Panna młoda odc. 121: Hancer walczy o Cihana! Proponuje mu wspólny wyjazd!

Cihan rozmawia przez telefon.

„Panna młoda” Odc. 121 – streszczenie

Podczas śniadania Beyza, z pozorną lekkością i wyczuciem chwili, poruszyła temat wyboru imienia dla dziecka — dokładnie ten, który jeszcze niedawno omawiała z Cihanem w cztery oczy. Nie była to jednak spontaniczna uwaga, lecz starannie wymierzony gest, mający wywołać określony efekt.

Słowa, choć wypowiedziane mimochodem, zawisły w powietrzu ciężej, niż można było się spodziewać. Przy stole na moment zapanowało napięcie, niemal niewidoczne, ale wyczuwalne dla każdego, kto potrafił czytać między spojrzeniami.

Hancer nie podniosła wzroku. Zachowała spokój, jakby temat w ogóle jej nie dotyczył. Jej twarz pozostała niewzruszona, ruchy płynne i opanowane — zbyt opanowane, by były całkowicie naturalne. Jedynie krótkie zawahanie dłoni i delikatne napięcie szczęki zdradzały, że słowa Beyzy trafiły dokładnie tam, gdzie miały trafić.

Beyza zauważyła to bez trudu. Nie potrzebowała reakcji ani odpowiedzi. Wystarczyła jej ta jedna, ledwie uchwytna rysa na pozornym spokoju rywalki.

***

Kwadrans później, gdy Cihan wychodził do pracy, zatrzymał Beyzę na dziedzińcu. Jego twarz była poważna, napięta.

— Co ty robisz? — zapytał bez ogródek. — Rozumiem, że jesteś podekscytowana, ale to nie znaczy, że możesz mówić wszystko przy wszystkich. Odrobina ostrożności naprawdę by ci nie zaszkodziła.

Beyza przechyliła lekko głowę, udając zdziwienie.

— Po prostu miałam ochotę o tym wspomnieć — odparła spokojnie. — Nie było moim zamiarem wywoływanie napięcia między tobą a Hancer.

— A jednak to robisz — uciął krótko. — I to się nie może powtórzyć. Są sprawy, które dotyczą tylko nas.

— To mi się po prostu wymsknęło — westchnęła, wzruszając ramionami. — Naprawdę nie masz powodu się złościć. Zresztą… widziałeś sam. Hancer nie wyglądała, jakby to był dla niej problem.

Cihan zmrużył oczy, wyraźnie niezadowolony.

— Mimo wszystko. Następnym razem takie rzeczy omawiaj tylko ze mną. Na osobności.

Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy.

— Dobrze — powiedziała w końcu Beyza miękko. — Skoro tak chcesz.

W jego spojrzeniu wciąż czaiła się nieufność, ale nie drążył dalej.

— Dbaj o siebie — rzucił na odchodne.

Wsiadł do samochodu, odpalił silnik i po chwili odjechał, nie oglądając się za siebie.

Beyza została sama na dziedzińcu. Uniosła rękę i zaczęła powoli machać, jakby wciąż mógł ją zobaczyć.

A potem — niemal niezauważalnie — jej usta wygięły się w cień uśmiechu.

Spojrzała w górę, w stronę okien rezydencji.

Była pewna, że Hancer patrzy.

I że zobaczyła wszystko.

Cihan i Beyza stoją na dziedzińcu obok samochodu.

***

Słońce stało już wysoko, kiedy Derya i Hatice szły wąską drogą prowadzącą między domami. Powietrze było ciężkie, a asfalt nagrzany od porannego żaru. Derya szła szybkim krokiem, ściskając w dłoni torebkę, jakby w ten sposób próbowała opanować narastające w niej napięcie.

— Nawet nie wiesz, jak to wszystko się posypało… — zaczęła, a w jej głosie pobrzmiewało zmęczenie i gorycz. — Myślałam, że kiedy Hancer wyjdzie za Cihana, wszystko się zmieni. Że w końcu odetchniemy. Że przestanę chodzić od domu do domu i sprzątać cudze podłogi…

Urwała na moment, zaciskając usta.

— A tymczasem? — westchnęła ciężko. — Cemil sprzedał sklep. Spłacił długi, żeby nikomu nic nie być winien… i zostało nam wielkie nic. Ani kurusza. A właściciel domu jeszcze zapowiedział podwyżkę czynszu.

Hatice spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Nie zrozum mnie źle… ale czy twój szwagier nie jest bogaty? — zapytała ostrożnie. — Mąż Hancer w ogóle wam nie pomaga?

Derya pokręciła głową, a na jej twarzy pojawił się cień dumy zmieszanej z uporem.

— Pomógł. Kiedy otwieraliśmy sklep. I to wystarczy. — Jej ton stwardniał. — Cemil sprzedał wszystko, spłacił długi i zamknął sprawę. Nie jesteśmy ludźmi, którzy chodzą i wyciągają rękę po pomoc.

Zatrzymała się na chwilę i spojrzała przed siebie, jakby próbowała uporządkować myśli.

— Będziemy jeść suchy chleb, jeśli trzeba — dodała ciszej. — Ale nie będziemy nikogo o nic prosić.

Hatice zmarszczyła brwi.

— A sprzątając… dasz radę? Na czynsz, na jedzenie?

Derya wzruszyła lekko ramionami.

— Nie wiem. Może wystarczy na przetrwanie. — Uśmiechnęła się blado. — Reszta… jak Bóg da.

Przez chwilę szły w milczeniu. Hatice zerknęła na nią kątem oka, po czym nagle zwolniła kroku, jakby coś przyszło jej do głowy.

— Wiesz co… — powiedziała, mrużąc oczy z namysłem. — Mam pewien pomysł.

Derya spojrzała na nią z lekkim zaskoczeniem.

— Jaki?

— Z tyłu waszego domu… macie jeszcze ten mały pokój, prawda?

— Tak — odpowiedziała ostrożnie. — Maleńki. Trzymam tam różne rzeczy. Taki schowek.

Hatice uśmiechnęła się lekko, jak ktoś, kto właśnie znalazł rozwiązanie.

— To go wynajmij.

Derya zatrzymała się gwałtownie.

— Wynająć? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Przecież my sami jesteśmy najemcami.

— Właśnie o to chodzi — odparła spokojnie Hatice. — Czynsze są teraz tak wysokie, że ludzie szukają współlokatorów. Każdy próbuje jakoś przetrwać. Ty zyskasz stały dochód, a ktoś dach nad głową.

Derya przez chwilę milczała, analizując te słowa. Jej spojrzenie powoli się zmieniało — z niepewności w ostrożną nadzieję.

— Może… — zaczęła cicho. — Może to nie jest taki zły pomysł.

Pokiwała głową, jakby sama siebie przekonywała.

***

Yonca szła powoli wzdłuż chodnika, jakby każdy krok wymagał od niej wysiłku. Jedną dłonią obejmowała brzuch, drugą zaciskała na materiale bluzki, jakby próbowała utrzymać w ryzach narastający w niej lęk. Jej twarz była napięta, a oczy niespokojnie przesuwały się po mijanych ulicach, jakby w każdej chwili ktoś mógł ją zatrzymać.

W głowie kłębiły się myśli, coraz bardziej natarczywe.

Nie mogła zostać. Wiedziała to z przerażającą pewnością. Jeśli Nusret dowie się prawdy… jeśli potwierdzą się najgorsze obawy… nie okaże jej ani litości, ani zrozumienia. Zbyt dobrze znała jego gniew.

Zatrzymała się na moment, łapiąc oddech.

Dokąd jednak miała pójść? Nie miała nikogo, do kogo mogłaby zapukać. Żadnych drzwi, które otworzyłyby się przed nią bez pytań. Żadnych rąk gotowych ją ochronić. Była sama — i czas działał na jej niekorzyść.

„Muszę znaleźć jakieś schronienie. Teraz. Natychmiast.” — ta myśl powracała jak echo, coraz bardziej rozpaczliwa.

Nie wiedziała jeszcze, że odpowiedź jest bliżej, niż przypuszczała.

***

Kilka ulic dalej Derya i Hatice zatrzymały się przed niewielkim domem z szyldem biura nieruchomości. W powietrzu unosił się zapach kurzu i rozgrzanego tynku, a ciszę przerywał jedynie odległy szum ulicy.

Derya poprawiła torebkę na ramieniu i spojrzała na stojącego w drzwiach mężczyznę — bruneta około trzydziestki, o czujnym spojrzeniu i uprzejmym, choć wyuczonym uśmiechu.

— Zajmuje się pan wynajmem pokoi? — zapytała, starając się, by jej głos brzmiał pewnie.

— Oczywiście — odpowiedział bez wahania. — Dbam o interesy zarówno właściciela, jak i najemcy.

Derya skinęła głową, przechodząc od razu do konkretów.

— Ile można dostać za jeden pokój?

Mężczyzna przyjrzał jej się uważniej.

— Umeblowany?

— Tak. Jest łóżko i szafa.

Przez chwilę zastanawiał się, jakby szybko przeliczał coś w myślach.

— W tej okolicy… od trzech do pięciu tysięcy.

Słowa te zadziałały na Deryę niemal natychmiast. W jej oczach pojawił się błysk — pierwszy od dawna przejaw nadziei.

— To naprawdę dobra wiadomość — powiedziała, nie kryjąc ulgi. — W takim razie proszę zająć się wynajmem mojego pokoju.

— Świetnie. Wyślę pracownika, żeby zrobił zdjęcia i przygotował ogłoszenie.

— Dobrze. — Uśmiechnęła się lekko. — Proszę dać mi znać, gdy tylko pojawi się ktoś zainteresowany.

Po krótkiej wymianie uprzejmości Derya i Hatice ruszyły dalej.

Nie zauważyły jednak, że kilka kroków za nimi idzie Yonca.

Stała wcześniej niedaleko, niemal niezauważalna — i słyszała wszystko.

Jej serce przyspieszyło.

Pokój do wynajęcia.

Schronienie.

Bezpieczne miejsce, choćby tymczasowe.

Nie zastanawiała się długo. Ruszyła za nimi, jakby to była jedyna ścieżka, jaka została jej jeszcze otwarta.

***

Derya i Hatice szły powoli w dół ulicy, pogrążone w rozmowie. W głosie Deryi wyraźnie pobrzmiewało ożywienie, jakiego dawno u niej nie było — mówiła szybciej, gestykulowała, a w jej oczach pojawił się dawno niewidziany błysk nadziei.

— Wyobraź sobie… — zaczęła, niemal nie kryjąc ekscytacji. — Powiedział, że mogę wziąć od trzech do pięciu tysięcy lir. To naprawdę duże pieniądze.

Ścisnęła mocniej pasek torebki, jakby już liczyła te kwoty w myślach.

— Jeśli tylko przekonam Cemila… — dodała ciszej, ale z determinacją — wynajmiemy nie tylko ten mały pokój. Nawet sypialnię. Przecież możemy spać w salonie. To nam wystarczy. A w ten sposób opłacimy cały czynsz… może nawet coś zostanie.

Hatice spojrzała na nią z lekkim zaskoczeniem, ale nie zdążyła odpowiedzieć.

— Przepraszam…

Obie kobiety odwróciły się jednocześnie.

Kilka kroków za nimi stała Yonca. Wyglądała na zmęczoną, a jednocześnie zdeterminowaną. Jej dłoń znów spoczywała na brzuchu, jakby szukała w nim oparcia.

— Nie chciałam podsłuchiwać — dodała szybko, z nutą niepewności. — Ale słyszałam waszą rozmowę. Mówiłaś… że masz pokój na wynajem.

Derya zmierzyła ją uważnym spojrzeniem. Było w nim coś czujnego, ale i praktycznego — jak u kogoś, kto właśnie zobaczył szansę.

— Tak — potwierdziła krótko. — To prawda.

Yonca zrobiła krok bliżej.

— Jestem zainteresowana.

Między kobietami zapadła krótka cisza. Derya uniosła lekko podbródek.

— Jeśli zapłacisz tyle, ile oczekuję… nie widzę przeszkód.

Na twarzy Yoncy pojawiła się wyraźna ulga.

— Dobrze. W takim razie… jesteśmy umówione. Czy mogłabym zobaczyć ten pokój?

Ton jej głosu był ostrożny, ale pełen nadziei — jakby od tej odpowiedzi zależało coś znacznie więcej niż tylko wynajem.

Derya sięgnęła do torebki, a Yonca szybko podała jej telefon. Przez chwilę stukała w ekran, wpisując adres, po czym oddała urządzenie.

— Proszę. Przyjdź, kiedy tylko będziesz chciała i zobacz wszystko na miejscu.

Yonca skinęła głową, ściskając telefon w dłoni.

— Dziękuję… Do zobaczenia.

Uśmiechnęła się lekko — po raz pierwszy bez napięcia — i ruszyła w swoją stronę, jakby nagle odzyskała kierunek.

Hatice odprowadziła ją wzrokiem, po czym spojrzała na Deryę z uznaniem.

— No proszę… — mruknęła. — Jeszcze dobrze nie zaczęłaś szukać, a już masz najemcę.

Derya uśmiechnęła się szeroko, niemal dziecięco, jakby ciężar ostatnich dni na chwilę z niej opadł.

— Sama nie wierzę… — przyznała cicho. — Ale chyba pierwszy raz od dawna coś zaczyna się układać.

***

Gulsum zatrzymała się przed lustrem na dłużej niż zwykle. Przez chwilę patrzyła na swoje odbicie, jakby nie była pewna, czy to naprawdę ona. Sukienka, którą pożyczyła od Beyzy, miękko opływała jej sylwetkę — lekka, zwiewna, w stonowanych odcieniach z falującym, niemal hipnotyzującym wzorem. Materiał poruszał się przy każdym jej kroku, dodając jej wdzięku, którego wcześniej w sobie nie dostrzegała. Delikatne rękawy i subtelne wycięcie przy dekolcie nadawały jej elegancji, a jednocześnie podkreślały kobiecość, którą dotąd skrywała pod prostymi, codziennymi ubraniami.

Rozpuściła włosy, pozwalając im opaść miękkimi falami na ramiona. Starannie nałożony makijaż rozświetlał jej twarz — podkreślone oczy wydawały się większe, bardziej wyraziste, a usta nabrały koloru i życia. Wyglądała inaczej. Odważniej. Piękniej.

Na jej ustach pojawił się nieśmiały, ale pełen nadziei uśmiech.

Dziś miało być inaczej.

Wyszła z rezydencji lekkim krokiem, z bijącym szybciej sercem. W głowie wciąż wracała do wiadomości, które wymieniała z Melihem — do słów, które sprawiły, że poczuła się zauważona, ważna. Wiedziała, że podała się za swoją kuzynkę… ale była przekonana, że kiedy ją zobaczy, wszystko straci znaczenie. Że wybaczy jej to drobne kłamstwo. Że dostrzeże w niej to, czego dotąd nikt nie chciał zobaczyć.

Szła ulicą z uniesioną głową, obejmując dłonią torebkę przyciśniętą do piersi, jakby próbowała utrzymać w sobie tę kruchą pewność.

I wtedy telefon zawibrował.

Zatrzymała się.

Wyjęła go powoli, nagle ogarnięta niepokojem, którego nie potrafiła jeszcze nazwać. Otworzyła wiadomość.

„Nie mogę przyjść na spotkanie. Wypadło mi coś pilnego. Przepraszam.”

Słowa były krótkie. Zbyt krótkie.

Uśmiech zniknął z jej twarzy niemal natychmiast. Jakby ktoś jednym ruchem zgasił światło, które dopiero co w niej zapłonęło.

— Co mogło mu wypaść właśnie teraz… — szepnęła, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. — Przecież tak bardzo się przygotowywałam…

Jej ramiona opadły, a spojrzenie przygasło. Cała ta pewność, którą jeszcze przed chwilą w sobie niosła, rozsypała się w jednej chwili, jakby nigdy jej nie było.

Stała tak przez moment, nieruchomo, pośrodku ulicy, w pięknej sukience, która nagle przestała mieć jakiekolwiek znaczenie.

— Czy to wszystko było na nic…? — dodała cicho.

Odwróciła się powoli i ruszyła z powrotem w stronę rezydencji. Jej kroki były już cięższe, wolniejsze, jakby każdy z nich przypominał jej o rozczarowaniu, które wciąż ściskało jej serce.

***

Sinem siedziała przy niewielkim stoliku ustawionym pod rozłożystym drzewem, w cieniu, który nie był w stanie ukoić jej napięcia. Przed nią stała szklanka herbaty, z której unosiła się jeszcze para, lecz ona nawet jej nie tknęła. Palce zaciskała na brzegu stołu, jakby w ten sposób próbowała zapanować nad narastającym niepokojem.

Jej spojrzenie uparcie wracało w stronę wejścia do kawiarni.

Każdy ruch przyciągał jej uwagę. Każda sylwetka sprawiała, że na ułamek sekundy prostowała się, wstrzymując oddech. Mężczyźni przychodzili, rozglądali się, podchodzili do stolików, witali się z kobietami — śmiechem, uściskiem dłoni, czasem zbyt poufałym gestem. A jednak wśród nich nie było jego.

Z każdą kolejną minutą jej serce biło szybciej, a myśli stawały się coraz bardziej natarczywe.

Z kim się tu umówił? Kim ona jest? I dlaczego… dlaczego tak łatwo mnie skreślił?

Była tak pochłonięta obserwowaniem wejścia, że nie usłyszała kroków za swoimi plecami. Nie zauważyła, kiedy ktoś odsunął krzesło naprzeciwko niej i usiadł.

— Czekasz na mnie?

Głos był spokojny, niemal rozbawiony.

Sinem drgnęła gwałtownie i odwróciła głowę. Jej oczy rozszerzyły się z zaskoczenia. Przez chwilę patrzyła na niego bez słowa, jakby nie była pewna, czy naprawdę siedzi przed nią.

Melih oparł się wygodnie, przyglądając jej się uważnie.

— Zadałem ci pytanie — dodał ciszej, nachylając się lekko w jej stronę. — Jestem tu. Przede mną nie trzeba udawać.

Sinem przełknęła ślinę i odwróciła wzrok.

— Ja… nie czekam na nikogo — odpowiedziała z wysiłkiem, starając się, by jej głos brzmiał pewnie. — Po prostu wyszłam się przejść.

Kącik ust Meliha drgnął.

— Sama? — uniósł brew. — Wyszłaś ze swojej bezpiecznej strefy i usiadłaś w kawiarni, zupełnie przypadkiem?

W jego tonie było coś, co ją zabolało.

— Nie masz prawa tak do mnie mówić — odparła ostrzej, zaciskając dłonie na torebce.

— A ty nie masz prawa mnie śledzić.

Te słowa trafiły w punkt.

Sinem spojrzała na niego gwałtownie, a w jej oczach pojawił się błysk gniewu.

— Przeszkadza ci to? — rzuciła. — Boisz się, że ktoś cię zobaczy? Że nie będziesz w stanie oszukać tej dziewczyny, z którą się umówiłeś?

Melih zmrużył oczy.

— O czym ty mówisz?

— O tobie. — Jej głos zadrżał, choć próbowała to ukryć. — Wczoraj mówiłeś mi, że coś dla ciebie znaczę. A dziś? Dziś spotykasz się z kimś, kogo nawet nie znasz. Jak szybko potrafisz zmienić zdanie…

Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

— Więc jednak — powiedział cicho. — Jesteś zazdrosna.

Sinem natychmiast odwróciła wzrok.

— Nie… to nie ma z tym nic wspólnego — zaprzeczyła zbyt szybko. — Po prostu… nie chcę, żebyś kogoś skrzywdził. Chciałam ją ostrzec.

Melih nachylił się jeszcze bliżej, a jego głos stał się poważniejszy.

— Nikt nie przyjdzie.

Zamarła.

— Odwołałem to spotkanie — dodał spokojnie. — Bo w moim sercu jest ktoś inny.

Sinem powoli uniosła na niego wzrok.

— I całe szczęście — ciągnął, nie spuszczając z niej oczu — że się nie pomyliłem. Ta osoba… przyszła.

Zapadła cisza.

Sinem poczuła, jak coś ściska ją w środku. Zbyt wiele emocji naraz — zaskoczenie, wstyd, nadzieja, której nie chciała dopuścić do głosu.

Zbyt wiele.

Wstała nagle, niemal przewracając krzesło.

— Muszę iść.

Nie czekała na odpowiedź. Odwróciła się gwałtownie, jakby ucieczka była jedynym sposobem, by nie zdradzić tego, co naprawdę czuje.

Melih szybko sięgnął i chwycił ją za rękę — nie mocno, ale stanowczo.

— Ile jeszcze będziesz uciekać? — zapytał cicho.

Zatrzymała się, lecz nie odwróciła.

— Ja już wiem, czego chcę — dodał. — Nie utrudniaj tego.

Przez krótką chwilę stała nieruchomo.

A potem wyszarpnęła dłoń.

Ścisnęła mocniej torebkę i odeszła szybkim krokiem, niemal biegiem, jakby próbowała uciec nie tylko od niego — ale i od własnych uczuć.

Melih patrzył za nią przez moment, po czym powoli pokręcił głową.

Nie wyglądał jednak na kogoś, kto zamierza odpuścić.

***

Derya niemal osunęła się na kanapę w wąskim przedpokoju, jakby nagle zabrakło jej sił. Oparła łokcie na kolanach i ukryła twarz w dłoniach, a potem uniosła głowę z ciężkim westchnieniem.

— Boże drogi… — wyszeptała z rozpaczą. — Portfel pusty, w kuchni nie ma nawet herbaty. Jeszcze chwila i naprawdę będziemy jeść suchy chleb… jeśli w ogóle coś zostanie.

W jej głosie pobrzmiewało zmęczenie, ale i narastająca panika.

W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.

Derya poderwała się natychmiast, jakby ktoś zapalił w niej iskierkę nadziei. Przez ułamek sekundy jej twarz rozjaśniła się — to musi być ktoś od wynajmu. Szybkim krokiem podeszła do drzwi i otworzyła je bez wahania.

Jej uśmiech zgasł.

W progu stała Hancer.

Derya zmrużyła oczy i przyjrzała się jej uważnie, jakby próbowała odczytać coś z jej twarzy.

— Nie wyglądasz najlepiej — zauważyła chłodno, opierając się o framugę. — Co się stało?

— Brat jest w domu? — zapytała Hancer cicho, niemal nie podnosząc wzroku.

— Nie. Jest w sklepie. — Derya skrzywiła się lekko. — I powiem ci od razu: jeśli się dowie, że cię wpuściłam, będę miała z nim problem.

Hancer zacisnęła usta.

— Tęsknię za nim, bratowo…

W spojrzeniu Deryi pojawiło się coś miększego, choć tylko na moment.

— On za tobą też — odpowiedziała ciszej. — Ale jest uparty. I jeszcze długo taki będzie. Chodź. — Odsunęła się od drzwi. — Usiądź i powiedz, co się dzieje.

Obie usiadły na kanapie. Hancer splotła dłonie na kolanach, jakby próbowała utrzymać w ryzach emocje.

— Nic się nie układa… — zaczęła, a jej głos zadrżał. — Cihan kładzie się obok mnie, czeka, aż zasnę… a potem wychodzi. Idzie do niej. Do Beyzy. Razem urządzają pokój dla dziecka…

Zawahała się, przełykając gulę w gardle.

— Nie mam nic przeciwko temu, że przygotowuje pokój dla swojego syna — dodała szybko. — Ale on nie widzi, co ona robi. Wciąga go w to wszystko… powoli, krok po kroku.

Derya pokręciła głową z niedowierzaniem.

— Dziewczyno… — westchnęła ciężko. — Tak się kończy udawanie, że mąż cię nie obchodzi. Jeśli będziesz tak dalej robić, pewnej nocy naprawdę znajdziesz go w jej ramionach.

— Cihan nigdy by tego nie zrobił! — zaprotestowała Hancer natychmiast, podnosząc głowę. — On nie jest taki.

Derya spojrzała na nią surowo.

— Jest mężczyzną. A mężczyznom się nie ufa. Zwłaszcza kiedy obok nich jest kobieta, która już była ich żoną i nosi ich dziecko. — Nachyliła się bliżej. — Jeśli nie postawisz granic, stracisz go. A potem skończysz tak jak my — bez pieniędzy i bez wyjścia.

Hancer zacisnęła dłonie.

— Czy naprawdę myślisz, że moim problemem są pieniądze? — zapytała cicho. — Mogę mieszkać w jednym pokoju, byle tylko Cihan był ze mną.

Derya prychnęła.

— Jeśli zależy ci na nim, już ci powiedziałam, co masz zrobić. — Jej głos stał się twardszy. — Przestanie się tak kręcić wokół Beyzy dopiero wtedy, kiedy ty też będziesz w ciąży. 

— Nie wykorzystam dziecka w taki sposób — odpowiedziała Hancer stanowczo.

— A Beyza wykorzystała. I zobacz, gdzie teraz jest.

Zapadła chwila ciszy.

Derya nagle zmieniła ton, jakby wpadła na nowy pomysł.

— Dobrze. Skoro nie chcesz iść tą drogą… zrób coś innego. — Wskazała na nią palcem. — Zabierz go stamtąd. Wyciągnij z tej rezydencji. Zaproponuj wyjazd do domku weekendowego. Kolacja, cisza, tylko wy dwoje… Reszta sama się wydarzy.

Hancer pokręciła głową z niedowierzaniem.

— On potajemnie chodzi do niej nocami… a ja mam go zapraszać na romantyczny wyjazd?

— Tak. — Derya nie ustępowała. — Bo inaczej sama go od siebie odepchniesz. Przypomnij mu, kim dla siebie jesteście.

— Nie będę robić nic na siłę — odparła Hancer cicho.

Derya westchnęła z irytacją.

— Siedząc i czekając, niczego nie uratujesz.

Nagle wyciągnęła rękę i bez ostrzeżenia sięgnęła po telefon leżący obok Hancer.

— Co robisz? — Hancer drgnęła.

— Ratuję twoje małżeństwo. — Derya już przeglądała kontakty. — O, jest.

Zanim Hancer zdążyła zaprotestować, połączenie zostało nawiązane. Derya wcisnęła jej telefon w dłoń.

— Mów.

Hancer zawahała się przez sekundę, ale było już za późno.

— Dzwonię… w pewnej sprawie — zaczęła niepewnie. — Pomyślałam, że… moglibyśmy dziś pojechać do domku weekendowego. Dawno nie byliśmy sami. Może… porozmawialibyśmy spokojnie?

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy.

— Dobrze — odpowiedział Cihan rzeczowo. — Niech Melih cię zawiezie. Ja przyjadę prosto z firmy.

Hancer zmarszczyła brwi.

— Może lepiej, żebym pojechała sama…

— Hancer. — Jego głos stał się chłodniejszy. — Zrób tak, jak powiedziałem.

Zacisnęła usta.

— Dobrze… do zobaczenia.

Rozłączyła się powoli, jakby każda sekunda rozmowy kosztowała ją wysiłek.

Derya klasnęła w dłonie z satysfakcją.

— Widzisz? — uśmiechnęła się szeroko. — To wcale nie było trudne.

Hancer jednak nie wyglądała na przekonaną.

— Jeśli Melih mnie zawiezie… wszyscy w rezydencji się dowiedzą.

— I bardzo dobrze! — Derya aż się ożywiła. — Niech wiedzą! Niech Beyza zobaczy, że nie oddasz jej swojego męża. Niech wszyscy patrzą!

Roześmiała się i lekko szturchnęła Hancer w ramię.

— Czas w końcu przestać się cofać.

Derya i Hancer siedzą na kanapie. Derya trzyma telefon w rękach, a Hancer patrzy na nią z niepokojem.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 88.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy