Panna młoda odc. 83: Hancer podejrzewa zdradę!

Hancer patrzy pewnym siebie wzrokiem w twarz Mukadder.

„Panna młoda” Odc. 83 – streszczenie

Cihan gwałtownie odsunął od siebie Hancer, która jeszcze przed chwilą wtulała się w jego pierś, jakby chciała znaleźć w nim schronienie.

– Wywierasz na mnie zbyt dużą presję – powiedział twardo, choć w jego głosie pobrzmiewało zmęczenie. – Sprawiasz, że robię rzeczy, których nie chcę robić. To, co się ze mną dzieje… nie dotyczy ciebie.

Hancer zastygła na moment, jakby te słowa ją uderzyły. Po chwili jednak chwyciła go mocno za ramię i zmusiła, by na nią spojrzał.

– Więc dlaczego to ja cierpię? – zapytała ostro, a w jej oczach błysnęły łzy. – Dlaczego to ja znoszę to upokorzenie? Dlaczego czuję się przy tobie, jak ktoś bez znaczenia?

Cihan przełknął ślinę. Jego spojrzenie na moment uciekło gdzieś w bok. Milczał.

Zaszedł za daleko. Kłamstwa, przemilczenia, półprawdy — wszystko to zacisnęło się wokół niego jak pętla. I teraz nie wiedział już, jak się z niej wydostać.

– Właściwie… to moja wina – powiedziała Hancer ciszej, a jej głos się załamał. – Sama na to pozwalam. Sama pozwalam, żebyś mnie ranił.

Pokręciła głową z niedowierzaniem.

– Nie powinnam była za tobą biegać. Nie powinnam była tak bardzo się starać.

Odwróciła się gwałtownie i ruszyła w stronę drzwi.

– Hancer… – jego głos zatrzymał ją w pół kroku.

Cihan podszedł szybko, niemal nerwowo. Złapał ją za ramiona, nie pozwalając odejść. Tym razem w jego oczach również pojawiły się łzy.

– To… sprawy rodzinne – powiedział cicho, jakby każde słowo kosztowało go wysiłek. – Rozwiążę to. Obiecuję. Po prostu… nie wtrącaj się, dobrze?

– Ale ja jestem twoją żoną… – wyszeptała.

– Jestem w trudnej sytuacji – przerwał jej, z nutą błagania w głosie. – Nie utrudniaj mi tego, proszę.

Na moment ich spojrzenia się spotkały — jego pełne napięcia i strachu, jej pełne bólu.

– Idź już spać – dodał. – Dobrej nocy.

Zapadła krótka cisza.

– Dobrze… skoro tak chcesz – odpowiedziała w końcu.

Wyrwała się z jego uścisku i odeszła, nie oglądając się za siebie.

Kilka chwil później była już w swoim pokoju.

Zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami, jakby nagle zabrakło jej sił, by ustać na nogach.

– Dlaczego? – wyszeptała, a łzy zaczęły spływać po jej policzkach. – Czym sobie na to zasłużyłam?

Zacisnęła dłonie na materiale sukienki.

– Błagałam go o miłość… – jej głos drżał. – A on nawet na mnie nie spojrzał.

Ukryła twarz w dłoniach.

– Tylko się ośmieszyłam.

***

Nazajutrz w rezydencji panowała jeszcze cisza poranka, gdy Cihan szykował się do wyjścia. Zapiął guziki koszuli, narzucił marynarkę na ramię i, jakby odruchowo, skierował kroki do pokoju Hancer.

Drzwi uchyliły się bezgłośnie.

W półmroku sypialni dziewczyna spała zwinięta pod kołdrą, z twarzą wtuloną w poduszkę. Jej oddech był spokojny, niemal dziecięcy. Cihan zatrzymał się przy łóżku i przez chwilę tylko na nią patrzył — jakby chciał zapamiętać każdy szczegół tej chwili.

Powoli nachylił się nad nią. Jego spojrzenie złagodniało.

– Gdybyś tylko wiedziała… – wyszeptał niemal bezgłośnie.

Nie zauważył, jak z kieszonki marynarki wysunęła się poszetka. Opadła cicho na drewnianą podłogę, tuż obok łóżka.

Po chwili wyprostował się, jakby otrząsając się z własnych myśli, i bez słowa wyszedł z pokoju.

W swoim gabinecie sięgnął po telefon. Przez moment wpatrywał się w ekran, jakby wahał się jeszcze, czy powinien to zrobić. W końcu wybrał numer.

***

Beyza siedziała na jasnej kanapie, znudzona, kręcąc palcami przy paznokciach. Gdy telefon zawibrował, natychmiast sięgnęła po niego.

Jej oczy rozbłysły.

– Wiedziałam! – powiedziała z satysfakcją, przeciągając słowo.

Yonca, która stała przy kuchennym blacie ze szklanką wody, drgnęła i spojrzała na nią z niepokojem. Po chwili podeszła bliżej i usiadła obok.

– Co się stało? Przestraszyłaś mnie.

Beyza uniosła telefon tak, by Yonca mogła zobaczyć ekran.

– Cihan. Dzwoni do mnie zaraz po przebudzeniu. Mówiłam ci, że plan zadziała.

Yonca zmrużyła oczy.

– To dlaczego nie odbierasz?

Na ustach Beyzy pojawił się chłodny, wyrachowany uśmiech.

– Bo ja na ten moment czekałam długo. Teraz niech on poczeka na mnie.

– Beyza… – Yonca zawahała się. – Uważaj. Cihan nie lubi być ignorowany.

– Teraz wszystko się zmieniło – odparła spokojnie, opierając się wygodniej. – Noszę jego dziecko. To jego największa słabość. Zrobi wszystko, czego zechcę.

Telefon ucichł, ale tylko na moment.

Po chwili znów zaczął dzwonić.

Beyza spojrzała na ekran, jakby delektowała się tą chwilą, po czym w końcu odebrała. Jej głos natychmiast się zmienił — stał się zmęczony, przygaszony.

– Co się stało, Cihanie? – powiedziała słabo. – Dlaczego dzwonisz? Nie jestem w nastroju na rozmowę… źle się czuję. Mam mdłości. Właśnie wyszłam z łazienki i zobaczyłam, że próbowałeś się dodzwonić.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

– Przyjadę – odpowiedział stanowczo. – Porozmawiamy twarzą w twarz.

Beyza uniosła lekko brwi.

– O czym? – zapytała chłodno. – Mój ojciec powiedział ci już wszystko. Nie ma sensu tego powtarzać… chyba że masz dla mnie nową propozycję.

Jej ton był miękki, ale pod nim kryło się coś twardego i nieustępliwego.

***

Hancer już nie spała. Leżała nieruchomo, oparta o wezgłowie łóżka, wpatrzona gdzieś przed siebie. Jej twarz była napięta, a oczy zmęczone po nieprzespanej nocy.

Westchnęła ciężko.

– Jak to możliwe? – wyszeptała do siebie. – Jak wszystko mogło się tak nagle zmienić?

Przesunęła dłonią po kołdrze.

– Traktuje mnie, jakbym była mu obca. Jakby między nami nigdy nic nie było.

Zacisnęła usta.

– Nawet nie chce się przy mnie ubierać.

Wtedy coś przykuło jej uwagę. Na podłodze, tuż obok łóżka, leżała poszetka.

Hancer zmarszczyła brwi, zsunęła nogi z łóżka i wsunęła stopy w miękkie kapcie. Schyliła się i podniosła materiał, przesuwając po nim palcami.

– Zostawił to u mnie – mruknęła cicho.

Przez moment stała nieruchomo, trzymając ją w dłoni. Potem podjęła decyzję.

Ruszyła w stronę drzwi.

– Oddam mu to – powiedziała półgłosem, jakby szukała w tym pretekstu do rozmowy, której tak bardzo potrzebowała.

***

Kamera przenosi się do gabinetu Cihana.

Mężczyzna stoi przy biurku, odwrócony plecami do drzwi. Jedną rękę opiera o blat, drugą trzyma telefon przy uchu. Jego sylwetka jest napięta, jakby każde słowo, które zaraz padnie, miało coś nieodwracalnie zmienić.

– Beyzo, musimy znaleźć jakiś kompromis – mówi stanowczo, choć w jego głosie pobrzmiewa zmęczenie. – To nie jest łatwe tylko dla ciebie. Ja też jestem w trudnej sytuacji. Jestem żonaty… mam zobowiązania wobec Hancer. Muszę to rozwiązać. I to jak najszybciej.

Po drugiej stronie zapada krótka cisza, po czym odzywa się Beyza — chłodno, niemal obojętnie:

– Nie obchodzi mnie, co jej obiecałeś ani w jaki sposób to załatwisz. – Jej ton jest ostry, pozbawiony cienia współczucia. – Gdybyś nie wziął ślubu zaraz po rozwodzie, nie byłoby teraz żadnego problemu. A poza tym… naprawdę źle się dziś czuję. Nie mam siły na takie rozmowy.

Cihan zaciska szczękę. Przez chwilę milczy, jakby próbował zapanować nad narastającą frustracją.

– Jadę do ciebie – mówi w końcu, już twardszym tonem. – Wczoraj mówiłaś ty, a ja słuchałem. Teraz ja będę mówił, a ty mnie wysłuchasz.

Nie daje jej szansy na odpowiedź. Rozłącza się gwałtownie.

Odwraca się.

I zamiera.

W drzwiach stoi Hancer.

Przez ułamek sekundy ich spojrzenia się spotykają — jego zaskoczone, napięte… jej spokojne, ale zbyt uważne.

Jak wiele usłyszała? – przebiega mu przez myśl.

Hancer rusza powoli w jego stronę. W dłoniach trzyma poszetkę, którą delikatnie wygładza palcami, jakby chciała zająć czymś ręce.

– Chciałaś czegoś? – pyta Cihan chłodno, szybciej, niż powinien.

– Zgubiłeś to u mnie – odpowiada spokojnie, wyciągając w jego stronę materiał. – Pomyślałam, że może będzie ci potrzebne.

Ich palce na moment się stykają, gdy odbiera poszetkę.

– Dziękuję – rzuca krótko.

Wkłada ją do kieszonki marynarki, unikając jej spojrzenia.

Zapada cisza.

Hancer przygląda mu się uważnie. Jej wzrok przesuwa się po jego twarzy, jakby próbowała odczytać coś ukrytego między słowami, których nie powiedział.

– Jedziesz do firmy? – pyta w końcu, lekko unosząc brwi. – Tak wcześnie?

Cihan poprawia mankiet koszuli, skupiając wzrok na czymś zupełnie nieistotnym.

– Mam coś ważnego do załatwienia – odpowiada zdawkowo. – Pozwól mi się przygotować.

To wyraźny sygnał.

Hancer milknie. Przez chwilę jeszcze stoi w miejscu, jakby chciała coś powiedzieć, ale rezygnuje.

Odwraca się i wychodzi. Gdy drzwi zamykają się za nią cicho, jej twarz nie jest już spokojna.

W jej oczach pojawia się cień niepokoju. I podejrzenia.

***

W przestronnym salonie panowało napięcie, które niemal dało się wyczuć w powietrzu. Jasne wnętrze, elegancka kanapa i uporządkowana kuchnia w tle kontrastowały z ciężarem rozmowy, jaka miała się tu rozegrać.

Cihan siedział na jednej z sof, tuż obok Beyzy. Był wyprostowany, spięty, jakby każde jego słowo miało zostać poddane osądowi. Naprzeciwko nich, na drugiej kanapie, siedzieli Nusret i Yonca. Oboje obserwowali go uważnie.

– Żadna decyzja, którą teraz podejmiemy, i żaden kolejny krok nie mogą zaszkodzić niewinnemu dziecku – powiedział Cihan stanowczo, splatając dłonie. – To ono musi być naszym priorytetem. Jestem gotów wziąć na siebie odpowiedzialność. Wypełnię swój obowiązek jako ojciec.

Beyza siedziała spokojnie, ale w jej spojrzeniu kryła się chłodna kalkulacja.

– Ja przede wszystkim chcę spokoju – odparła cicho. – Za każdym razem, gdy podnosisz na mnie głos, odbija się to na dziecku, które noszę. Pamiętaj o tym, zanim znów zaczniesz mówić w ten sposób.

Cihan skinął lekko głową, choć jego szczęka pozostawała napięta.

– Jeśli nie chcesz tu mieszkać, wynajmę ci dom – powiedział po chwili. – Zadbam o wszystko. O każdy wydatek związany z utrzymaniem mojego dziecka.

– Naszego dziecka – poprawiła go natychmiast Beyza, nie odrywając od niego wzroku.

Cihan nie zareagował. Jakby świadomie zignorował tę uwagę.

– Moje dziecko będzie miało wszystko, co wiąże się z moją rodziną – dodał chłodno. – Masz na to moje słowo.

Nusret parsknął cicho, opierając się wygodniej.

– Już raz słyszeliśmy takie zapewnienia – powiedział z nutą ironii. – Przy rozwodzie. I co z tego wyszło? Moja córka wróciła do mojego domu. Wyrzuciłeś ciężarną kobietę za drzwi.

Jego spojrzenie stwardniało.

– Daruj sobie te puste słowa, Cihanie. Powiedz wprost: ożenisz się z nią czy nie?

W pomieszczeniu zapadła cisza.

Cihan przełknął ślinę. Jego wzrok na moment uciekł w bok.

– Jakie… małżeństwo? – zapytał, choć doskonale rozumiał pytanie.

– Małżeństwo z Beyzą – odpowiedział ostro Nusret. – Nie pozwolisz chyba, żeby urodziła twoje dziecko jako niezamężna kobieta?

Cihan milczał.

Z każdą sekundą napięcie rosło.

– Co się stało? – naciskał Nusret. – Język ci odjęło?

– Ja… jestem już żonaty – powiedział w końcu, z wyraźnym trudem. – Wiesz o tym.

– Wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja – odparł Nusret lodowato. – Tylko ty udajesz, że jej nie rozumiesz. Dziecko Beyzy będzie kontynuacją rodu Develioglu. Jeśli pozwolisz, by przyszło na świat poza małżeństwem… – urwał na moment, mierząc go wzrokiem – stracę resztki szacunku do ciebie.

Pochylił się lekko do przodu.

– Jeśli naprawdę zamierzasz być ojcem tego dziecka, rozwiedziesz się i ożenisz z moją córką. To wszystko, co mam do powiedzenia. Dopóki nie podejmiesz decyzji, nie pojawiaj się tu więcej i nie zawracaj mi głowy.

Cihan uniósł głowę, a w jego oczach pojawił się błysk gniewu.

– Nie przyszedłem do ciebie – powiedział chłodno. – Przyszedłem do mojego dziecka. I nie potrzebuję twojej zgody, żeby tu być.

W tym momencie Yonca nagle pobladła. Przyłożyła dłoń do ust, jakby powstrzymywała odruch.

– Przepraszam… – rzuciła cicho i gwałtownie wstała.

Szybkim krokiem ruszyła w stronę łazienki.

Cihan ledwie na nią spojrzał, zbyt pochłonięty napiętą wymianą zdań.

– Skończyłeś? – rzucił Nusret z irytacją. – Nie mam dla ciebie więcej czasu. Nie denerwuj mojej córki ani mojego wnuka. Nie potrzebują fałszywego ojca.

Te słowa zawisły w powietrzu jak wyrok.

Cihan nie odpowiedział. Wstał powoli, rzucił jeszcze jedno spojrzenie w stronę Beyzy — krótkie, trudne do odczytania — po czym odwrócił się i wyszedł.

***

Na zewnątrz powietrze było chłodniejsze.

Cihan wyszedł z budynku, nawet nie oglądając się za siebie.

Nie wiedział, że po drugiej stronie ulicy, w zaparkowanej taksówce, siedzi Hancer.

Patrzyła w stronę wejścia, ściskając dłonie na kolanach.

Nie znała tego miejsca. Nie wiedziała, kto tu mieszka.

Ale jedno było pewne.

Nie zamierzała odpuścić.

***

Cihan wszedł do swojego gabinetu szybkim, nerwowym krokiem. Drzwi zamknęły się za nim z cichym trzaskiem, który w tej ciszy zabrzmiał niemal zbyt głośno. Zdjął marynarkę i niedbale zawiesił ją na oparciu fotela, po czym ciężko opadł na siedzisko, jakby nagle zabrakło mu sił.

Przez chwilę siedział w milczeniu, wpatrzony w blat biurka.

Engin, który wszedł tuż za nim, zatrzymał się na moment, uważnie obserwując przyjaciela, a potem usiadł naprzeciwko.

– Co się stało? – zapytał spokojnie. – Udało ci się porozmawiać z Beyzą?

Cihan parsknął cicho, bez cienia rozbawienia.

– Nie – odpowiedział krótko. – Mój wujek zadbał o to, żebym nawet nie miał takiej szansy.

Engin zmarszczył brwi.

– Ale to przecież wasza sprawa. Twoja i Beyzy. Nie powinniście usiąść i rozwiązać tego między sobą?

Cihan odchylił się na fotelu i przetarł dłonią twarz.

– Powinniśmy – przyznał. – Tylko że dobrze wiesz, jaki on jest. Wykorzystuje tę sytuację, żeby się na mnie odegrać.

– Co on właściwie robi? – dopytał Engin. – Czego od ciebie chce?

Cihan zawahał się przez ułamek sekundy, jakby samo wypowiedzenie tych słów było dla niego ciężarem.

– Żebym rozwiódł się z Hancer i ożenił z Beyzą.

Engin aż się wyprostował.

– Żartujesz? – powiedział z niedowierzaniem. – Naprawdę tego chce?

Cihan skinął głową, z gorzkim uśmiechem.

– I nie tylko on. Wygląda na to, że Beyza też postanowiła wykorzystać sytuację najlepiej, jak się da.

Zacisnął dłonie i pochylił głowę.

– Z jednej strony Hancer, z drugiej moje dziecko…

Jego głos przycichł. Zapadła ciężka cisza.

– Co zamierzasz zrobić? – zapytał w końcu Engin.

Cihan pokręcił głową, bezradnie.

– Nie wiem, Enginie… Naprawdę nie wiem.

Engin przez chwilę milczał, jakby ważył słowa.

– Decyzja i tak należy do ciebie – powiedział spokojnie. – Ale powinieneś porozmawiać z Beyzą sam na sam. Bez jej ojca, bez presji. W spokojnym miejscu.

Cihan uniósł wzrok.

– Byliście razem siedem lat – ciągnął Engin. – To nie była przypadkowa relacja. Oboje chcecie dla tego dziecka tego, co najlepsze. Może jeszcze da się to rozwiązać rozsądnie.

Cihan uśmiechnął się blado.

– Nie da się z nią normalnie rozmawiać – odparł. – Ona już nie podejmuje decyzji sama. Słucha tylko swojego ojca.

– Może… – Engin wzruszył lekko ramionami. – Ale mimo wszystko spróbuj. Czasem wystarczy jedna szczera rozmowa, żeby coś się zmieniło.

Cihan nie odpowiedział.

Patrzył przed siebie, jakby szukał odpowiedzi gdzieś poza tym pokojem.

***

Cihan został sam w gabinecie. Cisza, która zapadła po wyjściu Engina, była ciężka i przytłaczająca — jakby ściany nagle zaczęły się do niego zbliżać.

Sięgnął po telefon.

Przez chwilę patrzył na ekran, wahanie było wyraźne, ale tym razem nie pozwolił sobie na ucieczkę. Wybrał numer Beyzy i, po krótkiej wymianie zdań, umówił się z nią na spotkanie — sam na sam, z dala od jej ojca i całego tego napięcia.

Rozłączył się powoli.

Odłożył telefon, a potem sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki.

Wyjął zdjęcie z badania USG.

Przez moment tylko na nie patrzył.

Na niewyraźny, czarno-biały obraz, na którym zarysowywało się maleńkie życie — jeszcze kruche, jeszcze nieświadome świata, który już zdawał się na nie czekać.

Jego dłoń lekko zadrżała.

– Czekałem na ciebie tyle lat – powiedział cicho, jakby mówił do samego siebie, a jednocześnie do tego niewidzialnego istnienia. – A teraz… nawet nie potrafię się cieszyć.

Przymknął na chwilę oczy.

– Jeszcze się nie urodziłeś, a już dźwigasz ciężar, który nie powinien nigdy spaść na twoje barki.

W jego głosie była bezsilność. I żal.

Rozluźnił palce.

Zdjęcie wysunęło się z jego dłoni i opadło miękko na blat biurka.

Cihan patrzył na nie jeszcze przez chwilę, jakby szukając w nim odpowiedzi, których nie potrafił znaleźć.

***

Gulsum zatrzymała się w progu sypialni Cihana i Hancer, trzymając w dłoniach świeżo złożoną pościel. Jej spojrzenie przesunęło się po łóżku… i nagle znieruchomiało.

Na środku leżała tylko jedna poduszka.

Zmarszczyła brwi.

– Dziwne… – mruknęła pod nosem.

Rozejrzała się uważniej, jakby liczyła, że druga gdzieś się ukryła. Ale nie. Łóżko było nienagannie pościelone, a jednak wyraźnie brakowało drugiej poduszki.

Ciekawość szybko przerodziła się w podejrzenie.

Gulsum odłożyła pościel i niemal na palcach wyszła z pokoju. Po chwili zajrzała do gabinetu Cihana.

I tam ją zobaczyła.

Drugą poduszkę.

Na kanapie.

Oczy pokojówki rozbłysły.

***

Minutę później niemal wbiegła do salonu, gdzie Mukadder stała pośrodku pomieszczenia, przeglądając coś w telefonie. Jej postura była spokojna, opanowana — jak zawsze.

– Pani Mukadder! – wyrzuciła z siebie Gulsum, ledwo łapiąc oddech. – Muszę ci coś powiedzieć. To naprawdę ważne!

Mukadder uniosła wzrok znad ekranu, lekko marszcząc brwi.

– Co się stało?

Gulsum zbliżyła się o krok, jakby zamierzała zdradzić największy sekret świata.

– Pan Cihan i jego żona śpią osobno.

Mukadder zmrużyła oczy.

– Skąd taki wniosek?

– Sprzątałam ich sypialnię – zaczęła szybko Gulsum. – I zobaczyłam tylko jedną poduszkę. Zdziwiło mnie to, więc zajrzałam do gabinetu pana Cihana. Druga poduszka jest tam. Na kanapie!

W jej głosie pobrzmiewała niemal dziecięca ekscytacja.

Mukadder przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu. Jej twarz nie zdradzała żadnych emocji.

– Rozumiem – powiedziała w końcu chłodno. – Ale to nie twoja sprawa. Wróć do swoich obowiązków.

Gulsum natychmiast spoważniała.

– Oczywiście – mruknęła i szybko się wycofała.

Mukadder odczekała, aż zniknie z salonu. Dopiero wtedy jej spojrzenie lekko się zmieniło.

***

W tej samej chwili drzwi rezydencji otworzyły się i do środka weszła Hancer.

Mukadder natychmiast przybrała ciepły, niemal przesadnie uprzejmy uśmiech.

– Hancer! – zawołała łagodnie. – Chodź do mnie na chwilę.

Dziewczyna zatrzymała się na moment, po czym podeszła do niej powoli.

Mukadder zmierzyła ją uważnym, przenikliwym spojrzeniem — od stóp do głów.

– Skąd wracasz? – zapytała, unosząc lekko brew. – Z porannego spaceru?

– Wyszłam zaczerpnąć świeżego powietrza – odpowiedziała spokojnie Hancer.

– To dobrze. – Uśmiech Mukadder nieco przygasł. – W takim razie teraz mnie wysłuchasz.

Hancer zesztywniała.

– O czym chcesz ze mną rozmawiać?

Mukadder zrobiła krok bliżej.

– Powiem to w imieniu Cihana – zaczęła powoli. – Nie pozwoliłaś mu się do siebie zbliżyć. A może… to on nie miał na to ochoty?

Hancer zamarła.

– Cały świat widzi prawdę – ciągnęła Mukadder, a jej głos stawał się coraz bardziej chłodny. – Tylko ty uparcie ją ignorujesz.

Nachyliła się lekko, jakby chciała, żeby każde słowo wybrzmiało mocniej.

– A prawda jest bardzo prosta. Wasz związek… jest niemożliwy.

Te słowa zawisły między nimi jak ciężki cień.

Mukadder wyprostowała się, odwróciła i odeszła, jakby właśnie zakończyła rozmowę, która nie podlegała żadnej dyskusji.

***

Hancer została sama. Stała przez chwilę nieruchomo, jakby nie była w stanie zrobić kroku. W jej głowie kłębiły się myśli — urwane, niespójne, bolesne.

Cihan wyszedł rano z domu. Nie pojechał do firmy. Pojechał gdzieś indziej…

Jej serce ścisnęło się boleśnie.

Czy to możliwe? Czy ma inną kobietę?

Na moment poczuła, jak grunt usuwa się jej spod nóg.

Ale zaraz potem zacisnęła dłonie.

Nie. Nie pozwoli sobie na słabość.

Jej spojrzenie stwardniało.

– Dowiem się prawdy… – wyszeptała.

I po raz pierwszy od dawna w jej oczach pojawiła się nie tylko rozpacz.

Ale i determinacja.

***

Tego dnia przy kolacji brakowało jednego miejsca.

Krzesło Cihana pozostało puste.

Hancer siedziała przy stole, niemal nieruchomo, wpatrując się w nietknięty talerz. Rozmowy toczyły się gdzieś obok, przyciszone, jakby dochodziły z innego świata. Ona jednak słyszała tylko własne myśli — coraz głośniejsze, coraz bardziej niespokojne.

W końcu nie wytrzymała. Wstała od stołu i wyszła na zewnątrz. Na dziedzińcu sięgnęła po telefon i wybrała jego numer.

Sygnał.

Jeden, drugi, trzeci…

Nie odebrał.

Jej palce zacisnęły się mocniej na urządzeniu. Bez chwili wahania zadzwoniła do firmy.

– Dobry wieczór, chciałabym porozmawiać z panem Cihanem – powiedziała, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie.

– Przykro mi, ale pan Cihan już wyszedł – odpowiedziała uprzejmie sekretarka.

Hancer zamarła.

– Wyszedł…? – powtórzyła cicho, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

– Tak, jakiś czas temu.

Rozłączyła się powoli.

– Co ty robisz, Cihanie?

Nie czekała. Ponownie wybrała jego numer.

Tym razem odebrał niemal od razu.

– Coś się stało? – zapytał krótko.

Jego głos był chłodny. Zdystansowany.

– Nie, nic się nie stało – odpowiedziała szybko. – Po prostu się martwię. Dlatego dzwonię.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

– Praca mi się przeciągnęła – powiedział w końcu. – Zadzwoniłem już do domu.

Hancer zmrużyła oczy.

– Czyli… nadal jesteś w firmie?

– Tak – odparł bez zawahania. – Muszę kończyć.

Nie dał jej szansy na kolejne pytanie. Rozłączył się.

W słuchawce zapadła cisza.

Hancer powoli opuściła telefon. Jej szczęka napięła się do granic, a dłonie, jakby wbrew niej samej, zacisnęły się w bezsilne pięści. W głowie powtarzało się tylko jedno:

– Skłamał… – pomyślała.

I tym razem była już tego pewna.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 59.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy