Panna młoda odc. 173: Beyza kontra Hancer! Kolejna odsłona wojny!

Beyza trzyma niemowlę w kocu i rozmawia z Hancer przed eleganckimi drzwiami windy.

„Panna młoda” Odc. 173 – streszczenie

Napięcie przy stole było tak gęste, że można je było kroić nożem. Każdy kęs zdawał się więznąć w gardle, a spojrzenia krążące między domownikami i gośćmi mówiły więcej niż słowa.

Nagle Sinem parsknęła śmiechem.

Najpierw cicho, niemal nieśmiało. Chwilę później śmiała się już otwarcie, zasłaniając usta dłonią. Jej ramiona drżały, a z oczu popłynęły łzy. Wszyscy przy stole odwrócili się w jej stronę.

Beyza patrzyła na nią z niedowierzaniem. Mukadder zmarszczyła brwi. Melih uniósł lekko głowę, próbując zrozumieć, co się dzieje.

Sinem jednak nie potrafiła przestać.

Widok całej rodziny siedzącej przy jednym stole z Melihem i Hancer był dla niej tak absurdalny, że jej umysł najwyraźniej postanowił bronić się śmiechem przed całkowitym załamaniem.

— Sinem, opanuj się — upomniała ją ostro Mukadder.

— Przepraszam… naprawdę przepraszam… — wydusiła między kolejnymi wybuchami śmiechu.

Próbowała się uspokoić, ale za każdym razem, gdy podnosiła wzrok i widziała naprzeciwko siebie Hancer i Meliha, śmiech wracał ze zdwojoną siłą.

— Bratowo, wystarczy — odezwał się Cihan lodowatym tonem. — Idź do swojego pokoju. Ochłoń trochę.

— Ja naprawdę nie robię tego specjalnie… — wyszeptała Sinem, ocierając łzy. — Przysięgam…

Odsunęła gwałtownie krzesło. Jeszcze śmiejąc się nerwowo, niemal wybiegła z jadalni.

Przez chwilę panowała cisza.

— Kto wie — odezwał się w końcu Nusret, podnosząc się od stołu. — Może właśnie ona zachowuje się dziś najrozsądniej.

Poprawił marynarkę i rozejrzał się po zebranych.

— Bo to, co tutaj widzę, jest całkowicie nienormalne. Siedzimy przy jednym stole, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby wszyscy byli jedną szczęśliwą rodziną.

Jego spojrzenie zatrzymało się na Hancer i Melihu.

— Smacznego wszystkim.

Odwrócił się i wyszedł z jadalni.

Beyza odprowadziła go wzrokiem, po czym niespodziewanie klasnęła lekko w dłonie i rozpromieniła się sztucznym, przesadnie serdecznym uśmiechem.

— Jak cudownie, że przyszliście — powiedziała słodkim głosem, patrząc na Hancer i Meliha. — Naprawdę. Pełny stół zawsze wygląda piękniej.

Melih od razu wyczuł fałsz kryjący się za jej słowami.

— Im więcej ludzi, tym weselej, prawda? — ciągnęła Beyza, nie tracąc uśmiechu.

Nagle jakby coś sobie przypomniała.

— Och! Przecież jeszcze nie poznaliście Cihana Gurura!

Na twarzy Hancer pojawił się ledwie dostrzegalny cień niepokoju.

— Powinniście go zobaczyć. Jest przeuroczy.

Odwróciła głowę w stronę kuchni.

— Gülsüm! Gülsüm, kochana! Przynieś proszę Cihana Gurura!

***

Sinem wpadła do pokoju jak burza i niemal bezwładnie opadła na łóżko. Ukryła twarz w drżących dłoniach. Szloch wyrwał się z jej piersi z taką siłą, jakby przez długi czas tłumiła w sobie cały ból, a teraz nie była już w stanie go dłużej dźwigać.

Po chwili do pomieszczenia weszła Aysu. Widząc jej rozpacz, zatrzymała się na moment w progu. Na jej twarzy odmalowało się współczucie. Podeszła cicho do łóżka i usiadła obok Sinem.

— Siostro Sinem, proszę… nie zadręczaj się tak — powiedziała łagodnie, kładąc dłoń na jej ramieniu. — Naprawdę nie warto niszczyć siebie przez to wszystko.

Sinem podniosła zapłakaną twarz. Jej oczy były zaczerwienione od łez, a głos drżał przy każdym słowie.

— Wszystko zaczęło się w dniu, w którym Hançer stąd odeszła — wyszeptała. — Właśnie wtedy… wtedy Melih mnie okłamał.

Przełknęła ciężko ślinę i zacisnęła dłonie na pościeli.

— Powiedział mi, że się pobierzemy. Sprawił, że uwierzyłam w każde jego słowo. A ja… ja naprawdę mu zaufałam…

Głos uwiązł jej w gardle. Powieki zacisnęły się mocno, a kolejne łzy spłynęły po policzkach.

Aysu spuściła wzrok.

— Proszę, nie płacz — odezwała się cicho. — Chciałabym móc cofnąć czas i naprawić to, co się stało. Przepraszam cię w imieniu mojego brata. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak postąpił.

Westchnęła głęboko.

— Uwierz mi, ja i mama też znalazłyśmy się przez to w bardzo trudnej sytuacji. Nic nie jest już takie jak dawniej. Dlatego proszę… nie komplikuj tego jeszcze bardziej. Jeśli brat Cihan usłyszy o wszystkim…

— Nie martw się — przerwała jej Sinem, ocierając mokre policzki. — Nikt niczego nie usłyszy. Ani Cihan, ani ktokolwiek inny.

Na jej ustach pojawił się gorzki, pełen żalu uśmiech.

— Wstydzę się przede wszystkim samej siebie. Mojej naiwności… mojej głupoty. Dałam się oszukać jak dziecko. Uwierzyłam w piękne słowa i obietnice, które od początku nic nie znaczyły.

Ostatnie zdanie ledwie przeszło jej przez gardło. Chwilę później znów wybuchła płaczem.

Aysu nie powiedziała już ani słowa. Przysunęła się bliżej i mocno objęła Sinem. Kobieta wtuliła się w nią rozpaczliwie, szukając choć odrobiny ukojenia. Łzy nadal płynęły po jej twarzy, mocząc jasną chustę okrywającą głowę. Aysu przytuliła ją jeszcze mocniej i delikatnie pogładziła po plecach.

Obie siedziały tak przez dłuższą chwilę w milczeniu. Jedna próbowała ukoić ból, którego nie potrafiła naprawić, druga zaś wypłakiwała rozczarowanie, złamane zaufanie i marzenia, które rozsypały się w pył.

***

Beyza wróciła do jadalni z niemowlęciem na rękach. Na jej twarzy gościł szeroki, niemal triumfalny uśmiech. W pomieszczeniu natychmiast zrobiło się ciszej. Wszystkie spojrzenia skierowały się na mały zawiniątek otulony błękitnym kocykiem.

— A oto nasz mały książę — oznajmiła z dumą. Pochyliła się lekko nad dzieckiem i delikatnie odwróciła jego twarzyczkę w stronę Hancer. — Spójrzcie tylko. Czyż nie jest do złudzenia podobny do swojego ojca? 

Jej głos był pełen czułości, ale dla Hancer każde słowo brzmiało jak kolejny cios.

— Potrzymaj go, kochanie. — Beyza zwróciła się do Cihana. — Widzę, że znowu cię szuka.

Cihan bez słowa wyciągnął ręce i ostrożnie przyjął dziecko. Chłopiec poruszył się niespokojnie, po czym niemal natychmiast uspokoił się w jego ramionach.

Hancer nie mogła oderwać od nich wzroku. Widok Cihana tulącego niemowlę ścisnął jej serce tak mocno, że aż zabrakło jej tchu. Mimowolnie położyła dłoń na swoim zaokrąglonym brzuchu.

Melih siedzący obok zauważył ten gest.

Hancer spuściła wzrok.

Ty nigdy nie będziesz tak blisko swojego ojca… — pomyślała, czując, jak oczy zaczynają ją piec. — Może kiedyś mnie za to znienawidzisz. Może nigdy mi nie wybaczysz. Ja też sobie nie wybaczę. Każdego dnia będę nosić w sobie tę winę.

Przełknęła ciężko ślinę.

Patrzę na niego, nosząc pod sercem jego dziecko, a jednocześnie wiem, że nigdy nie będzie mógł go przytulić. I właśnie to boli najbardziej.

— Hancer?

Głos Meliha wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała na niego nieobecnym wzrokiem.

— Wszystko w porządku?

— Tak… — skłamała cicho. — Po prostu… czy możemy już wracać?

Beyza natychmiast podniosła głowę.

— Wracać? Tak szybko?

Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

— Przecież przynieśliście deser. Nie możecie wyjść, zanim go nie spróbujemy. Zostańcie jeszcze chwilę.

Hancer zacisnęła palce na materiale sukienki.

— Ja…

— Idź odświeżyć się trochę — przerwał jej łagodnie Melih. — Przemyj twarz. Potem zdecydujemy.

Przez moment Beyza obserwowała ich z rozbawieniem.

— Chętnie pokazałabym ci drogę do łazienki — powiedziała z pozorną uprzejmością. — Ale ty przecież znasz ten dom równie dobrze jak my.

Słowa zawisły w powietrzu. Hancer poczuła, jak robi jej się jeszcze bardziej duszno.

Powoli wstała od stołu. Odwróciła się i ruszyła w stronę korytarza prowadzącego do prywatnej części rezydencji.

Za jej plecami rozmowy przy stole ucichły.

Gdy znalazła się na korytarzu, zobaczyła Aysu wychodzącą z jednego z pokoi.

Dziewczyna uniosła głowę i na moment ich spojrzenia się spotkały.

— Aysu… — odezwała się Hancer cicho.

Jednak Aysu natychmiast odwróciła wzrok. Jej twarz stwardniała. Bez słowa minęła Hancer i szybkim krokiem zniknęła za drzwiami.

To zabolało bardziej, niż Hancer chciała przyznać.

Chwilę później uchyliły się drzwi sąsiedniego pokoju. W progu stanęła Sinem. Jej oczy były zaczerwienione od płaczu, ale gdy zobaczyła Hancer, nie było w nich już smutku.

Był tylko chłód.

I żal.

Spojrzała na nią tak, jakby patrzyła na osobę odpowiedzialną za całe swoje nieszczęście.

Ani słowa.

Ani jednego gestu.

Po kilku sekundach zamknęła drzwi równie nagle, jak je otworzyła.

Hancer została sama na pustym korytarzu.

Przez krótką chwilę stała nieruchomo, czując, jak ściany rezydencji zaczynają ją przytłaczać.

W tym domu nie było już dla niej miejsca.

Nie należała ani do świata, który zostawiła za sobą, ani do tego, do którego próbowała wrócić.

Ze spuszczoną głową ruszyła dalej.

Weszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi, jakby chciała odciąć się od wszystkich spojrzeń, pretensji i wspomnień, które czekały na nią po drugiej stronie.

***

Gdy Hancer wyszła z łazienki, zatrzymała się gwałtownie. Na korytarzu, tuż przy ścianie, stał Cihan. Jakby czekał właśnie na nią.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Między nimi zaległo ciężkie napięcie, którego nie potrafiły zagłuszyć nawet odległe dźwięki rozmów dobiegające z jadalni.

— Jak podoba ci się rola gościa w tym domu? — zapytał w końcu chłodno. Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, który nie sięgał oczu. — Mam nadzieję, że czujesz się dobrze ugoszczona.

Hancer zacisnęła palce na materiale sukienki.

— Nie przyszłam się kłócić, Cihanie.

Chciała go minąć, ale zrobiła zaledwie krok, gdy jego dłoń zacisnęła się na jej ramieniu. Nie bolało, lecz było wystarczająco stanowcze, by ją zatrzymać.

— Więc dlaczego przyszłaś? — zapytał, patrząc jej prosto w oczy. — Żeby pokazać mi swoje szczęście?

Chcesz doprowadzić mnie do szaleństwa? — pomyślał. — Za każdym razem, gdy widzę cię obok tego człowieka, tracę oddech. Serce wali mi tak mocno, jakby chciało rozerwać pierś. A mimo to muszę udawać, że nic już nie czuję.

Hancer odwzajemniła spojrzenie.

Naprawdę niczego nie widzisz? — przemknęło jej przez myśl. — Nie widzisz smutku w moich oczach? Nie widzisz, że mimo wszystkich ludzi wokół, wciąż patrzę tylko na ciebie?

Przez moment wydawało się, że Cihan chce powiedzieć coś jeszcze. Zamiast tego puścił jej ramię i cofnął się o krok.

— Wiesz co? Już mnie to nie obchodzi — powiedział lodowatym tonem. — Znasz starego Cihana. Gdyby to był tamten człowiek, nie pozwoliłby ci nawet przekroczyć progu tego domu. Zrównałby wszystko z ziemią.

Zaśmiał się gorzko.

— Ale spójrz. Siedziałem z tobą przy jednym stole. Jak myślisz, dlaczego?

Hancer poczuła nieprzyjemny ucisk w piersi.

— Nie wiem…

— Więc ci powiem. Bo jesteś dla mnie nikim.

Słowa spadły na nią jak policzek.

— Widziałem was przy wejściu. Jak trzymaliście się za ręce. W tamtej chwili wszystko się skończyło. Miłość się skończyła. Wyrzuciłem z serca każdą rzecz, która była związana z tobą. Nie zostało nic.

Hancer pobladła.

Choć mówiła sobie, że nie powinna już przejmować się jego słowami, każde z nich wbijało się w nią jak ostrze.

Cihan odwrócił się i odszedł bez oglądania się za siebie.

Hancer została sama pośrodku korytarza, próbując opanować drżenie dłoni.

Wtedy usłyszała kroki.

Zza rogu wyłoniła się Beyza, trzymając dziecko w ramionach. Zatrzymała się przed Hancer i poprawiła kocyk okrywający niemowlę. Na jej twarzy malowała się pewność siebie granicząca z triumfem.

— Widziałaś? — odezwała się spokojnie. — Cihan nie zwraca już na ciebie uwagi.

Hancer milczała.

— Wyszłaś za mąż za tego biednego kierowcę. Zamieszkaliście po sąsiedzku, przyszliście razem na kolację, ale nic na tym nie zyskałaś. Jak widzisz, udawanie szczęścia przed Cihanem nic ci nie dało.

Beyza przytuliła dziecko mocniej.

— On zrezygnował z ciebie na dobre.

Jej głos stawał się coraz bardziej pewny.

— Ja natomiast nigdy nie byłam dla niego przelotną znajomością. Odkąd dowiedział się, że jestem w ciąży, ani razu we mnie nie zwątpił. Tak, wcześniej wyrzucał mnie z tego domu. Odsyłał do ojca. Upokarzał mnie. Ale ja się nie poddałam.

Spojrzała Hancer prosto w oczy.

— Walczyłam o niego do końca. Powtarzałam sobie: „Cokolwiek się stanie, należę do niego”. Nie szukałam pocieszenia w ramionach innego mężczyzny.

Ostatnie słowa wypowiedziała ze szczególnym naciskiem.

Hancer zesztywniała.

— Dlatego właśnie nigdy nie mogłaś zostać jedną z Develioglu — ciągnęła Beyza. — Na szczęście twój mąż jest od ciebie rozsądniejszy.

Na twarzy Hancer pojawiło się zdziwienie.

— Co masz na myśli?

Kąciki ust Beyzy uniosły się w zadowolonym uśmiechu.

— Melih już rozmawia z ciocią o waszej wyprowadzce. Prowadzi negocjacje. Wygląda na to, że nie zamierza odejść z pustymi rękami.

Hancer zmarszczyła brwi.

— O czym ty mówisz?

Ale Beyza nie odpowiedziała.

Przytulając dziecko do piersi, odwróciła się i ruszyła korytarzem. Po chwili zniknęła za zakrętem, zostawiając Hancer samą z narastającym niepokojem i pytaniami w głowie. 

***

Hancer wróciła do jadalni ze spuszczoną głową. Wciąż słyszała w uszach słowa Beyzy, a serce biło jej niespokojnie. Gdy zajęła miejsce obok Meliha, od razu poczuła na sobie spojrzenia wszystkich siedzących przy stole.

Pochyliła się lekko w stronę męża.

— Co się działo, kiedy mnie nie było? — zapytała cicho.

Melih spojrzał na nią znacząco.

— Wkrótce sama się dowiesz.

Jego spokojny ton nie uspokoił jej ani trochę.

W tej samej chwili do jadalni weszła Beyza. Niosła dużą tacę z deserem, a na jej twarzy malował się uprzejmy uśmiech. Ostrożnie rozstawiła talerzyki przed gośćmi i domownikami.

— Nasi goście przynieśli słowicze gniazda — oznajmiła z przesadnym entuzjazmem. — Czy to nie urocze?

Przy stole zapadła cisza.

Melih spojrzał na deser, a potem na Mukadder.

— Wybrałem je celowo. Zwłaszcza po propozycji, którą otrzymałem od pani Mukadder.

Cihan natychmiast podniósł wzrok.

— Jakiej propozycji?

Hancer zesztywniała. Melih nawet nie mrugnął.

— Pani Mukadder zaoferowała mi pieniądze w zamian za to, żebym zabrał Hancer i zniknął z waszego życia.

W jadalni zrobiło się jeszcze ciszej.

Mukadder siedziała niewzruszona. Nie próbowała zaprzeczać.

— Skoro już postanowiłeś wszystkim o tym opowiedzieć — odparła chłodno — powiedz również, jakiej kwoty oczekujesz za odejście ze swoją żoną.

Na twarzy Meliha pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech. Odłożył widelec i oparł się wygodniej o krzesło.

— Zanim odpowiem, opowiem wam pewną historię.

Cihan przewrócił oczami.

— Znowu zaczynasz?

— Posłuchaj. To krótka historia.

Melih wskazał dłonią na stojący przed nim talerzyk.

— Słowik od zawsze kojarzony był z miłością do róży. Ludzie pisali o nim wiersze i pieśni, jakby całe jego życie sprowadzało się do wzdychania pod oknem ukochanej. Ale prawda jest zupełnie inna.

Przy stole zapanowała cisza.

— Słowik jest jednym z najbardziej pracowitych ptaków. Większość zbiera kilka gałązek, układa je byle jak i uznaje sprawę za zakończoną. Gdybym był ptakiem, pewnie zrobiłbym dokładnie to samo.

Na ustach Hancer pojawił się cień uśmiechu.

— To akurat łatwo sobie wyobrazić — mruknął Cihan. — Kochasz osiedlać się w gotowym gnieździe.

Melih pozostał niewzruszony na ten komentarz.

— Ale słowik postępuje inaczej. Zbiera najdelikatniejsze włókna, kawałki wełny i źdźbła trawy. Buduje swoje gniazdo cierpliwie, warstwa po warstwie. Wije je jak misterny kokon i zawiesza wysoko, tam, gdzie będzie bezpieczne.

Spojrzał kolejno na wszystkich obecnych.

— Co ciekawe, nie pozwala samcowi zbliżać się do gniazda. Podobno właśnie stąd wzięło się powiedzenie, że to kobieta buduje dom.

Jego wzrok zatrzymał się na Hancer.

— Potrzeba do tego mądrości, cierpliwości i ogromnego wysiłku.

Potem spojrzał prosto na Cihana.

— Ale jest jeszcze coś. Jeśli ktoś spróbuje skrzywdzić pisklęta albo zniszczyć gniazdo, ten mały, łagodny ptak natychmiast zamienia się w drapieżnika. Walczy do ostatniego tchu.

W oczach Cihana błysnęło zrozumienie. Mięśnie jego szczęki napięły się wyraźnie. Przez chwilę wyglądał, jakby miał odpowiedzieć, lecz ostatecznie zacisnął usta i milczał.

Mukadder nie zamierzała jednak uczestniczyć w tej grze.

— Przejdź do rzeczy — powiedziała niecierpliwie. — Ile chcesz?

Melih odwrócił głowę w jej stronę.

— Chcę powiedzieć tylko jedno. Hancer zapłaciła za ten dom cenę znacznie wyższą niż pieniądze.

Jego głos stwardniał.

— Dlatego żadna suma nie wystarczy, by wyrównać ten rachunek.

Na moment zapadła cisza. Potem Melih wstał od stołu.

— Hancer.

Spojrzał na żonę.

— Wstawaj. Nasza sąsiedzka wizyta dobiegła końca.

Hancer bez słowa podniosła się z miejsca. Melih sięgnął po ich płaszcze. Podał jej kurtkę, a sam zarzucił swoją na ramiona. Następnie objął ją lekko w pasie.

Gest był naturalny, ale wystarczył, by na twarzy Cihana pojawiło się napięcie.

— Dziękujemy za gościnę — powiedział Melih z uprzejmym uśmiechem. — Było nam bardzo miło. Kiedyś odwdzięczymy się i zaprosimy was do siebie.

— Jeśli oczywiście przyjmiecie zaproszenie — dodał z nutą ironii.

Nikt nie odpowiedział.

Mukadder siedziała nieruchomo, Beyza zaciskała dłonie na oparciu krzesła, a Cihan nie odrywał wzroku od Hancer.

Po chwili Melih i Hancer skierowali się ku wyjściu. Drzwi zamknęły się za nimi cicho.

Jednak ciężka atmosfera, która zawisła nad stołem, pozostała w jadalni jeszcze długo po ich odejściu. Cihan wpatrywał się w zamknięte drzwi, jakby wciąż widział za nimi sylwetkę Hancer, a nikt nie miał odwagi przerwać ciszy, która zapadła po ostatnich słowach Meliha.

***

Wieczór.

Derya leżała rozciągnięta na kanapie w niewielkim salonie. W pokoju panował półmrok rozświetlany jedynie ciepłym światłem lampki stojącej obok sofy. Kobieta przyciskała dłoń do skroni, jakby próbowała powstrzymać pulsujący ból, który rozsadzał jej głowę od środka.

Westchnęła ciężko i przymknęła oczy.

— Ach, moja głowa… — jęknęła przeciągle.

Przekręciła się na bok i oparła głowę o poduszkę. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, ale jeszcze bardziej irytacja.

— Co oni znowu wymyślili, żeby rozdzielić Cihana i Hancer? — mruknęła pod nosem. — Jestem pewna, że to sprawka tej starej wiedźmy Mukadder.

Zmarszczyła brwi.

— Ta kobieta nie ma serca. Nie ma litości nawet dla własnego syna. Świadomie oddała cudze dziecko w jego ręce i jeszcze uważa, że wszystko jest w porządku.

Ponownie złapała się za głowę i skrzywiła z bólu.

— Ach… moja głowa…

Przez chwilę patrzyła w sufit, jakby próbowała uporządkować myśli.

— A ciebie, Hancer, naprawdę nie potrafię zrozumieć. Naprawdę. — Pokręciła głową z niedowierzaniem. — Dobrze, wyszłaś za mąż. Ale dlaczego zaszłaś z nim w ciążę?

Usiadła gwałtownie, po czym natychmiast skrzywiła się i znów opadła na poduszki.

— Ach… moja głowa…

Przez moment milczała, po czym nagle uniosła rękę w geście frustracji.

— Straciliśmy jedyną okazję! Jedyną! Gdybym tylko wcześniej dowiedziała się wszystkim, Beyza i Mukadder już dawno klęczałyby przede mną.

Na jej ustach pojawił się chytry uśmiech.

— Hancer zostałaby panią tej rezydencji, a ja… — westchnęła marzycielsko — ja przeprowadziłabym się do pokoju Beyzy. Tak, dokładnie tam.

Wizja ta poprawiło jej humor, ale tylko na sekundę. Zaraz potem ponownie zmarszczyła czoło.

— Ale nie. Hancer musiała wszystko zepsuć. Jest piękna, to trzeba jej przyznać. Piękna jak obrazek. Tylko że uroda nie zastąpi rozumu.

Parsknęła pogardliwie.

— Powiedzcie mi, jak można było zakochać się w zwykłym kierowcy? A potem jeszcze zajść z nim w ciążę?

Opadła ciężko na oparcie kanapy. Przez chwilę w pokoju słychać było jedynie jej przyspieszony oddech.

— Ach, moja głowa… — jęknęła po raz kolejny, mocniej przyciskając dłoń do skroni.

Wyglądała tak, jakby cierpiała nie tylko z powodu migreny, lecz również dlatego, że cały misterny plan, który od miesięcy układała w swojej głowie, właśnie rozsypywał się na jej oczach.

***

Hancer siedziała nieruchomo na skraju łóżka. W dłoniach trzymała sklejone ślubne zdjęcie — pamiątkę po dniu, który miał być początkiem wspólnego życia, a stał się źródłem niekończącego się bólu. Jej smukłe palce delikatnie przesuwały się po śladzie rozdarcia biegnącym przez fotografię, dokładnie między nią a Cihanem.

Wpatrywała się w zdjęcie, jakby próbowała odnaleźć w nim odpowiedź na wszystkie pytania, które od miesięcy nie dawały jej spokoju.

Łzy spływały po jej policzkach jedna za drugą.

Drzwi do sypialni były uchylone. Melih zatrzymał się w progu i przez chwilę obserwował ją w milczeniu. Widok Hancer ściskał go za serce. Siedziała w czerwonej sukience, którą miała na sobie podczas kolacji, ale teraz nie przypominała kobiety, która próbowała zachować spokój w rezydencji. Wyglądała jak ktoś, kto właśnie stracił ostatnią iskierkę nadziei.

— Nadal płaczesz, Hancer? — zapytał cicho.

Dziewczyna drgnęła i uniosła wzrok.

— Czy Cihan powiedział ci coś, kiedy zostaliście sami?

Przez chwilę milczała.

Potem powoli wstała z łóżka i podeszła do niego. W jej oczach błyszczały łzy.

— To koniec, Melihu.

Jej głos zadrżał.

— Tym razem to naprawdę koniec.

Odwróciła wzrok.

— Zawsze gdzieś w głębi serca wierzył. Nawet jeśli próbował mnie nienawidzić, nawet jeśli odpychał mnie od siebie… wciąż miał nadzieję. Widziałam to w jego oczach.

Przełknęła ciężko ślinę.

— Ale dziś wszystko umarło. W chwili, gdy zobaczył nas trzymających się za ręce.

W pokoju zapadła cisza. Melih patrzył na nią uważnie.

— Żałujesz tego kłamstwa?

Hancer zamknęła oczy.

— Nie wiem.

Pokręciła głową bezradnie.

— Kiedy zaczęłam tę grę, wydawało mi się, że postępuję właściwie. Chciałam zniknąć z życia Cihana. Chciałam, żeby przestał oglądać się za siebie i wreszcie pogodził się z naszym rozstaniem.

Głos ugrzązł jej w gardle.

— Myślałam, że w ten sposób go ochronię.

Spojrzała na Meliha.

— Ale teraz już sama nie wiem, co jest dobre, a co złe. Każdy krok prowadzi do kolejnego bólu. Każda decyzja rani kogoś, kogo kocham.

Przycisnęła dłonie do brzucha.

— Jestem zmęczona, Melihu. Tak bardzo zmęczona…

Łzy ponownie napłynęły jej do oczu.

— Chciałabym, żeby ktoś pokazał mi właściwą drogę. Chociaż raz.

Melih westchnął cicho.

— Nie patrz na mnie, Hancer.

Pokręcił głową.

— To nie ja jestem osobą, która może ci wskazać odpowiedź.

Przez chwilę zastanawiał się nad kolejnymi słowami.

— Mogę tylko powiedzieć ci jedno. Jeśli zdecydujesz się poddać, pamiętaj o Beyzie i jej ojcu. Pamiętaj, do czego są zdolni.

Hancer słuchała go w milczeniu.

— A jeśli zdecydujesz się walczyć… pamiętaj o czymś równie ważnym.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Cihan jest ojcem tego dziecka.

Słowa zawisły między nimi.

— I jest mężczyzną, którego kochasz. Ma prawo poznać prawdę.

Hancer zacisnęła powieki.

— Wiem…

— Niezależnie od tego, co postanowisz, będę przy tobie — dodał spokojnie. — Ale jeśli naprawdę zamierzasz kontynuować to kłamstwo…

Jego wzrok powędrował ku łóżku.

Na narzucie leżała fotografia przedstawiająca dzień ślubu. Zdjęcie było sklejone, ale ślad pęknięcia nadal pozostawał widoczny — tak samo jak rana w sercu Hancer.

— …to zniszcz tę fotografię. Nie torturuj się dłużej wspomnieniami.

Melih odwrócił się i skierował ku drzwiom.

— Dobranoc, Hancer.

Po chwili została sama. W pokoju zapanowała cisza.

Powoli usiadła na łóżku i ponownie sięgnęła po zdjęcie. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w twarz Cihana. W jego spojrzenie.

Jej palec zatrzymał się na śladzie rozdarcia przecinającym fotografię.

Po policzku spłynęła kolejna łza.

A potem następna.

Na jej ustach pojawił się smutny, ledwie widoczny uśmiech.

Jakby na krótką chwilę wróciła do dni, w których wierzyła, że nic i nikt nie zdoła ich rozdzielić.

Teraz jednak trzymała w dłoniach jedynie sklejone zdjęcie i resztki marzenia, które rozpadało się na kawałki tak samo jak ono.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 127.Bölüm i Gelin 128.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy