Panna młoda odc. 250: Yonca strzela do Beyzy! Beyza osuwa się na podłogę!

Zbliżenie na Beyzę, która krzyczy z bólu.

„Panna młoda” Odc. 250 — streszczenie

Beren i Engin stali w biurze prokuratora. W pomieszczeniu panowała chłodna, urzędowa atmosfera. Prokurator, siedząc za biurkiem, przejrzał dokumenty, po czym podniósł wzrok na adwokatkę Beyzy.

— Co pani sądzi o wniosku drugiej strony dotyczącym umożliwienia ojcu widzenia z dzieckiem? — zapytał rzeczowo.

Beren zerknęła na Engina. Przez krótką chwilę milczała, jakby ważyła każde słowo, a potem odparła spokojnym, profesjonalnym tonem:

— Panie prokuratorze, decyzja o umieszczeniu dziecka pod opieką państwa została podjęta z powodu niewłaściwego trybu życia pana Cihana. Nie chcemy, aby dziecku stała się jakakolwiek krzywda. Nie możemy jednak całkowicie zignorować prośby ojca. Pan Cihan może zobaczyć się z synem, ale wyłącznie w obecności urzędnika.

Prokurator skinął głową.

— Dobrze.

Złożył podpis na dokumencie i podał kartkę Enginowi. Ten przyjął pozwolenie z wyraźną ulgą, choć starał się nie okazywać zbyt wiele emocji.

Po chwili Engin i Beren opuścili gabinet. Na korytarzu mężczyzna zatrzymał się i odwrócił do adwokatki Beyzy.

— Pani Beren, dziękuję za zrozumienie — powiedział poważnie. — Nie miałem wątpliwości, że zachowa się pani rozsądnie. Powiem pani jeszcze jedno. Proszę uważać na Beyzę. Nie mówię tego ze względu na sprawę, ale ze względu na panią.

Spojrzał na nią znacząco, po czym ruszył dalej.

— Do zobaczenia.

Beren została sama na środku korytarza. Nie poruszyła się. Słowa Engina uderzyły w nią mocniej, niż chciała przyznać. W jej pamięci natychmiast odezwał się głos Nusreta:

„Moja córka nie zna granic. Teraz nie wie nawet, co ze sobą zrobić, bo jest wściekła. Uparcie próbowała odebrać Cihanowi wszystko. Dobrze, możesz wziąć swoje wynagrodzenie, ale musisz wiedzieć, kiedy przestać”.

Beren spuściła wzrok. Jej twarz, jeszcze przed chwilą opanowana i pewna, nagle stężała.

— Czy oni mają rację? — wyszeptała do siebie. — Czy naprawdę stałam się adwokatką diabła?

Ciężko odetchnęła.

— Ach, Beyza…

***

Yonca nieoczekiwanie wróciła do domu. Już od progu zorientowała się, że coś jest nie tak. W niewielkim salonie, między turkusową kanapą a pojedynczym łóżkiem, stały dwie spakowane walizki. Obok nich nerwowo krzątała się Gülsüm, która właśnie zakładała kurtkę.

Yonca zatrzymała się gwałtownie i zmierzyła ją podejrzliwym spojrzeniem.

— Dokąd to się wybierasz? — zapytała ostrym tonem. — Czy to walizka Beyzy? Dlatego do ciebie dzwoniła? Co wy dwie kombinujecie? Mów natychmiast.

Gülsüm spuściła wzrok i splotła dłonie przed sobą.

— Nic nie wiem, pani Yonco… — wyjąkała przestraszona. — Pani Beyza zadzwoniła i powiedziała, że jest u swojego ojca. Kazała mi spakować nasze rzeczy i tam przyjść. Przysięgam, nie wiem nic więcej.

— Ty przeklęta kłamczucho! — wybuchła Yonca. — Pytam, co knuje Beyza! Gadaj!

— Naprawdę nic nie wiem…

W tej samej chwili z telewizora dobiegł głos reporterki:

— Kolejny skandal w rodzinie Develioglu. Na wniosek Beyzy Develioglu, która twierdzi, że Cihan Develioglu prowadzi niemoralny tryb życia, ich dziecko zostało oddane pod opiekę państwa.

Yonca zamarła. Odwróciła głowę w stronę telewizora, jakby nie wierzyła w to, co właśnie usłyszała. Powietrze uwięzło jej w płucach, a twarz nagle pobladła. W jej oczach pojawiły się łzy.

Wiadomość, że jej dziecko, jej największy skarb, trafiło do domu dziecka, roztrzaskała jej serce.

***

Beyza krążyła nerwowo po przestronnym salonie. Co chwilę zerkała w stronę drzwi, coraz bardziej zniecierpliwiona.

— Gdzie jest ta Gülsüm? — syknęła pod nosem. — Kazałam jej przyjść natychmiast po wyjściu Yoncy. Zaraz zajdzie słońce, a jej wciąż nie ma.

W tej samej chwili rozległ się dzwonek.

— No wreszcie — mruknęła i ruszyła do przedpokoju.

Otworzyła drzwi, przekonana, że zobaczy przed sobą pokojówkę. Zamiast niej na progu stała Yonca. Rudowłosa kobieta wdarła się do środka bez słowa, z twarzą wykrzywioną gniewem. Zanim Beyza zdążyła zareagować, Yonca dopadła do niej i zaczęła ją popychać.

— Uspokój się! Co ty wyprawiasz?! — krzyknęła Beyza, cofając się pod naporem jej dłoni.

— Jak mogłaś mi to zrobić?! — wrzasnęła Yonca. — Zabiję cię!

Popchnęła ją jeszcze raz, mocniej.

— Yonca, przestań! Nie krzycz! Uspokój się!

***

Hancer zatrzymała się przed kamienicą, w której znajdowało się mieszkanie ojca Beyzy. Chciała porozmawiać z nią w cztery oczy i przekonać ją, by wycofała skargę na Cihana. Wierzyła, że tylko w ten sposób Cihan Gurur będzie mógł wrócić do domu.

Podeszła do domofonu i przez chwilę wpatrywała się w przyciski. Uniosła rękę, lecz zawahała się. Bała się, że jeden nieostrożny krok może pogorszyć sytuację i dać Beyzie kolejny powód do ataku.

Nie zdążyła podjąć decyzji, bo za jej plecami rozległ się znajomy głos.

— Hancer? Co ty tutaj robisz?

Odwróciła się i zobaczyła Cihana. Stał kilka kroków od niej, zaskoczony, ale spokojniejszy niż wcześniej.

— Nie będę cię okłamywać — powiedziała cicho. — Przyszłam porozmawiać z Beyzą. Chciałam ją przekonać, żeby wycofała skargę. Ale zrezygnowałam. Nie czułabym się dobrze, robiąc coś za twoimi plecami.

Cihan spojrzał na nią uważnie. Przez chwilę milczał.

— Więc oboje pomyśleliśmy o tym samym — przyznał w końcu. — Miałaś rację. Porozmawiam z Beyzą spokojnie i spróbuję ją przekonać.

Hancer odetchnęła z ulgą, choć niepokój wciąż nie opuszczał jej twarzy. Stała przed nim w milczeniu, świadoma, że za zamkniętymi drzwiami może czekać kolejna burza.

***

Beyza cofała się przez salon, ale Yonca nie przestawała na nią nacierać. Była blada z wściekłości, roztrzęsiona i gotowa rzucić się jej do gardła.

— Jak mogłaś mi to zrobić?! — krzyczała. — Jak mogłaś oddać mojego syna do domu dziecka?!

— Yonca, przestań! Uspokój się! — powtarzała Beyza, coraz mniej pewnym głosem.

Hałas sprowadził z piętra Nusreta. Mężczyzna zbiegł po schodach i stanął między kobietami, próbując opanować sytuację.

— Co tu się dzieje?! — zapytał ostro.

Yonca odepchnęła go gwałtownie, nie spuszczając wzroku z Beyzy.

— Nie wtrącaj się!

Potem znów zwróciła się do jego córki. W jej oczach płonęła rozpacz zmieszana z nienawiścią.

— Jaką podłą i okrutną kobietą jesteś! Czy dałam ci dziecko po to, żebyś zrobiła sobie z niego zabawkę? Czy ty w ogóle masz sumienie, Beyzo? Choć odrobinę?

Beyza, zamiast zamilknąć, uniosła głowę z hardością.

— Przestań wrzeszczeć! Zachowujesz się tak, jakbyś chciała zapewnić mu wygodne życie. Gdyby naprawdę zależało ci na tym dziecku, rozważałabyś wcześniej aborcję? Przyjęliśmy twojego syna i daliśmy mu miejsce w rezydencji. Gdyby nie my, zgniłby w biedzie!

— Wyrwę ci język! — syknęła Yonca.

— Nie rób niepotrzebnej sceny — rzuciła Beyza. — Mam jeszcze jedną rzecz do załatwienia, a potem oddam ci syna. Wtedy będziesz mogła wychować go choćby na profesora. Poza tym w domu dziecka ma dobrą opiekę. Nikt go stamtąd nie ukradnie.

Te słowa nie uspokoiły Yoncy. Przeciwnie, doprowadziły ją do ostateczności. Jej wzrok padł nagle na pistolet wetknięty za pasek Nusreta. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wyrwała broń gwałtownym ruchem i wymierzyła ją prosto w Beyzę.

— Zabiję cię!

Beyza zamarła. Cała jej pewność siebie w jednej chwili zniknęła. Cofnęła się o dwa kroki, z twarzą ściągniętą strachem.

Nusret uniósł dłonie i ostrożnie przesunął się w bok, starając się nie znaleźć na linii strzału.

— Yonca, uspokój się — powiedział powoli, jakby każde słowo mogło zdecydować o wszystkim. — Odłóż broń. Jeszcze zrobisz coś, czego nie da się cofnąć.

— Yonca, posłuchaj… ten pistolet jest załadowany — wyjąkała Beyza drżącym głosem. — Proszę, odłóż go…

Nusret nagle rzucił się do przodu, chcąc wytrącić broń z rąk Yoncy. W tej samej chwili padł strzał. Huk rozniósł się po całym mieszkaniu.

Beyza osunęła się na podłogę i chwyciła za nogę, krzycząc z bólu. Yonca stała nieruchomo z pistoletem w dłoni, jakby dopiero teraz dotarło do niej, co się stało.

***

Cihan i Hancer wciąż stali przed kamienicą. Rozmowa urwała się nagle, gdy z wnętrza budynku dobiegł głuchy huk.

Hancer drgnęła i spojrzała na Cihana z przerażeniem.

— Czy to był strzał?

Cihan nie odpowiedział. Natychmiast podszedł do domofonu. Znał kod wejścia, więc wpisał go bez wahania i otworzył drzwi do klatki.

Hancer ruszyła za nim, coraz bardziej przerażona tym, co mogli zastać w środku.

***

Beyza leżała na środku salonu, trzymając się za nogę i krzycząc na całe gardło. Z rany postrzałowej sączyła się krew, a ona wiła się z bólu na jasnym dywanie. Yonca stała kilka kroków dalej, blada i oszołomiona, jakby dopiero teraz dotarło do niej, co zrobiła.

— Co ty narobiłaś?! — ryknął Nusret i natychmiast pochylił się nad córką.

W tej samej chwili zza drzwi dobiegł stanowczy, gniewny głos Cihana:

— Beyza! Otwórz drzwi! Co tam się dzieje?!

Nusret zacisnął szczęki.

— Skąd on się tu teraz wziął? — syknął.

— Moja noga… Umieram… — zawodziła Beyza.

— Nie panikuj — rzucił ojciec, oglądając ranę. — Kula tylko cię drasnęła. To powierzchowne skaleczenie, rozumiesz? Nic poważnego ci się nie stało.

Odwrócił głowę w stronę Yoncy.

— Podaj mi ręcznik.

Yonca, jeszcze bledsza niż przed chwilą, kucnęła przy niskiej szafce i wyjęła z niej czysty ręcznik.

— Wujku! Beyzo! — znów rozległ się głos Cihana. — Otwórzcie drzwi, jeśli nie chcecie, żebym je wyważył!

Nusret spojrzał ostro na Yoncę.

— To ty mu powiedziałaś, że Beyza tu jest?

— Ty wariatko! — wrzasnęła Beyza, patrząc na dawną przyjaciółkę z nienawiścią. — Przez ciebie prawie umarłam!

— Zasłużyłaś na to już dawno temu! — odparła Yonca.

— Otwórzcie drzwi! Bo je wyważę! — powtórzył Cihan.

Nusret przycisnął złożony ręcznik do rany córki.

— Tato, to tak bardzo boli… — jęknęła Beyza.

— Córko, przestań krzyczeć. Im głośniej wrzeszczysz, tym mocniej wali w drzwi. Zaraz ściągniesz tu wszystkich sąsiadów. Trzymaj ręcznik i uciskaj.

Wstał, sięgnął po nawilżane chusteczki i zaczął wycierać dłonie z krwi. Potem zwrócił się do Yoncy lodowatym tonem:

— Nie waż się nawet pisnąć, bo następna kula trafi w ciebie.

Ruszył do drzwi. Otworzył je gwałtownie i stanął twarzą w twarz z Cihanem.

— Jaki masz problem? — zapytał ostro.

Dopiero po chwili zauważył, że siostrzeniec nie przyszedł sam. Za jego plecami stała Hancer, wyraźnie zaniepokojona. Nusret omiótł ją krótkim spojrzeniem, po czym znów utkwił wzrok w Cihanie.

— Jak śmiesz przychodzić pod moje drzwi?

— Co to był za huk? — zapytał Cihan.

— Zaraz oszaleję… Odejdź, synu. Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę.

— Gdzie jest Beyza?

— A co cię to obchodzi? Nic ci do tego, gdzie jest moja córka. Wynoś się stąd!

Nusret próbował zatrzasnąć drzwi, ale Cihan zablokował je ręką i wszedł do środka. Minął wąski korytarz i zatrzymał się dopiero w progu salonu. Na podłodze zobaczył Beyzę, która uciskała zakrwawioną nogę ręcznikiem. Yoncy nie było obok niej. W ostatniej chwili zdołała ukryć się w kuchni.

— Co ci się stało? — zapytał Cihan, patrząc na Beyzę.

— Ja to zrobiłem — oświadczył Nusret.

Cihan i Hancer spojrzeli na niego z niedowierzaniem. Nusret wyciągnął zza paska pistolet.

— Broń wystrzeliła przypadkowo, kiedy ją czyściłem. Dzięki Bogu kula tylko ją drasnęła. Byliśmy w szoku po wypadku, a ty nie przestawałeś walić w drzwi. Wszedłeś, zobaczyłeś. Czy teraz czujesz się lepiej, panie Cihanie?

Cihan przeniósł wzrok na Beyzę.

— Dlaczego tak na mnie patrzysz? — zapytała. — Słyszałeś. To był wypadek.

— Wezwijmy karetkę — powiedział stanowczo Cihan.

— Nie ma potrzeby — odparł Nusret. — To tylko zadrapanie.

— Jak to nie ma potrzeby? To rana postrzałowa. Beyza, możesz wstać? Chodź, zabiorę cię do lekarza.

— Do jakiego lekarza? — oburzył się Nusret. — Kim ty jesteś, żeby zabierać moją córkę gdziekolwiek?

— Twoja córka krwawi! — wybuchnął Cihan. — A ty zachowujesz się, jakby nic się nie stało.

— Zostaw mnie, chłopcze. Kiedy mieszkała w rezydencji, traktowałeś ją jak powietrze. Teraz nagle zacząłeś się o nią martwić?

— On szuka asa w rękawie — wtrąciła Beyza z bólem i złością. — Chce, żeby w raporcie szpitalnym znalazła się informacja o postrzeleniu. Kto wie, jak później wykorzysta to w sądzie.

Cihan pokręcił głową z niedowierzaniem. Potem spojrzał na wujka.

— Gdybyś miał sumienie, sam zawiózłbyś ją do lekarza.

— Ty mówisz mi o sumieniu? — prychnął Nusret. — Gdybyś miał choć odrobinę sumienia, nie przyprowadziłbyś swojej kochanki do domu kobiety, z którą nadal jesteś żonaty.

— Nie przyjechałam z Cihanem — zaprotestowała Hancer. — Przyszłam porozmawiać z Beyzą.

— Oczywiście — zakpiła Beyza. — I zupełnym przypadkiem spotkaliście się pod drzwiami?

— Dokładnie tak było.

— Moja córka nie jest w stanie z tobą rozmawiać — uciął Nusret. — Wynoś się stąd.

Spojrzał na Cihana z narastającą wściekłością.

— A ty dlaczego wciąż tu stoisz? Co mamy zrobić? Wystąpić o sądowy zakaz zbliżania się? Posłuchaj mnie uważnie. Nigdy więcej nie zobaczysz swojego syna.

— Co z ciebie za ojciec? — zapytał Cihan. — Twoja córka leży ranna, a ty nadal mi grozisz?

— Ty będziesz mnie uczył ojcostwa? Spójrz na siebie! Zabieraj swoją kochankę i wynoś się stąd!

Hancer podeszła bliżej do Cihana. Widać było, że bała się kolejnego wybuchu.

— Proszę cię, chodźmy stąd — powiedziała cicho.

Cihan wziął głęboki oddech. Po chwili spojrzał na Beyzę z napiętą twarzą.

— Nie wiem, czy to był wypadek, czy nie. Ale potraktuj to jak ostrzeżenie od Boga. Żebyś ty też poczuła ból, który zadałaś mojemu synowi. Pomyśl o tym, co zrobiłaś.

— Idź już stąd — syknęła Beyza. — Moja adwokatka się z tobą skontaktuje.

— Ty nie jesteś matką mojego syna! — wypalił nagle Cihan.

Beyza zamarła. Przez krótką chwilę w jej oczach pojawił się lęk, jakby bała się, że Cihan odkrył prawdę.

— Wygląda na to, że matką nie zostaje się tylko dlatego, że urodziło się dziecko — dodał. — Macierzyństwo musi płynąć z serca. Jak mogłaś zostawić go w rękach obcych ludzi i nawet się tym nie przejąć? Wykorzystałaś własne dziecko w swojej chorej wojnie. Nie masz żadnego sumienia.

— Nie możesz prawić mi wykładów o macierzyństwie — odparła Beyza. — Ale ja pokażę ci, jakim ojcem powinieneś być.

— To grzech, że mój syn ma taką matkę jak ty. W moich oczach jesteś kobietą, która sprzedała dziecko za pieniądze. Takiej kobiety nie potrafię nazwać matką. Nie możesz nią być. Nie zasługujesz na to.

Odwrócił się do Hancer.

— Chodź. Idziemy.

Opuścili mieszkanie. Gdy drzwi się za nimi zamknęły, Yonca wyszła z ukrycia. W salonie zapadła ciężka cisza. Beyza nadal siedziała na podłodze z ręcznikiem przyciśniętym do rany, Nusret stał obok niej z ponurą twarzą, a Yonca patrzyła na nich bez słowa, wciąż sparaliżowana skutkami własnego czynu.

***

Derya krążyła po drodze przed własnym domem, raz po raz spoglądając w stronę turkusowego budynku stojącego na zboczu. Słońce świeciło jasno, z oddali majaczyło morze i rozległa panorama miasta, ale ona nie zwracała uwagi na widok. Całą jej uwagę pochłaniały drzwi.

— Gdzie on się podziewa? — mruknęła zniecierpliwiona. — Niech wreszcie wyjdzie i mnie zobaczy. Wtedy odrzucę włosy i odejdę. Zrobiłam już trzy okrążenia…

W tej samej chwili na drodze pojawiła się sąsiadka. Niosła w ręku reklamówkę i zatrzymała się, widząc Deryę przed domem.

— Wróciłaś? — zapytała zaskoczona. — Byłam dziś rano, żebyśmy poszły razem na targ, ale Cemil powiedział, że cię nie ma.

Derya od razu się ożywiła.

— Jaki był?

— Dziwny.

— Co to znaczy „dziwny”? Opowiedz dokładniej.

Sąsiadka zmarszczyła brwi.

— Dlaczego pytasz mnie o własnego męża? Sama go zobaczysz, kiedy wróci.

Derya prychnęła i odwróciła wzrok.

— Niech idzie do diabła.

— Co się stało? Pokłóciliście się?

— Co? A kim on jest, żeby się ze mną kłócić? — oburzyła się Derya. — Wkurzył mnie, więc spakowałam swoje rzeczy i odeszłam.

— O Boże… O co wam poszło?

— Nieważne. To długa historia. Emir i ja pojechaliśmy do mojej mamy. Nie szukaj mnie więcej w tym domu, bo już tu nie wrócę. Niech ten zdrajca robi, co chce.

Sąsiadka przyjrzała jej się uważniej.

— Wygląda na to, że mówisz poważnie. Rozwiedziesz się z nim?

— To już zależy od pana Cemila — odparła Derya z udawaną obojętnością. — Jeśli nadal będzie tam pracował, rozwiodę się z nim. Powiedz mu to. I dodaj jeszcze, że odrzuciłam włosy i odeszłam.

Uniósłszy brodę, gwałtownie potrząsnęła rudymi włosami, jakby chciała odegrać przed sąsiadką całą scenę.

— O tak — dodała. — Dokładnie tak mu opisz, jak odeszłam.

Po tych słowach obróciła się na pięcie i ruszyła szybkim krokiem w dół drogi. Sąsiadka została na miejscu, kompletnie zdezorientowana. Odprowadziła ją wzrokiem, po czym westchnęła tylko pod nosem:

— Dobry Boże…

***

W domu Engina rozległ się dzwonek do drzwi. Sila, która właśnie zamierzała wystawić pusty baniak na wodę, podeszła do wejścia i uchyliła drzwi. Na widok osoby stojącej za progiem na moment zastygła. Nie spodziewała się Mukadder.

— Czekałam na dostawcę wody — wyjaśniła, odstawiając plastikowy zbiornik pod ścianę.

Mukadder zmierzyła ją uważnym spojrzeniem.

— Przyszłam porozmawiać z Enginem. Mam do niego jedną sprawę.

— Engin jest teraz w firmie. Mogę do niego zadzwonić.

— Nie ma potrzeby. Zaczekam, aż wróci, o ile mnie wpuścisz.

— Oczywiście. Proszę.

Sila odsunęła się na bok. Mukadder weszła do środka powoli, z tą samą opanowaną miną, która rzadko zdradzała jej prawdziwe myśli. Przechodząc przez kuchnię, zatrzymała wzrok na dwóch reklamówkach leżących na blacie. W jednej z nich widać było starannie złożone męskie ubrania. Ten drobny szczegół natychmiast przyciągnął jej uwagę. Był kolejną poszlaką, że Sila mogła wiedzieć, gdzie ukrywał się Metin — i że to ona miała coś wspólnego z jego zniknięciem z ośrodka.

Sila zauważyła jej spojrzenie.

— Porządkowałam stare rzeczy Engina — powiedziała szybko. — Fundacja przekaże je potrzebującym.

Mukadder skinęła głową z ledwie widocznym uśmiechem. Nie dała po sobie poznać, czy uwierzyła w to wyjaśnienie. Po chwili obie przeszły do salonu i usiadły naprzeciwko siebie na kanapie.

— Skoro mamy chwilę, poznajmy się trochę, zanim Engin wróci — zaproponowała Mukadder. — W rezydencji nie miałyśmy okazji porozmawiać.

Sila spojrzała na nią spokojnie.

— Nie miałyśmy, bo mnie zignorowałaś.

Mukadder puściła tę uwagę mimo uszu.

— Skąd pochodzisz? Masz rodzinę?

— Dobrze — odparła Sila po krótkiej chwili. — Opowiem ci krótką historię mojego życia. Rodzice zmarli, kiedy byłam mała. Nie mam rodzeństwa. Wychowali mnie dziadkowie, a kiedy ich zabrakło, zostałam zupełnie sama.

— Co sprowadziło cię do Stambułu?

— Byłam zaręczona z jednym łajdakiem. Oszukał mnie i uciekł. Przyjechałam tutaj, żeby go odnaleźć, ale mi się nie udało. Resztę już znasz.

— Smutna historia — powiedziała Mukadder z fałszywym współczuciem. — Jak z tureckiego filmu.

Sila uśmiechnęła się blado.

— Niestety, nie każdy żyje tak jak ty. Są też ludzie tacy jak ja.

— Ja również nie miałam w życiu łatwo. Wszystko, co mam, musiałam sobie wywalczyć.

— To ciekawe, bo ja jestem taka sama. Też o wszystko walczę sama.

Mukadder przyjrzała jej się uważniej.

— Byłaś służącą Engina, prawda?

— Zgadza się. Później pracowałam w domu opieki.

— Zakładam więc, że już tam nie pracujesz, skoro mówisz o tym w czasie przeszłym.

— Tak. Engin nie chciał, żebym tam została, odkąd jesteśmy razem. Kochamy się.

Mukadder uniosła brwi. Nie skomentowała tych słów, ale jej spojrzenie stało się chłodniejsze i jeszcze bardziej przenikliwe.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 185.Bölüm i Gelin 186.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy