Panna młoda odc. 244: Cihan staje przeciwko Mukadder! Sprowadza Hancer z powrotem!

Hancer siedzi na fotelu pasażera i uśmiecha się szeroko, patrząc na Cihana.

„Panna młoda” Odc. 244 — streszczenie

Mukadder stała przy ciężkiej, drewnianej toaletce w swoim pokoju. Za jej plecami w wysokim lustrze odbijała się część jasnego wnętrza, czerwone fotele i chłodna twarz kobiety, na której nie było już gniewu z dziedzińca — został tylko niepokój.

— Pozbyłam się Hancer, ale co z Beyzą? — mruknęła do siebie.

Sięgnęła po telefon leżący na stoliku i wybrała numer. Czekała chwilę, nerwowo zaciskając palce.

— Gdzie jesteś, Beyzo? — zapytała, gdy połączenie zostało odebrane. — Zostawiłaś wszystko i odeszłaś. Ta żmija Hancer próbuje wpełznąć do środka przez dziurę, którą po sobie zostawiłaś. Ona też postanowiła rozwieść się z mężem, gdy tylko usłyszała, że ty i Cihan się rozwodzicie. Przestań być uparta. Idź do Cihana, przeproś go i przekonaj, żeby zrezygnował z rozwodu. Inaczej Hancer zajmie twoje miejsce.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Głos Beyzy zabrzmiał chłodno, ale pewnie.

— Ciociu, próbowałam już tego. I to nie raz. Za każdym razem Cihan znajdował wymówkę, żeby mnie od siebie odepchnąć. Tym razem będzie inaczej. Skoro chce rozwodu, niech będzie po jego myśli. Ale to on wyjdzie z tej sprawy jako przegrany.

Mukadder zacisnęła usta.

— Opamiętaj się, Beyzo. Ten upór w niczym ci nie pomoże. Chyba nie zamierzasz oddać pola Hancer?

— Nagle zaczęłaś się o mnie troszczyć, ciociu? — zakpiła Beyza. — Nie potrafisz poradzić sobie z Hancer, więc przypomniałaś sobie o mnie, prawda? Ale jest już za późno. Nie zapomniałam, że nie zrobiłaś nic, kiedy Cihan wyrzucił mnie z rezydencji. Wiedz jedno: nie umrę, dopóki nie odpłacę ci pięknym za nadobne.

Połączenie urwało się nagle.

Mukadder powoli opuściła telefon. Przez chwilę stała nieruchomo, wpatrzona przed siebie. Potem odłożyła aparat na stolik i usiadła w czerwonym fotelu, jakby dopiero teraz dotarł do niej ciężar słów Beyzy.

— Beyza postawiła wszystko na jedną kartę — wyszeptała z niepokojem. — Kto wie, do czego jest zdolna, skoro potrafiła zabić własne dziecko.

Jej twarz stężała. W spojrzeniu, dotąd pełnym złości, pojawił się cień prawdziwego strachu.

***

Deski, którymi Derya zabiła okno, okazały się prowizoryczną zaporą. Były przybite krzywo i byle jak, bardziej na postrach niż naprawdę. Cemil najpierw ostrożnie wychylił głowę między szczelinami, potem oparł dłonie na parapecie i z trudem przecisnął się przez wąskie przejście. Przez chwilę wisiał niezgrabnie na zewnętrznej stronie okna, zaplątany między deskami jak złodziej przyłapany na gorącym uczynku. W końcu zeskoczył na ziemię, poprawił ubranie i, nie oglądając się za siebie, ruszył prosto do salonu fryzjerskiego.

Gdy stanął przed Yoncą, wyglądał na zmęczonego, ale triumfującego.

— Cemilu, jak udało ci się uciec od Deryi? — zapytała Yonca, szeroko otwierając oczy. — Dzwoniłam do niej, ale tylko na mnie warczała. Myślałam, że już nigdy cię nie wypuści.

— Bo mnie nie wypuściła — odparł z godnością. — Zamknęła mnie w pokoju i zabiła okno deskami. Ale moja miłość do sztuki nie pozwoliła mi siedzieć bezczynnie. Wyrwałem deski i przybiegłem tutaj. Zrozumiałem jedno: sztuki nie da się zamknąć na klucz.

Yonca zmierzyła go sceptycznym spojrzeniem. Salon był pusty, fotele czekały na klientki, a katalogi kolorów leżały na półkach jak narzędzia pracy, do której Cemil tak bardzo pragnął wrócić.

— Dobrze, dziś ci się udało. A co będzie jutro?

— Nie martw się — odparł pewnie. — Derya zobaczy, jak bardzo jestem zdeterminowany. Dostrzeże mój talent i w końcu odpuści. Wiesz, Yonca, niełatwo znaleźć takiego artystę jak ja. Van Gogh, Picasso, Maradona, Messi… Ludzie docenili ich wartość dopiero po śmierci, ale oni nigdy nie zrezygnowali ze swojej sztuki. Wiesz dlaczego? Bo prawdziwa sztuka wymaga poświęceń.

Yonca uniosła brwi.

— Messi przecież żyje.

Cemil na moment zamilkł, ale szybko odzyskał rezon.

— Dobrze, ale każdy, kto się urodził, kiedyś umrze. Przechodziłaś kiedyś obok cmentarza? Nad wejściem jest napisane: „Każda żywa istota kiedyś umrze”.

— No tak… — westchnęła Yonca, nie wiedząc, czy ma się śmiać, czy załamać ręce. — Najważniejsze, że przyszedłeś. Bierzmy się do pracy. Dzisiaj wszystkie klientki pytały o ciebie. Zaraz do nich zadzwonię i powiem, żeby przyszły, jeśli mogą.

Cemil od razu się ożywił.

— Oczywiście, dzwoń. Musimy zrobić jak najwięcej, zanim Derya odkryje, że się wymknąłem.

Ruszył w stronę zaplecza, jak człowiek powracający na scenę po wielkim zwycięstwie. Yonca chwyciła telefon, lecz w jej spojrzeniu nadal widać było niepokój. Wiedziała, że jeśli Derya dowie się o ucieczce męża, w salonie znów rozpęta się burza.

***

Był już wieczór, kiedy Hancer z walizką w ręku stanęła przed niewielkim domem Ertugrula. Na podwórzu panował półmrok, a ciche światło padające z okien odbijało się od mokrej posadzki. Przy ścianie stały doniczki z kwiatami, obok drzwi wisiały małe ozdoby, a cały dom sprawiał wrażenie skromnego, spokojnego schronienia.

Hancer zapukała niepewnie. Po chwili drzwi się otworzyły i stanął w nich Ertugrul. Na jej widok od razu się uśmiechnął.

— Przepraszam, że przeszkadzam tak późno, ale… — zaczęła cicho.

— Witaj, córko — przerwał jej łagodnie. — Gość w moim domu jest radością i błogosławieństwem. Proszę, wejdź.

Hancer spuściła wzrok, ścisnęła rączkę walizki i weszła do środka.

***

Kwadrans później Ertugrul wszedł do niewielkiego, przytulnego salonu. W pokoju panował ciepły półmrok. Ciężkie zasłony osłaniały okna, w kącie paliła się lampa, a stare, rzeźbione meble nadawały wnętrzu spokojny, domowy charakter. Hancer siedziała na kanapie obok walizki. Była nieruchoma, zamyślona i wyraźnie przytłoczona tym, co zostawiła za sobą.

Ertugrul usiadł obok niej.

— Twój pokój jest gotowy, córko — oznajmił.

— Sama bym to zrobiła. Nie musiałeś się męczyć.

— Jeszcze nie jestem taki stary — odparł z ciepłym uśmiechem. — Nadal potrafię pracować. To ty wyglądasz na bardzo zmęczoną. Powinnaś odpocząć.

Hancer powoli pokręciła głową.

— Moje zmęczenie nie minie po odpoczynku. Okłamałam kogoś. To było kłamstwo, które może zmienić całe życie. A ja utknęłam pod jego ciężarem. Nie potrafię już dłużej go dźwigać, wujku Ertugrulu.

Mężczyzna spojrzał na nią spokojnie, z troską i cierpliwością człowieka, który nie oceniał, zanim wysłuchał.

— Skoro tak bardzo cię przygniata, zdejmij ten ciężar z ramion.

— Nie umiem — wyszeptała Hancer. — Jestem w sytuacji bez wyjścia. Jeśli powiem prawdę, wszystko stanie się jeszcze gorsze.

W jej oczach zalśniły łzy. Zacisnęła dłonie na kolanach, jakby próbowała powstrzymać rozpacz, która od dawna szukała ujścia.

— Jak mogłam być tak głupia? — powiedziała drżącym głosem. — Jak mogłam dopuścić się tak strasznego kłamstwa? Chciałam się za nim ukryć, a zamiast tego sama się w nim uwięziłam.

Ertugrul nie odpowiedział od razu. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, a potem odezwał się spokojnym, mentorskim tonem:

— Szczęśliwy jest ten, kto potrafi uczyć się na własnych błędach. To znaczy, że dotarł już do drzwi przebaczenia. Musi tylko wytrwale do nich pukać. Najpierw nie u ludzi powinien szukać przebaczenia, lecz u Boga. Dopiero potem może stanąć przed tymi, których zranił swoim kłamstwem.

***

Nazajutrz rano Cihan wyszedł z rezydencji i bez wahania skierował się w stronę starego domu. Szedł przez rozległy dziedziniec, mijając zaparkowany samochód, fontannę i wypielęgnowane krzewy. Wczoraj wieczorem, gdy wrócił i nie zobaczył światła w oknach na piętrze, uznał, że Hancer była wyczerpana i położyła się wcześniej spać. Teraz jednak nie dawał mu spokoju niejasny niepokój. Musiał upewnić się, że nic jej nie jest.

Zapukał do drzwi, lecz odpowiedziała mu tylko cisza. Przez chwilę czekał nieruchomo, nasłuchując jakiegokolwiek odgłosu z wnętrza. Gdy nic się nie wydarzyło, rozejrzał się po ogrodzie i dostrzegł pracującego nieopodal ogrodnika.

— Panie Oktayu, widziałeś dziś rano Hancer? — zapytał.

Ogrodnik spuścił wzrok. Był świadkiem tego, co wydarzyło się poprzedniego dnia, ale Mukadder skutecznie zastraszyła zarówno jego, jak i pozostałych pracowników rezydencji. Nie odważył się powiedzieć prawdy.

— Nie widziałem, panie Cihanie — odparł wymijająco.

Niepokój Cihana narastał. Wyciągnął telefon z kieszeni płaszcza i wybrał numer Hancer. Przechadzał się przed domem, czekając, aż odbierze. Wtedy pod podeszwą jego buta rozległ się cichy trzask. Zatrzymał się i spojrzał w dół. Na ziemi leżały odłamki szkła.

Powoli uniósł wzrok ku staremu domowi. Dopiero teraz zobaczył wybite okno na piętrze. W szybie ziała poszarpana dziura, a resztki szkła połyskiwały w słońcu jak ostre, zimne ostrze.

Cihan bez namysłu rzucił się do drzwi. Uderzył w nie barkiem i po chwili wpadł do środka. Szybko wbiegł na piętro, przeszukał pokój, podszedł do okna i rozejrzał się po pustym wnętrzu. Po Hancer nie było śladu. Został tylko chłód, poruszana przeciągiem firanka i cisza, która mówiła więcej niż jakiekolwiek słowa.

Wrócił na zewnątrz. Jego twarz stężała. Ponownie podszedł do Oktaya.

— Panie Oktayu, dlaczego okno jest wybite? — zapytał twardo.

Ogrodnik pobladł i nerwowo ścisnął trzymane w dłoni narzędzia.

— Błagam, nie pytaj mnie o nic, panie Cihanie — powiedział cicho. — Przepraszam, muszę wyrzucić śmieci.

Odwrócił się i pospiesznie odszedł, jakby bał się, że jedno dodatkowe słowo sprowadzi na niego nieszczęście.

Cihan patrzył za nim przez chwilę. Nie potrzebował już żadnych wyjaśnień. Wiedział, że tylko jedna osoba w rezydencji potrafiła wzbudzić w ludziach taki strach.

***

W reprezentacyjnym salonie rezydencji panowała napięta cisza. Kryształowe żyrandole lśniły nad ciężkimi, ozdobnymi meblami, a jasne kanapy i fioletowe fotele tylko podkreślały chłód tej sceny. Mukadder siedziała na sofie ze ściągniętą twarzą, a Fadime zdejmowała z jej ramienia opaskę ciśnieniomierza. Obok cicho siedziała Sinem, obserwując wszystko z narastającym niepokojem.

Mukadder spojrzała na nią spod zmarszczonych brwi.

— Nie będę kłamać. Nie spodziewałam się, że przekonasz tę bezwstydnicę do odejścia — powiedziała chłodno. — Sprawiasz mylne wrażenie, bo zawsze chodzisz ze spuszczoną głową.

Fadime westchnęła ciężko.

— Mam nadzieję, że nigdy więcej tu nie wróci.

Mukadder zacisnęła usta.

— Wczoraj powiedziałam to samo Cihanowi. Zobaczyłam, że jego entuzjazm zgasł, a cała ta pasja nagle się wypaliła. Nie walczył, nie sprzeciwiał się, więc on także się poddał. Ale to nic dziwnego. Żaden mężczyzna nie zaakceptuje cudzego dziecka. Nawet jeśli nie od razu, z czasem zacznie mu ono przeszkadzać.

Sinem nie wytrzymała.

— Dlaczego? — wtrąciła. — Czy kobieta jest własnością byłego męża, żeby każdy inny mężczyzna patrzył na nią w ten sposób? Są mężczyźni, którzy potrafią pokochać dziecko ukochanej kobiety jak własne.

Mukadder niemal prychnęła jej w twarz.

— Nie bądź naiwna, Sinem. Takie rzeczy dzieją się tylko w filmach. Ty oczywiście nie masz pojęcia o prawdziwym życiu.

W tej samej chwili do salonu wszedł Cihan. Miał na sobie czarny płaszcz, a jego twarz była napięta i nieprzenikniona. Zatrzymał się przed kobietami, omiatając je ciężkim spojrzeniem.

— Mamo! — rzucił ostro. — Gdzie jest Hancer?

Mukadder uniosła brwi, udając zdziwienie.

— Skąd mam wiedzieć?

— Nie zaprzeczaj. Widziałem, w jakim stanie jest stary dom. Co jej zrobiłaś?

W salonie zapadła cisza. Mukadder odwróciła wzrok, a Cihan przeniósł spojrzenie na Fadime.

— Ja nic nie wiem — powiedziała pokojówka, prostując się nerwowo.

Cihan spojrzał na Sinem.

— A ty, bratowo? Gdzie jest Hancer?

Sinem spuściła głowę. Jej milczenie tylko bardziej go rozgniewało.

— Niech ktoś mi wreszcie odpowie! — zażądał.

Mukadder nagle podniosła się z kanapy i stanęła naprzeciw syna. W jej oczach błysnął gniew.

— Dość! Ośmieszasz nas przed pokojówką z powodu jednej rozwiązłej kobiety. Jestem twoją matką, Cihanie. Nie możesz mówić do mnie w ten sposób przez kogoś, kto przyniósł ci tylko nieszczęście. Skąd mam wiedzieć, gdzie teraz jest? Czy jestem jej opiekunką?

Cihan zrobił krok bliżej. Spojrzał na nią z góry, lodowato i twardo.

— Niech tak będzie. Dobrze zapamiętaj ten moment. Jeśli miałaś z tym coś wspólnego, jeszcze ci o nim przypomnę.

Odwrócił się i wyszedł z salonu. Chwilę później opuścił rezydencję i ruszył przez szeroki dziedziniec, mijając białą fontannę, zaparkowany samochód i monumentalne wejście do domu Develioglu. Sinem pobiegła za nim i dogoniła go dopiero przed rezydencją.

— Na pewno zrozumiałeś, co się stało — powiedziała, zatrzymując się kilka kroków przed nim. — Hancer odeszła, bo została do tego zmuszona.

Cihan spojrzał na nią uważnie.

— Dokąd poszła? Do swojego brata?

Sinem pokręciła głową.

— Powiedziała, że nie może tam wrócić. Zapytałam, dokąd idzie, ale nie odpowiedziała. Wspomniała tylko o miejscu, w którym nikt jej nie osądzi.

Cihan zmrużył oczy. Znał takie miejsce. W jednej chwili jego twarz stężała, jakby wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce.

— Dobrze. Dziękuję — powiedział krótko.

Nie czekając na nic więcej, ruszył do samochodu, wsiadł za kierownicę i odjechał.

***

Ertugrul podlewał kwiaty przed swoim skromnym, błękitnym domem. Poranne światło łagodnie padało na podwórko, odbijało się od białych krat w oknach i rozświetlało donice ustawione pod ścianą. Obok niego stała Hancer, otulona jasnym płaszczem. Wciąż była przygaszona, ale w tym spokojnym miejscu mogła choć na chwilę odetchnąć.

— Ta nazywa się Rozpieszczona — powiedział Ertugrul, dotykając liści wysokiej rośliny, która niemal dorównywała mu wzrostem. — Sprawia nam problemy, dopóki nie zakwitnie. Potem szybko przekwita, a później znów komplikuje nam życie, żeby w następnym roku rozkwitnąć od nowa.

Hancer spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem.

— Wszystkie rośliny mają swoje imiona?

Ertugrul pokiwał głową i wskazał na mały kwiat w doniczce stojącej za białą kratą okna.

— To Trzpiotka.

— To fiołek? W ogóle go nie przypomina.

— Ma kapryśny temperament, dlatego tak ją nazwaliśmy. Nieważne, czy jest lato, czy zima. Gdy tylko zobaczy słońce, od razu chce kwitnąć.

Pochylił się nad różą w dużej donicy ustawionej na ziemi.

— A ta nazywa się Złośnica.

Hancer musnęła palcami liście.

— Róża też może się złościć?

— Kiedy trafiła do nas, była maleńką sadzonką. Aliye posadziła ją własnymi rękami i każdego ranka głaskała jej liście. Bardzo kochała kwiaty. Zacząłem się nimi opiekować, kiedy Aliye położyła się do łóżka. Jakoś udało mi się dogadać ze wszystkimi. Tylko u tej jednej, Złośnicy, nigdy nie potrafiłem wywołać uśmiechu.

Hancer spojrzała na różę łagodniej.

— Ale ona żyje.

— Tak. Nie umarła, nie zwiędła. Tylko nie wypuszcza nowych pąków. Czasem pojawi się jeden albo dwa zalążki, ale zaraz opadają.

Hancer zamyśliła się.

— Czasem sama woda i dobra ziemia nie wystarczą. Kiedy nie dostaje się miłości od swojego ogrodnika, radość życia powoli zanika.

Ertugrul uśmiechnął się cicho.

— Dlatego jest zła na cały świat. Czeka na swojego ogrodnika. Czy ludzie nie są tacy sami? Lgną do tego, kto pomaga im rosnąć, rozkwitać i wypuszczać nowe pąki. Nawet jeśli to bywa trudne i bolesne.

— A jeśli ogrodnik nigdy nie przyjdzie? — zapytała Hancer. — Wtedy Złośnica będzie czekała na próżno. Zwiędnie, nie mówiąc nikomu, co naprawdę czuła.

— To wie tylko ogrodnik — odparł Ertugrul spokojnie. — Najważniejsze, by cierpliwie czekać. Tak jak Złośnica. Żeby pewnego dnia, gdy ogrodnik wróci, odnalazł ją tam, gdzie ją zostawił.

W tej chwili spojrzał ponad ramieniem Hancer i uśmiechnął się znacząco. Dziewczyna natychmiast się odwróciła. Przed furtką stał Cihan. W czarnym płaszczu, z poważną twarzą i spojrzeniem wbitym prosto w nią, wyglądał tak, jakby szukał jej od dawna i wreszcie odnalazł właściwy adres.

Pchnął furtkę i wszedł na podwórko. Ertugrul bez słowa wycofał się do domu, zostawiając ich samych.

— Co tutaj robisz? — zapytała Hancer.

— Przyszedłem zadać ci dokładnie to samo pytanie.

Hancer przypomniała sobie ostrzeżenie Mukadder: „Jeśli poskarżysz się Cihanowi albo wrócisz do rezydencji, będę dla ciebie tysiąc razy gorsza niż do tej pory”.

Spuściła wzrok i ukryła prawdę za pierwszym lepszym kłamstwem.

— Chciałam na chwilę odciąć się od wszystkiego. Wszyscy są zdenerwowani z powodu mojego rozwodu z Melihem.

Cihan nie dał się zwieść.

— Nie próbuj. Wiem, co się stało. Hancer, nie musisz uciekać ani się chować. Nikt nie ma prawa winić cię za to, co się wydarzyło.

— Ale oni mają rację. To wszystko moja wina.

— Dość — przerwał jej stanowczo. — Przestań brać wszystko na siebie. Spakuj się, zabieram cię do domu. I nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów. To twój dom, rozumiesz? Nikt nie może ci nic powiedzieć. Nawet ja. Kiedyś próbowałem i też mi się nie udało.

— Cihanie, posłuchaj. Muszę zostać tu jeszcze trochę. Tak będzie najlepiej dla wszystkich.

— Dla mnie nie — odparł od razu.

Hancer spojrzała na niego zaskoczona.

Cihan mówił już ciszej, ale w jego głosie pobrzmiewała szczerość, przed którą nie potrafiła się obronić.

— Kiedy wracam z pracy, chcę widzieć światło w oknie starego domu. Nie może być tam ciemno. No dalej. Spakuj swoje rzeczy. Jedziemy.

***

Kwadrans później Cihan zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. Hancer siedziała obok niego w milczeniu, zapatrzona przed siebie. Choć wracała do rezydencji, jej twarz nadal zdradzała lęk.

— Wszystko dobrze? — zapytał.

— Cihanie, spójrz… — zaczęła niepewnie.

— Hancer, nie masz powodu, żeby się denerwować. Wejdziesz do domu i zamkniesz drzwi. Jeśli Fadime albo moja mama zapukają, nie otwieraj. Jeśli pojawi się jakikolwiek problem, od razu do mnie zadzwoń. Myśl tylko o sobie i o dziecku.

Nagle Cihan dostrzegł przez przednią szybę chłopca stojącego przy drodze z balonami. Wysiadł z samochodu, podszedł do niego i po chwili wrócił z dwoma balonami — białym i niebieskim.

Podał je Hancer.

— Jeden jest dla Cihana Gurura, a drugi dla jego brata — powiedział. — Będą dorastać na jednym podwórku.

Hancer spojrzała na balony, potem na Cihana. Ten drobny gest, prosty i czuły, rozproszył część jej strachu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnęła się naprawdę.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 181.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy