„Panna młoda” Odc. 97 – streszczenie
W salonie zapadła ciężka, niemal dusząca cisza. Słowa, które padły przed chwilą, wciąż zdawały się unosić w powietrzu jak niewidzialne ostrza.
Nusret patrzył na Cihana bez mrugnięcia okiem, z chłodem, który nie zapowiadał niczego dobrego.
— Nie zrezygnujesz ze swojej żony, ale poświęcisz własne dziecko? — zapytał powoli, cedząc każde słowo.
Cihan nawet nie drgnął.
— Tego nie powiedziałem.
— Ale właśnie to robisz — odparł Nusret ostro. — Miałeś trzy dni. Twój czas minął.
Zrobił krok w stronę Beyzy i wskazał na drzwi.
— Wiesz, co teraz zrobimy? Pojedziemy prosto do lekarza. Raz na zawsze rozwiążemy ten problem.
Te słowa przecięły ciszę jak nóż.
Cihan przeniósł wzrok na Beyzę. Jego spojrzenie złagodniało, jakby nagle próbował dotrzeć do niej inaczej — spokojniej, ciszej.
— Wiem, że tego nie zrobisz — powiedział z przekonaniem.
Beyza uniosła brwi, zaskoczona.
— Dlaczego nie?
Cihan usiadł obok niej. Oparł dłonie na kolanach i pochylił się lekko, jakby chciał, by słyszała tylko jego.
— Bo cię znam — odpowiedział cicho. — Bywasz impulsywna, uparta, ale nie jesteś bezduszna. Nie wierzę, że byłabyś zdolna do czegoś takiego.
Na moment czas jakby się zatrzymał.
Twarz Beyzy zastygła. W jej oczach przemknął cień — wspomnienie, którego nikt poza nią i Yoncą nie znał. Dziecko, które usunęła tylko dlatego, że było dziewczynką. Sekret sprzed lat, ciężar decyzji, która na zawsze pozbawiła ją możliwości zostania matką.
Ale trwało to tylko ułamek sekundy. Szybko odzyskała panowanie nad sobą.
— Oczywiście, że nie jestem bezduszna — odpowiedziała, prostując się. — Ale to ty mnie do tego doprowadziłeś. Wiesz w ogóle, co znaczy wychowywać dziecko samotnie?
— Nie będziesz sama — przerwał jej stanowczo Cihan.
Rozejrzał się po zebranych.
— Posłuchajcie mnie wszyscy. Będę pracował dla tego dziecka. Zrobię wszystko, co trzeba. Oddam każdy grosz, każdą chwilę. Ty — spojrzał na Beyzę — jako jego matka, zawsze będziesz przy mnie. Będę cię szanował. Nikt, nawet Hancer, nie stanie między nami w tej sprawie.
W jego głosie była pewność, która graniczyła z uporem.
Beyza zmrużyła oczy.
— A jeśli się nie zgodzę? — zapytała cicho. — Jeśli mimo wszystko zdecyduję się na aborcję?
Cihan nachylił się do niej. Ich twarze dzieliły centymetry.
— Jeśli zabijesz moje dziecko… — powiedział nisko, a jego rysy stwardniały — wymażę cię ze swojego życia. Na zawsze. Już nigdy nie będziemy rodziną.
Wyprostował się.
— Wybieraj, Beyzo.
Nusret poderwał się na równe nogi.
— Wstydź się! — wybuchł. — Myślałem, że zmądrzałeś, że porozmawiamy jak ludzie! A ty? Ty każesz nam robić, co chcemy!
Cihan również wstał. Tym razem powoli, spokojnie — jak ktoś, kto już podjął decyzję.
— Nie przekręcaj moich słów, wujku. Ale tak… rób, co uważasz za słuszne.
— Cihanie! — Mukadder nie wytrzymała. — Przekraczasz granice!
Spojrzała błagalnie na brata.
— Nusrecie… proszę. Przynajmniej ty zachowaj rozsądek. Nie zabieraj jej do żadnego lekarza.
— Twój syn właśnie mnie do tego zmusił — odparł lodowato Nusret.
Chwycił Beyzę za ramię.
— Idziemy.
— Nusrecie, błagam! — głos Mukadder załamał się. — Nie rób tego! Nie odbieraj mi wnuka!
— W chwili, gdy wyjdziemy z tego domu, dziecka już nie będzie — rzucił bez emocji.
Te słowa zabrzmiały jak wyrok. Mukadder dopadła do syna, chwytając go za rękę.
— Synu… — wyszeptała drżącym głosem. — Nie odwracaj się od własnego dziecka. Zatrzymaj ich, proszę!
Cihan przełknął ślinę. Przez krótką chwilę w jego oczach pojawiło się zawahanie.
— Ostatni raz pytam — odezwał się Nusret, stojąc już przy wyjściu. — Jaka jest twoja decyzja?
Cisza była ogłuszająca.
Cihan podszedł do niego powoli. Stanął naprzeciwko — spokojny, niewzruszony.
— Powiedziałem wszystko — odparł bez cienia wahania. — Decyzja należy do Beyzy.
Nusret pokiwał głową, jakby właśnie usłyszał to, czego się spodziewał.
— W takim razie chodź, córko. Nie masz tu już czego szukać.


***
Na zewnątrz powietrze było ciężkie, jak przed burzą.
Nusret otworzył drzwi samochodu. Beyza wsiadła na tylne siedzenie, milcząca, zamknięta w sobie.
Mukadder wybiegła za nimi, niemal potykając się o własne kroki.
— Nusrecie! — zawołała. — On powiedział to w gniewie! Zignoruj go!
Nusret odwrócił się powoli.
— Słyszałem go bardzo wyraźnie. Twój syn właśnie skazał swoje dziecko na śmierć.
— Jesteś starszy, mądrzejszy… — próbowała dalej, łapiąc oddech. — Nie działaj pod wpływem gniewu. To twój wnuk!
Na jego twarzy pojawił się cień chłodnego uśmiechu.
— Kości zostały rzucone, siostro.
Zbliżył się o krok.
— Wyślę ci włóczkę i druty. Może chociaż na to się przydasz, bo autorytetu nie masz już żadnego. Stałaś się wycieraczką.
Mukadder cofnęła się, jakby ją uderzył.
— Dam ci braterską radę — dodał ciszej, ale jeszcze bardziej jadowicie. — Trzymaj język za zębami i siedź cicho, bo ani się obejrzysz, a twój syn ciebie również wyrzuci z domu.
Odwrócił się bez słowa więcej i wsiadł za kierownicę.
Silnik zawarczał. Samochód ruszył.
Mukadder została na podjeździe sama — bezsilna, ze łzami w oczach, patrząc, jak jej świat odjeżdża razem z nimi.


***
Gabinet tonął w jasnym, dziennym świetle wpadającym przez szerokie okna. Promienie słońca odbijały się od jasnych ścian i lakierowanego blatu biurka, ale mimo tej pozornej lekkości powietrze w pomieszczeniu było napięte do granic.
Cihan siedział za masywnym biurkiem, oparty łokciem o blat. Telefon przyciskał do ucha, a jego spojrzenie było twarde, skupione.
— Wyszli — powiedział nisko. — Masz ich na oku, prawda?
Zamilkł na moment, wsłuchując się w odpowiedź.
— Chcę wiedzieć wszystko. Każdy ich krok. Jeśli pojadą do lekarza… — zawahał się na ułamek sekundy — natychmiast mnie powiadom.
Rozłączył się powoli, jakby każde jego działanie było przemyślane do ostatniego szczegółu.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się z hukiem.
Mukadder wpadła do środka, blada, roztrzęsiona, z oczami pełnymi łez.
— Beyza odeszła! — wyrzuciła z siebie zduszonym głosem. — Odeszła, Cihanie!
Zatrzymała się przed nim, ciężko dysząc.
— Krew tego dziecka jest na naszych rękach… — jej głos się załamał. — Nawet go nie zobaczyliśmy… nie wzięliśmy w ramiona… nie nadaliśmy mu imienia…
Cihan zamknął oczy na krótką chwilę, jakby zbierał resztki cierpliwości.
— Mamo, nie zaczynaj znowu.
— Nie zaczynaj?! — powtórzyła z niedowierzaniem. — Myślisz, że po tym wszystkim będziecie szczęśliwi? Że życie pozwoli wam zapomnieć?!
Zbliżyła się do niego o krok. Jej głos drżał od emocji.
— Zapłacicie za to. Oboje. Nikt, kto ma na sumieniu śmierć niewinnego dziecka, nie zazna spokoju!
Cihan poderwał się gwałtownie z krzesła.
— Dość! — uciął ostro.
Podszedł do niej. Jego twarz była napięta, a oczy błyszczały gniewem.
— Nic nie rozumiesz, mamo. Oni nami grają. Grożą nam. Wykorzystują twoją słabość. Twoją obsesję na punkcie wnuka.
Zacisnął szczęki.
— Targują się życiem tego dziecka. To dla ciebie wygląda jak dobre intencje?
Mukadder patrzyła na niego, jakby nie poznawała własnego syna.
— Więc co? — zapytała cicho, ale ostro. — Mam uwierzyć, że wszystko masz pod kontrolą? Że to tylko gra?
— Oczekujesz, że ją poślubię? — rzucił. — Że ulegnę ich szantażowi?
Potrząsnął głową.
— To się nie wydarzy.
— Jeśli tego nie zrobisz… — jej głos znów się załamał — oni naprawdę to zrobią. Nie rozumiesz? Zabiją to dziecko!
Te słowa zawisły między nimi jak wyrok.
Cihan odwrócił wzrok, jakby przez moment walczył sam ze sobą.
— Jeśli Beyza to zrobi… — powiedział w końcu chłodno — wymażę ją ze swojego życia. Na zawsze.
Mukadder cofnęła się o krok, jakby ktoś uderzył ją w pierś.
— I to ma być rozwiązanie?! — zapytała z rozpaczą. — Czy to ukoi twój ból? Czy to przywróci życie mojemu wnukowi?
Jej głos zadrżał, a łzy popłynęły po policzkach.
— To dziecko ma umrzeć, bo ty jesteś zbyt dumny, żeby ustąpić?
Cihan zamilkł. Przez chwilę w jego oczach pojawiło się coś kruchego — cień wahania, może strachu.
Zrobił krok w jej stronę i położył dłoń na jej ramieniu.
— Mamo… — powiedział cicho. — Uspokój się.
Jego głos złagodniał, ale wciąż był stanowczy.
— Jeśli Bóg zechce, moje dziecko przyjdzie na świat żywe i zdrowe. Wierzę w to.
Zawiesił głos na moment.
— A to, czy Beyza zostanie w moim życiu… zależy wyłącznie od niej.
Cofnął rękę.
— Jeśli nie masz nic więcej do powiedzenia, zostaw mnie samego.
Mukadder patrzyła na niego jeszcze przez chwilę — bezradna, zdruzgotana. Potem odwróciła się powoli i wyszła, zamykając za sobą drzwi niemal bezgłośnie.
Cihan opadł ciężko na fotel.
***
Mukadder zatrzymała się przy drzwiach pokoju Hancer. Jasne światło dnia rozlewało się po korytarzu, odbijając od jasnych ścian i połyskującej podłogi, ale w jej postawie nie było nic z tej lekkości — stała sztywno, z dłonią zaciśniętą w pięść.
Zapukała. Krótko, twardo.
— Kto tam? — dobiegł cichy, niepewny głos z drugiej strony.
Mukadder zbliżyła usta do drzwi, jakby chciała, by każde słowo przebiło się przez drewno.
— Diabeł — odpowiedziała lodowato.
Zapadła krótka cisza. W korytarzu było tak jasno, że aż raziło w oczy, a jednak jej słowa niosły w sobie ciężar, który tłumił wszystko.
— Mój wnuk umarł, zanim zdążyłam wziąć go na ręce — ciągnęła, a jej głos drżał teraz od gniewu i bólu. — Nawet nie dostał imienia, nie zobaczył świata…
Zacisnęła powieki, jakby próbowała powstrzymać łzy, ale kiedy znów je otworzyła, były już tylko twarde i zimne.
— Niech przeklęty będzie dzień, w którym przekroczyłaś próg tego domu — syknęła. — Przyniosłaś tu nieszczęście. Zabrałaś nam spokój, rozwaliłaś wszystko, co mieliśmy…
Po drugiej stronie zapadła cisza — ciężka, przytłaczająca.
Mukadder położyła dłoń na klamce, ale jej nie nacisnęła.
— Jeśli masz choć odrobinę rozumu, zostań tam, gdzie jesteś — powiedziała ciszej, ale jeszcze bardziej niebezpiecznie. — Bo jeśli wyjdziesz… zniszczę cię.
Zawahała się na ułamek sekundy.
— Przysięgam na mojego nienarodzonego wnuka.
Cofnęła rękę, odwróciła się gwałtownie i odeszła korytarzem. Stukot jej obcasów odbijał się echem od ścian.
***
Po drugiej stronie drzwi Hancer przez chwilę stała bez ruchu, jakby nie była w stanie przetworzyć tego, co właśnie usłyszała.
Potem jej kolana ugięły się.
Osunęła się powoli na podłogę, opierając plecy o drzwi. Jasne światło wpadające przez okno rozświetlało pokój — łóżko z jasną narzutą, półkę z książkami, wzorzystą tapetę — wszystko było zwyczajne, spokojne… tylko ona nie była.
Objęła się ramionami, jakby próbowała się ochronić przed czymś niewidzialnym.
W jej oczach pojawiły się łzy.
— Ja… nie chciałam… — wyszeptała, ale nikt jej nie słyszał.
Oparła głowę o drzwi, zamknęła oczy i pozwoliła, by cisza wypełniła wszystko.
***
Słońce stało wysoko, a park tonął w jasnym, ciepłym świetle. Liście drzew poruszały się lekko na wietrze, rzucając nieregularne cienie na ścieżkę i drewnianą ławkę. W tej spokojnej scenerii dwoje ludzi siedziało obok siebie, jakby całkowicie odcięci od świata.
Nusret pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach i splatając dłonie. Jego spojrzenie było wbite w ziemię, twarde i ciężkie. Beyza siedziała wyprostowana, ale jej ramiona drżały — jakby każdy oddech sprawiał jej wysiłek.
— Zachowałeś się tak, jakbym naprawdę była w ciąży — odezwała się w końcu, a w jej głosie pobrzmiewała bezradność. — Czy ta scena była konieczna? Teraz wszyscy nas terroryzują.
Nusret prychnął cicho, nie podnosząc wzroku.
— A co miałem zrobić? — rzucił ostro. — To ty wciągnęłaś nas w to bagno. Wszystko miało pójść gładko. — Wreszcie odwrócił głowę i spojrzał na nią z wyrzutem. — To moja wina, że cię posłuchałem.
Beyza zacisnęła dłonie na kolanach.
— Nie mieliśmy wyboru… — wyszeptała. — Zostaliśmy z dzieckiem Yoncy. A teraz ona żąda dziesięciu milionów… Dziesięciu!
Na twarzy Nusreta pojawił się cień gniewu.
— Nawet nie mów mi o tej dziewczynie, bo ma ochotę ją zabić — syknął przez zęby. — Ale jest w ciąży. Nie możemy nic zrobić.
Zapadła chwila ciszy. W oddali słychać było śmiech dzieci i szelest liści, ale między nimi powietrze było ciężkie, napięte.
Beyza odwróciła głowę w jego stronę. W jej oczach pojawił się strach.
— Co teraz zrobimy, tato?
Nusret wyprostował się powoli, jakby podjął decyzję, której nie da się już cofnąć.
— Tym razem to koniec, córko — powiedział chłodno. — Cihan zamknął przed tobą drzwi. I nie otworzy ich ponownie, nawet gdybyś miała wrócić tam jako służąca Hancer.
Słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.
Beyza pokręciła głową, a jej usta zadrżały.
— Nie… — wyszeptała, bardziej do siebie niż do niego. — To niemożliwe…
Odwróciła wzrok, wbijając go w przestrzeń przed sobą, jakby próbowała odnaleźć w niej jakiekolwiek wyjście. Ale wokół była tylko cisza, światło i nieubłagana rzeczywistość.

***
W jasnym pokoju, którego ściany pokrywała delikatna, lawendowa tapeta, Hancer krążyła nerwowo przy drzwiach. Jej oddech był płytki, dłonie drżały, a spojrzenie co chwilę uciekało w stronę klamki — jakby samą siłą woli mogła ją zmusić do ustąpienia.
Sięgnęła po nóż, który wcześniej przyniesiono jej na tacy ze śniadaniem. Ostrożnie, z desperacją wsunęła go w zamek, próbując coś podważyć, przesunąć, odblokować. Metal zgrzytał cicho, ale drzwi pozostawały niewzruszone.
— No dalej… — wyszeptała, zaciskając zęby.
Bez skutku.
Odrzuciła nóż na bok i rozejrzała się gorączkowo. Jej wzrok zatrzymał się na ciężkiej, czarnej figurze szachowej stojącej na półce — królu, masywnym i solidnym. Chwyciła go bez wahania.
Z całej siły uderzyła w klamkę.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Metaliczny dźwięk odbijał się echem po pokoju, ale drzwi wciąż ani drgnęły.
I nagle — klik.
Zamek ustąpił, lecz nie pod jej naporem.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, a w progu stanął Cihan. Jego spojrzenie natychmiast spoczęło na figurze w jej dłoniach i rozedrganej klamce.
— Oszalałaś?! — rzucił ostro, wchodząc do środka.
Bezceremonialnie wyrwał jej figurę z rąk i odstawił ją na półkę, jakby chciał przywrócić porządek, który przed chwilą runął.
Hancer cofnęła się o krok, ale tylko po to, by zaraz znów ruszyć do przodu.
— Zejdź mi z drogi, Cihanie! — jej głos był napięty do granic. — Wypuść mnie!
— Nigdzie nie pójdziesz.
— Gdzie jest Beyza? — zapytała gwałtownie. — Wyrzuciłeś ją?
— Hancer, wystarczy. — Jego ton stwardniał. — Nikogo nie wyrzuciłem. Odeszła sama.
Na moment zamarła, jakby te słowa ją uderzyły.
— Jak mogłeś… — wyszeptała, a potem podniosła głos. — Czy nie powiedziała ci, że zrobi to, gdy tylko wyjdzie za te drzwi?! Nie mogę tu siedzieć bezczynnie! — Wskazała na drzwi. — Mam ochotę je wyważyć, zburzyć te ściany i iść ją zatrzymać! To twoje dziecko, Cihanie! Twoja krew!
Cihan odwrócił wzrok na ułamek sekundy, jakby coś w nim drgnęło, ale szybko się opanował.
— Nie patrz tak na mnie — powiedział chłodno. — Beyza sama podjęła decyzję. I sama poniesie jej konsekwencje.
— To niewinne dziecko poniesie konsekwencje! — odpowiedziała ostro. — Nie możesz umyć rąk i udawać, że to nie twoja sprawa!
— Hancer, dość! — jego głos nagle podniósł się. Stał się twardszy i bardziej szorstki. — Przestań mnie oskarżać! Wiesz, dlaczego jestem w tym miejscu? Przez ciebie! To przez ciebie podejmuję złe decyzje!
Zamilkła, patrząc na niego z niedowierzaniem.
— Zgrzeszyłeś przeciwko własnemu dziecku… — powiedziała cicho, ale każde słowo było ciężkie.
Cihan zrobił krok w jej stronę i chwycił ją za ramiona. Nie gwałtownie — raczej z desperacją, jak ktoś, kto traci grunt pod nogami.
— To dziecko się urodzi — powiedział z naciskiem. — I będę przy nim. Zawsze. Zaopiekuję się nim.
Jego głos złagodniał, niemal się załamał.
— Ale ciebie… ciebie nie potrafię zostawić. To od ciebie nauczyłem się, czym jest miłość. Nie odbieraj mi tego, Hancer.
Powoli ujął jej dłoń, jakby sprawdzał, czy jeszcze ma do niej prawo.
— Dlaczego moje ręce są puste? — zapytał ciszej. — Dlaczego mnie nie trzymasz? Dlaczego nie jesteś po mojej stronie? Wyrzuć z siebie ten gniew. Nawet jeśli wyjdziesz stąd, i tak cię nie puszczę.
Hancer nie odpowiedziała. Jej twarz była nieruchoma, ale oczy zdradzały burzę.
Cihan puścił jej dłoń.
Podszedł do stołu, zabrał tacę z nietkniętym śniadaniem i bez słowa skierował się do drzwi. Na moment zatrzymał się w progu — jakby chciał coś jeszcze powiedzieć — ale zrezygnował.
Drzwi zamknęły się za nim cicho.

***
Gabinet Cihana tonął w jasnym, dziennym świetle wpadającym przez wysokie okna. Na ścianie wisiał obraz przedstawiający wzburzone morze i rozbijające się statki — jakby ktoś celowo zawiesił go tu na przekór ciszy i porządkowi panującemu w pomieszczeniu. Cihan siedział przy biurku, pochylony nad laptopem, gdy rozległo się ciche pukanie.
Drzwi uchyliły się powoli i w progu stanął Melih.
— Panie Cihanie… masz chwilę? — zapytał ostrożnie, jakby już sam ton głosu mógł zdradzić, że ta rozmowa nie będzie należała do łatwych.
Cihan uniósł wzrok znad ekranu i skinął głową.
— Wejdź.
Melih zamknął za sobą drzwi i podszedł do biurka. Położył na nim niewielkie pudełko.
— Przyniosłem telefon, o który prosiłeś. — Na moment zawahał się, przesuwając dłonią po kartoniku. — Jest jeszcze coś, o czym chciałbym porozmawiać.
Cihan oparł się wygodniej w fotelu, przyglądając mu się uważnie.
— Słucham.
— Mój urlop dobiegł końca. — Melih odetchnął głęboko. — Dzwonili ze statku. Wypływam za kilka dni.
Przez twarz Cihana przemknął cień zrozumienia, ale zaraz przybrał oficjalny ton.
— W takim razie życzę ci powodzenia. I dziękuję, że przyjąłeś moją propozycję. Wyślij numer konta — księgowość zajmie się resztą.
— Niech te pieniądze trafią na konto mojej mamy — powiedział spokojnie Melih. — Mnie na morzu i tak nie będą potrzebne.
Na moment zapadła cisza. Cihan przyjrzał mu się uważniej, jakby dopiero teraz naprawdę go zobaczył.
— Niewielu ludzi myśli w ten sposób — mruknął. — Szkoda, że wracasz na statek. Chętnie dalej bym z tobą pracował.
Melih uśmiechnął się blado, ale zaraz spoważniał.
— Szczerze mówiąc… nie rozważałbym tego.
Brwi Cihana ściągnęły się w wyraźnym zdziwieniu.
— Dlaczego? Zrobiliśmy coś nie tak?
— Nie wobec mnie. — Melih uniósł wzrok. — Chodzi o zasady. O to, że nie potrafię milczeć, kiedy widzę niesprawiedliwość.
W powietrzu zawisło napięcie.
— Mów konkretnie — powiedział Cihan chłodniej. — Co masz na myśli?
— Pani Sinem.
Cihan wyprostował się w fotelu.
— Co moja bratowa ma z tym wspólnego?
— Kiedy wiozłem Mine do szkoły — zaczął Melih spokojnie — powiedziała mi, że zazdrości koleżankom. Ich mamy same je odwożą. Pani Sinem mogłaby robić to samo. Ma prawo jazdy.
Cihan milczał, ale jego spojrzenie stawało się coraz twardsze.
— Kilka razy pozwoliłem jej pojeździć moim samochodem — kontynuował Melih. — Spędziliśmy kilka godzin na ćwiczeniach. Teraz radzi sobie dobrze. Jest pewna za kierownicą.
Cihan wstał gwałtownie. Krzesło zaskrzypiało o podłogę.
— Przejdź do sedna — powiedział, patrząc na niego z góry. — Zaczyna mnie to irytować.
— Spokojnie. — Melih nie cofnął się ani o krok. — Problem w tym, że pani Mukadder się o tym dowiedziała. I uznała, że przekroczyłem granice.
— Bo przekroczyłeś. — Głos Cihana był twardy jak stal. — Czy ja ci to zleciłem?
— Wiedziałem, że tak zareagujesz. — Melih spojrzał mu prosto w oczy. — Dlatego zdecydowałem się na tę rozmowę. Nie chcę, żeby pani Sinem poniosła konsekwencje twojego gniewu.
— Konsekwencje? — powtórzył ostro Cihan. — To moja bratowa. Dziedzictwo mojego brata. Zrobiłbym dla niej wszystko.
— Wierzę — odpowiedział spokojnie Melih. — Tylko że… nie pozwoliłeś jej nawet spróbować.
— Bo mnie o to nie poprosiła.
Na twarzy Meliha pojawił się ledwie zauważalny uśmiech.
— Czy ona kiedykolwiek ośmieliła się ciebie o coś poprosić?
To zdanie zawisło w powietrzu jak rzucone wyzwanie.
Cihan zacisnął pięści. Przez chwilę wyglądał, jakby miał wybuchnąć.
— Melihu… — wycedził przez zęby — tylko ze względu na twoją matkę jeszcze tu stoisz.
— To bez znaczenia — odparł spokojnie. — Nie zależy mi na tym, co o mnie myślisz. Chcę tylko, żebyś się nad tym zastanowił.
Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi.
— Miłej pracy.
Drzwi zamknęły się cicho za jego plecami.
Cihan został sam w jasnym, uporządkowanym gabinecie. Tylko obraz sztormu na ścianie zdawał się nagle bardziej na miejscu niż wcześniej.

***
W korytarzu panowała cisza, przerywana jedynie odległym tykaniem zegara i cichym szumem windy. Jasne światło odbijało się od gładkiej podłogi i złotych drzwi windy, nadając przestrzeni chłodny, niemal sterylny charakter. Aysu podeszła ostrożnie do drzwi pokoju Hancer, jakby każdy krok mógł zdradzić jej obecność. Zatrzymała się tuż przy framudze i delikatnie zapukała.
— Siostro Hancer, jesteś tam? — zapytała szeptem, nachylając się ku drzwiom.
Przez chwilę panowała cisza, ale zaraz potem zza drzwi dobiegł przytłumiony głos:
— Jestem, Aysu. — W tym krótkim zdaniu pobrzmiewało napięcie. — Otwórz, proszę. Muszę stąd wyjść.
Aysu spuściła wzrok, zaciskając dłonie.
— Nie mogę — odpowiedziała cicho. — Nie mam klucza. I nie wolno nam tu przychodzić bez pozwolenia Cihana. — Zawahała się na moment. — Ale jeśli czegoś potrzebujesz, powiedz. Pomogę, jak tylko będę mogła.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, jakby Hancer zbierała myśli.
— Mam jedną prośbę. — Jej głos stał się bardziej stanowczy. — Jutro pójdziesz do mojego brata. Nie do domu, tylko do sklepu. Tam go znajdziesz.
— Daj mi numer — zaproponowała szybko Aysu. — Zadzwonię, będzie szybciej.
— Nie. — Odpowiedź była natychmiastowa. — Przez telefon się nie da. Moja bratowa wszystko kontroluje. Usłyszy. Nie może się o tym dowiedzieć.
Aysu skinęła głową, choć Hancer nie mogła tego zobaczyć.
— Dobrze, pójdę. Ale co mam mu powiedzieć?
— Powiedz mu prawdę. — Głos Hancer zadrżał, ale nie stracił determinacji. — Powiedz, że Cihan mnie zamknął. Niech znajdzie sposób, żeby mnie stąd zabrać.
Aysu przymknęła oczy.
— Jesteś pewna? — zapytała ciszej. — Naprawdę chcesz odejść?
Za drzwiami rozległo się krótkie, gorzkie westchnienie.
— Jestem pewna. Nic mnie tu już nie zatrzyma. — Po chwili dodała, twardo: — Aysu… jeśli mu nie powiesz, wyskoczę przez okno. Przysięgam.
Te słowa zawisły w powietrzu jak ciężar, którego nie dało się zignorować.
Po chwili coś zaszeleściło. W szczelinie pod drzwiami pojawiła się złożona kartka. Aysu uklękła i ostrożnie ją wyciągnęła. Na papierze widniał adres sklepu Cemila, zapisany drżącą ręką.
Oddaliła się szybkim krokiem, ściskając kartkę w dłoni. Korytarz znów opustoszał.
Po chwili drzwi gabinetu otworzyły się i wyszedł z niego Cihan, trzymając w rękach ciężkie, drewniane krzesło. Zatrzymał się na moment, jakby nasłuchiwał, a potem jego wzrok padł na drzwi pokoju Hancer. Podszedł bliżej, powoli, z wyraźnym napięciem w ruchach.
Przysunął krzesło i ustawił je tuż przy drzwiach. Usiadł, opierając łokcie na kolanach, wpatrzony w klamkę, jakby spodziewał się, że w każdej chwili się poruszy.
Nie zamierzał się stąd ruszyć.
Czuwał.
W jego spojrzeniu nie było już gniewu — tylko upór. Wierzył, że jeśli będzie wystarczająco cierpliwy, jeśli nie odpuści… Hancer w końcu mu wybaczy.
Albo przynajmniej przestanie próbować uciekać.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 70.Bölüm i Gelin 71.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






