„Panna młoda” Odc. 191 — streszczenie
Wieczorem Beyza siedziała w głębokim, bordowym fotelu w swojej sypialni. W eleganckim pokoju panował półmrok, rozpraszany jedynie ciepłym światłem stojącej lampy. Mimo luksusu, który ją otaczał, nie potrafiła znaleźć spokoju. Przesuwała nerwowo palcami po podłokietniku, co chwilę spoglądając w stronę drzwi, jakby lada moment miał stanąć w nich Cihan.
Ale drzwi pozostawały zamknięte.
— Cihan wciąż nie wrócił — mruknęła do siebie, zaciskając usta. — Na pewno siedzi w firmie. Z nią. Z tą żmiją.
Sama myśl o Hancer sprawiła, że jej twarz stężała. Zazdrość paliła ją od środka, a bezsilność tylko podsycała gniew.
— Oszaleję, jeśli dalej będą razem — wyszeptała. — Nadal nie udało mi się jej pozbyć. Uff…
Nie mogła dłużej siedzieć bezczynnie. Sięgnęła po telefon i wybrała numer ojca. Przyłożyła aparat do ucha, czekając z niecierpliwością. Mężczyzna odebrał dopiero po kilku sygnałach, a w jego głosie od razu dało się wyczuć znużenie i niechęć.
— Słucham, Beyzo — powiedział chłodno. — Zakładam, że nie dzwonisz do mnie z niczym dobrym. Jeśli znowu coś zrobiłaś i oczekujesz, że cię uratuję, możesz od razu zapomnieć. Tym razem radź sobie sama.
Beyza przewróciła oczami.
— W porządku, tato. Nie zadzwoniłam po to, żeby słuchać wykładów. Chodzi o Hancer. Co z nią zrobimy? Daj mi jakąś radę, proszę.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Co znowu zrobiła?
Beyza wyprostowała się w fotelu, jakby sama rozmowa o rywalce wymagała od niej gotowości do walki.
— Wczoraj podczas wieczoru charytatywnego urządziła przedstawienie — oznajmiła z goryczą. — Przez cały czas grała rolę skrzywdzonej, szlachetnej ofiary. Wszyscy bili jej brawo, wszyscy patrzyli na nią jak na świętą. Zdobyła oklaski, współczucie i darowizny. Wygląda na to, że nie będzie musiała sprzedać ani domu, ani akcji, żeby utrzymać fundację. A to oznacza, że nadal będziemy z nią związani.
— I to jest twój wielki problem? — zapytał ojciec, nie kryjąc ironii.
Beyza zesztywniała.
— A co? Uważasz, że przesadzam?
Mężczyzna westchnął ciężko. Siedział wygodnie w swoim salonie, z telefonem przy uchu, ale jego twarz zdradzała, że znacznie lepiej od córki rozumie mechanizmy rządzące światem, do którego Beyza tak desperacko próbowała należeć.
— Ty naprawdę nie znasz się na tych sprawach, córko — powiedział spokojniej. — Świat biznesu nie działa tak, jak ci się wydaje. Ludzie, którzy wczoraj bili brawo i składali wielkie obietnice, dzisiaj zaczęli się wycofywać z zadeklarowanych darowizn.
Na twarzy Beyzy natychmiast pojawił się cień uśmiechu.
— Co masz na myśli, tato?
— Dokładnie to, co mówię. Ludzie łatwo obiecują, zwłaszcza publicznie, kiedy wszyscy patrzą. Ale później wracają do domu, przeliczają pieniądze, rozmawiają z doradcami i nagle ich entuzjazm gaśnie. Hancer nie zebrała takiej kwoty, jakiej się spodziewała. Zyskała trochę czasu. Nic więcej.
Beyza wstała z fotela, nie mogąc ukryć rosnącej satysfakcji. Jej oczy rozbłysły nadzieją.
— Czyli nadal jest szansa, że się jej pozbędziemy?
— Cihan, którego znam, nie zostawi tej sprawy w spokoju — odparł ojciec. — Odbierze jej akcje i dom. W końcu ją stamtąd wyrzuci. Zobaczysz.
Beyza uśmiechnęła się szerzej. Te słowa działały na nią jak balsam.
— Masz rację, tato. Odkąd Hancer wyszła za Meliha, stała się największym wrogiem Cihana. Nawet dziś rano mówił o zemście. Ta dziewczyna wkrótce zniknie z naszego życia. Musi zniknąć.
— Nie ekscytuj się za wcześnie — ostrzegł ją ojciec. — I przede wszystkim nie rób niczego na własną rękę. Masz czekać. Pozwólmy Cihanowi wykonać ruch.
Beyza z trudem powstrzymała triumfalny śmiech. Przez chwilę milczała, jakby już widziała Hancer pokonaną, upokorzoną i wypchniętą z ich świata.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Nie martw się. Będę czekać. Jestem gotowa czekać choćby do końca świata, byle tylko pozbyć się jej raz na zawsze.
***
Hancer oderwała dłonie od klawiatury. Przez dłuższą chwilę patrzyła jeszcze w ekran laptopa, jakby liczby i dokumenty mogły nagle ułożyć się w odpowiedź, której tak rozpaczliwie potrzebowała. W końcu westchnęła, wstała i podeszła do komody. Z szuflady wyjęła notes — ten sam, który dostała od Meliha — po czym wróciła na kanapę.
Usiadła, otworzyła go na pustej stronie i chwyciła długopis. Przez chwilę zawahała się, ale w końcu zaczęła pisać:
Nie mogę odejść. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym tego zrobić, bo między nami istnieje więź, której nic nie jest w stanie przerwać. Ukarałam samą siebie, żeby nie utrudniać ci życia. Zostałam bez ciebie. Wiem, że jesteś na mnie zły. Gdybym była na twoim miejscu, pewnie też bym była. Byłabym zazdrosna. Bardzo zazdrosna.
Odchodzę od zmysłów, kiedy widzę was razem, choć wiem, że pobraliście się tylko ze względu na dziecko. Czasem brakuje mi tchu. Czasem mam ochotę wsiąść do samochodu i pojechać gdzieś daleko, jak najdalej od tego wszystkiego. Ale nie umiem. Nie potrafię odciąć się od ciebie.
Nawet jeśli nie mogę być obok. Nawet jeśli nie mogę cię dotknąć. Wystarcza mi świadomość, że jesteś gdzieś blisko. Że istniejesz. Zawsze będę cię kochać tak, jak kochałam pierwszego dnia. Nawet z daleka.

Hancer zamknęła notes i przez moment przycisnęła go do piersi. Potem odłożyła go z powrotem na miejsce, jakby chowała nie tylko zapisane słowa, ale i tę część siebie, której nie chciała nikomu pokazywać.
Kiedy ponownie usiadła przed laptopem, do salonu wszedł Melih. W dłoniach trzymał dwa kubki herbaty. Jeden postawił na stoliku przed Hancer, drugi zatrzymał dla siebie.
— Zrób sobie przerwę i napij się — powiedział łagodnie. — Nie będę udawał skromnego. Wyszła naprawdę dobra.
Hancer spojrzała na parujący kubek i uśmiechnęła się słabo.
— Już po zapachu widać, że tak jest. Masz złote ręce.
Melih usiadł naprzeciwko niej. Nie umknęło mu zmęczenie na jej twarzy ani stos dokumentów rozłożonych obok laptopa.
— Toniesz w papierach — zauważył z troską. — I nie wygląda na to, żebyś szybko miała się z nich wygrzebać.
Hancer spuściła wzrok.
— Nie wiem, co robić, Melihu. Naprawdę nie wiem. Pieniądze, które udało nam się zebrać, nie wystarczą na pokrycie kosztów stypendiów. Ledwo starcza nam na podstawowe wydatki.
— Przecież przekazałaś dom i udziały — przypomniał. — To też ogromne wsparcie. Czy to naprawdę nie wystarczy?
— Nie. — Pokręciła głową. — Stypendia są największym obciążeniem fundacji. Moja darowizna pomoże, ale tylko na jakiś czas. To nie rozwiąże problemu. Cihan powiedział, że firma będzie finansować fundację wyłącznie przez miesiąc. Wygląda na to, że od początku miał rację. Nie podołam temu zadaniu.
— Jak to nie podołasz? — zaprotestował Melih. — Hancer, nie ma mowy o poddawaniu się. Jesteś dopiero na początku drogi. Ludzie mogą jeszcze o tobie usłyszeć. Może przeczytają o fundacji w gazetach, zobaczą twoje działania i zdecydują się pomóc. Nigdy nie wiadomo, skąd przyjdzie ratunek.
Hancer zawahała się.
— Właściwie… jest ktoś, kto chce pomóc. Chce przekazać dużą sumę.
Melih od razu się ożywił.
— To świetnie. Kto taki?
— I właśnie w tym tkwi problem. Nie wiem, kim jest. Nie podał nazwiska. Postawił tylko jeden warunek.
— Jaki?
— Chce zjeść ze mną kolację. Sam na sam.
Twarz Meliha spoważniała.
— Co mu odpowiedziałaś?
— Jeszcze nic. Szczerze mówiąc, od początku wydało mi się to dziwne. Poczułam się niezręcznie, nawet zawstydzona. Ale Cihan i Engin powiedzieli, że w świecie biznesu takie rzeczy się zdarzają. A ja… ja nie znam tego świata. Nie wiem, gdzie kończy się zwykła uprzejmość, a zaczyna coś niewłaściwego.
Zacisnęła palce na kubku.
— Nie chcę podjąć decyzji, która okaże się katastrofą dla fundacji. Ale naprawdę potrzebujemy tych pieniędzy. Wstydzę się iść na kolację z obcym człowiekiem, a jednocześnie, kiedy myślę o tym jak o spotkaniu zawodowym, mam wrażenie, że powinnam to zrobić. Jestem kompletnie rozdarta. Powiedz mi, proszę, czym mam się kierować. Uczuciami czy rozsądkiem? Dzięki tej darowiźnie fundacja mogłaby przetrwać, a ja spełniłabym obietnicę złożoną Yasemin.
Melih przez chwilę milczał. W końcu odparł spokojnie:
— Skoro stawką jest przyszłość fundacji, zaakceptuj zaproszenie. To tylko kolacja biznesowa. Co złego może się wydarzyć?
Hancer nie wyglądała na przekonaną.
— Właśnie tego nie wiem. Nie znam zamiarów tego człowieka. Wolałabym, żeby przyszedł do biura. Żebyśmy usiedli przy kawie i porozmawiali jak normalni ludzie. Wtedy wszystko byłoby prostsze.
***
Tymczasem Cihan siedział za biurkiem w swoim gabinecie. Przed nim leżał czarny neseser, który chwilę wcześniej przyniósł mu asystent. Mężczyzna przez dłuższy moment patrzył na niego w milczeniu, po czym powoli wstał i otworzył metalowe zatrzaski.
Wieko uniosło się cicho.
W środku leżały równo ułożone paczki banknotów.
Cihan wpatrywał się w pieniądze z lodowatym spokojem. Na jego twarzy nie było ani cienia wahania. Była tylko determinacja człowieka, który właśnie rozpoczął własną partię.
— Ty już odegrałaś swoją grę, pani Hancer — powiedział cicho. — Teraz kolej na mnie.


***
Nazajutrz.
Cihan stał nieruchomo przy aneksie kuchennym w swoim pokoju. Za jego plecami panowała cisza, ale w nim samym wszystko wrzało. Oparł wzrok na oknie i spojrzał w stronę starego domu. Budynek, otoczony ogrodem i mokrym od porannej wilgoci podjazdem, wyglądał spokojnie, niemal niewinnie. Dla Cihana był jednak czymś więcej niż tylko miejscem. Był symbolem wszystkiego, co stracił, czego nie potrafił zrozumieć i czego nie umiał Hancer wybaczyć.
Zacisnął szczękę. W jego oczach pojawił się chłodny, podejrzliwy błysk.
— Czy nadal jesteś tak niewinna jak dawniej? — powiedział półgłosem, nie odrywając wzroku od domu. — Czy została w tobie choć jedna cząstka tamtej Hancer, którą znałem?
Milczenie odpowiedziało mu lepiej niż jakiekolwiek słowa. Cihan wziął głębszy oddech, ale nie przyniosło mu to ulgi. Przeciwnie — jeszcze mocniej utwierdził się w przekonaniu, że musi sprawdzić prawdę na własnych zasadach.
W jego głowie powrócił obraz czarnego nesesera wypełnionego banknotami. Pieniądze były przynętą, próbą i wyrokiem jednocześnie. Jeśli Hancer rzeczywiście była taka, za jaką chciała uchodzić, powinna odrzucić tę pokusę bez wahania. Jeśli jednak grała przed wszystkimi swoją rolę, bardzo szybko miało się to okazać.
— Zobaczymy, co zrobisz, kiedy położę przed tobą torbę pełną pieniędzy — dodał ciszej, niemal przez zaciśnięte zęby. — A jeśli nie ty, to twój chciwy mąż pokaże wreszcie swoje prawdziwe oblicze.
Cihan odsunął się od okna, lecz jego spojrzenie pozostało twarde. W jego decyzji nie było już miejsca na wątpliwości. Zamierzał rozpocząć grę, w której Hancer miała sama udowodnić, kim naprawdę jest.
***
Hancer przyszła do starego domu, by porozmawiać z Cemilem. Zatrzymała się na werandzie, tuż przy odrapanych, zielonych ścianach budynku. Za jej plecami ciągnęła się mokra ścieżka, poręcz opleciona gałęziami i ogród, który w szarym świetle dnia wyglądał smutniej niż zwykle.
Cemil stanął w progu. Na widok siostry spuścił wzrok i odwrócił twarz, jakby już sam jej widok otwierał ranę, którą próbował przed sobą ukryć.
— Dlaczego przyszłaś? — zapytał chłodno.
Hancer zrobiła krok bliżej. W jej spojrzeniu było zmęczenie, ale też cicha determinacja.
— Zobaczyłam twoje nazwisko na liście darczyńców — powiedziała łagodnie. — Całą noc o tobie myślałam.
Cemil drgnął, jakby te słowa trafiły w miejsce, którego nie chciał odsłaniać. Zaraz jednak zacisnął usta i znów przybrał surowy wyraz twarzy.
— Zrobiłem to, żeby pomóc biednym — odparł. — Wiesz dlaczego? Bo wiem, jak to jest nie mieć nic. Nie mogłem odwrócić się plecami i udawać, że mnie to nie dotyczy. Chciałem, żeby darowizna była anonimowa. Poprosiłem o to sekretarkę, ale powiedziała, że ze względu na przepisy musi wpisać moje dane. Więc nie myśl sobie, że zrobiłem to dla ciebie. Przyszłaś na próżno. Lepiej będzie, jeśli już pójdziesz.
Chciał się odwrócić i wejść do środka, ale Hancer wyciągnęła rękę. Delikatnie chwyciła go za dłoń, tak jakby bała się, że zniknie, jeśli nie zatrzyma go w tej jednej chwili.
— Tak bardzo za tobą tęskniłam, bracie — wyszeptała.
Cemil znieruchomiał.
— Puść mnie, Hancer.
— Nigdy nie byliśmy od siebie tak daleko — mówiła dalej, nie cofając dłoni. — Nawet kiedy się nie widzimy, ja wiem, że o mnie myślisz. Wiem, że gdzieś tam, głęboko, nadal jestem w twoim sercu. Chcę wierzyć, że zostało w nim jeszcze miejsce dla twojej małej siostry.
Cemil przełknął ślinę. Walczył ze sobą. Z gniewem, który podtrzymywał od wielu dni, i z tęsknotą, która nagle okazała się silniejsza, niż chciał przyznać. Patrzył na ich splecione dłonie, a potem na twarz Hancer. W jej oczach błyszczały łzy.
— Ja… — zaczął, lecz głos uwiązł mu w gardle. Po chwili odwrócił wzrok. — Wcale za tobą nie tęskniłem.
Hancer uśmiechnęła się przez łzy, jakby dokładnie wiedziała, że kłamie. Nie czekała dłużej. Rzuciła mu się w ramiona i objęła go mocno, z całą rozpaczą, którą dotąd nosiła w sobie.
— Bracie, przepraszam — wyszeptała drżącym głosem. — Przepraszam, że cię zraniłam. Cierpię każdego dnia. Proszę, wybacz mi. Wybacz mi, bracie… Bardzo za tobą tęsknię.


Cemil zamknął oczy. Jego ręce zawisły bezradnie w powietrzu. Przez chwilę wyglądało tak, jakby naprawdę chciał ją objąć. Jakby każdy mięsień w jego ciele rwał się do tego, by przycisnąć siostrę do siebie i zakończyć tę bolesną ciszę między nimi.
Hancer płakała cicho, wtulona w jego ramię. Cemil zacisnął powieki, próbując zdusić w sobie wzruszenie. Nie chciał jej przebaczyć tak łatwo. Nie chciał pokazać, jak bardzo jej mu brakowało. A jednak przez krótką chwilę nie potrafił jej odepchnąć.
W końcu gwałtownie odsunął się od niej. Jakby przestraszył się własnej słabości.
— Dość — rzucił ochryple.
Nie spojrzał już na Hancer. Odwrócił się i uciekł do domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
Hancer została sama na werandzie. Przez moment stała nieruchomo, z dłonią przy piersi i mokrymi od łez policzkami. Mimo bólu poczuła jednak coś, czego dawno nie czuła w obecności brata — nadzieję.
Cemil nadal był zraniony. Nadal uciekał przed nią i przed własnymi uczuciami. Ale Hancer wiedziała już jedno: lód w jego sercu zaczął pękać.
***
Derya krążyła nerwowo przed wejściem do salonu fryzjerskiego. Co chwilę spoglądała na szyld, na witrynę oklejoną plakatami i na zamknięte drzwi, jakby samym wzrokiem mogła przywołać właścicielkę. Ściskała pasek torebki tak mocno, że pobielały jej knykcie. Wczorajsza pewność siebie ulotniła się bez śladu. Został tylko strach, złość i rozpaczliwa nadzieja, że uda jej się odzyskać chociaż bransoletki.
Wreszcie na chodniku pojawiła się elegancka kobieta w ciemnym płaszczu. Derya natychmiast ruszyła w jej stronę.
— Och, gdybyś tylko wiedziała, co mnie spotkało! — zaczęła roztrzęsionym głosem, niemal zastępując jej drogę.
Właścicielka salonu zatrzymała się przy drzwiach i zmierzyła ją krótkim, chłodnym spojrzeniem.
— Co się stało?
Derya teatralnie przyłożyła dłoń do piersi.
— Nie zlitowali się nade mną. Nie docenili mojego poświęcenia. Oszukali mnie! Tak długo czekałam, tyle zniosłam, a na końcu nie dostałam ani kurusza. Oczywiście nie podpisałam żadnej umowy, nie mam żadnych dokumentów, niczego, z czym mogłabym pójść do sądu.
Kobieta nawet nie próbowała udawać współczucia. Poprawiła torebkę na ramieniu i spokojnie wyjęła klucze.
— Cóż, popełniłaś błąd.
— I to straszny błąd! — jęknęła Derya, idąc za nią krok w krok. — Tak bardzo się cieszyłam, że kupię ten salon. Już widziałam siebie tutaj, za ladą, jako właścicielkę. A teraz? Wszystkie moje statki zatonęły. Jak widzisz, nie będę mogła go kupić.
Właścicielka wzruszyła ramionami.
— W biznesie zdarzają się wzloty i upadki. Nie każdy, kto marzy o sukcesie, naprawdę jest do niego stworzony.
To zdanie zabolało Deryę, ale nie przyszła tu po dumę. Przyszła po złoto.
— Na szczęście trafiłam na uczciwą sprzedawczynię — powiedziała szybko, siląc się na słodycz. — Pamiętasz, że dałam ci dwie złote bransoletki? To była zaliczka. Skoro do sprzedaży nie dojdzie, zwrócisz mi je, prawda?
Kobieta zamarła z kluczem wsuniętym już w zamek. Powoli odwróciła głowę.
— Żartujesz sobie?
— Nie żartuję. To moje bransoletki.
— To nie była żadna zaliczka, tylko zadatek — odparła stanowczo właścicielka. — A zadatek przepada, jeśli kupujący się wycofuje. Naprawdę tego nie wiedziałaś?
Derya otworzyła szeroko oczy.
— Co to znaczy „przepada”? Chcesz powiedzieć, że nie oddasz mi moich bransoletek?
— Posłuchaj uważnie, bo widzę, że nie masz pojęcia, jak działają takie sprawy. Gdybym to ja się wycofała, musiałabym zwrócić ci zadatek w podwójnej wysokości. Ale to ty nie dotrzymałaś ustaleń. Dlatego zatrzymuję go jako rekompensatę.
— Rekompensatę? — Derya aż się zachłysnęła. — Za co niby?
— Za to, że zostawiłaś mnie na lodzie. Odrzuciłam innych kupujących, bo zapewniałaś mnie, że pieniądze zaraz będą. Czekałam na ciebie, zamiast prowadzić normalne rozmowy z poważnymi ludźmi.
— Przecież nic wielkiego się nie stało! — oburzyła się Derya. — W trzy dni znajdziesz następnego kupca i sprzedasz salon.
Właścicielka spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Ty naprawdę jesteś bezczelna. Nie wywiązałaś się z umowy, nie masz pieniędzy, robisz scenę przed moimi drzwiami i jeszcze próbujesz mi tłumaczyć, że nic się nie stało. Przez ciebie musiałam wziąć pożyczkę. Teraz będę spłacać odsetki, bo ty snułaś wielkie plany bez pokrycia.
Derya pochyliła się ku niej, a w jej głosie zabrzmiała panika.
— Oddaj mi te dwie bransoletki. Proszę. Znajdę rozwiązanie, obiecuję. Są w środku? Trzymasz je tutaj? Wejdźmy, porozmawiajmy spokojnie…
— Mogę ci dać co najwyżej szklankę wody — ucięła kobieta. — Bransoletek nie dostaniesz. I radzę ci nie przychodzić tu więcej. Jeśli jeszcze raz zrobisz mi awanturę przed salonem, zgłoszę to na policję.
Po tych słowach weszła do środka i zamknęła drzwi tuż przed twarzą Deryi.
Kobieta została sama na chodniku. Przez chwilę patrzyła tępo na klamkę, jakby nie rozumiała, że wszystko właśnie się skończyło. Potem jej twarz wykrzywił grymas rozpaczy.
— Moje bransoletki… — wyszeptała. — Moje piękne bransoletki…
Oparła się o witrynę salonu i jęknęła przeciągle, niczym ktoś, komu odebrano ostatnią nadzieję.
— Zniknęły… Przepadły… Moje bransoletki przepadły…

***
Fadime weszła do pokoju i od razu poczuła chłodny podmuch powietrza. Firanka lekko drgnęła przy otwartym oknie, a do wnętrza wdzierał się przeciąg. Kobieta westchnęła cicho i podeszła bliżej, zamierzając natychmiast je zamknąć.
Położyła dłoń na ramie, ale skrzydło okna zatrzymało się nagle, jakby coś je blokowało. Fadime zmarszczyła brwi. Dopiero po chwili zauważyła, że na parapecie stoi niewielki talerzyk. Leżała na nim pojedyncza róża i starannie złożona karteczka.
Serce zabiło jej mocniej.
Sięgnęła po list ostrożnie, jakby bała się, że papier rozsypie się w jej palcach. Rozłożyła go powoli i już po pierwszym spojrzeniu zamarła. To było pismo jej syna. Poznałaby je wszędzie — nawet po latach, nawet wśród setek innych kartek.
Zaczęła czytać, a każde kolejne słowo trafiało w nią z bolesną czułością:
Pamiętasz te noce, kiedy przytulałaś mnie do piersi i kołysałaś, aż zasypiałem? Wiem, że już nigdy nie będę w twoich oczach tamtym dzieckiem. Może nawet na jedną noc nie potrafisz już tak na mnie spojrzeć. Ale ty… ty zawsze będziesz dla mnie moją ukochaną mamą. Tą, w której ramionach zasypiałem bez strachu.
Fadime opuściła kartkę, jakby zabrakło jej sił. Usta zadrżały jej bezwiednie. Przez chwilę wpatrywała się w przestrzeń przed sobą, próbując zapanować nad emocjami, ale wspomnienia okazały się silniejsze.
Przycisnęła list do piersi obiema dłońmi i zamknęła oczy. Chciała zatrzymać łzy, lecz powieki i tak zadrżały od wzruszenia. Ten krótki list otworzył w niej wszystko, co przez lata próbowała uciszyć — ból, tęsknotę i miłość, której nigdy naprawdę nie przestała czuć.


***
Po spotkaniu z bratem Hancer udała się prosto do firmy. Wciąż miała w sercu ciężar tamtej rozmowy, ale nie pozwoliła sobie na słabość. Weszła do gabinetu Cihana, spokojna i wyprostowana, jakby za drzwiami zostawiła wszystkie emocje.
– Dzień dobry – powiedziała krótko i skierowała się do swojego biurka.
Cihan nie odpowiedział. Siedział za laptopem, ale wyraźnie śledził każdy jej ruch. W przestronnym gabinecie panowała cisza, którą przerywał jedynie cichy stukot obcasów Hancer i szelest odkładanej przez nią torebki.
Nagle jej wzrok zatrzymał się na czarnym neseserze stojącym na biurku. Wczoraj go tu nie było.
Hancer zmrużyła oczy i spojrzała pytająco na Cihana. Dopiero wtedy mężczyzna odezwał się beznamiętnie:
– Był tutaj, kiedy przyszedłem.
Do gabinetu weszła Hilal z tacą. Przyniosła dwie szklanki herbaty. Jedną postawiła przed Cihanem, drugą na biurku Hancer.
– Hilal, co to jest? – zapytała Hancer, wskazując neseser.
Sekretarka spojrzała na aktówkę z zakłopotaniem.
– Nie wiem, pani Hancer. Leżała tu już, kiedy rano przyszłam do pracy. Nikt nie zostawił żadnej wiadomości.
Hancer nie odrywała wzroku od czarnej aktówki. Jej obecność była zbyt ostentacyjna, zbyt ciężka, zbyt podejrzana. Po chwili Hilal wyszła, a w gabinecie znów zapadła cisza. Oboje sięgnęli po herbatę. Cihan upił łyk, nie spuszczając z Hancer uważnego spojrzenia.
Wtedy zadzwonił jej telefon.
– Słucham – odebrała.
– Pamięta pani biznesmena, który chciał pozostać anonimowy? – zapytała kobieta po drugiej stronie. – Zadzwonili z agencji, która go reprezentuje. Chce się z panią spotkać.
Hancer zerknęła na neseser.
– Dobrze. Proszę mnie z nimi połączyć.
Po chwili w słuchawce rozległ się inny, chłodny kobiecy głos.
– Dzień dobry, pani Hancer. Na życzenie naszego klienta, który chce wesprzeć prowadzoną przez panią fundację, wysłaliśmy do pani aktówkę. Powinna już dotrzeć.
Twarz Hancer stężała.
– To wyjątkowo niewłaściwe zachowanie – powiedziała stanowczo. – Przykro mi, ale nie mogę przyjąć darowizny w takiej formie. Jeśli państwa klient naprawdę chce wesprzeć fundację, powinien wpłacić pieniądze bezpośrednio na rachunek bankowy. Po zaksięgowaniu środków wystawię oficjalne potwierdzenie. Poza tym nie udzieliłam jeszcze odpowiedzi w sprawie zaproszenia na kolację.
Cihan uniósł wzrok znad filiżanki. Spodziewał się wahania, może zakłopotania, może pokusy. Tymczasem Hancer mówiła jasno i bez cienia uległości.
– Nasz klient wysłał aktówkę tylko po to, aby zapewnić panią, że traktuje sprawę poważnie – odparła kobieta. – Tak czy inaczej zamierza przekazać pieniądze.
– Właśnie wyjaśniłam, w jaki sposób może to zrobić – ucięła Hancer. – Proszę mu to przekazać.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
– Dobrze. Wyjaśnijmy więc jeszcze jedną rzecz, żeby nie było nieporozumień. Kolacja ma być jedynie okazją do poznania się. Jestem pewna, że przyjmie pani to zaproszenie.
Hancer odchyliła się lekko na krześle. Przez moment milczała.
– Czy mogę się nad tym zastanowić?
– Oczywiście. Nasz klient będzie dziś o ósmej w restauracji Canzade. Decyzja należy do pani. Miłego dnia.
Połączenie zostało przerwane.
Hancer powoli odłożyła telefon na biurko. Nie spojrzała ani na neseser, ani na Cihana. Jakby właśnie zamknęła temat, otworzyła dokumenty i wróciła do pracy.
Cihan jednak nie potrafił oderwać od niej wzroku. Był przekonany, że pieniądze ją złamią. Że wystarczy postawić przed nią aktówkę pełną gotówki, a zobaczy prawdziwą twarz kobiety, którą oskarżał w myślach od dawna.
Tylko że Hancer nie zrobiła tego, czego się po niej spodziewał.
I właśnie to zaskoczyło go najbardziej.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 141.Bölüm i Gelin 142.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






