Panna młoda odc. 100: Broń w rękach Hancer! Nusret wybiera męża dla Yoncy!

Hancer wydaje się zaskoczona, przestraszona.

„Panna młoda” Odc. 100 – streszczenie

Cihan wrócił do rezydencji szybkim, zdecydowanym krokiem. W jego ruchach było napięcie, którego nie potrafił już ukryć. Gdy tylko przekroczył próg, Gulsum poinformowała go o niespodziewanej wizycie. Yonca czekała – niecierpliwa, spięta, jak ktoś, kto niesie ze sobą ciężar, którego nie da się już dłużej dźwigać w samotności.

Kilka minut później Cihan, Yonca i Hancer siedzieli w gabinecie. Ciężkie zasłony wpuszczały przytłumione światło, a za dużymi oknami majaczyła spokojna tafla morza – kontrastująca z napięciem, które gęstniało w powietrzu.

– Pani Yonca ma nam coś do powiedzenia – odezwał się Cihan chłodno, nie odrywając od niej spojrzenia.

Yonca przełknęła ślinę. Jej palce zacisnęły się na torebce.

– Są rzeczy… o Beyzie, które musicie wiedzieć – zaczęła, starając się, by jej głos nie zadrżał. – To nie jest łatwe. I… powinnam była powiedzieć to wcześniej.

Cihan zmrużył oczy.

– Jeśli przyszłaś powtórzyć to, co już wiemy, oszczędź nam czasu.

– Nie – zaprzeczyła szybko. – To, co powiem, zmieni wszystko.

Zawahała się, jakby każde kolejne słowo było walką z własnym sumieniem.

– Jestem jej najbliższą przyjaciółką. Znam wszystkie jej sekrety… I właśnie dlatego dłużej nie mogę milczeć. To byłoby wobec was niesprawiedliwe.

– Przejdź do rzeczy – uciął Cihan, coraz bardziej zniecierpliwiony.

Yonca nabrała powietrza.

– Dziecko, które nosi Beyza…

W tym momencie rozległ się dźwięk telefonu. Ostry, natarczywy. Yonca drgnęła. Wyciągnęła komórkę i spojrzała na ekran. Jej twarz pobladła.

– Przepraszam… muszę odebrać.

Odeszła kilka kroków dalej, ale nie na tyle, by nie było jej słychać.

– Halo? – powiedziała cicho.

– Poszłaś do Cihana, żeby wszystko wyśpiewać – odezwał się lodowaty głos Nusreta. – Odważna jesteś. Powiedziałaś już coś?

Yonca zacisnęła powieki.

– Jeszcze nie.

– To dobrze. Wciąż możesz wyjść z tego cało.

Yonca podniosła głos, świadomie zmieniając ton:

– Teraz nie mogę rozmawiać. Jeśli to wszystko, oddzwonię później.

Rozłączyła się i wróciła do biurka. W gabinecie zapadła cisza, ciężka i niepokojąca.

Cihan spojrzał na nią uważniej.

– Dziecko, które nosi Beyza, jest moim synem – powiedział spokojnie, jakby uprzedzając jej słowa. – To już wiem. Więc?

Yonca skinęła głową, ale jej spojrzenie było pełne napięcia.

– Twój syn… – zaczęła, a jej głos tym razem naprawdę zadrżał. – On żyje.

Hancer gwałtownie wciągnęła powietrze. Jej dłonie zacisnęły się na kolanach.

– Dzięki Bogu… – wyszeptała, a w jej oczach pojawiły się łzy ulgi.

Yonca odetchnęła, jakby ten fragment był dopiero początkiem.

– Beyza nie usunęła ciąży. I… nie zamierza tego zrobić.

– Wiem – odpowiedział Cihan bez emocji. – Mam ją pod obserwacją. Nie zrobi niczego bez mojej wiedzy.

To wyraźnie zbiło Yoncę z tropu, ale tylko na chwilę.

– W takim razie posłuchaj dalej – powiedziała ciszej. – Beyza chce urodzić to dziecko. Sprzeciwiła się swojemu ojcu.

Cihan lekko uniósł brwi.

– Nusret się nie zgodził – dodała szybko Yonca. – Był wściekły. Chciał ją zmusić do aborcji, żeby uderzyć w ciebie. Ale ona się postawiła. I teraz nie ma dokąd pójść.

Hancer spojrzała na nią uważniej, już nie tylko z ulgą, ale i współczuciem.

– Co masz na myśli? – zapytała cicho.

Yonca spojrzała najpierw na nią, potem na Cihana.

– Jest tutaj. W rezydencji. Na dole.

Zapadła cisza.

– Przyszła sama – kontynuowała Yonca. – Nie chce niczego. Ani ślubu, ani miejsca przy twoim boku. Chce tylko jednego… Donosić ciążę tutaj. W bezpiecznym miejscu. Z dala od ojca. Z dala od ludzi.

Cihan nie poruszył się ani o milimetr. Jego twarz pozostała kamienna, ale w oczach pojawił się cień napięcia.

– I to wszystko? – zapytał chłodno.

– To wszystko… i aż tyle – odpowiedziała Yonca. – Bo jeśli ją odeślesz… ona nie ma dokąd wrócić.

***

Beyza przekroczyła próg rezydencji powoli, jakby każdy krok kosztował ją więcej sił, niż była gotowa przyznać. Jej dłonie lekko drżały, a spojrzenie – choć uparte – zdradzało zmęczenie i strach.

Nie zdążyła nawet dobrze zamknąć drzwi, gdy Mukadder ruszyła ku niej niemal biegiem. Na jej twarzy rozlał się promienny, niemal nabożny uśmiech.

– Beyzo! – zawołała, chwytając ją za ręce. – Moje dziecko…

– Nie mogłam, ciociu… – wyszeptała Beyza, kręcąc głową. Jej głos był cichy, ale stanowczy. – Nie mogłam zabić mojego syna.

Na te słowa oczy Mukadder zaszkliły się natychmiast. Przyłożyła dłoń do piersi, jakby chciała uspokoić serce.

– A ja tu opłakiwałam mojego wnuka… – powiedziała drżącym głosem. Po chwili uniosła wzrok ku górze. – Boże… wysłuchałeś mnie. Dziękuję Ci… dziękuję!

Beyza wtuliła się w nią nagle, jak dziecko szukające schronienia. Jej ramiona zacisnęły się wokół kobiety mocniej, niż pozwalała na to pozorna siła.

– Ledwo uciekłam od ojca – wyszeptała do jej ramienia. – On mnie nie zostawi. Proszę, ciociu, ochroń mnie. Nie pozwól mu mnie zabrać. To… to mój jedyny dom.

Mukadder objęła ją jeszcze mocniej.

– Posłuchaj mnie dobrze – powiedziała nisko, ale z żelazną determinacją. – Nie zabiłaś mojego wnuka. Oddam za ciebie życie. Za ciebie i za niego.

Cofnęła się o krok i spojrzała Beyzie prosto w oczy.

– Jeśli Nusret ośmieli się tu przyjść, stanie przede mną. Nie pozwolę, żeby cię tknął.

Zawahała się tylko na ułamek sekundy, po czym dodała jeszcze ostrzej:

– A jeśli Cihan spróbuje cię stąd wyrzucić, niech zapomni, że ma matkę.

W tych słowach nie było ani cienia wahania.

Beyza zamarła na moment, zaskoczona siłą tej deklaracji. Mukadder natychmiast ujęła ją pod ramię – niemal czule, niemal triumfalnie – i poprowadziła w głąb rezydencji.

Jej kroki były lekkie, pewne, jakby prowadziła do domu nie tylko Beyzę, ale i spełnienie własnych pragnień.

Kilka kroków za nimi szła Gulsum. Cicha, spięta, z niepokojem wypisanym na twarzy. Jej spojrzenie błądziło między kobietami, jakby przeczuwała, że wraz z tym powrotem do rezydencji wkracza coś znacznie groźniejszego niż tylko dawne konflikty.

A jasny, elegancki hol – jeszcze przed chwilą spokojny i uporządkowany – nagle stał się sceną dla nowego rozdziału, w którym każda decyzja mogła mieć swoją cenę.

***

Cihan siedział w salonie, lekko pochylony, z dłońmi splecionymi i opartymi o kolana. Jego twarz pozostawała napięta, jakby każde słowo, które miało paść, było już wcześniej przemyślane i odmierzone. Naprzeciw niego, na miękkiej, zdobionej sofie, siedziały Beyza i Mukadder – jedna wyprostowana i spokojna, druga wyraźnie poruszona, ale pełna dumy.

Mukadder pierwsza przerwała ciszę. Jej oczy błyszczały.

– Wiedziałam… – zaczęła ciepło, ujmując dłoń Beyzy. – Wiedziałam, że nie skrzywdzisz tego dziecka. Dla jego dobra sprzeciwiłaś się własnemu ojcu i wróciłaś tutaj.

Uśmiechnęła się szeroko, z niemal matczyną czułością.

– Beyzo, naprawdę cię podziwiam.

Beyza spuściła lekko wzrok, jakby nie była pewna, czy zasługuje na te słowa.

Cihan uniósł głowę. Jego głos był spokojny, ale chłodny, pozbawiony emocji.

– Dziękuję, że podjęłaś właściwą decyzję – powiedział. – Ale nie miej złudzeń. Nawet gdybyś spróbowała zrobić coś nierozsądnego, i tak bym do tego nie dopuścił.

Beyza drgnęła lekko, a Mukadder zmarszczyła brwi.

– Co masz na myśli? – zapytała ostro.

– Miałem ją pod obserwacją – odparł bez wahania. – Mój człowiek śledził każdy jej krok. W razie potrzeby zareagowałby natychmiast.

– Wysłałeś kogoś za nią?! – Mukadder aż otworzyła szeroko oczy.

Cihan spojrzał na nią spokojnie.

– Nigdy nie zrezygnowałem z mojego dziecka, mamo.

Na twarzy Mukadder pojawił się powolny uśmiech – pełen dumy.

– Mój syn… – powiedziała miękko. – Bywasz uparty i nieposłuszny, ale ostatecznie podejmujesz właściwe decyzje.

Jej spojrzenie nagle się zmieniło. Zwróciła się w jego stronę z nową stanowczością.

– Skoro tak, to teraz zrobisz to, co trzeba. Puścisz Hancer wolno, prawda? Może powinniśmy zadzwonić do jej brata, żeby ją odebrał? A może do jej bratowej.

– Mamo. – Cihan przerwał jej ostro, marszcząc brwi. – Nie wtrącaj się.

Zapadła krótka cisza.

– To są sprawy między mną a moją żoną.

Mukadder prychnęła, wyraźnie oburzona.

– Nadal nazywasz tę dziewczynę swoją żoną? – syknęła. – Beyza siedzi tutaj. Matka twojego syna!

Cihan odwrócił wzrok w stronę Beyzy. Jego spojrzenie było chłodne, rzeczowe.

– Przyjechałaś tu, żeby donosić ciążę. Zgadza się?

Beyza skinęła głową.

– Tak… To prawda. – Jej głos był cichy, ale pewny. – Nie chcę już wychodzić za mąż. Wystarczy mi, że mój syn urodzi się blisko swojego ojca. Zgadzam się na wszystko, co postanowisz.

Mukadder spojrzała na nią z niedowierzaniem.

– Czy ty straciłaś rozum? – zapytała ostro. – Chcesz, żeby nasze dziecko przyszło na świat poza związkiem małżeńskim? To nam przystoi?

Beyza uniosła wzrok. W jej oczach nie było już wahania – tylko spokojna rezygnacja.

– Ciociu… proszę, nie gniewaj się. Cihan mnie nie kocha. – Powiedziała to bez dramatyzmu, jakby pogodziła się z tym dawno temu. – Wszystko między nami zostało już wyjaśnione. Nie chcę małżeństwa z przymusu.

Złożyła dłonie na brzuchu, niemal odruchowo.

– Chcę tylko wychować to dziecko w spokoju.

Cihan patrzył na nią przez chwilę w milczeniu.

– Będę przy tobie – powiedział w końcu spokojnie. – Tak jak obiecałem.

Zrobił krótką pauzę.

– Może przestaliśmy być razem jako mąż i żona, ale jako rodzice zawsze będziemy związani.

Beyza zamknęła na moment oczy, jakby te słowa przyniosły jej ulgę.

– To mi wystarczy – szepnęła.

Mukadder odchyliła się na oparcie sofy. Na jej twarzy nie było już uśmiechu. Zacisnęła usta, ale tym razem nie powiedziała nic więcej.

***

Wnętrze mieszkania Nusreta było eleganckie, chłodne i uporządkowane – jakby każdy przedmiot miał tu swoje ściśle wyznaczone miejsce. W powietrzu unosił się delikatny zapach ziół.

Yonca siedziała sztywno na jasnej kanapie, wciąż wyraźnie spięta. Jej torebka leżała obok, a dłonie zaciskała nerwowo na kolanach. Nusret kończył właśnie kończył przygotowywać napar. Po chwili podszedł do niej i podał filiżankę.

– Napij się. To lipa. Uspokaja – powiedział spokojnie.

Yonca skinęła głową i ostrożnie upiła łyk. Jej spojrzenie powędrowało ku niemu, niepewne, pełne napięcia.

– Nusrecie… – zaczęła cicho. – Ja… zrobiłam to w złości. Ale potem cię posłuchałam. Nie powiedziałam nic Cihanowi.

Zawahała się, jakby ważyła każde słowo.

– A Beyza… wróciła do rezydencji. Wszystko… ułożyło się dobrze.

Nusret przyglądał jej się przez chwilę w milczeniu, po czym usiadł obok. Jego ruchy były spokojne, niemal wyważone.

– Nie obwiniam cię – powiedział w końcu łagodnie. – To ja przesadziłem. Byłem wobec ciebie niepotrzebnie ostry.

Yonca uniosła lekko brwi, zaskoczona jego tonem.

– Posłuchaj – ciągnął dalej, opierając się wygodnie. – Spójrzmy na to jak na układ. Jak na… współpracę.

– Współpracę? – powtórzyła niepewnie.

– Dokładnie. – Uśmiechnął się lekko. – W dużych firmach jest prosta zasada: jeśli pracownik zawodzi – zwalniasz go. Ale jeśli spełnia oczekiwania, nagradzasz go. Motywujesz. Dbając o niego, dbasz o własny interes.

Yonca zmrużyła oczy, próbując zrozumieć, dokąd zmierza.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Nusret nachylił się nieco bliżej. Jego głos stał się cichszy, bardziej osobisty.

– Plan z dzieckiem, który realizujemy, zależy od ciebie.

Zatrzymał na niej spojrzenie.

– A skoro tak… powinnaś dostać to, na co zasługujesz.

Yonca odsunęła się minimalnie, zdezorientowana.

– Nie rozumiem…

– Masz przy sobie zdjęcia do dokumentów? – zapytał nagle.

Zaskoczenie wyraźnie odmalowało się na jej twarzy.

– Zdjęcia? Po co?

Na ustach Nusreta pojawił się cień uśmiechu – spokojny, ale niepokojący.

– Żeby ustalić datę ślubu.

Yonca zamarła. Przez moment tylko na niego patrzyła, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała. Potem jej oczy rozszerzyły się, a na twarzy pojawiło się niedowierzanie, które powoli przechodziło w coś na kształt oszołomionej nadziei.

– Ślubu…?

Nusret lekko przechylił głowę, nie odrywając od niej wzroku.

– Jak to mówią… – dodał cicho – dopóki śmierć nas nie rozłączy.

***

Kuchnia była jasna i przestronna, wypełniona ciepłym światłem odbijającym się od jasnych frontów szafek i czarnego blatu wyspy. Na środku stał czerwony garnek, obok misa z owocami, a w powietrzu unosił się zapach świeżo parzonej herbaty i przypraw.

Sinem weszła cicho, niemal bezszelestnie. Aysu stała przy szafce i starannie odkładała naczynia, skupiona na swojej czynności.

– Miłej pracy – powiedziała łagodnie Sinem.

Dziewczyna odwróciła się z lekkim uśmiechem.

– Dziękuję. Pani Beyza wróciła. Widziałaś ją?

Sinem oparła dłoń o blat. Jej spojrzenie na moment stwardniało.

– Tak. Przed chwilą. – Zawahała się, po czym dodała ciszej: – Zamieniła swoją ciążę w coś, co bardziej przypomina grę niż odpowiedzialność.

Aysu podeszła bliżej, jakby potrzebowała odwagi.

– Chciałam ci coś powiedzieć… – zaczęła niepewnie. – Postawiłam cię w bardzo trudnej sytuacji. Chciałam pomóc Hancer, ale przez to pokłóciłaś się z Cihanem. A kiedy wzięłaś winę na siebie… nie miałam odwagi nic powiedzieć.

Sinem spojrzała na nią uważnie, po czym delikatnie położyła dłoń na jej ramieniu.

– Nie obwiniaj się. Takie rzeczy się zdarzają – powiedziała spokojnie. – Gdyby prawda wyszła na jaw, wszystko tylko by się bardziej skomplikowało.

Jej ton złagodniał, ale w głosie pobrzmiewała stanowczość.

– Ale Aysu… nie mieszaj się więcej w sprawy, które są ponad twoje siły.

Dziewczyna spuściła wzrok.

– Naprawdę bardzo mi przykro. Mój brat zna prawdę, ale mama nie. Proszę, nie mów jej, siostro Sinem. Ona ma już wystarczająco dużo zmartwień.

Sinem zmarszczyła lekko brwi.

– Co się dzieje z siostrą Fadime? Dlaczego jest smutna?

– Mój brat… znowu wypływa w morze. I nikt nie wie, kiedy wróci.

W tym momencie do kuchni weszła Fadime. W rękach niosła ciężkie, szklane naczynie wypełnione mąką. Jej twarz była spokojna, ale w oczach czaiło się zmęczenie.

– Pani Sinem, czy czegoś pani potrzebuje? – zapytała uprzejmie.

– Nie, tylko rozmawiam z Aysu – odpowiedziała ciepło. – A ty? Co planujesz?

– Mine poprosiła o ciasteczka. Zaraz je dla niej upiekę.

Sinem spojrzała na nią z troską.

– Zostaw to na jutro. Twój syn wyjeżdża. Powinnaś być teraz przy nim. Oby Bóg pozwolił wam znów szybko się spotkać.

Na te słowa twarz Fadime drgnęła. Kobieta ciężko westchnęła.

– Jestem załamana… – wyszeptała. – Mój Melih znów odpływa, a moje serce… jakby ktoś je ściskał. Ta tęsknota stała się nie do zniesienia.

Sinem zrobiła krok bliżej.

– Dlaczego nie poprosisz go, żeby został? Może mógłby znaleźć pracę tutaj, na miejscu?

Fadime pokręciła głową.

– Nie mogę. Moje dziecko jest bardzo zranione. On szuka ukojenia w morzu.

Sinem spojrzała na nią pytająco, nie rozumiejąc.

Aysu odezwała się cicho:

– Kilka lat temu mój brat miał dziewczynę. Planowali ślub, wszystko było już ustalone, ale…

– Wszyscy ostrzegali go, że go zdradza – podjęła Fadime, a jej głos zadrżał. – Ale on kochał ją tak bardzo, że nie chciał słuchać.

Zamilkła na moment, jakby zbierała siły.

– W dniu ślubu… zostawiła go dla innego mężczyzny.

W kuchni zapadła cisza. Nawet tykanie zegara wydawało się cichsze.

– Od tamtej pory nie jest już sobą – dodała Fadime cicho. – Nie potrafi zapomnieć. Uciekł od nas i oddał się morzu.

Otarła szybko kącik oka.

– Czasem zastanawiam się, kto tak naprawdę został ukarany… Przepraszam.

Sinem patrzyła na nią ze współczuciem.

– Siostro Fadime, nie musisz przepraszać za swoje łzy – powiedziała łagodnie. – Dziękuję, że mi to powiedziałaś. To znaczy, że mi ufasz.

Ujęła jej dłoń.

– Każda rana, nawet najgłębsza, z czasem się goi. Rana Meliha też kiedyś się zabliźni.

Fadime skinęła głową, choć w jej oczach wciąż czaił się ból. Wróciła do swoich obowiązków, a w kuchni znów rozległ się cichy dźwięk odkładanych naczyń – jakby życie, mimo wszystko, toczyło się dalej.

***

Słońce stało wysoko, rozlewając ciepłe światło po spokojnej ulicy. Wzdłuż chodnika ciągnęły się niskie budynki z markizami, donicami pełnymi zieleni i zamkniętymi jeszcze częściowo roletami sklepów. W oddali majaczył niewielki plac z pomnikiem, a powietrze drżało od letniego upału.

Nusret i Yonca szli obok siebie powoli, jakby nie spieszyło im się nigdzie. Dopiero co wyszli od fotografa. W dłoni Yoncy tkwiła niewielka, czerwona koperta ze zdjęciami.

Dziewczyna co chwilę na nią zerkała, jakby bała się, że to wszystko zaraz zniknie.

– Nadal nie mogę w to uwierzyć… – powiedziała z niedowierzaniem, a w jej głosie pobrzmiewała szczera ekscytacja. – Jestem zachwycona. Naprawdę.

Spojrzała na niego z błyskiem w oczach.

– Szczerze? Spodziewałam się, że mnie zabijesz… a ty postanowiłeś się ze mną ożenić. Jesteś najbardziej nieprzewidywalnym mężczyzną, jakiego znam.

Nusret uśmiechnął się lekko, niemal pobłażliwie, trzymając ręce w kieszeniach.

– Lepiej zachowaj ten entuzjazm na dzień ślubu – odparł spokojnie. – Wtedy będzie bardziej na miejscu.

Yonca zaśmiała się cicho, po czym spoważniała.

– Skoro zrobiłeś krok w moją stronę, ja też chcę pokazać, że mam dobre intencje.

Zawahała się przez chwilę.

– Możemy podpisać intercyzę. Naprawdę, nie mam z tym problemu.

Nusret zatrzymał się na moment i spojrzał na nią uważnie.

– Intercyzę? – powtórzył, unosząc lekko brew. – W małżeństwie wszystko powinno być wspólne. Między mężem i żoną nie ma miejsca na podziały.

Te słowa wyraźnie ją poruszyły. Uśmiechnęła się szerzej, jakby poczuła się jeszcze bardziej doceniona.

– Naprawdę mnie uszczęśliwiłeś – powiedziała ciszej. – Ale powiedz mi jedno. Dlaczego?

Spojrzała na niego z ciekawością.

– Dlaczego chcesz się ze mną ożenić, skoro… wcale nie musisz?

Nusret ruszył dalej, a ona natychmiast zrównała się z nim krokiem.

– Nie muszę – przyznał chłodno. – To prawda. Ale mam swoje powody.

Yonca zmarszczyła lekko brwi.

– To… chodzi o mnie? O nas? Nie zapomniałeś o tym, co do mnie czujesz?

– Nie – odpowiedział krótko. – To nie ma z tym nic wspólnego.

Zatrzymała się na ułamek sekundy, zaskoczona.

– Więc dlaczego?

Nusret spojrzał przed siebie, jakby mówił o czymś zupełnie oczywistym.

– To małżeństwo… jest kwestią ostrożności.

Po chwili dodał spokojnym, niemal rzeczowym tonem:

– Jesteś nieprzewidywalna, Yonco. Trudno cię kontrolować. A ja nie lubię ryzyka.

Przeniósł na nią spojrzenie.

– Dlatego muszę być z tobą silnie związany. A najpewniejszym sposobem jest zostać twoim mężem. Zgadzasz się?

Uśmiech Yoncy na moment zastygł. W jej oczach pojawił się cień niepewności, który jednak szybko przykryła lekkim, wymuszonym uśmiechem.

– Jeśli tak to widzisz… – odpowiedziała cicho.

Nusret skinął głową, jakby sprawa była już zamknięta.

– Chodź. Idziemy do samochodu.

Ruszyli dalej chodnikiem, mijając kolejne donice i zamknięte witryny. Ona ściskała w dłoni kartkę z datą ślubu – symbol nadziei. On szedł obok, spokojny i opanowany – jak ktoś, kto właśnie wykonał kolejny krok w starannie zaplanowanej grze.

***

Na piętrze panowała cisza, ciężka i nienaturalna, jakby cały dom wstrzymał oddech. Miękkie światło wpadające przez wysokie okna rozlewało się po drewnianej podłodze, odbijając się w złotych drzwiach windy i jasnych ścianach. Beyza stała przez chwilę nieruchomo, nasłuchując. Upewniła się, że Cihan zszedł na dół – dopiero wtedy ruszyła pewnym krokiem w głąb korytarza.

Zatrzymała się przed drzwiami, za którymi zamknięta była Hancer. Jej twarz, jeszcze przed chwilą łagodna, stężała. Zapukała cicho, niemal ostrożnie.

– Kto tam? – dobiegł niepewny głos z drugiej strony.

– To ja… Beyza. Przyszłam z tobą porozmawiać.

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

– Proszę cię… idź – odpowiedziała Hancer drżącym głosem. – Nie mam odwagi z tobą rozmawiać.

Beyza przymknęła oczy i oparła czoło o chłodną powierzchnię drzwi.

– Posłuchaj, jestem zdesperowana – wyszeptała. – Musiałam tu wrócić. Dla dziecka. Chciałam ci wszystko wyjaśnić, kiedy Cihan będzie na dole…

W jej głosie zabrzmiała nuta goryczy.

– Czuję się tu obca. Jak intruz. Jak ktoś, kto nie ma prawa tu być… Jestem zagubiona, Hancer.

Po drugiej stronie rozległo się ciche westchnienie.

– Beyzo… – zaczęła Hancer spokojniej, choć w jej głosie nadal pobrzmiewał ból. – Ja jeszcze bardziej pragnę, żeby to dziecko się urodziło… żeby dorastało tutaj, przy swoim ojcu.

Zrobiła krótką pauzę.

– To ja jestem zbędna. Doskonale o tym wiem. Nie ma tu dla mnie miejsca.

Jej głos zadrżał.

– Pewnego dnia się stąd wydostanę. Ucieknę… przed tym wszystkim. Próbowałam już wszystkiego, ale nie udaje mi się.

Beyza uniosła lekko głowę. W jej oczach pojawił się błysk.

– Jesteś pewna, że wszystkiego? – zapytała cicho, z nutą tajemnicy.

– Co masz na myśli? – odpowiedziała natychmiast Hancer.

Beyza przylgnęła do drzwi jeszcze bliżej, niemal szeptem wypowiadając kolejne słowa:

– Przy ścianie stoi komoda. W dolnej szufladzie jest niebieskie pudełko.

Zawiesiła głos na moment.

– Otwórz je. A potem powiem ci, co masz zrobić.

W pokoju rozległ się szelest. Hancer podeszła do komody. Wysunęła dolną szufladę, odgarnęła starannie złożone ubrania i natrafiła na ukryte pudełko.

– Znalazłam – powiedziała cicho.

– Otwórz.

Hancer uniosła pokrywę.

W środku spoczywał czarny pistolet.

Zamarła. Jej oddech nagle przyspieszył, a palce zacisnęły się kurczowo na krawędzi pudełka.

– Co… co mam z tym zrobić, Beyzo? – zapytała przerażona.

Po drugiej stronie drzwi zapadła krótka cisza. Gdy Beyza znów się odezwała, jej głos był chłodny, niemal beznamiętny.

– Jeśli chcesz wyjść z tego pokoju… wycelujesz tę broń w Cihana.

Hancer cofnęła się o krok, jakby te słowa ją uderzyły.

– Czy ty w ogóle słyszysz, o co mnie prosisz? – wyszeptała. – Ja… nie mogę tego zrobić.

– Uspokój się – przerwała jej Beyza, spokojnie, niemal łagodnie. – Nie powiedziałam, żebyś go zastrzeliła.

Zbliżyła usta do drzwi. Jej ton stał się bardziej stanowczy.

– Wystarczy, że pokażesz, że jesteś gotowa. Kiedy wycelujesz w niego broń, zrozumie, że mówisz poważnie. Otworzy drzwi.

W pokoju znów zapadła cisza. Hancer patrzyła na pistolet, jakby był czymś nierealnym.

– Jeśli byłaś szczera… – dodała Beyza cicho, ale stanowczo – jeśli naprawdę jesteś gotowa na wszystko… wykorzystasz tę szansę.

Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i nieodwracalne.

***

Słońce stało wysoko, zalewając ulicę ostrym, letnim światłem. Przed budynkiem urzędu panował spokój – tylko od czasu do czasu przejeżdżał samochód, a liście pobliskich drzew szumiały cicho na wietrze. Nusret zatrzymał auto tuż przy krawężniku i wysiadł, poprawiając marynarkę. Yonca ruszyła za nim, wciąż jeszcze z lekkim uśmiechem, który nie zdążył zniknąć po wizycie w fotografa.

Nie zdążyli zrobić kilku kroków, gdy od strony wejścia podszedł do nich mężczyzna.

Był postawny, o szerokich ramionach i ciężkiej sylwetce, która sprawiała wrażenie nie do ruszenia. Jego ciemne, lekko przyprószone siwizną włosy były starannie zaczesane do tyłu, a twarz – surowa, o wyraźnie zarysowanej szczęce i przenikliwym spojrzeniu – zdradzała człowieka przyzwyczajonego do wydawania poleceń. Elegancki, idealnie skrojony garnitur tylko podkreślał jego pewność siebie. Nie uśmiechał się. Stał spokojnie, ale w jego postawie było coś niepokojącego – jakby kontrolował każdą sytuację, zanim jeszcze zdążyła się rozwinąć.

– Czy fotografie są gotowe? – zapytał Nusret rzeczowo.

– Oczywiście – odparł mężczyzna niskim, opanowanym głosem. Wyciągnął niewielką kopertę i podał ją Nusretowi.

Yonca natychmiast wyciągnęła rękę.

– Pozwól, że zobaczę – powiedziała z zaciekawieniem, niemal dziecięcą ciekawością.

Otworzyła kopertę. Jej palce zatrzymały się w pół ruchu.

Uśmiech zniknął z jej twarzy.

– Ale… – uniosła wzrok, marszcząc brwi. – To chyba jakaś pomyłka, prawda?

Spojrzała raz jeszcze na zdjęcia.

– To nie są twoje fotografie… To zdjęcia tego pana.

Zapadła cisza.

Nusret uśmiechnął się lekko – zbyt lekko jak na tę sytuację.

– To nie jest żadna pomyłka – powiedział spokojnie. – Pozwól, że was sobie przedstawię.

Położył dłoń na ramieniu mężczyzny, jakby prezentował coś, co już dawno było ustalone.

– To twój przyszły mąż. Tayar.

Yonca zamarła.

– Słucham…? – wyszeptała, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

– Człowiek, który będzie przy tobie – ciągnął Nusret z chłodną pewnością. – Będzie cię prowadził przez życie… i miał na ciebie oko.

Tayar spojrzał na nią uważnie. Jego wzrok był ciężki, oceniający, jakby już mierzył ją pod kątem roli, którą miała odegrać.

– Co mogę powiedzieć… – dodał Nusret, cofając się o krok. – Życzę wam długiego i szczęśliwego życia.

Te słowa zabrzmiały jak wyrok. Zanim Yonca zdążyła zareagować, Nusret odwrócił się, wsiadł do samochodu i odjechał, nie oglądając się za siebie.

Dziewczyna została sama. Stała na chodniku, ściskając w dłoni zdjęcia, które nagle zaczęły jej ciążyć jak coś obcego, niechcianego. Powoli podniosła wzrok na Tayara.

On wciąż tam stał.

Nieruchomy.

Pewny.

Jakby od początku wiedział, że to właśnie tak się skończy.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 72.Bölüm i Gelin 73.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy