„Dziedzictwo” Odc. 946 – streszczenie
Nazli właśnie kończy zmieniać kroplówkę, gdy Nana zaczyna się poruszać. Otwiera oczy, jeszcze zdezorientowana, ale przytomna.
– Na razie wszystko wygląda dobrze – mówi z uśmiechem pielęgniarka. – Czujesz się lepiej, prawda?
– Nic mi nie jest – odpowiada słabo Nana, przecierając oczy. – Ale… znowu zasnęłam. Pamiętam tylko, że przyjechała twoja bratowa… a potem już tylko ciemność.
– Spałaś głęboko – odzywa się Poyraz, stojący obok łóżka.
– A ty w ogóle nie spałeś – zauważa Nazli z troską. – Całą noc byłeś na nogach. Idź już, odpocznij. Ja tu zostanę.
– Nie mogę. Jeszcze mi ucieknie – żartuje Poyraz, próbując rozładować atmosferę. – Muszę mieć ją na oku.
– Ucieknę? – Nana uśmiecha się słabo. – Nie mam nawet siły podnieść ręki.
Nazli rzuca im ciepłe spojrzenie i opuszcza salę.
– Co tak patrzysz? – zagaduje Poyraz, zauważając spojrzenie Nany. – Znowu skupiasz na mnie te swoje wielkie oczy.
– Bo już wszystko wiem – mówi cicho Nana.
Na twarzy Poyraza pojawia się cień niepokoju.
– Co masz na myśli? – pyta ostrożnie.
– Lekarz mi powiedział. Gdyby nie ty, nie przeżyłabym. To ty zdobyłeś antidotum.
– Prawda jest taka, że gdybyś nie zaryzykowała i nie walczyła z tym człowiekiem z taką siłą… nic bym nie mógł zrobić – mówi, pochylając się nad nią. – Jesteś wojowniczką. Mówię to zupełnie serio.
– Kiedy boisz się o kogoś, kogo kochasz… pojawia się siła, o jakiej wcześniej nie miałeś pojęcia – mówi Nana, a jej głos lekko drży. – Wiesz? Słyszałam cię. Siedziałeś tu, mówiłeś do mnie.
Poyraz zamiera. W głowie natychmiast pojawiają się obrazy z tamtej nocy – jak trzymał jej dłoń, jak szeptał coś przy jej uchu, przekonany, że nie usłyszy… że nie zapamięta…
– Słyszałaś mnie? – pyta z napięciem.
– Tak. Mówiłeś o miłości… – robi krótką pauzę, a jego serce przestaje na moment bić. – Mówiłeś o mojej miłości do Yusufa, prawda?
Poyraz oddycha z ulgą. A więc nie wszystko do niej dotarło. Nie to, co najważniejsze.
– Trochę pamiętam – kontynuuje Nana. – Mówiłeś, że jestem mu potrzebna. Że muszę żyć… dla niego.
– Bo to była prawda – potwierdza Poyraz spokojnym tonem. – Wiedziałem, że tylko myśl o Yusufie może cię przywrócić. Idę po coś do picia, wrócę za chwilę.
Wychodzi z sali. Na korytarzu czeka Mert, któremu bez słowa zabiera butelkę wody i wypija jednym haustem.
– Co się stało? – pyta zdziwiony przyjaciel.
– Prawie dostałem zawału – sapie Poyraz. – Myślałem, że słyszała wszystko. Na szczęście… tylko połowę.
Nie usłyszała tego, jak powiedział, że ją kocha.
***
Choć Nana nie pamięta dokładnie, co wydarzyło się w trakcie porwania, Cansel nie może zaznać spokoju. Doskonale wie, że kilkakrotnie kontaktowała się z Trucizną ze swojego prywatnego numeru. Śledczy bez trudu to odkryją – i wtedy wszystko się posypie.
– Nie mam wyboru… muszę zniknąć – szepcze do siebie, wyciągając z szafy torbę podróżną. Ręce lekko jej drżą. – Powiem, że idę do salonu, a potem po prostu odejdę. Zniknę stąd raz na zawsze.
Schodzi cicho po schodach, stąpając ostrożnie, by nie wzbudzić niczyich podejrzeń. Gdy już ma rękę na klamce i jest o krok od wyjścia, za plecami rozlega się znajomy, przeszywający głos:
– Cansel? Co to za torba? Dokąd się wybierasz?
Cansel odwraca się gwałtownie. W progu salonu stoi Cennet z podejrzliwym spojrzeniem i skrzyżowanymi ramionami.
– Idę do salonu… do pracy – odpowiada, próbując brzmieć naturalnie. – Wszystko się już jakoś ułożyło, więc pomyślałam, że wrócę do obowiązków. Zabrałam tylko kilka rzeczy.
– Nie ma mowy – ucina Cennet, robiąc krok w jej stronę. – Jak możesz tak po prostu wrócić do pracy po tym wszystkim? Usiądź. Odpoczniesz, nabierzesz sił, a dopiero potem będziesz myśleć o salonie. Mam na względzie nie tylko ciebie, ale też mojego wnuka.
Zanim Cansel zdąży cokolwiek odpowiedzieć, w domu rozlega się dzwonek do drzwi. Cennet rzuca jej ostatnie, pełne podejrzeń spojrzenie, po czym rusza otworzyć.
– Zapraszam, panie Rustemie – mówi zaskoczona gospodyni, wpuszczając do środka dzielnicowego. Gdy tylko Cansel słyszy jego imię, w środku robi jej się zimno. Krew odpływa z twarzy. Czy to możliwe, że przyszedł właśnie po nią?
Rustem staje w korytarzu z lekkim uśmiechem.
– Mam dobre wieści – oznajmia. – Dzięki działaniom Poyraza udało się rozbić siatkę Trucizny.
– Aresztowano wszystkich? – pyta Cansel, starając się brzmieć naturalnie. Choć w środku tli się cień nadziei, że jej nazwisko nie padło wśród podejrzanych.
– Niestety, wiele numerów było jednorazowych. Nie dało się ich wyśledzić – odpowiada policjant. – Ale cała jego organizacja została rozbita.
Cansel oddycha z ulgą. W kącikach ust pojawia się uśmiech. Znowu się wywinęła. Znów los obrócił się na jej korzyść. Już drugi raz wymknęła się przeznaczeniu, które niemal ją dopadło.
Ale jej spokój nie trwa długo.
***
Kwadrans później, Cennet spokojnie porządkuje rzeczy w swoim pokoju. Nagle zamiera. Jej wzrok pada na półkę, gdzie zawsze stała skrzynka ze złotem – jej życiowe oszczędności, pamiątki, biżuteria zbierana przez lata… Zniknęła.
Z bijącym sercem otwiera kolejne szuflady. Zagląda pod łóżko, przeszukuje szafę, nawet za firanki. Nic. Ani śladu.
– Nie… nie… NIE! – wybucha rozdzierającym krzykiem. Rzuca się na kolana, chwytając się za głowę. – To niemożliwe! Jestem zrujnowana! Wszystko przepadło!
W panice zbiega na dół. Dyszy ciężko, szuka oparcia. Chwyta za dzbanek z wodą, by się uspokoić, ale jej drżąca dłoń trąca stół. Stojąca na krawędzi torebka Cansel z hukiem ląduje na podłodze.
Z jej wnętrza rozsypuje się… złota biżuteria. Bransoletki, pierścionki, łańcuszki – każda rzecz rozpoznawalna na pierwszy rzut oka. Dokładnie ta sama, która zniknęła z pokoju Cennet.
Zapada absolutna cisza. Cennet wpatruje się w kosztowności leżące na podłodze, jakby nie wierzyła własnym oczom. Potem powoli podnosi wzrok na synową. W jej oczach nie ma już łez – tylko gniew, zawód i pogarda.
– Cansel… – mówi cicho, ale każde słowo brzmi jak wyrok. – To ty…
Cansel milczy. Spuszcza głowę. Nie ma już żadnego wytłumaczenia. Została przyłapana na gorącym uczynku.
***
Przeglądając akta Deryi, Ferit natrafia na trop — enigmatyczną wskazówkę dotyczącą możliwego miejsca pobytu Ayse. Serce zaczyna bić mu szybciej. To może być przełom. Bez chwili wahania wyrusza na miejsce. W pośpiechu nie zauważa zagrożenia. Gdy tylko siada za kierownicą samochodu, czuje chłodny dotyk metalu przy skroni.
– Niespodzianka – rozlega się znajomy, lodowaty głos tuż obok. Derya. – Znalazłam cię, zanim ty znalazłeś mnie. Oszczędziłam ci trudu. Teraz jedź. – Dociska lufę pistoletu mocniej, nie pozostawiając miejsca na sprzeciw. – I bez głupstw, Fericie.
***
Chwilę później Ferit, skuty kajdankami, zostaje brutalnie wprowadzony do dusznej piwnicy. Miejsce wygląda znajomo – aż zbyt znajomo. Jego wzrok natychmiast zatrzymuje się na pustym, przybrudzonym krześle stojącym pośrodku.
– Gdzie jest Ayse? – pyta ostro, z trudem powstrzymując drżenie głosu. – Co jej zrobiłaś?
– Spokojnie – odpowiada Derya, zdejmując z głowy kaptur. – Ayse nic nie jest. Jest bezpieczna. Przynajmniej dopóki nie zrobisz nic głupiego.
– Czego ty chcesz?! – Ferit szarpie kajdankami. – Po co to wszystko?
– Dla ciebie – mówi z uśmiechem, który nie sięga oczu. – Dla nas. Bo cię kocham. Bo nie potrafiłam znieść, że mnie odrzuciłeś. Chciałam tylko, żebyś mnie wysłuchał.
– Jeśli chcesz, żebym słuchał, udowodnij, że Ayse żyje – mówi stanowczo Ferit. – Inaczej nie zamierzam z tobą rozmawiać.
Derya przewraca oczami, po czym wyciąga telefon i wybiera numer.
– Nagraj ją. Natychmiast. Ma wyglądać na zdrową i spokojną. Niech powie, że nic jej nie jest.
Po chwili rozłącza się i odwraca do Ferita.
– Trzeba będzie chwilę poczekać… Ale nie martw się – uśmiecha się niepokojąco. – Zaraz sam zobaczysz, że mówię prawdę.
Ferit spuszcza wzrok, próbując opanować emocje. Każda sekunda bez wieści o Ayse wydaje się wiecznością.
***
Szpitalna sala pogrążona jest w ciszy, przerywanej jedynie cichym pikaniem aparatury. Nana powoli zsuwa nogi z łóżka. Zaciska zęby, zbierając w sobie siły. Próbuje wstać… i natychmiast bezwładnie osuwa się na podłogę. Uderzenie o zimne kafelki rozbrzmiewa jak huk.
– Nana! – Poyraz rzuca się do niej, łapie ją i ostrożnie podnosi z podłogi. – Wszystko w porządku? Nic ci się nie stało?
– Moje nogi… – szepcze z przerażeniem, drżącymi dłońmi dotykając łydek. – Ja ich… nie czuję! Nie mam nad nimi kontroli!
Panika rośnie w jej oczach. Przesuwa dłońmi po stopach, kostkach, łydkach – jakby próbowała wymusić jakąkolwiek reakcję. Ale nic. Ani odrobiny czucia.
– Poyraz… – jej głos łamie się w pół zdania. – Co się ze mną dzieje? Ja… ja naprawdę nie czuję nóg!
Poyraz milknie. Ściska jej dłoń, próbując ukryć narastający niepokój. Ale w jego oczach już widać przerażenie.
Kamera zbliża się na twarz Nany – łzy napływają do jej oczu, a usta wykrzywia bezgłośny krzyk. Odcinek kończy się dramatycznym ujęciem: ona patrzy przed siebie, jakby nagle cały świat przestał istnieć.
Czarny ekran.
Koniec odcinka.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia był film Emanet 679. Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.
















