak oszalałe. Przez chwilę siedział nieruchomo na łóżku, próbując odróżnić sen od rzeczywistości.

Obraz Hancer wciąż miał przed oczami.

Widział ją wyraźnie — bladą, chwiejącą się na nogach, stojącą w progu jego domu. W następnym momencie osunęła się bezwładnie prosto w jego ramiona. Jej dłonie były całe we krwi.

— Hancer… — wyszeptał, przecierając twarz drżącą dłonią.

Nie potrafił pozbyć się narastającego niepokoju. Coś było nie tak.

Nie mógł czekać. Udał się prosto do rezydencji Develioglu.

***

Na miejscu spotkał ogrodnika, od którego dowiedział się, że Hancer tu nie ma, wyprowadziła się poprzedniego dnia. 

Gniew eksplodował w Cemilu z taką siłą, że aż zacisnął pięści. Ruszył szybkim krokiem w stronę wejścia i bez chwili wahania zapukał do drzwi.

Otworzył mu Cihan.

Przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy w ciężkiej, dusznej ciszy.

Potem Cemil szarpnął go gwałtownie za marynarkę.

— Więc po to było to wszystko?! — wyrzucił z siebie z furią. — Przyszedłem do ciebie. Błagałem cię, żebyś oddał mi moją siostrę. Upokorzyłem się przed tobą! A skoro miałeś wyrzucić ją przy pierwszej okazji, kiedy przestała ci być potrzebna, dlaczego nie pozwoliłeś jej odejść ze mną?!

Chwycił mocniej materiał jego marynarki i przyciągnął go do siebie.

— Odpowiedz mi, Cihanie! Dlaczego nie pozwoliłeś jej odejść?!

Cihan nawet nie próbował się wyrwać. Stał nieruchomo, ze zmęczonym spojrzeniem i napiętą szczęką.

W tej chwili w holu pojawiła się Beyza.

— Co tu się dzieje? — zapytała chłodno.

Cemil spojrzał na nią. Jego wzrok zatrzymał się na jej zaokrąglonym brzuchu. W oczach mężczyzny pojawiła się jeszcze większa pogarda.

Powoli odwrócił głowę z powrotem ku Cihanowi.

— Sprawiłeś, że moja siostra odwróciła się ode mnie. Przez ciebie staliśmy się sobie obcy. Nie pozwoliłeś mi powiedzieć jej prawdy. Nie pozwoliłeś nam naprawić tego, co między nami pękło. — Jego głos zadrżał. — Powinieneś się wstydzić.

— Wystarczy! — przerwała ostro Beyza. — Uważaj na słowa. Czy twoja siostra jest bez winy?

— Beyzo! — syknął Cihan.

Cemil spojrzał na niego gniewnie.

— Nie podnoś głosu na kobietę — powiedział lodowato. — Ona ma rację. Tak, moja siostra też popełniła błędy. Ale gdybyś pozwolił jej wtedy odejść… uleczylibyśmy swoje rany razem. Może wszystko wyglądałoby dziś inaczej.

Puścił marynarkę Cihana i cofnął się o krok.

— Odebrałeś nam tę szansę, Cihanie Develioglu.

Uniósł rękę i wskazał go palcem.

— Milczałem, bo zawdzięczałem ci życie. Wmawiałem sobie, że jesteś dobrym człowiekiem. Ale teraz widzę prawdę. Ty mnie nie uratowałeś. Ty mnie zniszczyłeś. Zabiłeś mnie tym, co zrobiłeś mojej siostrze.

W holu zapadła cisza.

Cihan przymknął oczy na krótką chwilę.

— Nie chciałem, żeby to tak wyglądało, Cemilu — powiedział cicho. — Nie pozwolę, żeby Hancer cierpiała biedę. Dostanie wszystko, czego potrzebuje. Zadbam o nią.

Beyza westchnęła teatralnie i skrzyżowała ręce.

— Ach… więc o to chodzi. — Uśmiechnęła się drwiąco. — Szukacie tego, co możecie ugrać na rozwodzie.

Cemil spojrzał na nią z odrazą, po czym splunął Cihanowi pod nogi.

— Wstydźcie się oboje. Twoja żona zniknęła, a ty nadal mówisz tylko o pieniądzach. — Jego oczy zaszkliły się od tłumionych emocji. — Dowiedziałem się przypadkiem, że już tu nie mieszka. Więc powiedz mi… gdzie jest Hancer?

Cihan milczał przez moment, po czym bezradnie pokręcił głową.

— Nie wiem.

Cemil patrzył na niego z niedowierzaniem.

— Nie wiesz, gdzie jest własna żona… a mówisz mi o pieniądzach? — rzucił z gorzkim śmiechem. — Niech będzie przeklęte twoje bogactwo, twoja władza i twoje człowieczeństwo.

Odwrócił się gwałtownie i ruszył do wyjścia.

— Wstydź się, Cihanie Develioglu — powiedział jeszcze przez ramię.

Drzwi trzasnęły z hukiem, a w holu pozostała jedynie ciężka, duszna cisza.

***

Beyza weszła do kuchni powolnym, pewnym krokiem. W jasnym wnętrzu pachniało świeżo zaparzoną herbatą i cytrusami leżącymi w misie na wyspie kuchennej, ale chłód bijący od jej spojrzenia natychmiast zagłuszył tę domową atmosferę.

Gulsum, która właśnie wycierała blat, wyprostowała się nerwowo na jej widok.

— Gdzie jest Fadime i ta jej bezużyteczna córka? — zapytała Beyza lodowatym tonem, rozglądając się po pomieszczeniu.

— Chyba poszły do spiżarni — odpowiedziała ostrożnie Gulsum. — Jeśli chcesz, mogę je zawołać.

— Nie trzeba.

Beyza podeszła do blatu i zatrzymała wzrok na szklanym dzbanku stojącym obok zlewu.

— To dzbanek mojej cioci?

— Tak, pani Beyzo.

Beyza przesunęła palcami po uchwycie naczynia.

— Napełnij go.

Gulsum zawahała się przez moment, ale odkręciła kran i zaczęła nalewać wodę.

— Jestem pani osobistą asystentką — przypomniała cicho. — Jeśli mam jeszcze zajmować się panią Mukadder…

— Gulsum. — Beyza przerwała jej ostro, nawet na nią nie patrząc. — Zamknij się i rób to, co ci każę.

Pokojówka spuściła wzrok.

Po chwili dzbanek był pełny. Krople wody spływały po szklanych ściankach, a w kuchni zapanowała ciężka cisza.

Beyza podeszła do drzwi i zamknęła je powoli na klucz.

Metaliczny dźwięk sprawił, że Gulsum zesztywniała.

Beyza wsunęła rękę do kieszeni spodni i wyciągnęła małą, ciemną buteleczkę.

— Od dziś codziennie będziesz przynosić cioci świeżą wodę — powiedziała spokojnie. — I za każdym razem dodasz do niej pięć kropli tego.

Odkręciła buteleczkę i przechyliła ją nad dzbankiem.

Jedna kropla.

Druga.

Trzecia.

Intensywnie czerwony płyn rozpływał się w wodzie cienkimi smugami, zanim całkowicie zniknął.

Gulsum pobladła.

— Pani Beyzo… co pani robi? — wyszeptała z lękiem. — Ja… ja boję się takich rzeczy…

Beyza uniosła na nią wzrok i uśmiechnęła się lekko. Ale w tym uśmiechu nie było ani odrobiny ciepła.

— Nie dramatyzuj. Nie zamierzam jej zabić. — Zakręciła buteleczkę z całkowitym spokojem. — Chcę tylko, żeby była bardziej senna. Żeby nie kręciła się po domu i nie zadawała zbyt wielu pytań.

Podeszła bliżej Gulsum.

— Im mniej będzie widziała i słyszała, tym lepiej dla wszystkich.

Gulsum nerwowo przełknęła ślinę.

— Ale jeśli ktoś się dowie…

— Nikt się nie dowie — ucięła Beyza. — A ty nie masz powodu się bać, dopóki robisz dokładnie to, co ci każę.

Wzięła dzbanek, podała go pokojówce i dodała z udawaną troską:

— Zanieś to cioci. Biedaczka pewnie umiera z pragnienia.

Na jej ustach pojawił się cichy, drwiący śmiech.

Gulsum chwyciła dzbanek drżącymi dłońmi i bez słowa wyszła z kuchni, czując na plecach ciężar spojrzenia Beyzy.

***

Hancer pojawiła się w firmie tuż przed południem. W dłoni ściskała teczkę z dokumentami rozwodowymi, ale jej kroki były szybkie i nerwowe, jakby z każdym kolejnym metrem coraz bardziej traciła cierpliwość.

Kiedy Engin podał jej przygotowane porozumienie, zaczęła czytać je pobieżnie. Wystarczyło kilka linijek, by jej twarz stężała.

Stary dom.

Udziały w firmie.

Miesięczne zabezpieczenie finansowe.

Zatrzasnęła teczkę tak gwałtownie, że prawnik aż drgnął.

— To jakiś żart? — rzuciła lodowato.

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i ruszyła prosto do gabinetu Cihana.

Drzwi otworzyły się z hukiem.

Cihan podniósł wzrok znad dokumentów. Przez krótką chwilę tylko na nią patrzył — na jej drżące dłonie, przyspieszony oddech i oczy pełne bólu, który próbowała ukryć gniewem.

Hancer podeszła do biurka i rzuciła dokumenty przed niego.

— Nie chcę żadnej rekompensaty ani alimentów, Cihanie — powiedziała stanowczo. — Mówiłam ci to od samego początku. Podpiszmy zwykłe porozumienie i zakończmy to raz na zawsze.

Cihan powoli wstał zza biurka.

— Powinnaś już wiedzieć, że tego nie zrobię.

Zbliżył się do niej spokojnym krokiem.

— Nie wyszłaś za mąż za człowieka, który potrafi zostawić kobietę, którą kocha, bez niczego. Twój brat przyszedł do rezydencji. Rozmawiałem z nim. Nie wiedział o niczym. Był wstrząśnięty. — Zawahał się na moment. — Hancer… gdzie teraz mieszkasz?

Jej spojrzenie momentalnie stwardniało.

— To nie twoja sprawa. I dobrze zapamiętaj jedno: nigdy więcej nie zamieszkam w tym domu. Nie tknę też ani grosza z twoich pieniędzy.

Cihan podszedł jeszcze bliżej i delikatnie ujął jej ramiona.

— W tamtym domu zaczęła się nasza historia — powiedział cicho. — Każdy jego kąt jest pełen wspomnień o tobie. Nie mogłem oddać go komuś obcemu. Nie rób mi tego, Hancer… Nie każ mi żyć z poczuciem, że zostawiłem kobietę, którą kocham, na pastwę losu.

Przez moment w jej oczach pojawiło się wahanie. Ale tylko przez moment.

Uniosła głowę wyżej.

— W takim razie ja też mam warunek.

Cihan zmarszczył brwi.

— Jaki?

Hancer spojrzała mu prosto w oczy.

— Ożenisz się z Beyzą zaraz po rozwodzie.

Zapadła cisza.

Cihan cofnął się o krok, jakby ktoś właśnie wymierzył mu policzek.

— Co takiego?

— Słyszałeś.

— Nigdy tego nie zrobię. — W jego głosie zabrzmiało niedowierzanie. — Naprawdę sądzisz, że jestem do tego zdolny? Że po tym wszystkim mogę stworzyć z nią rodzinę?

— Więc po co to wszystko, Cihanie? — wyrzuciła z siebie drżącym głosem. — Dlaczego cierpimy? Dlaczego łamiemy sobie serca? Jeśli to dziecko ma dorastać bez ojca, to po co całe nasze poświęcenie?

Oddychała ciężko, ale mówiła dalej:

— Mój warunek za twój. Podpiszę dokumenty od razu, jeśli się zgodzisz.

Cihan pokręcił głową.

— To nie warunek. To kara. Obraza.

Hancer zacisnęła dłonie.

— Ważne jest tylko jedno. Żeby dziecko miało matkę i ojca. Żeby dorastało w rodzinie.

Cihan zaśmiał się krótko, gorzko.

— Rodzinie? Jakiej rodzinie, Hancer? W moim życiu może być miejsce dla tego dziecka… ale nie dla Beyzy. Nigdy nie stworzymy szczęśliwego domu, który sobie wyobrażasz.

— Stworzycie — odpowiedziała z uporem. — Będziecie musieli. Kiedy po raz pierwszy weźmiesz to dziecko na ręce, wszystko się zmieni. Zobaczysz. Wtedy przestaniesz walczyć ze swoim sumieniem.

Cihan patrzył na nią długo, jakby próbował zrozumieć, dlaczego kobieta, którą kochał najbardziej na świecie, z taką determinacją odpycha go od siebie.

— Chcę od ciebie tylko jednego — powiedział w końcu cicho. — Podpisz dokumenty i pozwól mi resztę unieść samemu.

W oczach Hancer pojawiły się łzy, ale nie pozwoliła im spłynąć.

— Byłam gotowa wyrwać sobie serce, żeby nie żyć z poczuciem winy wobec niewinnego dziecka. — Jej głos zadrżał. — To poświęcenie musi mieć sens. Bo jeśli nie… poczuję, że wykorzystano moją miłość.

Cihan zrobił krok w jej stronę.

— Hancer… czy ty naprawdę nie widzisz, jak bardzo jesteś dla mnie ważna?

Spojrzała na niego boleśnie.

— Właśnie dlatego daję ci szansę, żeby to udowodnić. Zaakceptuj mój warunek.

Cihan zamknął oczy na krótką chwilę. Potem powoli pokręcił głową.

— Nie mogę.

Twarz Hancer natychmiast stwardniała.

Wyrwała dokumenty z jego dłoni i mocno wcisnęła mu je z powrotem w ręce.

— Skoro ty nie akceptujesz mojego warunku, ja też niczego nie podpiszę!

Odwróciła się gwałtownie i ruszyła do wyjścia. Drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem.

Cihan jeszcze długo stał nieruchomo pośrodku gabinetu, wpatrując się w zamknięte drzwi.

A echo ich trzasku dźwięczało mu w uszach niczym ostateczny wyrok.

***

Yasemin siedziała samotnie w swoim gabinecie, wpatrując się w rozłożone na biurku wyniki badań. Kartki były już pogniecione od ciągłego przekładania, a mimo to lekarka po raz kolejny analizowała każdą cyfrę, każdy parametr i każdą datę.

Im dłużej patrzyła na dokumenty, tym bardziej rosło w niej niepokojące przekonanie, że coś się nie zgadza.

Sięgnęła po telefon i szybko nagrała wiadomość głosową do pielęgniarki Selen, która kilka tygodni wcześniej pobierała Beyzie krew.

— Selen, odezwij się do mnie natychmiast. Musimy porozmawiać o wynikach badań jednej pacjentki. To bardzo pilne.

Kliknęła „wyślij” i odłożyła telefon na biurko.

Po chwili pojawiło się potwierdzenie odsłuchania wiadomości.

Yasemin odetchnęła z ulgą.

Minęła minuta.

Potem druga.

I kolejna.

Telefon jednak milczał.

Lekarka zmarszczyła brwi, coraz bardziej spięta. W końcu sama wybrała numer Selen.

Automatyczna sekretarka poinformowała ją chłodnym głosem, że telefon jest wyłączony.

Yasemin powoli opuściła komórkę.

— A więc jednak… — wyszeptała do siebie.

Wstała od biurka i podeszła do okna.

— To znaczy, że ona też jest w to zamieszana. Inaczej dlaczego miałaby nagle wyłączyć telefon?

Jej spojrzenie stwardniało.

— Beyza… posunęłaś się aż tak daleko? Przekupiłaś nawet moją pielęgniarkę?

Gniew mieszał się w niej z niedowierzaniem.

— Gdybyśmy nie powtórzyli badań… oszukałabyś nas wszystkich.

W gabinecie zapadła ciężka cisza. Właśnie wtedy rozległo się ciche pukanie do drzwi.

Yasemin szybko ukryła dokumenty w teczce.

— Proszę.

Do środka weszła Hancer. Była blada i wyraźnie zmęczona. Zamknęła za sobą drzwi i usiadła naprzeciwko Yasemin, splatając dłonie na kolanach.

Lekarka od razu zauważyła smutek w jej oczach.

— Co się stało? — zapytała łagodnie. — Rozmawiałaś z Cihanem? Udało wam się dojść do porozumienia?

Hancer spuściła wzrok i ciężko westchnęła.

— Nie… On nie chce mnie zrozumieć.

Na chwilę zamilkła, jakby samo wypowiadanie tych słów sprawiało jej ból.

— Siostro Yasemin… ja odchodzę od niego właśnie dlatego, że go kocham. Chcę, żeby to dziecko miało prawdziwą rodzinę. Żeby dorastało przy matce i ojcu. Żeby wiedziało, że jego tata każdego wieczoru wróci do domu… że nie będzie żyło w nieszczęściu i chaosie.

Yasemin patrzyła na nią ze współczuciem.

— Hancer… próbujesz być dobra bardziej, niż to konieczne. Do tego stopnia, że całkowicie zapominasz o sobie.

Hancer uśmiechnęła się blado.

— Może.

— Twoje życie rozsypało się w jednej chwili — mówiła dalej Yasemin spokojnym głosem. — Cihan też cierpi. On również potrzebuje czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje. Nie wywieraj na nim aż takiej presji.

Hancer gwałtownie pokręciła głową.

— Nie mamy czasu.

W jej głosie pojawiła się desperacja.

— Beyza jest w zaawansowanej ciąży. Niedługo urodzi. Jak to dziecko ma przyjść na świat bez rodziny? Musimy jak najszybciej się rozwieść, żeby Cihan mógł poślubić matkę swojego dziecka.

Yasemin poczuła bolesny ucisk w piersi.

Patrzyła na kobietę siedzącą naprzeciwko niej i wiedziała, że Hancer jest gotowa poświęcić własne szczęście dla kłamstwa, którego jeszcze nie znała.

Ale nadal nie miała stuprocentowej pewności.

Jeszcze nie.

Dlatego zmusiła się do spokoju.

— Zrobiłaś już wszystko, co mogłaś — powiedziała cicho. — Reszta należy do Cihana. Teraz pozwól mu samemu zdecydować, co chce zrobić.

Hancer skinęła głową, choć w jej oczach nadal było więcej bólu niż nadziei.

Nie miała pojęcia, że Yasemin jest już o krok od odkrycia prawdy.

Prawdy, która mogła zburzyć cały świat Beyzy… i całkowicie odmienić los Hancer oraz Cihana.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 100.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy