Panna młoda odc. 155: Hancer bierze dziecko Beyzy na ręce! Składa przysięgę!

Hancer trzyma na rękach niemowlę owinięte w kocyk. Przed nią stoi Beyza, a tuż za nią Derya ze skrzyżowanymi rękami.

„Panna młoda” Odc. 155 – streszczenie

Melih i Hancer usiedli na drewnianej ławce stojącej przy boisku do koszykówki. Nad alejką wisiała ciężka, szara cisza, a chłodne powietrze pachniało wilgotną ziemią i igliwiem. W oddali kołysały się gałęzie drzew, lecz między nimi panował dziwny spokój — zupełnie odwrotny do chaosu, który szarpał ich myślami.

Melih odkręcił butelkę wody i podał ją Hancer.

— Napij się — powiedział łagodnie. — Wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć.

Hancer wzięła kilka łyków, próbując uspokoić drżący oddech.

— Pan Cihan był o krok od odkrycia prawdy — odezwał się Melih po chwili. — Prawie dowiedział się, że będzie miał jeszcze jedno dziecko.

Hancer zacisnęła dłonie na butelce.

— Tak bardzo się bałam, że nie zdążę… — wyszeptała. — Dotarłam dokładnie w chwili, kiedy miał otworzyć paczkę z kołyską. Jeszcze sekunda i wszystko wyszłoby na jaw.

Opuściła wzrok.

— Dobrze, że niczego nie zobaczył. Ale Beyza nas przyłapała. Usłyszała wszystko. Powiedziała Cihanowi, że nigdy więcej nie zobaczy swojego syna… a potem po prostu odeszła.

Na moment zamilkła, jakby wciąż widziała przed oczami tamtą scenę.

— Cihan był kompletnie zdruzgotany — dodała ciszej. — Stał tam bez słowa, jak człowiek, któremu ktoś właśnie odebrał grunt pod nogami.

Ciężko westchnęła i odchyliła głowę do tyłu.

— Im bardziej próbuję zrobić coś dobrego… upewnić się, że to dziecko nie będzie dorastało bez ojca… tym bardziej wszystko się komplikuje. Jakby każdy mój krok prowadził do kolejnej katastrofy.

Melih spojrzał na nią uważnie.

— Dlaczego obwiniasz siebie? — zapytał spokojnie. — Gdyby pan Cihan nie podążał za tobą i nie rozdrapywał przeszłości, nic z tego by się nie wydarzyło.

Hancer pokręciła głową.

— Właśnie dlatego muszę odejść. Dopóki jestem obok niego, Cihan zawsze będzie rozdarty między mną a Beyzą. Nigdy nie zazna spokoju.

Melih przez chwilę milczał, jakby ważył każde słowo.

— Nie gniewaj się, ale czegoś naprawdę nie potrafię pojąć — odezwał się w końcu. — Według ciebie dziecko Beyzy zasługuje na ojca… ale twoje już nie?

Hancer drgnęła.

— Melihu…

— Nie, wysłuchaj mnie — przerwał jej łagodnie, ale stanowczo. — Dlaczego jedno dziecko ma prawo dorastać przy ojcu, a drugie musi zostać go pozbawione jeszcze przed narodzinami? Czy twoje dziecko nie zasługuje na to samo?

W oczach Hancer pojawił się ból.

— Jeśli Cihan dowie się, że jestem w ciąży, zostawi Beyzę — powiedziała cicho. — A wtedy Beyza znienawidzi mnie jeszcze bardziej. Nie tylko ona… jej dziecko także.

Objęła się ramionami, jakby nagle zrobiło jej się zimno.

— Pewnego dnia ten chłopiec dorósłby ze świadomością, że jego ojciec odszedł przez mnie. Przez moje dziecko. Nie chcę, żeby między nimi od początku była nienawiść. Nie mogę skazać swojego syna albo córki na życie pełne gniewu i pogardy.

Melih patrzył na nią z niedowierzaniem.

— A nie myślisz, że jesteś okrutna wobec samej siebie? — zapytał cicho. — I wobec własnego dziecka? Poświęcasz wszystko. Swoje szczęście, swoją miłość… nawet prawo do bycia rodziną.

Hancer uśmiechnęła się blado, lecz w jej oczach zebrały się łzy.

— Wiem — odpowiedziała prawie szeptem. — Ale chyba taki jest mój los.

Po tych słowach między nimi znów zapadła cisza. Tylko wiatr przesuwał suche liście po pustym boisku, jakby świat wokół nich również nie potrafił znaleźć ukojenia.

***

Mukadder leżała nieruchomo na szerokim łóżku, wpatrując się pustym wzrokiem w sufit. Jej dłonie drżały lekko na zielonej narzucie, a z oczu powoli spływały łzy. W ciężkiej ciszy słychać było jedynie jej przytłumiony szloch.

Nagle drzwi do sypialni otworzyły się z hukiem.

Do środka wszedł Cihan. Nie czekał na zaproszenie. Jego twarz była napięta, a oczy zaczerwienione od gniewu i bezsilności.

— Czego ode mnie chcesz, mamo? — zapytał ostrym głosem, zatrzymując się przy łóżku. — Powiedz mi… czego jeszcze ode mnie oczekujesz?

Mukadder uniosła na niego wzrok, ale nie odpowiedziała.

Cihan zaśmiał się gorzko.

— Przez całe lata niszczyłaś moje życie, bo marzyłaś o wnuku — ciągnął z bólem. — Zrobiłaś wszystko, żeby zmusić mnie do odejścia od Hancer i powrotu do Beyzy. Manipulowałaś mną, naciskałaś, nie pozwalałaś mi oddychać.

Podszedł bliżej.

— I proszę… stało się dokładnie to, czego chciałaś. Mam syna. Ale ty… nawet na niego nie spojrzałaś.

Mukadder odwróciła twarz.

— Nie zadzwoniłaś ani razu, odkąd się urodził — powiedział coraz ciszej, ale jeszcze boleśniej. — Mukadder Develioglu, którą znam, rzuciłaby się pod samochód, żeby zatrzymać własnego wnuka. A ty pozwoliłaś im odjechać bez słowa.

Kobieta zacisnęła dłonie na kołdrze.

— Nie zatrzymałam ich tylko dlatego, żebyś nie pobił się z wujkiem — wyjaśniła drżącym głosem.

Cihan pokręcił głową.

— Nie. To nie o to chodzi. Odwróciłaś się od tego dziecka. Jesteś na niego zła. Dlaczego?

Spojrzał matce prosto w oczy.

— Czy to dziecko nie jest częścią mnie? Czy coś przede mną ukrywasz?

Mukadder zamarła.

Jej usta poruszyły się lekko, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Wyglądała tak, jakby walczyła sama ze sobą.

Cihan zrobił kolejny krok.

— Nawet nie spojrzałaś na swojego wymarzonego wnuka — powiedział z niedowierzaniem. — Dlaczego, mamo? Powiedz mi prawdę.

Mukadder nagle podniosła głowę.

— Bo to nie jest mój wnuk! — wyrzuciła z siebie rozpaczliwie. — To nie jest twoje dziecko!

Cihan zamarł.

Świat wokół niego jakby nagle ucichł.

Mukadder poderwała się z łóżka i stanęła naprzeciw syna. W jej oczach mieszały się strach, wstyd i rozpacz.

— Wciągnęli nas w swoją grę — mówiła drżącym głosem. — Beyza cię oszukała. To dziecko nie jest twoje. A ja… ja pozwoliłam na ten grzech. Zmusili mnie do milczenia.

Łzy spłynęły jej po policzkach.

— Sumienie zjada mnie od środka. Każdego dnia. Nie mogę już tego dłużej ukrywać. Nie dam rady patrzeć, jak przytulasz obce dziecko, wierząc, że to twój syn…

Chwyciła go desperacko za rękę.

— Wybacz mi, synu. Błagam cię… wybacz mi…

Cihan wyrwał dłoń z jej uścisku, jakby dotknął ognia.

— Zrujnowałaś mi życie! — krzyknął jej prosto w twarz. — Zniszczyłaś wszystko! Odebrałaś mi Hancer!

Jego głos załamał się od bólu.

— Nie jesteś już moją matką.

Odwrócił się gwałtownie i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Mukadder osunęła się bezwładnie na łóżko i wybuchła rozpaczliwym szlochem.

***

Nagle…

Obraz się urwał.

Mukadder wciąż siedziała nieruchomo na łóżku, a Cihan nadal stał przed nią, czekając na odpowiedź.

Nic z tego się nie wydarzyło.

To wyznanie istniało jedynie w jej wyobraźni — w najczarniejszym scenariuszu, którego panicznie się bała.

— Odpowiedz mi, matko! — nalegał Cihan, nieświadomy burzy, która właśnie przeszła przez jej myśli. — Nie mogłem zatrzymać kobiety, którą kocham. Nie mogłem za nią pobiec. Wszystko przez twoje chore pragnienie posiadania wnuka!

Mukadder zamknęła oczy.

— Czy nigdy cię nie uszczęśliwiłem? — zapytał z bólem. — Czy naprawdę tak mało dla ciebie znaczyłem?

Kobieta przełknęła ciężko ślinę.

— Popełniłam błąd… — wydusiła w końcu. — Wiem o tym. Myślałam, że kiedy dziecko się urodzi, wszystko się ułoży. Że wszyscy będą szczęśliwi.

Cihan uśmiechnął się gorzko.

— Wygląda na to, że nawet Mukadder Develioglu potrafi się pomylić. Szkoda tylko, że zrozumiała to dopiero teraz. Za późno.

Odwrócił się i wyszedł z pokoju.

Mukadder bezsilnie oparła głowę o wezgłowie łóżka. Zacisnęła powieki, ale nie potrafiła zatrzymać łzy, która powoli spłynęła po jej policzku.

Konflikt w sypialni. Cihan pochyla się nad siedzącą na łóżku matką. Nerwowo gestykuluje.

***

Sinem siedziała samotnie na drewnianej ławce, wpatrzona gdzieś w dal. Chłodny wiatr poruszał delikatnie końcami jej oliwkowej chusty, a ona, opierając brodę na dłoni, co chwilę zerkała na ścieżkę prowadzącą do parku. Na kolanach trzymała małą czarną torebkę, którą nerwowo obracała w palcach.

Czekała.

Kiedy wreszcie zobaczyła zbliżającego się Meliha, jej twarz natychmiast się rozjaśniła. Mężczyzna niemal biegł w jej stronę, wyraźnie zdyszany.

— Przepraszam za spóźnienie — powiedział, próbując złapać oddech.

Sinem pokręciła głową i uśmiechnęła się łagodnie.

— Nieważne. Najważniejsze, że przyszedłeś.

Melih usiadł obok niej i przez chwilę po prostu patrzył jej w oczy, jakby sam jej widok wystarczał, by uspokoić cały chaos świata.

— Kiedy cię widzę, wszystkie moje problemy nagle przestają istnieć — powiedział cicho. — Uwierz mi, jeszcze trochę… i nie będziemy musieli się już ukrywać. Będziemy razem. W naszym własnym domu.

Na twarzy Sinem pojawił się nieśmiały uśmiech.

Melih sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął niewielkie czerwone pudełeczko. Obrócił je przez moment w dłoniach, jakby sam walczył z własnym zdenerwowaniem.

— Chciałem poczekać z tym do ślubu — przyznał. — Ale nie potrafię już dłużej.

Otworzył pudełko.

W środku, na czarnym aksamicie, spoczywał delikatny złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie kwiatu. Wisiorek przypominał pięciopłatkową lilię albo gwiazdę rozkwitającą światłem. Każdy płatek wysadzany był drobnymi, lśniącymi kamieniami, które odbijały promienie zachodzącego słońca tysiącem srebrzystych refleksów. Pośrodku kwiatu błyszczał większy kamień, subtelny, ale przyciągający wzrok swoją czystością. Całość wyglądała elegancko i niezwykle delikatnie — jak coś stworzonego specjalnie dla niej.

Sinem wstrzymała oddech.

— Melih… — wyszeptała wzruszona.

Ostrożnie wyjęła naszyjnik z pudełka, jakby bała się, że może go uszkodzić.

— Jest przepiękny. Naprawdę dla mnie?

— Dla kogo innego miałby być? — uśmiechnął się ciepło.

W oczach Sinem pojawił się blask.

— Założysz mi go?

— Oczywiście.

Kobieta odwróciła się do niego plecami i uniosła lekko włosy spod chusty. Melih drżącymi palcami zapiął delikatny łańcuszek na jej szyi. Kiedy zawieszka opadła na materiał jasnej bluzki, wyglądała tak, jakby zawsze tam należała.

Melih przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.

— Bardzo ci pasuje — powiedział miękko.

Sinem dotknęła opuszkami palców wisiorka i uśmiechnęła się nieśmiało.

— Jest naprawdę piękny… Ale nie musiałeś tego robić.

— Musiałem. Zasługujesz na wszystko, co najpiękniejsze.

Dziewczyna spuściła wzrok, wyraźnie zawstydzona jego słowami. Jednak po chwili jej twarz spoważniała.

— Czekałam, aż sam o tym wspomnisz, ale ciągle milczysz — powiedziała ostrożnie. — Rozmawiałeś już z mamą? Mam nadzieję, że się przez nas nie pokłóciliście.

Uśmiech zniknął z twarzy Meliha.

— Coś mi wypadło i nie mogłem pojechać — odpowiedział wymijająco. — Ale pojadę dziś albo jutro.

Sinem spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Za kilka dni bierzemy ślub. Co zamierzasz zrobić? Powiedzieć im o wszystkim w dniu ceremonii?

Mężczyzna westchnął ciężko.

— Powiedziałem ci przecież, że miałem ważne sprawy. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo się denerwujesz.

— Bo to nasza przyszłość! — wyrwało się Sinem. — Nadal nie mamy domu. Kupiłam już tyle rzeczy, ale nie mam nawet gdzie ich trzymać. Wszystko stoi poupychane po kątach.

Spojrzała na niego uważnie.

— Co było aż tak ważne? Powiedz mi. Naprawdę chcę wiedzieć. Miałeś rozmowę o pracę?

Słowa zawisły między nimi jak ciężar.

Melih natychmiast zacisnął szczęki i odwrócił wzrok.

Sinem od razu zrozumiała, że posunęła się za daleko. Wiedziała, że temat pracy jest dla niego bardzo wrażliwy.

— Melihu… — odezwała się ciszej. — Przepraszam. Naprawdę nie chciałam tego powiedzieć w ten sposób. Wiesz przecież, że cię nie oceniam. Po prostu… stresuję się tym wszystkim. Ślubem, przyszłością…

Wyciągnęła rękę w jego stronę.

— Proszę, nie gniewaj się.

Melih milczał przez chwilę.

— W porządku — odpowiedział w końcu, ale jego głos był chłodniejszy niż wcześniej. — To nie ma znaczenia.

Wstał gwałtownie z ławki.

— Porozmawiamy innym razem.

— Melih…

Nie zatrzymał się.

Odszedł szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie.

Sinem została sama na ławce. Dopiero po chwili zauważyła, że obok niej zostało czerwone pudełeczko z naszyjnikiem.

Spojrzała na błyszczący wisiorek, a jej oczy powoli zaszkliły się od łez.

***

W mieszkaniu Nusreta rozległ się nagły, przeciągły dzwonek do drzwi. Beyza, która siedziała dotąd nieruchomo na kanapie, drgnęła lekko. Spojrzała w stronę wejścia i powoli wstała.

Przez krótką chwilę serce zabiło jej szybciej. Wiedziała, kto stoi po drugiej stronie.

Kiedy otworzyła drzwi i zobaczyła Cihana, w jej oczach błysnęła satysfakcja. Przyjechał. Tak szybko, jak przewidywała. Nie mogła jednak pozwolić sobie na okazanie radości. Natychmiast przybrała chłodny wyraz twarzy.

Zmarszczyła brwi i próbowała zamknąć drzwi przed jego nosem, ale Cihan wsunął dłoń między framugę a skrzydło. Jednym zdecydowanym ruchem zatrzymał drzwi i wszedł do środka.

— Jak śmiesz tu przychodzić? — zapytała ostro Beyza, cofając się o krok.

Cihan spojrzał jej prosto w oczy. W jego spojrzeniu nie było czułości. Tylko napięcie i chłód.

— Przyszedłem zobaczyć mojego syna — odpowiedział twardo. — A ty zacznij się przygotowywać. Zabieram cię do domu. To nie jest miejsce dla ciebie ani dla dziecka.

Na schodach rozległy się ciężkie kroki. Nusret powoli schodził na dół, opierając dłoń na poręczy. Jego twarz była surowa i napięta.

— Naprawdę? — odezwał się szorstko. — A gdzie byłeś, kiedy twoja żona rodziła? Wtedy ten dom ci nie przeszkadzał. Ale teraz nagle przestał ci odpowiadać?

Cihan zacisnął szczękę.

— Nie przyszedłem tutaj, żeby się z tobą kłócić. Przyszedłem po mojego syna.

Nusret prychnął pogardliwie.

— Spóźniłeś się. Twoja żona wydzwaniała do ciebie dziesiątki razy, żeby przekazać ci wiadomość o narodzinach dziecka. Ale ty nie raczyłeś odebrać telefonu. Podczas gdy my czekaliśmy tutaj w strachu… ty zamknąłeś się z byłą żoną.

W oczach Cihana pojawił się gniew.

— To nieprawda. I uważaj na słowa, kiedy mówisz o Hancer.

Nusret zaśmiał się gorzko.

— Słyszysz go, Beyzo? — rzucił do córki. — Twój mąż przyszedł tutaj pouczać innych.

Beyza spuściła wzrok, po czym odezwała się cicho, ale z wyraźnym chłodem:

— Dla mnie najważniejszy jest teraz mój syn. Chcę, żeby dorastał w spokojnym domu, otoczony miłością. Dlatego nie będę się z tobą kłócić, Cihanie. Nie mam już siły na awantury.

W tej samej chwili z góry dobiegł donośny płacz niemowlęcia. Beyza odwróciła głowę w stronę schodów.

— Przepraszam — powiedziała spokojnie. — Mój syn mnie potrzebuje.

Minęła Cihana, muskając go ramieniem, i ruszyła na górę.

Cihan odruchowo chciał pójść za nią, ale Nusret zastąpił mu drogę.

— Może Beyza nie chce już nic mówić — odezwał się lodowatym tonem — ale ja mam jeszcze wiele do powiedzenia.

— Zejdź mi z drogi.

— Nie. Najpierw mnie wysłuchasz. Jesteś w moim domu.

Między mężczyznami zawisło ciężkie napięcie.

— Bycie ojcem to nie tylko nazwisko i pieniądze — ciągnął Nusret. — To odpowiedzialność. Obecność. Rodzina. Jeśli naprawdę chcesz być ojcem, zacznij zachowywać się jak mąż kobiety, która urodziła twoje dziecko.

— Nie przyszedłem tu słuchać twoich kazań.

— Ale będziesz słuchał. Dopóki nie zrozumiesz, że nie możesz żyć pomiędzy dwiema kobietami. Kiedy zdecydujesz się stworzyć prawdziwy dom dla Beyzy i dziecka, wtedy możesz przyjechać po swoją rodzinę. Do tego czasu nie przekroczysz więcej progu tego mieszkania.

Cihan zrobił krok do przodu.

— Nie prowokuj mnie! — wycedził przez zęby. — Powiedziałem jasno: przyszedłem po mojego syna. Daj mi akt urodzenia. Zarejestruję dziecko i zabiorę Beyzę do domu.

Nusret spojrzał na niego spokojnie, niemal z satysfakcją.

— Dziecko nie ma aktu urodzenia.

Cihan zmarszczył brwi.

— Co to znaczy?

— Beyza rodziła tutaj. W domu.

— Zwariowałeś?! Dlaczego nie zabraliście jej do szpitala?!

Nusret nagle podniósł głos.

— Gdybyś raczył odebrać telefon, wiedziałbyś dlaczego! Twoja żona omal nie umarła! Nie było czasu na szpital. Ledwo zdążyłem znaleźć położną. Beyza ryzykowała życie, żeby uratować dziecko!

Jego głos zadrżał od emocji.

— Moja córka była o krok od śmierci, a ty przychodzisz tutaj i żądasz wyjaśnień?!

Na górze znów rozległ się płacz niemowlęcia.

Nusret zamknął oczy na moment, jakby był skrajnie wyczerpany.

— Zrób chociaż tyle — powiedział już ciszej. — Przestań nas niepokoić. Wszyscy mamy już dość.

W mieszkaniu zapadła ciężka cisza.

Cihan patrzył na niego jeszcze przez chwilę. Mięśnie jego szczęki drgały nerwowo, ale w końcu odwrócił wzrok.

— Dobrze — rzucił chłodno. — Na razie odchodzę.

Odwrócił się gwałtownie i wyszedł z mieszkania, trzaskając drzwiami tak mocno, że ściany lekko zadrżały.

***

Gdy Cihan wsiadł do samochodu, wnętrze auta wypełniła ciężka, duszna cisza. Oparł dłonie o kierownicę i na moment zamknął oczy, jakby próbował uporządkować chaos, który od rana rozrywał mu głowę.

W tej samej chwili telefon zawibrował.

Spojrzał na ekran. Wiadomość od Hancer. Od tej samej Hancer, która nie miała pojęcia, że tajemniczy właściciel domu to właśnie on.

„Miałam dziś ciężki dzień. Musiałam wyjść wcześniej z powodu problemów rodzinnych. Nie zdążyłam wszystkiego dokończyć, ale nadrobię jutro. Dziękuję za zrozumienie.”

Cihan czytał wiadomość kilka razy. Powoli uniósł wzrok i zapatrzył się gdzieś przed siebie, za szybę samochodu. Miasto rozciągało się w oddali, ale on widział tylko ją. Zmęczoną. Samotną. Wciąż uciekającą przed nim.

Przesunął kciukiem po ekranie, jakby chciał odpisać, ale zatrzymał się w pół ruchu. Co miał jej napisać? Jako właściciel domu czy jako mężczyzna, którego próbowała wyrzucić ze swojego życia?

Opuścił telefon na kolana i ciężko westchnął.

***

Hancer szła powoli wzdłuż drogi biegnącej nad wzgórzem. Chłodny wiatr poruszał ciemnymi pasmami jej włosów, a w oddali błyszczała tafla Bosforu. Jedną dłonią przytrzymywała ramiączko torebki, drugą co chwilę sięgała po telefon.

Spojrzała na ekran po raz kolejny. Nadal brak odpowiedzi.

Zmarszczyła lekko brwi.

— Minęło już tyle czasu… — mruknęła pod nosem. — Zawsze odpisywał od razu.

Niepokój zaczął powoli ściskać jej żołądek.

W myślach dopowiedziała sobie to, czego nie chciała wypowiadać na głos.

Wyszło tak, jakbym uciekła z pracy. Na pewno się zdenerwował. Odkąd powiedziałam, że chcę odejść, stał się chłodniejszy… Oby tylko mnie nie zwolnił. Niech pozwoli mi pracować jeszcze te trzy miesiące. Tylko tyle.

Nagle zatrzymała się gwałtownie.

Kilka metrów przed nią stał Cihan.

Szedł pewnym krokiem, z rękami schowanymi w kieszeniach płaszcza. Wiatr poruszał gałęziami drzew nad jego głową, a za jego plecami rozciągał się widok miasta.

Hancer poczuła, jak serce zaczyna bić szybciej.

Cihan zatrzymał się tuż przed nią. Przez chwilę tylko na siebie patrzyli.

— Dlaczego przyszedłeś? — zapytała cicho, ale w jej głosie pobrzmiewał ból. — Czy to, co dziś przeżyłam przez ciebie, nie było wystarczające?

Cihan spuścił wzrok na moment, jakby naprawdę wstydził się własnych czynów.

— Cokolwiek powiesz… masz rację — odezwał się w końcu. — Postawiłem cię w bardzo trudnej sytuacji. Kiedy powiedziałaś, że odchodzisz… oszalałem. Nie myślałem rozsądnie.

Hancer pokręciła głową z gorzkim uśmiechem.

— Właśnie dlatego wiem już, że podjęłam słuszną decyzję. Muszę odejść jak najszybciej.

Spojrzała mu prosto w oczy.

— Ta miłość rani wszystkich, Cihanie. Najbardziej twoje dziecko. Powinieneś być teraz przy nim, a nie ciągle szukać mnie. Nie rozumiesz, że to musi się skończyć?

Cihan zacisnął szczękę.

— Nie mogę wrócić do domu — powiedział cicho. — Nie do tego chaosu.

— Ale to jest twój dom — odpowiedziała natychmiast. — A ciebie tam nie ma.

Cihan patrzył na nią długo, boleśnie.

Bez ciebie to nie jest mój dom.

Słowa uwięzły mu w gardle. Nie wypowiedział ich.

Hancer odwróciła wzrok w stronę miasta.

— Nawet nie wiedziałeś, że urodziło się twoje dziecko — dodała ciszej. — Czy naprawdę nie widzisz, do czego to wszystko prowadzi?

Cihan zrobił krok bliżej. Był tak blisko, że mogła poczuć jego oddech i znajomy zapach perfum.

Przez chwilę wydawało się, że chce powiedzieć coś ważnego. Że wreszcie się przed nią otworzy.

Ale zamiast tego tylko skinął lekko głową.

— Uspokój się — powiedział spokojnym, dziwnie chłodnym tonem. — Problemy dobiegły końca.

Po tych słowach odwrócił się i odszedł.

Hancer stała nieruchomo, patrząc za nim. Wiatr rozwiewał jej włosy, a sylwetka Cihana powoli znikała między drzewami.

Dopiero wtedy poczuła pieczenie pod powiekami.

Jedna łza spłynęła po jej policzku.

***

Wieczór był chłodny i cichy. W niewielkim domu panował spokój, który od czasu do czasu zakłócał jedynie trzask drewna w piecyku i odległy szum ulicy. Derya i Hancer siedziały obok siebie na starej kanapie w przedpokoju. Na stole stygnęła herbata, której żadna z nich już nie piła.

Hancer wyglądała na zmęczoną. Milczała od dłuższego czasu, błądząc myślami gdzieś daleko.

Nagle ciszę przerwał dzwonek do drzwi.

Obie kobiety spojrzały po sobie.

Hancer powoli wstała i podeszła do wejścia. Gdy otworzyła drzwi, zamarła.

Na progu stała Beyza.

W ramionach trzymała dziecko owinięte miękkim, jasnoniebieskim kocykiem. Malec spał spokojnie, z policzkiem wtulonym w materiał. Twarz Beyzy była blada i zmęczona, ale w jej oczach kryło się coś jeszcze — dziwny smutek pomieszany z determinacją.

— Mogę wejść? — zapytała cicho, niemal niepewnie.

Hancer przez moment nie potrafiła odpowiedzieć, więc odezwała się Derya:

— Nie będziemy przecież rozmawiać na progu. Wejdź.

Ton jej głosu był chłodny i wyraźnie ostrzegawczy.

Beyza przekroczyła próg powoli, ostrożnie, jakby spodziewała się, że w każdej chwili ktoś każe jej wyjść. Hancer zamknęła drzwi.

Derya skrzyżowała ręce na piersi.

— O co chodzi? — zapytała ostro. — Przychodzisz tutaj zaraz po porodzie. Jeśli szukasz awantury, ostrzegam cię od razu: nie obchodzi mnie, że właśnie zostałaś matką.

— Nie przyszłam się kłócić — odpowiedziała spokojnie Beyza.

Hancer odezwała się niemal natychmiast, jakby chciała uniknąć kolejnego nieporozumienia.

— Jeśli oczekujesz wyjaśnień… naprawdę nie musisz. Pojechałam do starego domu tylko po paczkę, która została tam omyłkowo dostarczona. Nic więcej.

Beyza pokręciła lekko głową.

— Nie interesuje mnie powód. Nie przyszłam tutaj z tego powodu.

Spojrzała na dziecko, a potem wyciągnęła je w stronę Hancer.

— Chcę, żebyś go wzięła.

Hancer cofnęła się odruchowo o krok.

— Co…?

— Weź go — powtórzyła Beyza łagodniej. — Wiem, że nie zrobisz mu krzywdy.

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Po chwili Hancer niepewnie wyciągnęła ręce i wzięła niemowlę.

Maleństwo było lekkie, ciepłe i pachniało mlekiem oraz dziecięcym pudrem. Jasnoniebieski kocyk miękko otulał jego drobne ciało, a spod białej czapeczki wystawały delikatne kosmyki włosów. Chłopiec poruszył lekko ustami przez smoczek i otworzył szeroko oczy.

Hancer spojrzała na niego z takim wzruszeniem, że aż zadrżały jej usta.

— Jest piękny… — wyszeptała. — Jak mały aniołek.

Na twarzy Beyzy pojawił się smutny uśmiech.

— Bycie matką zmienia człowieka — powiedziała cicho. — Dopiero teraz naprawdę to rozumiem. Mam nadzieję, że kiedyś ty też tego doświadczysz.

Hancer uniosła wzrok.

— Beyzo…

— Spójrz mu jeszcze raz w oczy — przerwała jej łagodnie. — Wiem, że podejmiesz właściwą decyzję.

Hancer mocniej przytuliła dziecko.

— Ja naprawdę próbuję wszystko zakończyć — powiedziała drżącym głosem. — Powtarzam Cihanowi, żeby przestał za mną chodzić. Błagałam go nawet dzisiaj. Chcę tylko stanąć na nogi. Posprzątałam nawet wasz dom, żeby…

— Hancer, przestań! — wtrąciła nagle Derya ostrym tonem.

Spojrzała na Beyzę z jawną nieufnością.

— Ona znowu tobą manipuluje. Naprawdę tego nie widzisz? Nie wystarczyło jej, że wykorzystała dziecko, żeby odzyskać męża, więc teraz przyszła jeszcze tutaj.

Beyza nie zareagowała gniewem. Westchnęła jedynie cicho.

— Masz rację — przyznała spokojnie. — Myślałam, że kiedy dziecko się urodzi, wszystko się naprawi. Że Cihan wróci do mnie naprawdę. Ale się myliłam.

Spojrzała na syna z bólem.

— Nie przyszłam tutaj dla siebie. Od chwili, kiedy zostałam matką, zaczęłam rozumieć rzeczy, których wcześniej nie widziałam. Teraz nie czekam już na Cihana jako żona. Czekam na niego jako matka jego dziecka.

Jej głos lekko się załamał.

— Mój syn tęskni za ojcem, choć nawet jeszcze go nie zna.

Hancer powoli oddała jej niemowlę.

— Jeśli chodzi o mnie, nie musisz się martwić — powiedziała stanowczo. — Tym razem to naprawdę koniec.

Beyza przyjęła dziecko z powrotem w ramiona.

— Wiem — odpowiedziała. — Ale Cihan też musi to zrozumieć. Nadal nawet go nie zobaczył. Nie wziął własnego syna na ręce.

Spojrzała Hancer prosto w oczy.

— Moje dziecko ma ojca… a mimo to jest jak sierota.

Te słowa uderzyły Hancer prosto w serce. Zacisnęła dłonie i spuściła wzrok.

— Przysięgam na moich bliskich — powiedziała cicho, ale stanowczo — że ja i Cihan nigdy więcej nie będziemy razem.

Derya pokręciła głową z wyraźną dezaprobatą. Doskonale widziała, że Hancer znów pozwoliła Beyzie dotknąć swoich emocji. A to, jej zdaniem, mogło skończyć się tylko kolejnym cierpieniem.

***

Derya stała przy łóżku w sypialni, nerwowo zaciskając palce na telefonie. W pokoju panował półmrok, rozświetlany jedynie ciepłym światłem nocnej lampki. Co chwilę spoglądała w stronę drzwi, jakby obawiała się, że ktoś może ją usłyszeć.

Mówiła ściszonym głosem, ale w jej tonie wyraźnie pobrzmiewało zmęczenie i irytacja.

— Powiedziała, że to koniec — szepnęła do słuchawki. — Hancer przysięgła, że już nigdy na ciebie nie spojrzy.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

Derya westchnęła ciężko i oparła się dłonią o krawędź łóżka.

— Chciałam, żeby twój plan zadziałał — ciągnęła dalej. — Naprawdę próbowałam ci pomóc. Ale wszystko zaszło za daleko. To zaczyna wymykać się spod kontroli. Ja się wycofuję, Cihanie. Nie mam już siły uczestniczyć w tym wszystkim.

Cihan siedział na łóżku. Telefon trzymał przy uchu, a jego twarz pozostawała nieruchoma, choć spojrzenie zdradzało napięcie.

— Rozumiem — odpowiedział spokojnie. — I tak dziękuję ci za pomoc. Od tej chwili to już tylko moja odpowiedzialność.

Derya pokręciła głową z niedowierzaniem, choć wiedziała, że on tego nie widzi.

— Twoja żona nie przestaje węszyć — powiedziała ostrzej. — Beyza zaczyna łączyć fakty. Musisz zakończyć tę sprawę z domem raz na zawsze. Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co stanie się z Hancer, jeśli prawda wyjdzie na jaw?

Jej głos zadrżał lekko ze zdenerwowania.

— Ludzie już teraz patrzą na nią jak na winowajczynię. Jeśli dowiedzą się, że od miesięcy spotykała się z tobą pod fałszywą tożsamością… zniszczą ją.

Cihan zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu.

— Wróć do domu — ciągnęła Derya ciszej, ale stanowczo. — Zaopiekuj się swoim dzieckiem. I więcej mnie w to nie mieszaj.

Po drugiej stronie rozległo się ciche westchnienie.

— Tak jak powiedziałem, od teraz to tylko moja odpowiedzialność — odparł Cihan. — Ale nawet jeśli nie będziemy razem… chcę, żeby nadal pracowała w tym domu. Tam przynajmniej będzie bezpieczna.

Derya prychnęła z ironią. Cihan nie odpowiedział.

Przez kilka sekund w słuchawce panowała cisza, ciężka i niewygodna. Potem mężczyzna bez słowa zakończył połączenie.

Derya spojrzała na wygaszony ekran telefonu i powoli opuściła rękę.

— Ten człowiek zupełnie stracił rozsądek… — mruknęła pod nosem. — Uparł się, żeby razem z sobą wciągnąć nas wszystkich w katastrofę.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 113.Bölüm i Gelin 114.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy