„Panna młoda” Odc. 195 — streszczenie
Derya z pełnym skupieniem pochylała się nad lalką w fioletowej sukience. W jednej ręce trzymała nożyczki, w drugiej pasmo sztucznych, rudawych włosów. Co chwilę zerkała na telefon, na którym odtwarzany był film instruktażowy, po czym z miną profesjonalistki wracała do pracy.
Siedzący obok Emir patrzył na nią z coraz większym niepokojem. Nie rozumiał, dlaczego jego matka z takim przejęciem obcina włosy lalce, i najwyraźniej zaczynał się zastanawiać, czy naprawdę nie straciła już resztek rozsądku.

Nagle drzwi się otworzyły. Do domu wszedł Cemil. Odwiesił kurtkę na wieszak, zrobił kilka kroków i zatrzymał się jak wryty. Był przyzwyczajony do różnych pomysłów swojej żony, ale widok Deryi w niebieskim swetrze, z nożyczkami w dłoni i lalką ustawioną na stole jak klientką w salonie fryzjerskim, przerósł wszystko, co do tej pory widział.
— Derya? — odezwał się ostrożnie.
Kobieta drgnęła i niemal wypuściła nożyczki z ręki.
— Na Boga, Cemilu! Przestraszyłeś mnie!
— Czy ty do reszty postradałaś rozum? — zapytał, wpatrując się w lalkę. — Co ty robisz? I skąd wzięłaś tę zabawkę?
— Pożyczyłam ją od córki Hatice — odparła z niewzruszoną powagą. — Oglądam filmy o strzyżeniu i ćwiczę. To prawie jak kurs fryzjerstwa.
Cemil przymknął oczy i westchnął ciężko.
— Boże, zachowaj mi rozum…
Derya nie zamierzała jednak rezygnować. Odłożyła nożyczki na chwilę, wyprostowała się i spojrzała na męża z błyskiem w oczach.
— Postanowiłam, Cemilu. Zostanę fryzjerką.
— Słucham?
— Weźmiemy kredyt, dobrze? Na rogu jest salon fryzjerski. Właścicielka chce go sprzedać. Nie mogę pozwolić, żeby taka okazja przeszła mi koło nosa. Czuję, że ten salon jest mi pisany. Proszę cię, kupmy go.
Jej głos stał się słodki i przymilny, ale Cemil nie dał się zwieść.
— Deryo, opamiętaj się, na litość boską. Po co ci salon? Jak mamy spłacić tak dużą pożyczkę, skoro ledwo wiążemy koniec z końcem? Poza tym co ty w ogóle wiesz o fryzjerstwie?
— A co w tym trudnego? — prychnęła. — Ty malujesz ściany, ja będę malowała włosy. Będę oglądać filmy od rana do wieczora i wszystkiego się nauczę. Już teraz sporo potrafię. Zresztą, po co mam opowiadać? Zaraz sam zobaczysz.
Odsunęła krzesło od stołu i postawiła je na środku pokoju.
— Siadaj. Będziesz moim pierwszym klientem.
— Nie, Deryo, ja tylko…
Nie zdążył dokończyć. Kobieta podeszła do niego z energią, której nie dało się zatrzymać, chwyciła go za ramię i posadziła na krześle. Po chwili narzuciła mu na ramiona kolorową chustę, zupełnie jak w prawdziwym salonie. Cemil siedział sztywno, z oczami szeroko otwartymi, podczas gdy Emir przyglądał się całej scenie z mieszaniną strachu i zażenowania.
Derya chwyciła grzebień i nożyczki z taką pewnością siebie, jakby przez całe życie zajmowała się strzyżeniem.
— Derya — odezwał się Cemil drżącym głosem — ja codziennie wychodzę między ludzi. Może jednak byłoby lepiej, gdybyś nie obcinała mi włosów…
— Czy pozwoliłabym, żeby ktoś wyszedł ode mnie niezadowolony? — oburzyła się. — Nie ufasz mi?
— Ufam, oczywiście, że ufam. Tylko nie chciałbym mieć na głowie czegoś… zbyt ekstrawaganckiego. Wiesz co? Zróbmy inaczej. Nie obcinaj mi włosów. Po prostu mnie ogól.
Derya zmarszczyła brwi.
— Cemilu, od kiedy fryzjerka z damskiego salonu goli brody?
— Od dzisiaj? — zaproponował niepewnie.
Przez chwilę mierzyła go wzrokiem, po czym machnęła ręką.
— Dobrze. Specjalnie dla ciebie zrobię wyjątek.
Sięgnęła po piankę do golenia i z przesadną dokładnością pokryła nią brodę, wąsy i policzki męża. Biała piana zasłoniła niemal całą jego twarz. Cemil siedział nieruchomo, spięty jak skazaniec czekający na wyrok.
Derya wzięła brzytwę. Nachyliła się nad nim z miną pełną koncentracji.
— Tylko się nie ruszaj.
Przy pierwszym ruchu ostrze boleśnie przecięło skórę. Na policzku Cemila natychmiast pojawiła się cienka smuga krwi, jaskrawo odcinająca się od białej piany.


Mężczyzna zawył z bólu i zerwał się z krzesła.
— Co ty zrobiłaś, Deryo?!
— Sam mnie do tego zmusiłeś! — odparła, jakby to on był winien całej katastrofie. — Przecież mówiłam, że nie zajmuję się brodami. Ale z farbowaniem włosów pójdzie mi świetnie. Oglądałam mnóstwo filmów. Siadaj, zaraz cię pofarbuję.
— Co takiego?!
— Na żółto — oznajmiła z zapałem. — Specjalnie dla ciebie.
— Na jakie żółto?! — Cemil cofnął się gwałtownie. — Ty naprawdę postradałaś zmysły!
Nie zważając na piankę, rozcięty policzek i kolorową chustę na ramionach, rzucił się do drzwi. Derya próbowała go zatrzymać, ale było już za późno. Cemil wybiegł z domu, a za nim zostało tylko jego oburzone wołanie i przerażona mina Emira, który najwyraźniej uznał, że kariera fryzjerska matki zaczęła się najgorzej, jak tylko mogła.
***
Cihan rozmawiał z Enginem w swoim przestronnym gabinecie. Siedział za masywnym biurkiem, w ciemnym garniturze, z twarzą napiętą i skupioną. Naprzeciwko niego, w czarnym fotelu, rozsiadł się Engin. Jasny garnitur prawnika kontrastował z chłodnym, nowoczesnym wnętrzem biura, ale między mężczyznami i tak najcięższa była cisza, która zapadła po jego słowach.
— Co masz na myśli, mówiąc, że ich związek jest inny? — zapytał Cihan, nagle wyraźnie zaintrygowany.
Engin oparł się wygodniej i przez chwilę przyglądał mu się uważnie.
— Nie jestem niczego pewien. To tylko moje spostrzeżenie. Mam wrażenie, jakby oni wcale nie byli prawdziwym małżeństwem. Raczej jakby chronili siebie nawzajem.
Cihan zmarszczył brwi.
— Co to znaczy? Chcesz powiedzieć, że nie są mężem i żoną? Że żyją jak przyjaciele?
— Właśnie próbuję ci to wytłumaczyć, Cihanie. Relacja Meliha i Hancer nie przypomina tej, którą ty miałeś z nią. Między nimi nie ma żadnych iskier.
Cihan poruszył się niespokojnie.
— Ale… będą mieli dziecko.
— I co z tego? — Engin uniósł brwi. — Ty też masz dziecko z Beyzą, a obaj dobrze wiemy, jak wygląda wasze małżeństwo.
Cihan zacisnął usta, ale nic nie odpowiedział.
— Melih wcale nie jest zazdrosny o Hancer — ciągnął Engin spokojnie. — Jakby znał twoje miejsce w jej sercu. Jakby wiedział, że między nimi nigdy nie pojawi się to, co było między wami. Że nigdy nie będzie dla niej kimś takim jak ty.
Słowa prawnika trafiły w Cihana mocniej, niż chciałby przyznać. Jego spojrzenie stwardniało, ale nie przerwał.
— Pomyśl sam — mówił dalej Engin. — Dlaczego inaczej pozwoliłby, żeby Hancer całymi dniami siedziała z tobą w jednym gabinecie, naprzeciwko ciebie? Obserwowałem go podczas kolacji. Ani razu nie wyciągnął do niej ręki w ten sposób, w jaki robi to zakochany mężczyzna. Położył jej jedzenie na talerzu, żeby spróbowała. Tylko tyle. Gdyby naprawdę był jej mężem w pełnym znaczeniu tego słowa, czy nie podałby jej go do ust? Czy nie szukałby bliskości? Czy tak zachowują się ludzie, którzy nie potrafią oderwać od siebie wzroku?
Cihan spuścił spojrzenie na blat biurka. Przez moment wydawał się pogrążony w myślach, lecz zaraz jego twarz znów stwardniała.
— Bo jego nie interesuje Hancer — powiedział chłodno. — Interesują go tylko jej pieniądze. Zresztą, to nie ma znaczenia. Nie obchodzi mnie, co ich łączy. Najważniejsze, że wreszcie się wyprowadzają.
Engin spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Naprawdę wciąż chcesz tak to widzieć?
Cihan zignorował pytanie.
— Idź do niej i jak najszybciej załatw sprawy związane z przekazaniem domu fundacji.
Engin pokręcił głową, jakby po raz kolejny przekonał się, że Cihan widzi tylko to, co chce zobaczyć.
— Nic nie wiesz, bracie.
Cihan podniósł na niego wzrok.
— Co to ma znaczyć?
— Hancer przekazała mi wszystkie dokumenty jeszcze przed wieczorem charytatywnym.
Cihan zamarł. Na jego twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie.
— Jak to?
— Nie zrobiła tego dlatego, że wywierałeś na nią presję. Wycofała się sama. Już wcześniej podjęła decyzję, że odda dom fundacji. Procedury zakończę najpóźniej jutro. Możesz być spokojny.
Engin wstał z fotela. Nie dodał nic więcej. Ruszył do wyjścia, zostawiając Cihana samego z informacją, która podważała wszystko, w co ten tak uparcie chciał wierzyć.
Gdy drzwi gabinetu zamknęły się za prawnikiem, Cihan ciężko westchnął. Oparł się o fotel i utkwił wzrok w pustym miejscu przed sobą. Po raz kolejny okazało się, że Hancer nie była taka, jaką próbował ją sobie wmówić.
***
Hancer pakowała rzeczy w starym domu. W salonie panowała cisza, którą przerywał jedynie szelest ubrań, przesuwanych pudeł i ciche stuknięcia zamków walizki. Na kanapie leżał otwarty bagaż, obok stały kartony oklejone taśmą. Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, a jednak każdy przedmiot, który brała do rąk, ciążył jej bardziej niż poprzedni.
Wyprowadzka z tego miejsca rozrywała jej serce. To tutaj zaczęła się jej miłość do Cihana. To tutaj po raz pierwszy uwierzyła, że może zbudować nowe życie. I to tutaj narodziło się życie, które teraz nosiła pod sercem.
Przez chwilę stała nieruchomo przy kanapie, jakby nie miała siły zrobić kolejnego kroku. Potem usiadła powoli, opuściła wzrok i zacisnęła palce na pęku kluczy. Były zimne, ciężkie, boleśnie znajome. Te same klucze, które kiedyś wręczył jej Cihan. Klucze do domu, który miał być ich wspólnym miejscem na ziemi, a stał się świadkiem ich rozstania.
Hancer przesunęła po nich kciukiem, a oczy zaszły jej łzami. W końcu odłożyła klucze obok siebie, sięgnęła po notatnik i otworzyła go na czystej stronie. Przez kilka sekund patrzyła na pustą kartkę, jakby szukała słów, które mogłyby unieść cały ciężar jej bólu. Dopiero potem chwyciła długopis i zaczęła pisać:
Już niedługo pożegnam się z tym miejscem. Tak długo opierałam się przed wyjazdem, bo nie chciałam rozdzielić cię z twoim tatą. Nie chciałam, żebyś dorastała z dala od niego, moja mała fasolko. Ale nie udało mi się. Twój tata nie pozostawił mi wyboru.
Mam nadzieję, że pewnego dnia będę mogła ci wszystko wyjaśnić. Że zrozumiesz, dlaczego musiałam odejść. I że wybaczysz swojej mamie.
Dłoń Hancer zadrżała. Odłożyła długopis, zamknęła oczy i objęła obiema rękami zaokrąglony brzuch. Jakby w ten sposób chciała ochronić dziecko przed całym bólem, którego sama nie potrafiła już udźwignąć.
Po jej policzku spłynęła łza.
— Nie będę mogła zostawić ci pamiątki po twoim ojcu — wyszeptała łamiącym się głosem. — Ale przynajmniej dotrzymam obietnicy, którą złożyłam Yasemin.
Przycisnęła dłonie mocniej do brzucha i przez dłuższą chwilę siedziała bez ruchu, pośród walizek, kartonów i wspomnień, z którymi musiała się pożegnać, choć wcale nie była na to gotowa.


***
W starym domu rozległ się dzwonek do drzwi. Hancer drgnęła i uniosła głowę znad pakowanych rzeczy. Nie spodziewała się nikogo. Melih był w pracy, a ona z nikim się nie umawiała. Przez chwilę nasłuchiwała, jakby miała nadzieję, że to tylko złudzenie, po czym zeszła na dół i otworzyła drzwi.
Na progu stał Cihan.
— Cihanie? — Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. — Co ty tutaj robisz?
— Muszę wejść na górę — odparł chłodno. — Nie martw się, to nie potrwa długo.
Nie czekając na jej zgodę, przekroczył próg i ruszył w głąb domu.
— Cihanie, dokąd idziesz? — Hancer poszła za nim. — Zatrzymaj się!
Nie zwolnił nawet na moment. Wszedł po schodach do salonu na piętrze, podszedł prosto do okna i otworzył je szeroko. Do środka wpadło chłodne powietrze, poruszając firanką. Cihan wyjął nożyk i bez wahania przeciął sznurki, na których wisiał baner z napisem: „WŁASNOŚĆ FUNDACJI”.
Materiał osunął się po elewacji i spadł na ziemię.


Hancer patrzyła na niego z niedowierzaniem. Cihan zamknął okno, odwrócił się i spojrzał na nią twardo.
— Nie pozwolę ci nigdzie odejść.
— To nie ty decydujesz, co zrobię — odpowiedziała ostro. — I nie oddałam tego domu dlatego, że na mnie naciskałeś. Podjęłam tę decyzję wcześniej.
— W takim razie powiem wprost. Fundacja nie potrzebuje już tej darowizny. Nie rób z siebie prezeski gotowej do wielkich poświęceń, która uratowała wszystkich własnym kosztem. Ty i twój mąż odmówiliście przyjęcia pieniędzy, ale nie martw się. Zostały legalnie przekazane na konto fundacji. Zatrzymałem też procedurę przeniesienia własności domu.
— Jakim prawem to zrobiłeś? — zapytała Hancer, coraz bardziej wzburzona. — Czy ktoś prosił cię o pomoc?
— Nie zrobiłem tego, żeby ci pomóc. Zrobiłem to, żeby cię obnażyć.
— Wtargnąłeś do mojego domu, odciąłeś baner i opowiadasz jakieś brednie. Naprawdę nie rozumiem, co próbujesz osiągnąć.
— W takim razie wyjaśnię ci jeszcze jaśniej. Ty i Melih coś planujecie. Nie wiem jeszcze co, ale dowiem się. Choćby był największym bezwstydnikiem, żaden mężczyzna nie pozwoliłby swojej żonie spędzać całych dni obok byłego męża, gdyby naprawdę ją kochał. Położyłem przed nim walizkę pieniędzy, a on ją odrzucił. Musi się za tym kryć jakiś plan. Jakaś kalkulacja.
— O jakiej kalkulacji ty mówisz, na Boga?
— Wkrótce wszystkiego się dowiem. O ile wcześniej nie uciekniecie.
Hancer patrzyła na niego z rosnącym niedowierzaniem. Z każdym dniem Cihan przekraczał kolejne granice bezczelności i tyranii, a teraz stał przed nią tak pewny siebie, jakby nadal miał prawo decydować o jej życiu.
— To twoja nowa taktyka? — zapytała. — Najpierw zastraszanie, potem podejrzenia? Ja i Melih podjęliśmy decyzję. Odchodzimy stąd.
— Bo was do tego zmusiłem — odparł natychmiast. — Gdybym tego nie zrobił, nadal byście tu zostali. Ale zmieniłem zdanie. Nie musicie niszczyć sobie życia z mojego powodu. Możecie mieszkać tutaj dalej. Dom jest wasz.
— Co ty robisz, Cihanie? — Hancer pokręciła głową. — Naprawdę cię nie rozumiem.
— Wasze małżeństwo zaczęło mnie interesować — powiedział, mierząc ją uważnym spojrzeniem. — Zbyt dobrze się zgadzacie. Nawet w sprawach, w których zwykłe małżeństwo dawno by się rozpadło.
— Dość! — przerwała mu. — Nie będę słuchała tych bzdur. Wynoś się z mojego domu.
Cihan spojrzał jej prosto w oczy.
— Odkryję prawdę, jeśli zostaniecie. A jeśli uciekniecie, dowiem się jeszcze szybciej.
Minął ją bez słowa, zszedł po schodach i opuścił stary dom. Hancer została na piętrze, pośród kartonów, walizki i poruszanej wiatrem firanki. Przez chwilę stała nieruchomo, próbując uspokoić oddech.
Determinacja Cihana, by za wszelką cenę odkryć prawdę o jej małżeństwie z Melihem, wcale jej się nie podobała. Wręcz przeciwnie — po raz pierwszy poczuła, że ich sekret może być zagrożony bardziej niż kiedykolwiek.
***
Rezydencja. Cihan wszedł do salonu, wciąż mając w sobie chłodną determinację po rozmowie z Hancer. W eleganckim wnętrzu panował spokój, który natychmiast zderzył się z napięciem widocznym na jego twarzy. Mukadder siedziała na kanapie obok Sinem, a nieco dalej stała Gulsum, czujna i gotowa do usług.
Mukadder uniosła głowę i spojrzała na syna z wyraźnym zadowoleniem.
— Masz złote ręce, synu — powiedziała z dumą. — W końcu wygnałeś tych bezwstydników z naszego podwórka. Kiedy odchodzą?
Cihan zatrzymał się na środku salonu. Nie usiadł. Nawet nie zdjął płaszcza. Jego twarz pozostała nieprzenikniona.
— Nie wiem — odparł spokojnie. — Powiedziałem Hancer, że mogą zostać.
Mukadder zamarła. Przez chwilę patrzyła na niego tak, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Sinem również uniosła wzrok i wymieniła z nią zdumione spojrzenie. Nawet Gulsum poruszyła się niespokojnie, czując, że atmosfera w salonie nagle zgęstniała.
— Co to znaczy, synu? — Mukadder podniosła się powoli z kanapy. — Co ty mówisz?
— Wyraziłem się jasno, mamo. Mogą zostać, jeśli chcą.
Mukadder rozłożyła ręce, kompletnie nie rozumiejąc nagłej zmiany decyzji.
— Synu, czy to nie ty mówiłeś, że musimy ich stąd wypędzić? Czy to nie ty chciałeś, żeby zniknęli nam z oczu? Skąd teraz ta zmiana?
Cihan spojrzał na nią bez cienia wahania.
— Wtedy działało to na moją korzyść. Teraz korzystniejsze jest dla mnie, żeby zostali. Czy teraz rozumiesz?
Mukadder zamilkła. Nie znalazła odpowiedzi, która mogłaby zatrzymać syna albo zmusić go do wyjaśnień. Sinem obserwowała go uważnie, próbując odgadnąć, co naprawdę kryło się za tą decyzją.
Cihan nie dodał już ani słowa. Odwrócił się na pięcie i opuścił salon, zostawiając za oszołomionych domowników.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 144.Bölüm i Gelin 145.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.







