„Panna młoda” Odc. 196 — streszczenie
Beyza siedziała na kanapie w domu ojca i nerwowo piłowała paznokcie. Niby próbowała sprawiać wrażenie spokojnej, ale w jej ruchach wciąż było widać złość i upokorzenie po tym, jak Cihan odesłał ją z rezydencji.
Nagle zesztywniała. Jej wzrok padł na podłogę obok kanapy. W następnej sekundzie zerwała się z miejsca jak rażona prądem i odskoczyła kilka kroków.
— Tato! Tato! — wrzasnęła na cały głos, jakby groziło jej śmiertelne niebezpieczeństwo.
Nusret wbiegł do salonu w popłochu. Rozejrzał się gwałtownie, gotów stawić czoła najgorszemu.
— Co się stało?! — zapytał przestraszony.
Beyza, blada z przerażenia, wyciągnęła drżącą rękę w stronę podłogi.
— Tam! Przy kanapie! Robal!
Nusret zatrzymał się, spojrzał we wskazane miejsce i z niedowierzaniem załamał ręce.
— Boże, dziewczyno… Wrzeszczysz tak, jakbyś zobaczyła niedźwiedzia. Serce mi prawie stanęło.
— Tato, zabij go! Natychmiast!
— Dobrze, dobrze. Tylko przestań krzyczeć mi nad uchem.
Sięgnął do szafki po aerozol na owady, po czym kucnął przy kanapie. Z miną człowieka wykonującego wyjątkowo niewdzięczną misję pochylił się nad małym czarnym punktem na podłodze i wycelował w niego strumień środka owadobójczego.

W tej samej chwili zadzwonił telefon Beyzy. Odebrała, wciąż roztrzęsiona.
— O co chodzi, Gulsum?
Po drugiej stronie słuchawki rozległ się ostrożny, ale wyraźnie przejęty głos pokojówki.
— Zdenerwuję cię, ale musisz o tym wiedzieć. Pan Cihan nie chce, żeby Hancer opuściła stary dom. Powiedział jej, żeby została.
Beyza zmarszczyła brwi.
— Skąd wiesz, że to powiedział? Jeśli ta żmija tak twierdzi, to na pewno kłamie.
— Nie, pani Beyzo. Pan Cihan powiedział to osobiście. Przed chwilą, w salonie.
Twarz Beyzy stężała. Strach po robaku natychmiast ustąpił miejsca furii. Zacisnęła usta w wąską linię, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. Cihan wyrzucił ją z domu, choć była jego żoną i matką jego dziecka, a Hancer pozwolił zostać, mimo że w jego oczach zdradziła go z Melihem.
Ta myśl rozlała się w niej jak trucizna.
— Rozumiem — powiedziała chłodno i zakończyła rozmowę.
Nie czekała ani chwili dłużej. Tak jak stała, ruszyła do wyjścia. Nie zamierzała siedzieć bezczynnie w domu ojca, podczas gdy Hancer znów zajmowała miejsce, które — według Beyzy — należało wyłącznie do niej.
Skierowała się prosto do rezydencji.
***

Cihan siedział za biurkiem w swoim gabinecie. Był wyraźnie zamyślony; nieruchomym spojrzeniem wpatrywał się przed siebie i co chwilę dotykał palcem skroni, jakby próbował uporządkować w głowie wszystkie podejrzenia.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
— Proszę — rzucił, nie podnosząc głosu.
Drzwi uchyliły się powoli. W progu stanęła Sinem. Przez chwilę przyglądała mu się uważnie, jakby chciała odczytać z jego twarzy, w jakim jest nastroju.
— Możemy porozmawiać, jeśli jesteś wolny? — zapytała ostrożnie.
Cihan skinął głową i wskazał jej fotel po drugiej stronie biurka. Sinem weszła do środka, zamknęła za sobą drzwi i usiadła naprzeciwko niego. Splotła dłonie na kolanach, ale jej spojrzenie pozostało czujne.
— Ucieszyłam się, kiedy w końcu ich stąd przepędziłeś — zaczęła spokojnie. — Dlaczego zmieniłeś zdanie?
Cihan przez chwilę milczał. Jego twarz nie zdradzała emocji, ale w oczach widać było napięcie.
— Badam pewną sprawę, bratowo.
Sinem lekko uniosła brwi.
— Tak podejrzewałam. Nie oczekuję, że będziesz mi się tłumaczył z każdej decyzji, Cihanie, ale próbuję zrozumieć, co zamierzasz. Twoja matka, Beyza, Mine, ja, Fadime… Ta decyzja wpłynie na nas wszystkich. Jeśli Hancer i Melih zostaną, w domu znów zapanuje chaos. Gdybym wiedziała, co naprawdę robisz, być może mogłabym ci pomóc. Nie chcę kolejnych awantur ani niepokoju.
Cihan oparł dłonie na blacie biurka i spojrzał na nią uważniej.
— Ta rozmowa musi zostać między nami.
— Nie martw się — odparła natychmiast. — Do tej pory nie zawiodłam twojego zaufania i teraz też tego nie zrobię.
Dopiero wtedy Cihan zdecydował się mówić dalej.
— Mam pewne podejrzenia. W małżeństwie Hancer i tego człowieka jest coś dziwnego. Gdybym tylko ja to zauważył, uznałbym, że nie potrafię być obiektywny. Ale Engin myśli podobnie.
Sinem zamarła na moment. Przypomniała sobie rozmowę z Mine. Córka powiedziała jej przecież, że Hancer i Melih mają w starym domu oddzielne pokoje. Wtedy ta informacja wydała jej się zaskakująca, teraz jednak zaczynała układać się w niepokojącą całość.
— Co dokładnie wydaje ci się podejrzane? — zapytała, starając się brzmieć spokojnie.
— Powiedziałem im, żeby zostali — wyjaśnił Cihan. — Jeśli chcę odkryć prawdę, muszę mieć ich blisko. Przed oczami. Prędzej czy później popełnią błąd, a wtedy dowiem się, co naprawdę ich łączy.
Sinem nerwowo poruszyła palcami. W jej głowie kłębiły się własne podejrzenia. Melih nie mógł tak po prostu zakochać się w Hancer. Nie mógł też z dnia na dzień zapomnieć o wszystkim, co było między nimi. Nie był takim człowiekiem.
A więc za tym małżeństwem musiało kryć się coś więcej.
Tylko co?
***
Sinem wyszła z gabinetu cicho, niemal bezszelestnie. Miała spuszczony wzrok, a dłonie nerwowo zaciskała przy sobie, jakby rozmowa, którą właśnie odbyła z Cihanem, odebrała jej resztki spokoju. Gdy znalazła się na korytarzu, nagle przystanęła.
Naprzeciwko niej stał Melih.
Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W tym spojrzeniu było wszystko, czego żadne z nich nie potrafiło wypowiedzieć na głos: żal, napięcie, pytania bez odpowiedzi i cień dawnej bliskości, której Sinem za wszelką cenę próbowała się wyrzec.
– Cihan jest w środku? – zapytał Melih spokojnie.
Sinem szybko opuściła wzrok.
– Tak – odpowiedziała krótko.
Melih skinął głową i ruszył w stronę drzwi. Minął ją, ale zanim zapukał, odwrócił się jeszcze raz. Sinem również spojrzała przez ramię. Ich spojrzenia spotkały się na sekundę, która zdawała się trwać znacznie dłużej.
Potem Melih zapukał i wszedł do gabinetu.
Cihan siedział przy biurku, pochylony nad laptopem. Gdy zobaczył Meliha, jego twarz natychmiast stężała. W gabinecie, pełnym ciemnych mebli, ciężkich obrazów i eleganckich dodatków, napięcie pojawiło się od razu, ostre jak przeciąg.
– Co robisz w moim domu? – zapytał Cihan lodowatym tonem.
Melih wszedł kilka kroków do środka i zatrzymał się naprzeciwko biurka.
– Przyszedłem zapytać cię o to samo – odparł spokojnie. – Ja przynajmniej nie wtargnąłem tu bez zaproszenia. Zapytałem grzecznie, czy jesteś w środku.
Cihan powoli zamknął laptop.
– Nie musiałeś przychodzić. Powiedziałem Hancer wszystko, co miałem jej do powiedzenia.
Na ustach Meliha pojawił się lekki, niemal prowokacyjny uśmiech.
– Powiedziałeś jej, że coś ukrywamy.
– Tak – odparł Cihan, podnosząc się z miejsca. – I mam ku temu powody.
Melih nie spuścił z niego wzroku.
– Masz rację. Ukrywamy coś.
Cihan zamarł na ułamek sekundy. Potem gwałtownie odsunął krzesło i stanął naprzeciwko rywala. Dzieliła ich niewielka odległość, ale w powietrzu między nimi było więcej wrogości niż w niejednej otwartej walce.
– Wiedziałem, że prędzej czy później sam się zdradzisz – powiedział Cihan niskim głosem. – Skoro już tu przyszedłeś, wyłóż karty na stół. Co ukrywacie?
Melih przez chwilę milczał, jakby dokładnie dobierał słowa. Potem zrobił krok bliżej.
– Zauważyłeś, że nasze małżeństwo nie wygląda normalnie – zaczął. – I wiesz dlaczego? Bo nie może wyglądać normalnie, kiedy żyjemy w ciągłym napięciu, na jednym podwórku z tobą.
Cihan zmrużył oczy.
– O czym ty mówisz?
– O tym, że nie mogę swobodnie trzymać mojej żony za rękę. Nie mogę jej przytulić na podwórku. Ona nie może spokojnie pożegnać mnie, kiedy wychodzę do pracy. Nie możemy wieczorem usiąść razem i cieszyć się sobą jak zwyczajni ludzie, bo czujemy na sobie twoje spojrzenie.
Cihan prychnął z pogardą.
– Niesamowite. Wtargnąłeś na moje podwórko, zamieszkałeś pod moim nosem, a teraz przeszkadzają ci ciekawskie spojrzenia?
– To dwie różne rzeczy – odpowiedział Melih bez podnoszenia głosu. – Ale masz rację w jednym. Byłem zbyt miły. Zbyt uprzejmy. Niepotrzebnie.
Cihan przyglądał mu się uważnie, próbując odczytać prawdziwy sens tej wizyty.
– Przyszedłeś mi powiedzieć, że odchodzicie? Że nie wytrzymaliście napięcia?
Melih uśmiechnął się szerzej.
– Wręcz przeciwnie. Przyszedłem powiedzieć ci, że zostajemy.
Twarz Cihana nawet nie drgnęła, ale jego dłoń zacisnęła się w pięść.
– Tak jak wy macie swoje plany, tak i my mamy swoje – ciągnął Melih. – Od teraz nie zamierzamy się ograniczać. Będziemy zachowywać się swobodnie. Jutro planujemy rodzinny obiad w ogrodzie. Zaprosimy przyjaciół i bliskich. Będziemy świętować nasz pobyt tutaj i nasze małżeństwo.
Cihan patrzył na niego chłodno, ale w jego oczach pojawił się błysk ostrzeżenia.
– Dom jest wasz – powiedział w końcu. – Róbcie, co chcecie.
– Cieszę się, że tak do tego podchodzisz – odparł Melih. – W takim razie zapraszam również ciebie i twoją żonę na jutrzejszą kolację.
Tym razem Cihan nie zdołał całkowicie ukryć emocji. Mięśnie jego twarzy napięły się, a zaciśnięta pięść zdradziła więcej, niż chciałby pokazać.
Melih zauważył to od razu.
– Daj mi znać, czy przyjdziecie – dodał spokojnie. – Żebyśmy mogli się przygotować.
Odwrócił się i ruszył do wyjścia.
Za drzwiami Sinem ledwie zdążyła odsunąć się w bok i ukryć przy ścianie. Stała tam od dłuższej chwili, podsłuchując całą rozmowę. Każde słowo Meliha wbijało się w nią jak kolec. Jeszcze przed chwilą próbowała przekonać samą siebie, że małżeństwo Hancer i Meliha jest tylko pozorem, częścią gry wymierzonej w Cihana. Teraz ta nadzieja zaczęła gasnąć.
Melih mówił zbyt pewnie. Zbyt spokojnie. Zbyt prawdziwie.
Sinem oparła się plecami o ścianę, zaciskając dłonie. Zrozumiała, że być może przez cały ten czas łudziła się bez powodu. Może Hancer naprawdę zajęła miejsce, którego ona nigdy nie przestała pragnąć.
Melih wyszedł z gabinetu, a Sinem w ostatniej chwili zniknęła za uchylonymi drzwiami, nie pozwalając mu zobaczyć, jak bardzo poruszyła ją ta rozmowa.
W gabinecie Cihan został sam.
Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc w stronę drzwi, za którymi zniknął Melih. W pomieszczeniu zapadła cisza, ciężka i duszna. Cihan wziął głęboki oddech, jakby próbował opanować gniew, który narastał w nim z każdą sekundą.
Potem uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie.
– To będzie bardzo ciekawa kolacja, panie Melihu – powiedział pod nosem.
***
Melih wrócił do starego domu. Gdy wszedł na piętro, zobaczył Hancer stojącą w salonie między spakowanymi kartonami i walizką. Czekała na niego w napięciu, z twarzą pobladłą od niepokoju.
— Co powiedziałeś Cihanowi? — zapytała od razu, zanim zdążył się odezwać.
Melih zatrzymał się naprzeciwko niej. Przez krótką chwilę milczał, jakby celowo przeciągał odpowiedź.
— Nie wytrzymałem — powiedział w końcu. — Powiedziałem mu wszystko.
Hancer zamarła. Krew odpłynęła jej z twarzy. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, niezdolna wydobyć z siebie ani słowa.
Melih dostrzegł jej przerażenie i natychmiast złagodził ton.
— Wszystko, co nie pasuje do obrazu szczęśliwych nowożeńców — dodał z lekkim uśmiechem.
Hancer wypuściła powietrze z ulgą, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że oddycha.
— Przestraszyłeś mnie, Melihu.
— Wiem. Przepraszam. Powiedziałem mu, że nie możemy zachowywać się swobodnie, skoro wszyscy bez przerwy nas obserwują. Że trudno udawać normalność, kiedy każdy nasz ruch jest oceniany.
Hancer spuściła wzrok. Choć nadal była niespokojna, musiała przyznać, że brzmiało to rozsądnie.
— Dobrze powiedziałeś. Uwierzył?
— Nie do końca. — Melih westchnął i spojrzał na nią poważniej. — I właśnie dlatego mamy teraz inny problem. Hancer, nie możemy dłużej zachowywać się tak, jakbyśmy byli dwojgiem ludzi zmuszonych do wspólnego przedstawienia. Musimy wyglądać jak prawdziwa para. Jak małżeństwo.
— Co masz na myśli?
— Jutro zrobimy pierwszy krok. Wieczorem urządzimy grilla na podwórku. Zaprezentujemy się wszystkim jako zwyczajne, wiarygodne małżeństwo. Takie, które nie ma nic do ukrycia.
Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Nie powinieneś był planować tego tak szybko. Kogo zaprosimy z dnia na dzień?
— Ertugrula, Engina i Silę. A jeśli uda ci się przekonać brata, niech też przyjdzie.
Twarz Hancer natychmiast spoważniała.
— On nadal mi nie wybaczył. Jak mam zaprosić go na kolację, skoro ledwie ze mną rozmawia?
— Właśnie dlatego kolacja jest dobrym pretekstem, żeby się do niego odezwać. Zapytaj go. Może przyjdzie. I niech zabierze żonę. Myślę, że lody zaczęły już topnieć. Powinien się zgodzić.
Hancer milczała, nieprzekonana. Melih zrobił krótką pauzę, jakby dopiero teraz dochodził do najtrudniejszej części.
— Ja też już kogoś zaprosiłem.
— Kogo? — zapytała podejrzliwie.
— Cihana i jego żonę.
— Co?! — Hancer aż cofnęła się o krok. — Melihu, co ty zrobiłeś?
— Musiałem. Od teraz będziemy wykorzystywać każdą okazję, żeby udowodnić Cihanowi, że jesteśmy normalnym małżeństwem. Im bardziej będziemy się przed nim chować, tym bardziej będzie podejrzliwy.
Hancer wiedziała, że miał rację. Wiedziała też, że jeśli chcieli ochronić swoją tajemnicę, musieli zacząć grać odważniej. Mimo to sama myśl o kolejnej wspólnej kolacji z Cihanem sprawiała, że w jej żołądku pojawiał się ciężki, nieprzyjemny ucisk.
Spojrzała na stojące w salonie kartony, na walizkę i taśmę leżącą na stoliku. Jeszcze przed chwilą była gotowa odejść z tego domu. Teraz miała zostać — i udawać szczęście przed człowiekiem, który znał ją lepiej niż ktokolwiek inny.
***
Cihan siedział samotnie na kanapie w salonie, trzymając na rękach śpiącego syna. Chłopiec był owinięty jasnoniebieskim kocykiem i oddychał spokojnie, nieświadomy napięcia, które od kilku dni wisiało nad rezydencją.
Ciszę przerwał nagły, ostry stukot obcasów. Chwilę później do salonu weszła Beyza. Była wzburzona, z twarzą ściągniętą gniewem. Nawet nie spojrzała na dziecko. Całą uwagę skupiła na mężu.
— Co się dzieje, Cihanie? — zapytała twardo. — Dlaczego nie wyrzuciłeś ich ze starego domu?

Cihan powoli uniósł wzrok. Jego twarz pozostała spokojna, niemal obojętna.
— Widzę, że wieści szybko się rozchodzą.
— Oczywiście, że się rozchodzą. Tęsknię za Cihanem Gururem, więc zadzwoniłam. Co miałam zrobić? Czy nie mam prawa martwić się o własne dziecko?
— Nie podnoś głosu. Dziecko śpi — odparł chłodno. — Powiedziano ci przecież, że z nim wszystko w porządku. Nie musiałaś tu przychodzić.
Beyza zacisnęła usta. Słowa Cihana tylko bardziej ją rozjuszyły.
— Chcesz doprowadzić mnie do szaleństwa? — spytała, robiąc krok w jego stronę. — Wyrzuciłeś mnie z domu przez tę kobietę! Ona może zostać, a ja mam odejść? Ja mam umierać z tęsknoty za synem, podczas gdy ona będzie swobodnie chodziła po naszym podwórku? Możesz mnie ciągnąć za rękę, możesz krzyczeć, ile chcesz, ale nigdzie się stąd nie ruszę!
Cihan spojrzał na nią z lodowatym spokojem.
— Powinnaś już wiedzieć, że nie jestem człowiekiem, który wyprowadza kobietę siłą za rękę.
Wstał ostrożnie, starając się nie obudzić dziecka. Przez chwilę poprawił kocyk na ramionach syna, a potem zbliżył się do Beyzy. Jego głos pozostał cichy, ale w każdym słowie pobrzmiewała groźba.
— Wysłałem cię do ojca, żebyś ochłonęła. Żebyś przestała zachowywać się nierozsądnie przy dziecku. Ale widzę, że nic do ciebie nie dotarło. Powód, dla którego tu przyszłaś, jest dla mnie jasny. I nie jest nim Cihan Gurur.
— Zawsze mnie obwiniasz i pouczasz — wyrzuciła z siebie Beyza. — A dlaczego nic nie powiesz o Hancer? Jak ona śmiała zostać, skoro kazałeś jej odejść? Hancer nie jest mną, prawda? Nie spuszcza głowy jak potulna owca. Czy ja też muszę być tak bezwstydna jak ona, żebyś wreszcie uznał mnie za człowieka?
Na twarzy Cihana pojawiło się napięcie. Po raz pierwszy podczas tej rozmowy jego spokój pękł.
— Jeśli jeszcze raz będziesz mówić w ten sposób, nie zostaniesz w tym domu ani sekundy dłużej — powiedział cicho, ale jego głos był ostry jak stal. — Mówię to po raz ostatni. Nie będziemy więcej prowadzić tej dyskusji. Powiedziałem Hancer, żeby została, bo uznałem to za właściwe. I na tym koniec.


Beyza patrzyła na niego z niedowierzaniem. Cihan tymczasem delikatnie ułożył śpiącego syna w jej ramionach.
— Jesteś w tym domu tylko dlatego, że jesteś matką mojego dziecka — oznajmił. — Od tej chwili twoją jedyną troską ma być syn.
Minął ją bez słowa i opuścił salon.
Beyza została sama, z dzieckiem na rękach i gniewem, którego nie potrafiła już ukryć. Przymknęła oczy, zacisnęła szczęki i ciężko wypuściła powietrze. Cihan po raz kolejny postawił Hancer ponad nią. A tego nie zamierzała mu wybaczyć.
***
Wieczór zapadał powoli. W niewielkim domu Engina panowała cisza, przerywana jedynie cichym brzękiem naczyń. Sila nakrywała do stołu. Ustawiała talerze, poprawiała sztućce i właśnie niosła półmisek z sałatką, gdy drzwi się otworzyły.
Engin wszedł do środka wyraźnie zmęczony. Bez słowa zdjął marynarkę, przeszedł kilka kroków i opadł ciężko na stojący pod ścianą fotel. Przez chwilę patrzył przed siebie pustym wzrokiem.
— Dobry wieczór — powiedział w końcu przygaszonym głosem. — Miałem nadzieję, że dziś znajdę tę anonimową pacjentkę, dla której moja siostra zleciła test ciążowy. Ale nic z tego.
Sila odstawiła sałatkę na stół. Spojrzała na niego uważnie, po czym sięgnęła po krzesło, przysunęła je bliżej fotela i usiadła naprzeciwko.
— Niczego się nie dowiedziałeś?

Engin pokręcił głową.
— Niczego. Myślałem, że w klinice Yasemin znajdę jakiś ślad, ale tam również nikt nic nie wie. Ta kobieta jest jak duch. Miałem jedną wskazówkę i ona też okazała się bezużyteczna. To jedyna anonimowa pacjentka w całej karierze mojej siostry.
Sila zamyśliła się na moment.
— Nawet jeśli nie ma nazwiska, miała twarz — powiedziała spokojnie. — Ktoś w klinice musiał widzieć, jak przychodziła albo wychodziła.
Engin uniósł wzrok. W jego oczach po raz pierwszy tego wieczoru pojawiło się skupienie.
— Masz rację. Tego dnia musiała być w klinice. Któraś z kamer mogła ją zarejestrować.
— Właśnie. Powinieneś to sprawdzić.
— Nie wiem, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem — przyznał cicho. — To było takie oczywiste.
— To normalne. Bardzo cierpisz i trudno ci zebrać myśli. Ale poradziłeś sobie z kobietą, która przyszła znikąd z bronią w torebce i mogła wpakować się w ogromne kłopoty. Dzięki tobie do tego nie doszło. Jestem pewna, że z tą sprawą też sobie poradzisz.
Engin spojrzał na nią z wdzięcznością. Przez chwilę milczał, jakby jej słowa naprawdę przebiły się przez ciężar, który nosił w sobie.
— Mam nadzieję, Sila — powiedział. — Naprawdę mam nadzieję.
Przejechał dłonią po brodzie, wziął głęboki oddech i wyprostował się nieco w fotelu.
— Trzeba będzie porównać osoby wchodzące i wychodzące z kliniki z dokumentacją pacjentów. Ta, której nie będzie w kartotekach, może być kobietą, której szukamy. Problem w tym, że od śmierci Yasemin minęło już sporo czasu. Nagrania mogły zostać nadpisane.
— Nie zakładaj od razu najgorszego — poprosiła Sila łagodnie.
Engin spojrzał na nią uważniej. Napięcie na jego twarzy zaczęło ustępować miejsca nowej myśli.
— Cieszę się, że tu jesteś — powiedział cicho. — Odkąd pojawiłaś się w moim życiu, wszystko zaczęło się układać. Masz rację. Nawet jeśli nagrania z kliniki zniknęły, pacjenci musieli przejść przez ulicę. Mogły uchwycić ich kamery miejskiego monitoringu.
Nagle pochylił się i ujął jej dłonie w swoje. Sila zamarła, zaskoczona tym gestem.
— Sila, przywróciłaś mi nadzieję — powiedział ciepło.
Dziewczyna spuściła wzrok, wyraźnie zawstydzona. Delikatnie, niemal niepewnie, cofnęła ręce.
— Ja… sprawdzę zupę — wymamrotała i szybko wstała.
Odeszła do kuchni, a Engin jeszcze przez chwilę patrzył za nią w milczeniu. Potem sięgnął po stojącą na komodzie ramkę ze zdjęciem. Na fotografii uśmiechał się obok Yasemin.
Przesunął palcem po szkle, zatrzymując spojrzenie na twarzy siostry.
Znowu poczuł, że nie wszystko jest stracone.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 145.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






