Panna młoda odc. 240: Engin nie ukrywa już uczuć! Wyznaje Sili miłość!

Engin stoi przed Silą, trzymając w rękach doniczkę z sadzonką róży.

„Panna młoda” Odc. 240 — streszczenie

Sila siedziała na szpitalnym łóżku obok Metina. Miała na sobie turkusowy strój pielęgniarski, a jej dłonie spoczywały nieruchomo na kolanach. W sterylnej sali panowała cisza. Za ich plecami stała aparatura medyczna, na ścianie wisiał panel z przyciskami i przewodami, a w rogu pokoju ustawiono zielone fotele. Wszystko wyglądało spokojnie, niemal obojętnie wobec bólu, który od lat więził ich oboje.

Metin siedział ze spuszczoną głową, w szarym swetrze i ciemnych spodniach. Jego dłonie były splecione, a spojrzenie puste, utkwione gdzieś przed sobą. Wyglądał tak, jakby nie słyszał ani jednego słowa, ale Sila i tak mówiła dalej. Musiała wreszcie wyrzucić z siebie to, co nosiła w sercu od dzieciństwa.

— Cel mojego życia jest jasny — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Zemsta na rodzinie Develioglu. Jestem pewna, że gdybyś był przy zmysłach, twój cel byłby taki sam. Oni są zaślepieni własną pychą. Kiedy na mnie patrzą, widzą tylko biedną dziewczynę ze wsi. Cihan nawet nie zapytał, dlaczego rzuciłam mu się pod samochód. Bałam się, że zrozumie, że zrobiłam to celowo. Ale on i cała jego rodzina są tak zapatrzeni w siebie, że nie widzą niczego, co dzieje się tuż pod ich nosem.

Jej głos zadrżał. W oczach pojawił się gniew, którego nie potrafiła już ukryć.

— Pewnego dnia dowiedzą się, kim naprawdę jestem. Stanę przed Mukadder i powiem jej, że jestem córką kobiety, której życie zniszczyła. Powiem jej, że zapłaci mi za wszystko. Za dzieciństwo, które mi ukradła. Za wszystko, co zrobiła mojej mamie.

Wtedy Metin poruszył się lekko. Powoli odwrócił głowę i spojrzał na Silę. Ten krótki, niespodziewany gest sprawił, że dziewczyna zamarła. Przez chwilę patrzyła mu prosto w oczy, jakby szukała w nich znaku, że choć część jej słów do niego dotarła. Po chwili Metin znów odwrócił wzrok i utkwił go w pustej przestrzeni przed sobą.

Sila spuściła głowę.

— Wybacz, bracie — powiedziała łagodniej. — Poniosło mnie. Nie potrafię już nad tym zapanować.

Metin objął się ramionami, jakby nagle zrobiło mu się zimno. Sila od razu sięgnęła po czarny blezer leżący na ramie łóżka. Wstała i ostrożnie zarzuciła go bratu na ramiona, poprawiając materiał z czułością, której nie potrafiłaby okazać nikomu z rodziny Develioglu.

— Czy kobieta, która wyrządziła taką krzywdę własnemu synowi, może poczuć wyrzuty sumienia z powodu tego, co zrobiła mojej mamie? — zapytała gorzko. — Nie wiem. Ale jedno wiem na pewno. Zapłacą także za to, co zrobili tobie.

Delikatnie przesunęła dłonią po jego ramieniu.

— Najpierw jednak muszę wejść do samego środka. Muszę stać się kimś, kogo ta rodzina nie będzie mogła zlekceważyć. Wejdę do rezydencji jako kobieta Engina, a nie jako jego służąca. Tylko w ten sposób osiągnę swój cel.

Nagle jej ramiona opadły. Ciężko westchnęła, jakby dopiero teraz poczuła cały ciężar własnych słów.

— Ale Engin jest najlepszym człowiekiem, jakiego poznałam — przyznała cicho. — Gdybyśmy spotkali się w innych okolicznościach, może naprawdę bym go pokochała. Starałam się nie wciągać go w swoje sprawy. Nie chciałam go wykorzystywać. Ale jest moją jedyną szansą.

Usiadła znów obok Metina i ujęła jego dłoń. Przez chwilę trzymała ją w milczeniu, jakby liczyła, że brat odpowie choćby najdrobniejszym ruchem palców.

— Tak bardzo chciałabym, żeby zdarzył się cud — wyszeptała. — Żebyś odzyskał świadomość i wskazał mi właściwą drogę. Żebym nie musiała robić tego Enginowi. Ale niestety… mam swój cel i go osiągnę. Przyjechałam tutaj, żeby pomścić moją mamę, i dopóki tego nie zrobię, nigdzie się nie ruszę.

Ścisnęła jego dłoń mocniej.

— Ale ciebie też tu nie zostawię, bracie. Obiecuję.

***

Sila nakrywała do kolacji w jasnej jadalni połączonej z kuchnią. Na stole przykrytym białym obrusem ustawiła talerze, sztućce i starannie złożone serwetki. W pokoju panował ciepły, domowy spokój. Błękitne ściany, miękkie szare krzesła i rude fotele ustawione przy ścianie sprawiały, że wnętrze wyglądało przytulnie, niemal jak miejsce stworzone do rozmów, których nie dało się już dłużej odkładać.

Właśnie poprawiała nakrycie, gdy w progu pojawił się Engin. Stał przez chwilę nieruchomo, trzymając coś za plecami. Miał na sobie jasnoszary garnitur i czarny krawat, a jego twarz zdradzała powagę, choć w spojrzeniu kryło się wyraźne zawahanie.

Sila odwróciła się w jego stronę. Odruchowo założyła kosmyk włosów za ucho.

— Dobry wieczór, adwokacie — powiedziała łagodnie.

Engin wszedł kilka kroków do środka.

— Musimy porozmawiać — odparł poważnie.

Sila zaniepokoiła się od razu.

— Oczywiście. Stało się coś złego?

— Przeciwnie — powiedział po chwili. — Mam nadzieję, że stanie się coś naprawdę pięknego.

Wziął głęboki oddech, jakby potrzebował odwagi, by wypowiedzieć to, co od dawna nosił w sercu.

— Kiedy dziś rano te kobiety przyszły prosić o twoją rękę, poczułem zazdrość. Myśl, że mogłabyś wyjść za kogoś innego, dosłownie mnie złamała. A jeśli już mam rozpaść się na kawałki, wolę, żeby stało się to z twojego powodu.

Sila patrzyła na niego w milczeniu. Jej twarz złagodniała, ale nie przerwała mu ani słowem.

— Otworzyłaś zamknięte okna tego domu — ciągnął Engin ciszej. — Światło przyszło razem z tobą. Zostałaś moją przyjaciółką, moim wsparciem. Podzieliłem się z tobą sekretami, których nie powierzyłem nikomu innemu. Ale dla mojego serca znaczysz więcej. Jesteś kobietą, w której się zakochałem.

Zrobił krok bliżej.

— Chcę ci powiedzieć, że cię kocham.

Dopiero wtedy wyjął zza pleców niewielką doniczkę z różą. Delikatne pąki dopiero zaczynały się rozwijać, jakby same niosły obietnicę czegoś nowego.

Na twarzy Sili pojawił się ciepły, wzruszony uśmiech.

— To sadzonka róży — powiedziała cicho.

— Postawmy ją przy oknie i patrzmy razem, jak wypuszcza pąki — odparł Engin. — A kiedyś, w tym ogrodzie, o którym marzysz, chciałbym ją zasadzić.

Sila spuściła wzrok na roślinę, a potem znów spojrzała na niego. W jej oczach mieszały się zakłopotanie, wzruszenie i ostrożna radość.

— Skoro wybrałeś właśnie różę, to znaczy, że naprawdę dobrze mnie poznałeś.

Engin uśmiechnął się niepewnie.

— Miałem pewne wątpliwości, ale kiedy ją zobaczyłem, pomyślałem o tobie.

— Enginie, ja…

Urwała i uciekła wzrokiem, jakby przez chwilę walczyła sama ze sobą. Oboje wiedzieli, że między nimi było coś więcej niż zwykła bliskość, ale dopiero teraz to uczucie zostało nazwane.

Po krótkiej ciszy Sila uniosła głowę. Tym razem jej głos był pewniejszy.

— Chcę dzielić z tobą marzenie o tym ogrodzie.

Engin patrzył na nią przez moment, jakby musiał upewnić się, że naprawdę usłyszał te słowa. Potem uśmiechnął się szeroko. Napięcie zniknęło z jego twarzy, a z serca spadł mu ciężar, który nosił od dawna.

W jadalni nadal panowała cisza, ale tym razem nie była niezręczna. Była pełna ulgi, czułości i obietnicy początku, na który oboje czekali bardziej, niż chcieli przyznać.

***

Cihan stał w swoim pokoju przed oknem, z dłońmi wsuniętymi w kieszenie spodni. Za jego plecami paliła się nocna lampka, a miękkie światło padało na jasne ściany i różową sofę stojącą w głębi pomieszczenia. Mężczyzna jednak nie zwracał uwagi na otoczenie. Jego wzrok był utkwiony w starym domu, a dokładniej w jednym, oświetlonym oknie na piętrze.

Była tam Hancer.

Przypomniał sobie jej pewny głos, gdy zapewniała go, że Melih zaciągnął się na statek. Potem przed oczami znów stanęła mu sylwetka mężczyzny, którego widział na ulicy — postać tak podobna do Meliha, że nie potrafił uznać tego za przypadek. Pamiętał, jak nieznajomy zniknął między wąskimi uliczkami dzielnicy, zostawiając po sobie tylko podejrzenie, które teraz nie dawało Cihanowi spokoju.

— Naprawdę chciałbym, żeby tak było — powiedział cicho, nie odrywając spojrzenia od okna starego domu. — Ale wiem, że czekasz na męża, który nigdy nie wróci.

***

W tym samym czasie Hancer siedziała na różowej kanapie w starym domu. Salon tonął w chłodnym, wieczornym półmroku. Za zasłonami było już ciemno, a ona trzymała na kolanach notatnik, w którym od pewnego czasu zapisywała myśli kierowane do swojego nienarodzonego dziecka.

Pochyliła głowę i zaczęła pisać.

„To tak, jakbym wreszcie uwolniła się od ciężaru, który przez długi czas nosiłam na ramionach. Zrobiło mi się lżej, kochanie. Jestem pewna, że twój wujek Melih czuje to samo. Odzyskał wolność, którą oddał dla nas. Wróci do kobiety, którą kocha, i zbuduje życie, na jakie zasługuje.

A ja z niecierpliwością czekam na dzień, w którym ty przyjdziesz na świat. Jesteś moją wolnością, moim domem, moją miłością i wszystkim, co mam. Kiedy się urodzisz, poczuję się tak, jakbym ja sama narodziła się na nowo.

Zaczniemy nowe życie. Tylko ty i ja”.

Hancer przez chwilę patrzyła na zapisane słowa. Na jej twarzy pojawił się delikatny, spokojny uśmiech, w którym mieszały się ulga, samotność i nadzieja.

Wzięła głęboki oddech, zamknęła notatnik i nałożyła skuwkę na długopis. Potem oparła się o kanapę, przyciskając zeszyt do piersi, jakby w tych kilku zdaniach zamknęła całą siłę potrzebną na kolejny dzień.

***

Nazajutrz Engin wszedł do gabinetu Hancer. W rękach trzymał plastikowe pudełko z czerwonym wieczkiem, a na jego twarzy malował się lekki, niemal figlarny uśmiech. 

— Dzień dobry! — przywitał się radośnie i od razu zajął miejsce przy biurku.

Hancer spojrzała na niego znad dokumentów. Siedziała za dużym, drewnianym biurkiem w jasnym gabinecie, w którym panował porządek i ciepły spokój. Na półkach stały segregatory, dekoracyjne figurki i drobne ozdoby, a przy ścianie wisiały kolorowe plakaty fundacji.

— Dzień dobry — odpowiedziała z uśmiechem. — Skąd tyle energii od samego rana?

— Powinniśmy cieszyć się życiem, póki możemy — odparł Engin pogodnie. — To dla ciebie. A właściwie od Sili, dla dziecka. Upiekła ciasto z ekologicznej mąki i dżemu.

Hancer od razu się rozpromieniła. Wzięła pudełko, zdjęła wieczko i nachyliła się nad świeżym wypiekiem, jakby sam zapach wystarczył, by poprawić jej humor.

— Przysięgam, że od rana chodziło za mną ciasto — powiedziała z prawdziwą radością. — Nie masz pojęcia, jaką sprawiliście mi przyjemność. Dziękuję.

Engin uśmiechnął się, ale po chwili jego mina stała się odrobinę poważniejsza. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyjął szarą kopertę.

— A to przyszło z firmy, w której pracuje Melih.

Hancer zamarła.

— Z jakiej firmy?

— Z tej, przez którą zatrudniono go na statku — wyjaśnił spokojnie. — Poprosił, żeby pensja trafiała do ciebie.

Położył kopertę na biurku, a potem dodał łagodniejszym tonem:

— Wiesz, że zawsze możesz do mnie zadzwonić, jeśli będziesz czegoś potrzebowała. A jeśli poczujesz się samotna, Sila chętnie cię odwiedzi.

Hancer patrzyła na kopertę z niepewnością, ale próbowała zachować spokój.

— Dziękuję, Enginie. Daję sobie radę. Wszystko jest w porządku.

— W takim razie życzę ci miłego dnia.

Engin podniósł się, uśmiechnął jeszcze raz i wyszedł z gabinetu. Gdy drzwi się za nim zamknęły, Hancer skubnęła kawałek ciasta, ale jej myśli były już przy kopercie. Sięgnęła po nią ostrożnie, zajrzała do środka i natychmiast spochmurniała.

***

Chwilę później wpadła do gabinetu Cihana.

Mężczyzna siedział przy biurku w przestronnym, nowoczesnym wnętrzu. Przed nim leżały dokumenty, a za plecami stały eleganckie dekoracje i segregatory. Gdy Hancer weszła bez zapowiedzi, uniósł wzrok. Nie zdążył jednak nic powiedzieć, bo kobieta podeszła do biurka i rzuciła na blat szarą kopertę.

— Wiem, że to ty ją wysłałeś — oświadczyła ostro. — Czy wyglądam, jakbym potrzebowała pomocy?

Cihan spojrzał na kopertę, po czym lekko trącił ją palcem. Spadła z biurka na podłogę.

— Tobie też dzień dobry — powiedział chłodno. — Skąd przyszło ci do głowy, że to ja za tym stoję? Czy naprawdę nie jest możliwe, że wysłał ci ją twój mąż?

Hancer zacisnęła usta.

— To nie twoja sprawa. Jeśli już chcesz kogoś chronić, chroń swoją żonę, Beyzę. Nie wiem, czy wiesz, ale zaczęła pracować w salonie fryzjerskim.

Cihan zmrużył oczy.

— Nie wiedziałem. A ty przybiegłaś tutaj tylko po to, żeby mi o tym powiedzieć?

— Wiesz, że nie jestem taką osobą — odparła z oburzeniem. — Nie potrzebuję bohatera. Nie potrzebuję nikogo. Jeśli będę miała jakiś problem z Melihem, rozwiążę go sama. Ty się tym nie przejmuj.

Cihan powoli skinął głową, po czym wstał zza biurka.

— Nadal masz nadzieję, że Melih ci pomoże? — zapytał twardo. — Dobrze. Skoro już tu przyszłaś, ja też mam ci coś do powiedzenia. Od początku mówiłem ci, że ten mężczyzna zostawi cię i odejdzie. I okazało się, że miałem rację. Broniłaś go wtedy, bronisz go teraz. Tyle że Melih nie zaciągnął się na żaden statek. Nie wypłynął w morze. Kręci się tutaj, niedaleko. Dlaczego nadal go bronisz?

Hancer pobladła, ale w jej oczach od razu pojawił się gniew.

— A dlaczego ty go śledzisz? Jak śmiesz?

— Nie rozmawiamy teraz o mnie, tylko o nieszczęśniku, który zostawił cię w zaawansowanej ciąży!

— Dlaczego więc ty zostawiłeś swoją żonę?

Twarz Cihana stężała.

— Bo się rozwodzimy. Złożyłem wniosek do sądu. Jak mężczyzna.

Hancer spojrzała na niego wyzywająco.

— Skąd wiesz, że my nie zrobiliśmy tego samego? Usiedliśmy i spokojnie porozmawialiśmy. Nie zostałam oszukana ani wprowadzona w błąd. Melih nie jest człowiekiem pozbawionym honoru, jak sobie wyobrażasz. Odszedł, bo ja tego chciałam. Rozwodzę się z Melihem.

Słowa zawisły między nimi ciężko. Cihan zamilkł, a napięcie, które jeszcze przed chwilą wypełniało gabinet, zaczęło powoli opadać.

Po chwili oboje usiedli w fotelach przy biurku. Hancer odetchnęła głębiej i mówiła już spokojniej.

— Mam jedną prośbę. Nie mów nikomu, że się rozwodzę. Kiedy się pobraliśmy, przyciągnęliśmy zbyt wiele uwagi. Nie chcę, żeby teraz znów wszyscy o nas mówili.

Cihan patrzył na nią uważnie.

— Rozumiem. Ale ja też mam prośbę. Jeśli czegokolwiek będziesz potrzebowała, dasz mi znać.

Hancer nie odpowiedziała od razu. W jej twarzy wciąż było zmęczenie, ale także ulga, jakby po raz pierwszy nie musiała już tak kurczowo bronić wymyślonej historii o statku.

Cihan sięgnął po dokumenty leżące na biurku.

— A skoro już tu jesteś, sprawdźmy, ile firm wsparło fundację w tym miesiącu.

— Może zajmiemy się tym później — powiedziała cicho. — Teraz jestem trochę zdezorientowana.

Cihan odłożył papiery.

— W takim razie zróbmy przerwę. Czego się napijesz? Kawy? Herbaty?

— Nie chcę nic pić. Jestem trochę głodna i ściska mnie w żołądku.

— Zamówimy pizzę — zaproponował od razu. — Dwie przecznice stąd otwarto nowy lokal. Robią fantastyczne pizze.

— Nie chcę przeszkadzać ci w pracy.

— Mam przerwę. Możemy też zamówić owoce morza. Wszystkie produkty są ekologiczne.

Hancer spojrzała na niego, tym razem już bez złości. Po chwili lekko skinęła głową.

— Dobrze. Niech tak będzie.

Cihan sięgnął po telefon. Jeszcze kilka minut wcześniej oboje stali naprzeciw siebie jak przeciwnicy, gotowi zadawać kolejne ciosy. Teraz w gabinecie znów zapanował spokój — kruchy, niepewny, ale wystarczający, by choć na chwilę mogli usiąść przy jednym stole bez gniewu.

***

Beyza odebrała pozew rozwodowy i od razu udała się do kancelarii adwokatki Beren. Nie mogła pozwolić, by Cihan przejął inicjatywę. Weszła do eleganckiego gabinetu, w którym panował chłodny porządek. Za dużym, jasnym biurkiem siedziała Beren, a za jej plecami, na ścianie z jasnego kamienia, wisiały oprawione dyplomy i certyfikaty. Na stoliku przed biurkiem stała czerwona, szklana patera i smukłe wazony z białymi kwiatami. Wszystko w tym miejscu miało budzić zaufanie, ale twarz prawniczki nie zapowiadała życzliwej rozmowy.

Beyza usiadła naprzeciwko niej. Miała na sobie bluzkę w panterkę i jasne spodnie, a czarny płaszcz zostawiła przewieszony przez oparcie fotela. W dłoniach ściskała dokumenty, ale starała się zachować spokój.

Beren nawet nie pochyliła się nad pozwem.

— Powiedziałam ci już, że nie będę dłużej twoją adwokatką — oznajmiła chłodno. — Nie chcę nieprzewidywalnej klientki, po której nigdy nie wiadomo, czego można się spodziewać.

Beyza zacisnęła palce na dokumentach.

— Doradzałaś mi — przypomniała spokojnie. — Powiedziałaś, że powinnam spróbować porozumieć się z mężem. Postanowiłam posłuchać twojej rady.

Na ustach Beren pojawił się ledwie widoczny, ironiczny uśmiech.

— Czyli jednak zmądrzałaś. W takim razie udzielę ci jeszcze jednej darmowej porady. W podobnych sprawach adwokat twojego męża może zająć się wszystkim. Nie musisz zatrudniać własnego prawnika.

Beyza pochyliła się lekko do przodu. Wiedziała, że zwykła prośba nie wystarczy. Potrzebowała argumentu, którego Beren nie będzie mogła zignorować.

— Ale ja potrzebuję dobrego prawnika. Takiego jak pani, mecenas Beren. Stawką jest bardzo duży majątek. Większy, niż może sobie pani wyobrazić. Im więcej dostanę z majątku Cihana, tym więcej zarobi pani.

Beren uniosła brwi.

— Mówisz o honorarium?

— Nie tylko. Oferuję pani dziesięć procent wszystkiego, co uda się uzyskać od mojego męża.

W gabinecie zapadła cisza. Beren odchyliła się lekko w fotelu i przez chwilę przyglądała się Beyzie z nowym zainteresowaniem. Jej wcześniejszy chłód nie zniknął, ale w oczach pojawiła się kalkulacja.

— Skoro jesteś gotowa zapłacić tak dużo, rozumiem, że chcesz, żebym wygrała tę sprawę za wszelką cenę.

Beyza uśmiechnęła się krótko.

— Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że wybrałam właściwego prawnika.

Beren nie odpowiedziała uśmiechem. Patrzyła na nią uważnie, jakby próbowała ocenić, ile prawdy kryło się za tą pewnością siebie.

— Popełniłam jeden błąd w małżeństwie — powiedziała w końcu Beyza. — Dokonałam aborcji bez wiedzy męża. Dopuszczalny prawnie termin był już przekroczony, więc musiałam przeprowadzić zabieg poza oficjalnym systemem.

Twarz Beren spoważniała.

— Twój mąż o tym wie?

— Wie. Właśnie z tego powodu wystąpił o rozwód.

Adwokatka milczała przez kilka sekund. Na jej twarzy nie było współczucia, tylko chłodna analiza ryzyka i możliwych zysków. W końcu wyprostowała się w fotelu.

— Piętnaście procent — powiedziała stanowczo. — Piętnaście procent wszystkiego, co dostaniesz, będzie moje.

Beyza nie potrzebowała ani chwili namysłu.

— W porządku.

Beren sięgnęła po długopis, ale zanim cokolwiek zanotowała, zatrzymała wzrok na twarzy klientki.

— Dobrze. W takim razie powiedz mi teraz, czy jest jeszcze coś, co ukryłaś przed mężem, a o czym powinnam wiedzieć.

Beyza zamarła.

Na moment gabinet Beren zniknął jej sprzed oczu. Wróciła pamięcią do dnia, o którym za wszelką cenę próbowała nie myśleć. Zobaczyła dom Yasemin, kłótnię, gniew i własną dłoń zaciskającą się na dywanie. Pamiętała, jak pociągnęła za materiał. Jak Yasemin zachwiała się, straciła równowagę i upadła. A potem ten głuchy, straszny odgłos uderzenia głową o pianino.

Beyza przełknęła ślinę, ale jej twarz pozostała niemal nieruchoma.

— Nie — odpowiedziała. — Nic takiego nie ma.

Beren zmrużyła oczy.

— Pani Beyzo, jeśli w trakcie procesu dowiem się, że mnie okłamałaś, natychmiast wycofam się z dalszego reprezentowania cię. I zażądam wysokiego odszkodowania, zgodnie z umową.

Beyza skinęła głową, jakby każde słowo było dla niej oczywiste.

— Dobrze. Zgadzam się.

Mówiła spokojnie, lecz pod tym spokojem kryło się napięcie. Wiedziała, że właśnie oddała swój los w ręce kobiety równie bezwzględnej jak ona sama. Beren chciała pieniędzy, Beyza chciała ocalić majątek i zniszczyć Cihana w sądzie. Żadna z nich nie ufała drugiej, ale obie rozumiały, że na tym etapie potrzebowały siebie nawzajem.

Pozew rozwodowy leżał między nimi na biurku jak początek wojny, której nikt nie zamierzał prowadzić uczciwie.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 178.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy