„Panna młoda” Odc. 92 – streszczenie
Mukadder powoli cofnęła dłoń z brzucha Beyzy, jakby nie chciała urwać tej krótkiej chwili bliskości. Jej spojrzenie zatrzymało się na sylwetce dziewczyny — uważne, badawcze, a jednocześnie przepełnione nagłą, trudną do ukrycia emocją.
— Beyzo… — odezwała się cicho, z wyraźnym zaskoczeniem. — Twój brzuch… urósł.
Zmarszczyła lekko brwi, jakby dopiero teraz układała w głowie to, co widzi.
— Nosiłaś luźne ubrania, dlatego wcześniej tego nie zauważyliśmy… — dodała, po czym na jej twarzy powoli rozlał się ciepły, niemal rozpromieniony uśmiech. — Jestem pewna, że będzie podobny do swojego ojca. Wysoki, silny… — zawahała się na moment — dokładnie taki, jak powinien być dziedzic.
Beyza uniosła lekko podbródek, a na jej ustach pojawił się cień uśmiechu — chłodnego, wyważonego.
— Tak. Lekarz powiedział coś podobnego — odparła spokojnie. — Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, powinien urodzić się tydzień przed terminem.
Mukadder westchnęła cicho, jakby ta wizja była dla niej jedyną jasną rzeczą w całym chaosie.
— Nie mogę się doczekać — wyszeptała, pochylając się bliżej. Delikatnie położyła dłoń na ramieniu Beyzy, jakby chciała dodać jej otuchy. — Chcę wziąć go w ramiona… poczuć, że w końcu jest tutaj.
Jej głos zmiękł.
— Nie martw się o nic, Beyzo. Wszystko się ułoży. Obiecuję ci to.
Ujęła jej dłoń i lekko ją ucałowała, uśmiechając się szeroko — z nadzieją, która zdawała się silniejsza niż rozsądek.
Beyza nie odwzajemniła uśmiechu.
— Zobaczymy… — odpowiedziała chłodno, niemal beznamiętnie.
Na moment zapadła cisza, ciężka i napięta.
— Dałam Cihanowi trzy dni — kontynuowała po chwili, patrząc gdzieś w bok. — Dwa już minęły. Jutro jest ostatni.
Jej spojrzenie stwardniało.
— Jeśli nie weźmie odpowiedzialności… jeśli nie zachowa się tak, jak powinien… odejdę stąd. — Zrobiła krótką pauzę. — Mój ojciec po mnie przyjedzie.
Mukadder zesztywniała.
— Nie mów tak, Beyzo… — Jej głos zadrżał, a dłoń mocniej zacisnęła się na dłoni dziewczyny. — Nie stresuj się. W twoim stanie to niebezpieczne.
Nachyliła się bliżej, niemal błagalnie.
— Nie oddam cię nikomu. Słyszysz? Nikomu.
Po raz kolejny ucałowała jej rękę, jakby chciała przypieczętować swoje słowa.
— To jest dom twój i mojego wnuka. Nie rań mnie takimi słowami.
Beyza powoli odwróciła głowę i spojrzała na nią przenikliwie.
— Same słowa niczego nie zmienią — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Jeśli naprawdę zależy ci na twoim wnuku… zrób coś.
Jej ton nabrał ostrości.
— Porozmawiaj z Cihanem. Przekonaj go. Niech zostawi tę dziewczynę.
Zawiesiła na niej twarde spojrzenie.
— Zrób ten krok, Mukadder Develioglu.

***
Sinem i Hancer siedziały obok siebie na miękkiej, jasnej kanapie w salonie. Za oknami zapadł już wieczorny półmrok, a wnętrze otulało ciepłe, miękkie światło lamp, nadające przestrzeni spokojny, przytłumiony blask.
Hancer wpatrywała się w swoje splecione dłonie. Jej palce lekko drżały.
— Bardzo się przestraszyłam… — powiedziała w końcu cicho, jakby bała się wypowiedzieć te słowa na głos. — Coś mogło stać się dziecku… — urwała na moment, przełykając ślinę. — Nie chcę nawet o tym myśleć…
Sinem spojrzała na nią łagodnie, z nutą współczucia.
— Na szczęście nic się nie stało — odpowiedziała spokojnie. — Bóg nad nią czuwał. Uratował ją… i dziecko. — Położyła dłoń na jej ramieniu. — Nie wracaj już do tego, Hancer. Nie ma sensu się dręczyć.
Hancer skinęła lekko głową, ale nie wyglądała na przekonaną.
— Dzięki Bogu… — szepnęła, po czym jej spojrzenie nagle stwardniało. — Wiesz, co mnie najbardziej zaskoczyło?
Sinem uniosła lekko brwi.
— Jej mąż — odpowiedziała Hancer, podnosząc wzrok. — Co to za człowiek? Jest ojcem tego dziecka, a zachowuje się, jakby to go w ogóle nie dotyczyło. Czy on ma sumienie? Nawet po tym wszystkim nie oprzytomniał. Nie obchodzi go, w jakim stanie jest Beyza.
Sinem zmarszczyła brwi, a jej spojrzenie stało się uważniejsze.
— Skąd wiesz, że go to nie obeszło? — zapytała ostrożnie.
— Cihan do niego zadzwonił — odpowiedziała Hancer bez wahania. — A potem mi o tym powiedział. — Pokręciła głową z niedowierzaniem. — Normalny mężczyzna chciałby wiedzieć, co się dzieje z kobietą, która nosi jego dziecko. Martwiłby się… przyjechałby. A on? Nic. Cisza.
Zawahała się na moment.
— Czy on zawsze taki był?
W tym momencie Aysu, która do tej pory spokojnie nakrywała do stołu, odłożyła talerz i powoli podeszła bliżej. Jej ruchy były ostrożne, ale w oczach tliła się determinacja.
— On wcale taki nie jest — powiedziała stanowczo.
Słowa zawisły w powietrzu.
Sinem natychmiast posłała jej ostre, ostrzegawcze spojrzenie. Hancer natomiast spojrzała na nią z wyraźnym zaskoczeniem.
— Znasz byłego męża Beyzy? — zapytała, marszcząc lekko brwi.
Zanim Aysu zdążyła odpowiedzieć, obok niej pojawiła się Fadime. Stanęła blisko córki, niemal zasłaniając ją własną postawą.
— Ależ skąd — powiedziała szybko, z wymuszonym uśmiechem. — Skąd miałaby go znać? Czasami po prostu mówi, co jej ślina na język przyniesie.
Aysu zacisnęła usta, ale nie spuściła wzroku.
— Chciałabym milczeć — odezwała się, a w jej głosie pobrzmiewało napięcie — ale nie potrafię. Nie kiedy widzę to wszystko.
Sinem wyprostowała się, a jej ton natychmiast stwardniał.
— Aysu, zajmij się swoimi obowiązkami — powiedziała chłodno, z wyraźnym naciskiem. — To nie jest rozmowa dla ciebie.
— Oczywiście, pani Sinem — odpowiedziała dziewczyna, ale nie ruszyła się z miejsca. — Tylko… człowiek, czy chce, czy nie, zaczyna się angażować. Wszystko dzieje się przecież na naszych oczach.
— Aysu nie powiedziała nic złego — wtrąciła nagle Hancer, spoglądając na nią uważnie. — Powiedziała tylko, że on nie jest takim człowiekiem. — Jej spojrzenie przesunęło się na Sinem i Fadime. — Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo was to zdenerwowało.
Zwróciła się ponownie do Aysu, tym razem spokojniej, ale z wyraźnym naciskiem:
— Powiedz mi… jaki on jest? Dlaczego uważasz, że oceniam go niesprawiedliwie?
Aysu zawahała się na ułamek sekundy. Jej spojrzenie uciekło gdzieś w bok, jakby walczyła sama ze sobą. W końcu jednak odezwała się cicho:
— Trzeba spojrzeć na to z innej strony — zaczęła ostrożnie. — Może ten mężczyzna wie, że gdyby do niej wrócił, byłby nieszczęśliwy. — Podniosła wzrok. — Myślę, że dlatego się opiera. Nie dlatego, że nie ma serca… tylko dlatego, że boi się podjąć decyzję, która zniszczy jego życie.
Zapadła krótka cisza.
— Przepraszam, jeśli przekroczyłam granicę — dodała po chwili ciszej.
Fadime natychmiast chwyciła ją za ramię.
— Wystarczy — rzuciła ostro, po czym pociągnęła ją w stronę kuchni. — Chodź.
Aysu pozwoliła się poprowadzić, ale zanim zniknęła za drzwiami, rzuciła jeszcze krótkie, znaczące spojrzenie w stronę Hancer.
W salonie znów zapadła cisza.
Hancer zmrużyła lekko oczy, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała dziewczyna.
Czuła to wyraźnie.
Aysu nie powiedziała wszystkiego.
I właśnie to nie dawało jej spokoju.

***
Fadime zamknęła za sobą drzwi kuchni z cichym, ale stanowczym kliknięciem. Odwróciła się powoli i wbiła w córkę ostre, pełne nagany spojrzenie. W jej oczach nie było już ani cienia pobłażliwości.
— Co się z tobą dzieje, Aysu? — zapytała nisko, z trudem powstrzymując narastającą irytację. — Nie potrafisz choć raz utrzymać języka za zębami?
Dziewczyna uniosła podbródek, nie cofając się ani o krok.
— Bo nie znoszę niesprawiedliwości — odpowiedziała bez wahania. W jej głosie pobrzmiewało napięcie, które długo w sobie tłumiła. — Wszyscy odgrywają przed Hancer teatr. Okłamują ją, manipulują nią… niszczą jej życie, a ona nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Traktują ją jak naiwną. Jak idiotkę. — Jej oczy błysnęły. — A ty? Ty tylko stoisz z boku i się temu przyglądasz.
Fadime zacisnęła usta.
— To są sprawy rodzinne — odparła chłodno, choć jej ton zdradzał rosnące zdenerwowanie. — Ona ma męża, teściową, szwagierkę. To oni powinni się tym zajmować. — Wskazała w stronę drzwi. — Spójrz na panią Sinem. Milczy. Wie, gdzie jest jej miejsce. A ty? Wciąż musisz się wtrącać.
Aysu prychnęła cicho, z niedowierzaniem.
— Właśnie do niej mam największy żal — powiedziała ostro. — Jest po stronie Hancer. Powinna ją chronić. A zamiast tego… pozwala na to wszystko. Jakby nic się nie działo.
— Posłuchaj mnie uważnie — Fadime zrobiła krok w jej stronę, a jej głos stwardniał. — Jesteś już dorosła. Ale jeśli natychmiast nie przestaniesz…
— Cokolwiek zrobisz, nie uciszysz mnie! — przerwała jej Aysu gwałtownie. — Nie jestem tchórzem. I nie jestem kimś, kto potrafi patrzeć na krzywdę i udawać, że jej nie widzi!
Te słowa przelały czarę goryczy.
Fadime straciła panowanie nad sobą. Jej dłoń uniosła się gwałtownie — i w następnej sekundzie rozległ się ostry dźwięk uderzenia.
Policzek.
Aysu zachwiała się lekko, ale nie cofnęła. Przyłożyła dłoń do twarzy, a w jej oczach pojawił się błysk — nie łez, lecz gniewu.
— Dość! — syknęła Fadime, ciężko oddychając. — Ani słowa więcej. Nie zrobisz już ani kroku dalej, bo naprawdę stracę cierpliwość. — Jej spojrzenie było lodowate. — Nieważne, kiedy i jak Hancer pozna prawdę. To nie jest nasza sprawa. Rozumiesz? Pomyślałaś choć przez chwilę, jakie mogą być konsekwencje twojego gadania?
Zapadła krótka, napięta cisza.
— Zejdź na dół — dodała ostro. — I zapamiętaj jedno: od teraz nie masz wstępu do kuchni.
Aysu opuściła rękę, ale jej postura ani na moment nie straciła pewności. Spojrzała na matkę z chłodną determinacją.
Nie odpowiedziała.
Odwróciła się i wyszła, stawiając kroki spokojne, ale stanowcze.
Głowę trzymała wysoko.
Bo mimo wszystkiego wiedziała jedno — to ona ma rację.

***
Sypialnię spowijał miękki półmrok, rozproszony ciepłym światłem dwóch lampek stojących po obu stronach szerokiego łóżka. Fioletowa tapeta o bogatym wzorze odbijała delikatnie światło, nadając wnętrzu elegancki, a zarazem intymny charakter. Na ścianie wisiał obraz koni, a pod stopami rozciągał się czarno-biały dywan, który kontrastował z jasną pościelą.
Hancer stała przy łóżku w długiej, różowej koszuli nocnej. Jej włosy miękko opadały na ramiona, a dłonie mechanicznie poprawiały kołdrę, jakby próbowała uporządkować nie tylko pościel, ale i własne myśli.
Nagle drzwi skrzypnęły cicho.
Odwróciła się gwałtownie.
W progu stał Cihan. W jednej ręce trzymał poduszkę, drugą oparł o framugę, jakby przez chwilę się wahał, czy w ogóle powinien wejść.
— Czy coś się stało? — zapytała zaskoczona, marszcząc lekko brwi.
Cihan uniósł brew, a na jego ustach pojawił się cień zmęczonego uśmiechu.
— Czy naprawdę musi się coś stać, żebym mógł wejść do własnej sypialni? — odpowiedział spokojnie. — Przyszedłem do mojej żony.
W jego głosie nie było złości, raczej cicha stanowczość.
Hancer zawahała się na moment.
— Od kilku dni śpisz w gabinecie — odparła ciszej. — Dlatego się zdziwiłam.
Cihan wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Odłożył poduszkę na łóżko, przesuwając ją powoli, jakby przeciągał w czasie każdą czynność.
— Byłem zestresowany — powiedział po chwili. — A kiedy jestem w takim stanie… wolę być sam. — Westchnął lekko. — Nie chcę nikogo skrzywdzić. Zwłaszcza ciebie.
Podszedł bliżej i delikatnie ujął jej ramiona. Jego dłonie były ciepłe, pewne, ale w jego spojrzeniu kryło się coś cięższego — coś, czego nie wypowiadał na głos.
— Hancer… — dodał cicho. — Proszę, nie gniewaj się na mnie. To nie przez ciebie jestem taki.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
— Chodź… — powiedział łagodniej. — Połóżmy się.
Hancer skinęła lekko głową. Położyła się pierwsza, ostrożnie wsuwając się pod kołdrę. Cihan zaraz do niej dołączył. Materac ugiął się pod jego ciężarem, a on natychmiast przysunął się bliżej i objął ją ramieniem.
Hancer bez oporu wtuliła twarz w jego klatkę piersiową. Słyszała jego oddech — spokojny, równy. Ten dźwięk zawsze ją uspokajał.
Ale dziś…
Cihan patrzył gdzieś ponad jej głową. Jego wzrok był nieobecny.
W myślach wracał do rozmowy z Deryą. Jej słowa brzmiały teraz wyraźniej niż kiedykolwiek:
„Hancer musi zajść w ciążę… tylko wtedy zostanie z tobą.”
Jego dłoń, spoczywająca na jej ramieniu, mimowolnie zacisnęła się nieco mocniej.
— O czym myślisz? — zapytała Hancer, nie podnosząc głowy.
Cihan zamrugał, jakby wyrwany z zamyślenia.
— O nas — odpowiedział po chwili.
Hancer przesunęła się lekko, unosząc twarz, by na niego spojrzeć.
— Dlaczego tacy jesteśmy? — zapytała z nutą smutku. — Dlaczego nie potrafimy zostawić problemów za sobą?
Cihan uśmiechnął się blado.
— Też się nad tym zastanawiam, młoda damo — powiedział z lekką ironią, próbując rozładować napięcie. — Mam wrażenie, że gdzie są kłopoty, tam jesteś i ty.
Hancer zmarszczyła brwi.
— Nie miałam złych zamiarów — odpowiedziała cicho. — Chciałam tylko pomóc.
— Wiem — przyznał natychmiast, łagodniejąc. — Naprawdę wiem.
Przyciągnął ją bliżej i pocałował w czoło. Bez pośpiechu, jakby chciał zatrzymać tę chwilę jak najdłużej.
Hancer zamknęła oczy.
Jej ciało rozluźniło się w jego ramionach. Zmęczenie, które przez cały dzień nosiła w sobie, w końcu wzięło górę. Jej oddech powoli się wyrównał.
Zasnęła.
Cihan jeszcze przez chwilę patrzył na jej twarz — spokojną, niewinną, nieświadomą wszystkiego, co się wokół niej działo.
I właśnie to bolało najbardziej.
Nagle ciszę przerwał cichy dźwięk telefonu.
Cihan sięgnął ostrożnie po urządzenie, uważając, by jej nie obudzić.
Wiadomość.
Od Beyzy.
Jego spojrzenie stwardniało, gdy przeczytał krótką treść.
Przez moment się wahał.
Potem delikatnie wysunął rękę spod jej głowy. Hancer poruszyła się lekko, ale nie obudziła. Cihan podniósł się powoli z łóżka, poprawił kołdrę, okrywając ją dokładniej.
Jeszcze raz na nią spojrzał.
A potem, bez słowa, odwrócił się i cicho opuścił sypialnię.
Drzwi zamknęły się niemal bezszelestnie.
Jakby chciał zostawić za nimi nie tylko ją, ale i wszystko, co między nimi było.

***
Sypialnia Beyzy była urządzona z przepychem — złocone ramy łóżka, ciężkie zasłony i głęboki odcień granatu na pościeli tworzyły atmosferę luksusu, ale i pewnego chłodu. Na tle tej elegancji ona sama wydawała się napięta, niemal nieruchoma, jakby czekała na coś nieuniknionego.
Siedziała na łóżku, oparta o wysokie, tapicerowane wezgłowie. Jej dłonie spoczywały na kolanach. Splecione ciasno palce zdradzały wewnętrzne napięcie.
Drzwi otworzyły się bez pukania.
Cihan wszedł szybkim krokiem, zatrzymując się przy łóżku. Jego spojrzenie natychmiast spoczęło na Beyzie — uważne, ale chłodne.
— Co się stało, Beyzo? — zapytał bez zbędnych wstępów. — Co jest aż tak pilnego, że nie mogło poczekać do rana?
Beyza uniosła na niego wzrok. W jej oczach czaił się cień pretensji.
— Twoje dziecko mogło dziś umrzeć — odpowiedziała spokojnie, lecz z wyraźnym naciskiem. — Czy istnieje coś ważniejszego? O ile w ogóle cię to obchodzi.
Zapadła krótka, napięta cisza.
Cihan nie odpowiedział od razu. Jego szczęka lekko się zacisnęła.
— Ale nie wezwałam cię tutaj, żeby cię pouczać — dodała Beyza, zmieniając ton. Powoli podniosła się z łóżka.
Sięgnęła po niewielkie, eleganckie pudełko stojące na stoliku nocnym. Było czarne, matowe, z delikatnym połyskiem — z pozoru zwyczajne, a jednak w tej chwili zdawało się mieć ciężar większy niż wszystko wokół.
— Kupiłam ci prezent — powiedziała, wyciągając je w jego stronę. — Otwórz.
Cihan zawahał się przez ułamek sekundy, po czym wziął pudełko do rąk. Było lekkie — niemal zbyt lekkie jak na to, co miało znaczyć.
Uniósł pokrywę.
W środku, na tle czerwonej bibuły, spoczywały maleńkie, ręcznie dziergane buciki — delikatne, miękkie, w jasnoniebieskim kolorze. Ich drobny rozmiar aż uderzał w oczy — symbol czegoś kruchego, jeszcze nieistniejącego, a już obciążonego emocjami.
Cihan zamarł. Jego palce mimowolnie dotknęły materiału.
Beyza obserwowała go uważnie.
— To pamiątka od twojego syna — odezwała się cicho, ale wyraźnie. — Kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, byłam tak szczęśliwa, że kupiłam je od razu. Przyciągnęły mnie jako pierwsze.
Zrobiła krok bliżej.
— To było dziwne uczucie… jakby coś mi mówiło, że to będzie chłopiec. Wyobrażałam sobie, jak będą wyglądać na jego maleńkich stópkach. — Jej głos na moment zadrżał, ale szybko odzyskała kontrolę. — I cieszyłam się jeszcze bardziej.
Cihan milczał.
— Myślałam, że ty też się ucieszysz — kontynuowała Beyza, patrząc mu prosto w oczy. — Że kiedy ci powiem… obudzi się w tobie instynkt ojca. Że nas ochronisz.
Jej spojrzenie stwardniało.
— Ale nic takiego się nie stało.
Cisza zgęstniała między nimi.
— I nie wygląda na to, żeby miało się to zmienić — dodała ciszej. — Wszystko spoczywa na moich barkach.
Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu — gorzkiego, niemal niewidocznego.
— Nie narzekam. Poradzę sobie. Zawsze sobie radziłam. Ale…
Jej wzrok opadł na buciki.
— Nie potrafię już na nie patrzeć.
Wyciągnęła dłoń i lekko musnęła jeden z nich, jakby był zbyt delikatny, by go naprawdę dotknąć.
— Są jak ciężar — wyszeptała. — Ciężar, którego nie jestem w stanie dźwignąć sama.
Podniosła wzrok na Cihana.
— Dlatego najlepiej będzie, jeśli nie będę ich widzieć.
Zamknęła jego palce na pudełku, jakby oddawała mu coś więcej niż tylko przedmiot.
— Zdejmij ten ciężar z moich ramion — powiedziała spokojnie, ale stanowczo. — Weź go na siebie.
Zrobiła krótką pauzę.
— Twoje dziecko nie zostanie tam, gdzie nie jest chciane.
Jej głos obniżył się jeszcze bardziej.
— Mój syn został porzucony… zanim zdążył się urodzić.
Cihan podniósł wzrok. Ich spojrzenia się spotkały.
— Zachowaj to — dodała cicho. — I pamiętaj, co to znaczy.
W pokoju znów zapadła cisza.
Ciężka. Niewygodna. Nie do zignorowania.


***
Następnego dnia Hancer obudziła się wcześniej niż zwykle. W pokoju panował miękki półmrok poranka, a cisza miała w sobie coś kojącego — jakby na chwilę świat zapomniał o wszystkich problemach. Dziewczyna przeciągnęła się leniwie, z lekkim uśmiechem na ustach, czując, że po raz pierwszy od dawna naprawdę odpoczęła.
Poruszyła się na łóżku — i wtedy coś cicho zsunęło się z materaca.
Zmarszczyła lekko brwi i spojrzała w dół.
Na podłodze leżała mała, złożona karteczka.
Jej serce zabiło szybciej.
— Cihan…? — przemknęło jej przez myśl.
Z lekkim pośpiechem pochyliła się i podniosła ją z podłogi. Przez ułamek sekundy poczuła znajome ciepło — jakby spodziewała się czegoś czułego, może kilku prostych słów, które rozwieją napięcie ostatnich dni.
Rozłożyła kartkę.
Uśmiech zniknął.
Litery były krótkie, ostre, pozbawione jakiegokolwiek ciepła.
„Nic nie jest takie, jakim się wydaje.”
Hancer znieruchomiała.
Jej palce zacisnęły się lekko na papierze, jakby nagle stał się cięższy.
To nie był charakter pisma Cihana.
Nie byłby też tak… chłodny.
Niepokój rozlał się w niej powoli, ale nieubłaganie. Najpierw jak cień, potem jak coś znacznie głębszego — trudnego do nazwania, ale niemożliwego do zignorowania.
Unosząc wzrok, rozejrzała się po pokoju, jakby nagle przestał być bezpiecznym miejscem.
— Co to jest…? — wyszeptała do siebie.
Cisza nie odpowiedziała.
Zsunęła nogi z łóżka i wstała powoli, wciąż ściskając kartkę w dłoni.
— Czego nie widzę? — dodała ciszej, bardziej do własnych myśli niż do kogokolwiek.
Jej spojrzenie zatrzymało się na drzwiach.
— Kto to tu zostawił?
W powietrzu zawisło pytanie, na które nie było odpowiedzi.
Ale jedno było pewne — coś zaczynało się zmieniać.


***
Poranek był jasny i spokojny, jakby nic złego nie miało prawa wydarzyć się w tak uporządkowanej przestrzeni. Biała rezydencja tonęła w słońcu, a tafla basenu odbijała błękit nieba, drgając lekko pod wpływem wiatru. Przy jednym ze stolików, ustawionych na tarasie, siedziała Aysu — pochylona lekko nad kubkiem, zamyślona, jakby próbowała uporządkować własne myśli.
Hancer zatrzymała się na chwilę w drzwiach, obserwując ją z dystansu. W dłoni ściskała złożoną karteczkę. Jej serce biło szybciej — nie z pewności, ale z przeczucia.
Podeszła.
Bez słowa odsunęła krzesło i usiadła naprzeciwko Aysu. Przez moment żadna z nich się nie odezwała. Cisza była napięta, niemal wyczuwalna.
Hancer położyła kartkę na stole i przesunęła ją w stronę dziewczyny.
— Czy to ty napisałaś tę wiadomość? — zapytała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewało napięcie.
Aysu uniosła wzrok. Na ułamek sekundy coś przemknęło przez jej twarz — cień niepokoju, może zaskoczenie — ale natychmiast to ukryła.
— Jaką wiadomość? — odpowiedziała, marszcząc lekko brwi. — Nie rozumiem, o czym mówisz.
Hancer nie odrywała od niej spojrzenia.
— Dlaczego więc nie patrzysz mi w oczy? — zapytała ciszej. — Aysu… proszę, nie ukrywaj tego przede mną.
Pochyliła się lekko nad stołem, jakby próbowała skrócić dzielący je dystans.
— Obiecuję, że nikomu nie powiem. Nie chcę zrobić ci krzywdy. Chcę tylko zrozumieć.
Aysu zacisnęła palce na filiżance.
— Powiedziałam, że nic nie wiem — odparła chłodniej. — Nie zostawiłam tej wiadomości.
Podniosła się gwałtownie, jakby chciała zakończyć rozmowę.
— Wrócę do środka. Nie chcę, żeby zaczęli się zastanawiać, gdzie jestem.
— Zatrzymaj się, Aysu.
Głos Hancer był spokojny, ale stanowczy.
Dziewczyna znów na nią spojrzała.
— Wszyscy w tej rezydencji coś przede mną ukrywają — kontynuowała Hancer, a w jej oczach pojawił się cień bólu. — Coś związanego z Beyzą. Cokolwiek to jest, nikt nie chce, żebym się dowiedziała.
Zawahała się na moment.
— Kiedy pytam, milczą. Nawet Cihan mówi mi, że to „sprawa rodzinna”.
Jej palce zacisnęły się na kartce.
— A ta wiadomość… — spojrzała na nią — to nie jest przypadek. Ktoś chce, żebym coś zobaczyła. Ktoś wie więcej ode mnie i próbuje mnie ostrzec.
Podniosła wzrok.
— Jeśli miał odwagę zostawić mi to, ma też odwagę powiedzieć resztę. Nie zostawiłby mnie w takim stanie.
Jej głos zadrżał lekko, choć starała się to ukryć.
— Aysu, jeśli to ty… powiedz mi. Proszę. Czego nie widzę? Co przede mną ukrywacie?
Na twarzy Aysu pojawiło się napięcie. Przez chwilę wyglądała, jakby naprawdę chciała coś powiedzieć.
Ale tylko pokręciła głową.
— Przykro mi, Hancer… — powiedziała cicho. — Naprawdę nic nie wiem.
Hancer zmrużyła oczy.
— Wczoraj próbowałaś mi coś powiedzieć — przypomniała spokojnie. — Sinem i twoja mama cię powstrzymały.
Aysu milczała.
— Jeśli coś wiesz, daj mi znak — dodała Hancer.
W tym momencie z balkonu dobiegł głos:
— Hancer!
Obie odwróciły głowy. Na górze stał Cihan, oparty o balustradę, patrząc w ich stronę.
— Już idę! — odpowiedziała Hancer.
Podniosła się powoli, jakby pogodziła się już z tym, że niczego się nie dowie.
Zrobiła krok.
— Wiedz tylko jedno.
Zatrzymała się.
Odwróciła się powoli.
Aysu również wstała. Jej spojrzenie było teraz zupełnie inne — poważne, ciężkie.
— Wszyscy zawsze obwiniają kobietę, w której zakochuje się mężczyzna — powiedziała cicho. — Ale ona… nic nie wie.
Zapadła cisza.
— To jedyna prawda — dodała.
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i odeszła w stronę domu.
Hancer została sama przy stoliku.
W dłoni wciąż ściskała kartkę.
Ale teraz była pewna jednego — zamiast odpowiedzi… dostała jeszcze więcej pytań.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 66.Bölüm i Gelin 67.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






