Panna młoda odc. 162: Hancer ucieka z domu brata! Nagle zaczyna krwawić!

Zbliżenie na twarz Hancer. Maluje się na niej przejęty wyraz.

„Panna młoda” Odc. 162 – streszczenie

Cemil wrócił do domu. Już od progu było słychać ciężkie kroki i trzask zamykanych drzwi.

— Derya! Derya! — zawołał donośnie, rozglądając się po przedpokoju. 

Nie usłyszał odpowiedzi.

W domu panowała cisza. Jedynie zza zamkniętych drzwi pokoju Hancer dochodził cichy szelest. Cemil zmarszczył brwi i ruszył w tamtą stronę. Otworzył drzwi i wszedł do środka.

Hancer siedziała nieruchomo na kanapie. Gdy go zobaczyła, od razu wyprostowała się nerwowo.

Cemil rozejrzał się po pokoju.

— Deryi nie ma? — zapytał zdziwiony. — Miała zostać i cię pilnować.

Westchnął ciężko, po czym usiadł obok siostry.

— Nieważne. Dzięki Bogu dziś wieczorem to wszystko się skończy.

Hancer spojrzała na niego z niepokojem.

— O czym ty mówisz, bracie? — zapytała cicho. — Co ma się dziś skończyć?

Cemil popatrzył na nią chłodno.

— Przygotuj się. Dziś wieczorem przyjdzie Irfan. Oświadczy ci się.

Hancer zamarła. Przez chwilę była przekonana, że źle usłyszała. Wpatrywała się w brata szeroko otwartymi oczami, jakby próbowała zrozumieć znaczenie jego słów.

Nagle poderwała się z kanapy.

— Co?! — wykrztusiła. — Jakie oświadczyny? Bracie, ja nie chcę wychodzić za mąż!

— Ale ja chcę! — uciął ostro. — Mam już dość twoich kłamstw i gierek.

— Jakich gierek?! — głos Hancer zadrżał. — Nie zrobiłam niczego, czego musiałbyś się wstydzić!

Cemil gwałtownie wstał.

— Znalazłem cię w domu z mężczyzną, z którym się rozwiodłaś! — rzucił gniewnie. — I jeszcze pytasz, dlaczego się wstydzę? Nie próbuj się tłumaczyć, Hancer. Wiesz dlaczego? Bo już ci nie ufam.

Jego spojrzenie stwardniało.

— Nie mam nic do powiedzenia kobiecie, która sama podeptała swój honor i godność.

Hancer pobladła.

— Bracie… nic nie wiesz — wyszeptała. — Oskarżasz mnie niesprawiedliwie. Kiedyś będziesz tego żałował. Wszyscy będziemy tego żałować.

— To bez znaczenia — odpowiedział zimno. — Wystarczyło mi to, co zobaczyłem na własne oczy. Módl się tylko, żeby Irfan z ciebie nie zrezygnował.

Hancer poczuła, jak serce ściska jej paniczny lęk.

— Bracie, błagam cię… nie oddawaj mnie mu.

— Moja decyzja jest ostateczna. Dziś wieczorem Irfan przyjdzie założyć obrączki.

Po policzkach Hancer zaczęły spływać łzy.

— Zamknąłeś mnie tutaj, a ja nic nie powiedziałam — mówiła drżącym głosem. — Krzyczysz na mnie, poniżasz mnie, a ja milczę. Ale nie karz mnie w ten sposób… Proszę cię, nie rób mi tego.

Na moment twarz Cemila złagodniała. Westchnął ciężko i usiadł z powrotem.

— Teraz jesteś na mnie zła — powiedział spokojniej. — Ale kiedyś mi podziękujesz. Powiesz, że miałem rację. Irfan nie jest złym człowiekiem. On też cierpi. Stracił żonę, kiedy był jeszcze młody. Został sam z dwójką dzieci.

Spojrzał siostrze prosto w oczy.

— Ty kochasz dzieci. On będzie dbał o ciebie, a ty o jego dzieci. Z czasem przyzwyczaicie się do siebie. Zbudujecie nowy dom. Nowe życie. W ten sposób zapomnisz o tym draniu Develioglu. I on wreszcie zostawi cię w spokoju.

Odwrócił się, chcąc wyjść, ale Hancer chwyciła go rozpaczliwie za ramię.

— Bracie, proszę… — wyszeptała przez łzy. — Lepiej mnie zabij, niż zmuszaj do tego ślubu. Jeśli robisz to tylko po to, żebym nie widywała się z Cihanem, to nie musisz. To już skończone. Nigdy więcej go nie zobaczę.

Cemil wyrwał rękę z jej uścisku.

— Nie zaczynaj znowu tej samej historii. Słyszałem ją już setki razy. Wy dwoje nigdy nie potraficie się od siebie uwolnić.

Hancer pokręciła głową.

— Cihan nigdy mnie nie skrzywdził — powiedziała cicho. — On po prostu bardzo mnie kochał… a ja kochałam jego. Rozstaliśmy się tylko dlatego, żeby jego dziecko mogło dorastać przy ojcu. Tym razem to naprawdę koniec. Zdusiłam w sobie wszystko, co do niego czułam. Już nigdy więcej nie usłyszysz z moich ust jego imienia.

Jej głos załamał się przy ostatnich słowach. Cemil patrzył na nią chwilę w milczeniu.

— Ja wiem tylko jedno — powiedział w końcu twardo. — Ten człowiek sprowadza na nas same nieszczęścia. Potrzebujesz bezpiecznego domu i spokojnego życia. Zrobiłem rozeznanie na temat Irfana. To porządny człowiek. Będzie dbał o ciebie jak o największy skarb.

Hancer zamknęła oczy, próbując powstrzymać szloch.

— Bracie… kiedy tylko otwieram oczy, widzę Cihana. Nadal go kocham. Jak mam wyjść za innego mężczyznę, skoro moje serce wciąż należy do niego? Czy to nie byłoby grzechem wobec Irfana?

Cemil zacisnął szczęki.

— Raz już wyszłaś za mąż z miłości — powiedział chłodno. — I wszyscy widzieliśmy, jak to się skończyło. Tym razem wyjdziesz za mąż z rozsądku. Temat zamknięty.

Spojrzał na nią po raz ostatni.

— Zacznij się przygotowywać.

Odwrócił się i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi.

Hancer jeszcze przez chwilę stała nieruchomo, jakby nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. Potem jej nogi się ugięły. Bezsilnie opadła na kanapę i ukryła twarz w dłoniach, dławiąc się cichym płaczem.

***

Derya patrzyła na Cihana, jakby mówił w obcym języku. Przez dłuższą chwilę nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. W końcu potrząsnęła głową i wypuściła głośno powietrze.

— O czym ty w ogóle mówisz? — zapytała z niedowierzaniem. — Jaka ciąża? Jaki kochanek? Chyba sobie żartujesz. Ktokolwiek ci to powiedział, skłamał. I ty naprawdę w to uwierzyłeś? Naprawdę sądzisz, że Hancer byłaby zdolna do czegoś takiego?

Cihan powoli podniósł się z fotela. Okrążył biurko i oparł dłonie o blat, pochylając się nad siedzącą naprzeciwko kobietą.

— Nie usłyszałem tego od nikogo obcego — odpowiedział chłodno. — Hancer sama mi to powiedziała.

Derya aż wyprostowała się na krześle.

— Co takiego?

— Sama przyznała, że jest w ciąży.

— Hancer?!

— Tak. I powiedziała jeszcze coś. — Zacisnął szczęki. — Że to nie moje dziecko.

Słowa zawisły między nimi niczym ciężka zasłona.

Derya wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami.

— Powiedziała ci to?

— Patrząc mi prosto w oczy.

Cihan odsunął się od biurka i zaczął nerwowo krążyć po gabinecie. Każdy jego krok zdradzał napięcie, które od rana nie dawało mu spokoju.

— Pani Hancer postanowiła ułożyć sobie życie na nowo — powiedział z gorzkim uśmiechem. — Ale to nie będzie takie proste. Nie pozwolę jej zniknąć z mojego życia, dopóki nie dowiem się, kim jest ojciec tego dziecka.

Derya pokręciła głową.

— Nie wierzę w ani jedno słowo z tego wszystkiego.

Cihan zatrzymał się gwałtownie.

— A ja słyszałem to na własne uszy.

— I właśnie dlatego powinieneś wiedzieć, że to nieprawda! — odparła stanowczo. — Czy ty siebie słyszysz? Hancer? Kochanek? Tajemnicza ciąża? To do niej kompletnie nie pasuje.

Wstała z fotela i zaczęła gestykulować z rosnącym oburzeniem.

— Wiesz, że niedawno pewien mężczyzna zaczął ją nachodzić? Narzucał się jej na ulicy. Hancer tak się zdenerwowała, że obiła go torebką na oczach przechodniów. Podobno złamała mu nos. Właśnie przez ten incydent straciła pracę. Taka jest Hancer. Gotowa walczyć z całym światem, jeśli ktoś naruszy jej godność.

Cihan odwrócił wzrok.

— Ja też tak myślałem — przyznał cicho. — Byłem przekonany, że nigdy nie zrobi nic, co mogłoby splamić jej honor. Ale kiedy przycisnąłem ją do muru, nie zaprzeczyła. Ani razu. Powtarzałem pytania, naciskałem, dawałem jej szansę, żeby wycofała te słowa… a ona trwała przy swoim.

Przetarł dłonią twarz.

— Nie chodzi nawet o nią. Chcę wiedzieć tylko jedno. Od jak dawna ten człowiek jest w jej życiu.

Derya westchnęła ciężko.

— Naprawdę niczego nie rozumiesz.

— Słucham?

— Powiedziała ci to, żebyś przestał robić sobie nadzieję. Żebyś odpuścił. Skłamała.

Cihan spojrzał na nią nieufnie.

— Nie sądzę, żeby dla zwykłego kłamstwa była gotowa zniszczyć własną reputację.

— A ja właśnie sądzę, że byłaby do tego zdolna, jeśli chodzi o ciebie.

Przez chwilę w gabinecie zapadła cisza.

— Zastanów się — podjęła łagodniej. — Po co miałaby mówić ci o ciąży? Wie, jaki jesteś. Gdybyś uwierzył, że to twoje dziecko, przewróciłbyś świat do góry nogami. Zostawiłbyś wszystko, rzuciłbyś się do niej na pomoc i zaczął walczyć o nią i o dziecko.

Cihan milczał.

— Właśnie tego chciała uniknąć — ciągnęła Derya. — Nie chciała rozwalić twojego życia. Nie chciała stawiać cię między dwoma dziećmi, między obowiązkiem a miłością. Dlatego wymyśliła historię o kochanku.

— To bardzo daleko idące poświęcenie.

— Ale bardzo podobne do Hancer.

Derya uśmiechnęła się lekko.

— Powiedz mi szczerze. Czy ona kiedykolwiek była kobietą, która coś ukrywała? Która prowadziła podwójne życie? Przecież ona tylko pracuje i wraca do domu. Nie chodzi na spotkania, nie szuka przygód. Myślisz, że gdyby naprawdę miała kogoś w swoim życiu, nic bym o tym nie wiedziała?

Cihan nie odpowiedział.

— Jaka miłość? Jaki kochanek? — dodała z niedowierzaniem. — To po prostu niemożliwe.

Powoli na twarzy Cihana pojawiło się zwątpienie. Gniew, który jeszcze przed chwilą płonął w jego oczach, zaczął ustępować miejsca niepewności.

— Więc twierdzisz, że zrobiła to dla mnie? — zapytał cicho. — Że poświęca własne szczęście, żeby nie komplikować mojego życia?

— Oczywiście, że tak.

Derya wzruszyła ramionami.

— Czy to nie brzmi dokładnie jak Hancer? Każda inna kobieta natychmiast przyszłaby do ciebie z taką wiadomością. Wykorzystałaby okazję, żeby cię zatrzymać przy sobie albo coś zyskać. Ale Hancer? Ona zawsze wybiera najtrudniejszą drogę.

Na ustach Deryi pojawił się szeroki uśmiech.

— A ty, zamiast się obrażać, powinieneś skakać pod sam sufit.

— Derya…

— No co? — zaśmiała się. — Rodzina Develioglu może doczekać się kolejnego dziedzica.

Z entuzjazmem podniosła się z miejsca i wyciągnęła ręce, chcąc go objąć.

— Chodź tutaj! To przecież wspaniała wiadomość!

Cihan natychmiast cofnął się o krok, jakby próbował zachować resztki rozsądku.

Derya roześmiała się jeszcze głośniej.

— Naprawdę nic nie widzisz? — zapytała. — Bóg robi wszystko, żeby was połączyć. Rozdzielacie się, uciekacie od siebie, a potem los znowu stawia was na jednej drodze. Teraz pojawiło się dziecko. Jeśli to nie jest znak z nieba, to ja już nie wiem, co nim jest.

Cihan odwrócił wzrok ku oknu.

Po raz pierwszy od rozmowy z Hancer poczuł, że jego serce bije inaczej. Powoli wracała do niego nadzieja, którą jeszcze kilka godzin wcześniej próbował w sobie zabić.

A jeśli Derya miała rację?

A jeśli Hancer rzeczywiście skłamała tylko po to, by go od siebie odepchnąć?

I jeśli dziecko, które nosiła pod sercem, było jego dzieckiem?

Ta myśl nie dawała mu już spokoju.

***

Nusret wszedł do pokoju siostry bez pukania. Cicho zamknął za sobą drzwi i przez chwilę stał nieruchomo przy łóżku, obserwując Mukadder. Kobieta była blada i wyraźnie osłabiona po przebytym udarze. Mimo to w jej oczach wciąż tlił się upór, którego nie zdołała złamać ani choroba, ani bezsilność.

Nusret usiadł na skraju łóżka i westchnął teatralnie.

— No proszę, pani Mukadder… — zaczął tonem pełnym fałszywego współczucia. — Twój syn sprowadził cię do domu, żeby otoczyć cię najlepszą opieką, a mimo to znowu go tu nie ma. Jak zwykle to ja przyszedłem ci pomóc. Ja troszczę się o ciebie, kiedy inni mają ważniejsze sprawy na głowie.

Na jego ustach pojawił się chłodny uśmiech.

— Ale cóż… każdy prędzej czy później dostaje to, na co zasłużył. Ty również.

Mukadder spojrzała na niego z niechęcią.

— Powiedz mi… — ciągnął dalej. — Czy naprawdę było warto doprowadzić się do tego stanu? Czy warto było tak się zamartwiać? Jakie znaczenie ma to, czy dziecko dzieli DNA z Cihanem, czy nie? Wziął je na ręce. Nazwał swoim synem. Kocha je jak własne. To właśnie się liczy.

Na twarzy Mukadder pojawił się ból. Powoli potrząsnęła głową.

— Nie… — wydusiła z wysiłkiem.

Każde słowo przychodziło jej z ogromnym trudem.

— Nie mogę… tego znieść…

Jej głos był cichy, zachrypnięty i urywany.

— Zabij mnie, jeśli chcesz… ale powiem Cihanowi prawdę.

Uśmiech Nusreta natychmiast zniknął. Nachylił się i spojrzał siostrze prosto w oczy.

— Naprawdę? — zapytał spokojnie. — Chcesz walczyć ze mną w takim stanie?

Jego twarz znalazła się zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy.

— Spójrz na siebie, pani Mukadder. Jesteś przykuta do łóżka. Ledwo mówisz. A mimo to nadal próbujesz ratować wszystkich wokół.

W jego głosie zabrzmiała groźba.

— Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Jeśli powiesz Cihanowi choć jedno słowo… to nie ty za to zapłacisz.

Mukadder zesztywniała.

— Zapłaci Cihan.

W pokoju zapadła ciężka cisza.

Nusret wyprostował się i powoli wstał z łóżka.

— A wtedy wydarzy się dokładnie to, czego najbardziej się boisz — powiedział. — Jeśli pozna prawdę, nikt nie będzie w stanie go powstrzymać.

Przez chwilę patrzył na siostrę, po czym odchylił połę marynarki.

Mukadder zamarła.

Za paskiem spodni tkwił pistolet.

Nusret pozwolił jej przez moment patrzeć na broń, a potem spokojnie poprawił marynarkę.

— Widzisz? — powiedział cicho. — Niektórych problemów nie rozwiązuje się rozmową.

Po tych słowach podszedł do drzwi.

— Dlatego bądź rozsądna. Zażywaj lekarstwa, słuchaj lekarzy i szybko wracaj do zdrowia.

Odwrócił głowę i spojrzał na nią przez ramię.

— W końcu masz dla kogo żyć, prawda? Twój wnuk cię potrzebuje.

Na jego twarzy pojawił się niepokojący, zimny uśmiech.

— Odpoczywaj, siostro.

Po chwili wyszedł z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.

Mukadder została sama. Jej wzrok zatrzymał się na pustym wejściu. Serce waliło jej jak oszalałe. Chciała krzyczeć, ostrzec syna, wyznać mu całą prawdę, lecz własne ciało było dla niej więzieniem.

Po jej policzku spłynęła łza.

Wiedziała, że Nusret nie rzucał pustych gróźb.

A ona nie miała już żadnego sposobu, by ochronić Cihana przed niebezpieczeństwem, które coraz bardziej się do niego zbliżało.

***

Derya wpadła do pokoju Hancer bez pukania. Zamknęła za sobą drzwi i niemal rzuciła się na kanapę obok szwagierki, podwijając pod siebie nogi. Na jej twarzy malowała się mieszanina ekscytacji, niepokoju i niedowierzania.

Hancer siedziała nieruchomo, przytulając ramiona do piersi. Od chwili, gdy Cemil oznajmił jej, że jeszcze tego samego wieczoru Irfan przyjdzie prosić o jej rękę, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca.

— Słyszałam, że dziś wieczorem przyjdą prosić o twoją rękę — odezwała się Derya, próbując nadać rozmowie lekki ton. — Wygląda na to, że od teraz będziesz jadła pistacje bez końca.

Hancer spuściła wzrok i nie odpowiedziała.

Derya obserwowała ją przez chwilę, po czym dodała z uśmiechem:

— W sumie to dobrze. Pistacje są bardzo zdrowe. Szczególnie dla kobiet w ciąży.

Hancer gwałtownie podniosła głowę.

— Co?

Ich spojrzenia się spotkały.

— Nie patrz tak na mnie — powiedziała spokojnie Derya. — Wiem, że jesteś w ciąży.

Przez twarz Hancer przemknęło przerażenie.

— Skąd… skąd o tym wiesz?

— Z pierwszej ręki. Właśnie wracam od Cihana. Zadzwonił do mnie i wezwał do firmy. Chciał się dowiedzieć, kim jest ojciec dziecka.

Derya pokręciła głową.

— I uwierz mi, jest wściekły. Powiedział, że znajdzie tego człowieka. A kiedy go znajdzie…

Urwała.

— Lepiej nie kończyć tego zdania.

Hancer zacisnęła dłonie.

— Bratowo… nie powiedziałaś nic Cemilowi, prawda?

— Nie. Jeszcze nie.

Derya westchnęła ciężko.

— Chociaż gdyby to zależało ode mnie, już dawno wszyscy znaliby prawdę. Najpierw jednak muszę przemówić do rozsądku pewnemu upartemu mężczyźnie.

Zmrużyła oczy.

— Powiedz mi jedno. Co ty właściwie powiedziałaś Cihanowi? Za każdym razem, gdy wspominałam twoje imię, wyglądał tak, jakby ktoś wyciągnął mu serce z piersi.

Hancer odwróciła wzrok.

— I dobrze. Właśnie o to mi chodziło.

— Hancer!

Derya spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Czy ty naprawdę oszalałaś? Nosisz pod sercem jego dziecko, a zachowujesz się tak, jakbyś chciała go od siebie odepchnąć za wszelką cenę.

Pochyliła się bliżej.

— Powiedz mu prawdę. Powiedz, że Cemil chce wydać cię za Irfana. Niech twój książę przyjedzie na białym koniu i zabierze cię stąd.

Próbowała się uśmiechnąć.

— W ten sposób wszyscy wrócimy pod skrzydła rodziny Develioglu.

— Nie mogę, bratowo.

— Dlaczego?

W głosie Deryi pojawiła się irytacja.

— Rozwiodłaś się z nim tylko dlatego, że nie chciałaś odbierać ojca dziecku Beyzy. Poświęciłaś własne szczęście dla cudzego dziecka. A teraz Bóg daje ci drugą szansę.

Wskazała na jej brzuch.

— Potrzeba tylko odrobiny odwagi. Wiem, że Cihan zaopiekuje się tobą i tym dzieckiem.

Hancer zamknęła oczy.

— To nie jest jego dziecko.

Słowa zabrzmiały twardo i stanowczo.

Derya zamarła. Przez dłuższą chwilę patrzyła na nią bez słowa, jakby próbowała zrozumieć, co właśnie usłyszała.

— Co powiedziałaś?

— Słyszałaś mnie. Cihan nie jest ojcem tego dziecka.

W pokoju zapadła ciężka cisza.

— Nie wierzę ci.

— To już twój problem.

— Nie, to nie mój problem, tylko twój! — wybuchła Derya. — Tu chodzi o życie tego dziecka. O jego przyszłość. Porozmawiaj z Cihanem i naprawcie to, co między sobą zepsuliście.

— Mówię ci prawdę! — podniosła głos Hancer. — Dlaczego nikt nie chce mi uwierzyć?

— Bo to nie ma sensu! — Derya rozłożyła ręce. — Naprawdę oczekujesz, że uwierzę w tajemniczego mężczyznę, który pojawił się znikąd?

— Może właśnie tak było.

— Więc gdzie on jest?

Hancer milczała, a Derya patrzyła na nią uważnie.

— Od kilku dni jesteś zamknięta w tym pokoju. Dziś wieczorem Irfan ma przyjść z rodziną, żeby ci się oświadczyć. Jeśli naprawdę jest ktoś inny, gdzie on jest? Dlaczego ani razu go nie widziałam? Dlaczego nie walczy o ciebie?

Hancer odwróciła głowę.

— Nie muszę się przed tobą tłumaczyć.

— Nie przede mną.

Derya westchnęła.

— Ale za kilka miesięcy będziesz musiała wytłumaczyć się Irfanowi.

Te słowa sprawiły, że Hancer zesztywniała.

— Pomyślałaś o tym? Co się stanie, kiedy dowie się o dziecku? Co zrobi Cemil? Jak wielki wybuch wtedy nastąpi?

Derya sięgnęła do kieszeni kardiganu i wyciągnęła telefon.

— Skoro naprawdę jest ktoś, kto jest ojcem tego dziecka, niech przyjdzie.

Wyciągnęła aparat w stronę Hancer.

— Zadzwoń do niego.

Hancer spojrzała na telefon, jakby był czymś obcym.

— Weź go.

Derya położyła urządzenie na kanapie obok niej.

— To moja ostatnia przysługa.

Przez chwilę patrzyły sobie w oczy. Potem Derya wstała.

— Nie mogę cię w nieskończoność ratować, jeśli sama nie chcesz sobie pomóc.

Odwróciła się i ruszyła do drzwi. Po chwili wyszła z pokoju, zostawiając Hancer samą.

Dziewczyna siedziała nieruchomo, wpatrzona w telefon leżący obok niej.

Przed nią znajdowało się rozwiązanie wszystkich problemów.

Wystarczyłby jeden telefon.

Jeden numer.

Jedno słowo skierowane do Cihana.

Ale właśnie tego nie mogła zrobić.

***

Z telefonu bratowej Hancer zadzwoniła do Meliha. Nie zadawał zbędnych pytań. Gdy tylko usłyszał drżenie w jej głosie, natychmiast przyjechał i pomógł jej wymknąć się z domu Cemila.

Teraz siedziała na tylnej kanapie taksówki, nerwowo ściskając pasek torebki. Co kilka sekund odwracała głowę i spoglądała przez tylną szybę, jakby spodziewała się ujrzeć Cemila pojawiającego się za nimi na drodze.

Melih obserwował ją ukradkiem w lusterku.

— Spokojnie — powiedział łagodnie. — Nikt za nami nie jedzie. Gdyby ktoś nas śledził, już dawno bym to zauważył.

Hancer westchnęła ciężko, ale nie wyglądała na uspokojoną.

— Znowu wciągnęłam cię w swoje problemy.

— Nie przesadzaj.

— Nie, to prawda. Za każdym razem, kiedy moje życie się rozpada, pojawiasz się ty i próbujesz mnie ratować.

Spojrzała za okno.

— Ale musiałam stamtąd uciec. Nie miałam wyboru. Gdybym została, mój brat jeszcze dziś wydałby mnie za mąż za obcego człowieka.

Melih przez chwilę milczał.

— Hancer… część odpowiedzialności spada również na ciebie.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

— Co masz na myśli?

— Powiem to jeszcze raz, choć wiem, że nie chcesz tego słuchać. Popełniasz błąd, ukrywając prawdę o dziecku. Jesteś niesprawiedliwa nie tylko wobec siebie, ale także wobec niego.

Zapadła cisza.

Twarz Hancer natychmiast stwardniała.

Bez słowa sięgnęła do klamki.

— Zatrzymaj samochód.

Melih spojrzał na nią zaskoczony.

— Hancer…

— Zatrzymaj samochód, Melihu.

Tym razem zabrzmiało to jak rozkaz.

Mężczyzna westchnął.

— Dobrze. Tylko nie otwieraj drzwi, dopóki całkowicie się nie zatrzymamy.

Powoli zjechał na pobocze w pobliżu niewielkiego parku. Gdy samochód stanął, Hancer natychmiast wysiadła.

Nie podziękowała. Nie pożegnała się.

Po prostu ruszyła przed siebie szybkim krokiem.

— Hancer!

Melih wyskoczył z samochodu i pobiegł za nią.

Dogonił ją przy parkowej alejce i delikatnie chwycił za ramię.

— Co się stało?

Dziewczyna wyrwała rękę.

— Nic.

— W takim razie dlaczego uciekasz?

Hancer odwróciła się gwałtownie.

W jej oczach błyszczał gniew zmieszany ze zmęczeniem.

— Bo zrobiłeś dokładnie to samo co wszyscy inni.

— Co takiego?

— Dałeś mi pomoc, a zaraz potem zacząłeś udzielać rad.

Zaśmiała się gorzko.

— To już chyba tradycja. Nikt nie potrafi zrobić dla mnie czegoś bez wygłoszenia kazania.

Melih pokręcił głową.

— Źle mnie zrozumiałaś.

— Naprawdę?

— Miałem dobre intencje.

— Oczywiście.

Hancer skrzyżowała ręce na piersi.

— Zaraz pewnie powiesz, że jestem zagubiona. Że nie myślę racjonalnie. Że kiedyś będę żałowała swoich decyzji.

— Hancer…

— Mam już tego dość!

Jej głos odbił się echem między drzewami.

— Naprawdę mam dość!

Odwróciła wzrok, próbując opanować emocje.

— Cihan i ja nie mamy przyszłości. Koniec. Nie ma już dla mnie miejsca w jego życiu. Zrozumiałam to i zaakceptowałam. Tylko wy wszyscy nie potraficie tego przyjąć do wiadomości.

W jej oczach pojawiły się łzy.

— Nikt nawet nie próbuje mnie zrozumieć. Każdy powtarza dokładnie to samo. Jakbyście się wszyscy umówili.

Melih patrzył na nią przez chwilę w milczeniu. W końcu spuścił głowę.

— Masz rację.

Hancer zamilkła, zaskoczona jego odpowiedzią.

— Nie powinienem był naciskać.

Podniósł wzrok.

— To twoje życie. Twoje decyzje. Nie mam prawa cię oceniać.

Gniew na twarzy dziewczyny powoli zelżał.

— Melihu…

— Naprawdę przepraszam.

Przez chwilę stali naprzeciw siebie w ciszy.

— Dziękuję — odezwała się w końcu Hancer cicho. — Za wszystko, co dla mnie zrobiłeś.

Uśmiechnęła się smutno.

— Oddam ci pieniądze. Jak tylko będę mogła.

Melih prychnął.

— Czy ja choć raz wspomniałem o pieniądzach?

Nie odpowiedziała.

— Dokąd teraz pójdziesz?

Hancer rozejrzała się bezradnie. Dopiero teraz dotarło do niej, że naprawdę nie ma dokąd wrócić.

— Nie wiem.

Jej głos był ledwie słyszalny.

— Naprawdę nie wiem.

Położyła dłoń na brzuchu.

— Wiem tylko jedno.

— Co?

— Cihan nie może dowiedzieć się o dziecku.

Melih już otwierał usta, by odpowiedzieć, kiedy nagle twarz Hancer wykrzywił grymas bólu.

Dziewczyna gwałtownie zbladła.

— Hancer?

Zachwiała się lekko.

Jedną ręką objęła brzuch, drugą próbowała złapać równowagę.

Melih natychmiast podszedł bliżej.

Wtedy jego wzrok padł na ciemną plamę pojawiającą się na materiale sukienki i cienką strużkę krwi spływającą po jej nodze.

Serce niemal stanęło mu w piersi.

— Hancer…

Dziewczyna spojrzała na niego przerażonym wzrokiem.

— Moje dziecko…

Jej głos załamał się.

— Moje dziecko…

Kolana zaczęły się pod nią uginać.

Melih bez wahania objął ją ramieniem.

— Nic nie mów. Chodź.

— Melihu…

— Wszystko będzie dobrze.

Choć sam nie był pewien, czy to prawda.

Przytrzymując ją mocno, poprowadził ją z powrotem do samochodu.

Tym razem nie było już miejsca na kłótnie, dumę ani tajemnice.

Liczyło się tylko jedno.

Dziecko.

Melih i Hancer stoją obok zjeżdżalni na pustym placu zabaw. Panuje między nimi napięcie.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 119.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy