„Złoty chłopak” Odc. 278 – streszczenie
Podczas wizyty kontrolnej Orhan i Betül poznali płeć dziecka. Wieczorem zbierają domowników w salonie, aby ogłosić radosną wiadomość. Z uśmiechami na twarzach informują rodzinę, że spodziewają się chłopca. Chwilę później Orhan dodaje, że podjęli już decyzję dotyczącą imienia — ich syn będzie nazywał się Fuat, na cześć jego zmarłego syna.
W salonie zapada ciężka cisza.
Słowa te uderzają w Ferita jak cios. Bez słowa wstaje i natychmiast wychodzi z pomieszczenia. Jego twarz jest napięta, a spojrzenie pełne bólu.
Gülgün również nie potrafi ukryć emocji. W jej oczach pojawiają się łzy. Przez chwilę stoi nieruchomo, jakby próbowała nad sobą zapanować, po czym zaciska zęby i podchodzi do Orhana.
— Gdybym mogła postawić kogokolwiek na miejscu Fuata, nawet przez chwilę bym o tym nie pomyślała — mówi drżącym głosem. — Mam nadzieję, że to dziecko — dodaje, kierując spojrzenie na zaokrąglony brzuch Betül — pozwoli ci zapomnieć o całym tym bólu.
Nie czekając na odpowiedź, odwraca się gwałtownie i wychodzi z salonu, tak jak chwilę wcześniej zrobił to Ferit. Dla obojga myśl, że można zastąpić zmarłego członka rodziny, nadając komuś jego imię, jest nie do zaakceptowania.
Po chwili Gülgün znajduje się już na zewnątrz. Idzie wzdłuż nabrzeża, a jej ramiona drżą od powstrzymywanego płaczu. W końcu zatrzymuje się przy balustradzie portu. Łzy spływają po jej policzkach, gdy wpatruje się w ciemne, ciężkie niebo i wzburzoną wodę.
Burzliwa tafla morza zdaje się odbijać jej ból — tak samo niespokojna i rozbita jak ona sama.
***
Ferit budzi się nagle w środku nocy. Serce bije mu szybciej, a w głowie wciąż brzmi echo snu. Widział w nim Diyar — stała przed nim z zimnym spokojem na twarzy, trzymając w dłoniach szkic Seyran. Bez wahania rozerwała kartkę na pół, a potem nachyliła się do jego ucha i wyszeptała słowa, które wcześniej usłyszał od matki:
— Niezdecydowanie jest najgorszą decyzją.
Ferit gwałtownie siada na łóżku, jakby ktoś wyciągnął go z głębokiej wody. Oddycha ciężko. Przez chwilę wpatruje się w ciemność pokoju, po czym wstaje zdecydowanym ruchem. Wie już, że nie może dłużej zwlekać.
Cicho wychodzi na korytarz i kieruje się na górę, do pokoju Seyran. Zatrzymuje się na moment przed drzwiami, jakby chciał jeszcze raz przemyśleć swoją decyzję, ale w końcu naciska klamkę. Drzwi otwierają się bezszelestnie.
W półmroku widzi Seyran śpiącą spokojnie pod białą kołdrą. Podchodzi bliżej i siada na skraju łóżka. Przez chwilę tylko na nią patrzy. Jej twarz jest spokojna, niemal dziecięca, zupełnie jakby wszystkie burze ostatnich dni w ogóle jej nie dotyczyły.
Nagle Seyran otwiera oczy.
— Zwariowałeś?! — podrywa się przestraszona. — Zdajesz sobie sprawę, jak bardzo mnie przestraszyłeś?
Ferit nie reaguje na jej oburzenie. Patrzy na nią uparcie, jakby od tej odpowiedzi zależało wszystko.
— Co miałaś na myśli, mówiąc, że nie mogę z tobą rozmawiać, dopóki nie zostawię Diyar? — pyta spokojnie. — Możesz mi to wyjaśnić?
Seyran przeciera twarz dłonią, wciąż półprzytomna.
— I musiałeś przyjść o tej porze, żeby o to zapytać? — mruczy z irytacją. — To przecież oczywiste. Nie zwracaj na mnie uwagi, dopóki nie rozstaniesz się z Diyar. Proste.
Ferit przechyla lekko głowę.
— Myślisz, że możesz mnie tak po prostu ignorować? Naprawdę wierzysz, że dasz radę?
— Dlaczego miałabym nie dać rady?
— Bo mówisz mi, żebym się nie żenił — odpowiada cicho. — Mówisz, że mnie kochasz, każesz mi dokonać wyboru, a potem odwracasz się do mnie plecami.
Seyran wstaje z łóżka. Jej oczy błyszczą.
— Wyraźnie dałam ci do zrozumienia, że cię kocham. To ty jesteś tchórzem, Fericie.
— Ja? Niczego się nie boję.
— Naprawdę? — odpowiada z chłodnym uśmiechem.
Podchodzi do ściany nad kanapą i chwyta duży obraz przedstawiający burzliwe niebo. Zdecydowanym ruchem zdejmuje go z haka.
Za obrazem ukryty jest szkic. Delikatny portret jej twarzy.
Ferit zastyga.
— Jeśli się nie boisz — mówi Seyran, odwracając się do niego — to dlaczego to ukryłeś?
Podchodzi bliżej, wyraźnie zaskoczony.
— Od jak dawna o nim wiesz?
— Od pierwszej nocy — odpowiada spokojnie. — Nie możesz wyrzucić mnie ani z głowy, ani z serca. A mimo to próbujesz mnie ukryć.
Robi krok w jego stronę.
— Przyznaj się, Fericie. Ten szkic był tu od samego początku, prawda? Ile nocy spędziłeś, patrząc na niego? Czy była choć jedna, kiedy nie spojrzałeś na moją twarz?
Ferit milczy.
— Gdybyś naprawdę ze mnie zrezygnował, już dawno bym odeszła — mówi ciszej Seyran. — Ale nie odeszłam. Bo ty też ze mnie nie zrezygnowałeś. Wciąż mnie trzymasz. Tym, kim ty jesteś dla mnie, tym ja jestem dla ciebie. A może nawet kimś więcej.
Zapada cisza.
Ferit powoli podnosi rękę. Na oczach Seyran zdejmuje z palca obrączkę zaręczynową. Metal błyska przez moment w świetle lampy.
W następnej chwili chwyta jej twarz w dłonie i przyciąga do siebie.
Ich usta spotykają się w nagłym, gwałtownym pocałunku. Krótkim, ale pełnym napięcia i emocji, których żadne z nich nie potrafi już dłużej ukrywać. Seyran przez chwilę próbuje się opierać, lecz w końcu odpowiada na ten pocałunek równie mocno.
Potem Ferit nagle ją puszcza.
Bez słowa odwraca się i wychodzi z pokoju.
Drzwi cicho zamykają się za nim.
Seyran stoi jeszcze przez chwilę nieruchomo, oddychając szybko. W końcu powoli opuszcza wzrok.
Na podłodze, tuż przy jej stopach, leży obrączka.
***
Diyar informuje dziadka, że wszystko między nią a Feritem jest już skończone. Że ich związek należy do przeszłości.
To kłamstwo.
Zrobiła to celowo. Wie, że tylko w ten sposób skłoni Ilyasa do wyjazdu i przestanie on pilnować każdego jej kroku. Gdy tylko dziadek i jej babcia wsiadają do samochodu, na jej ustach pojawia się ledwie zauważalny uśmiech. Teraz nic nie stoi na przeszkodzie, by została w rezydencji. Blisko Ferita. Pod tym samym dachem.
Nie ma pojęcia, że Ferit podjął już decyzję — i że jest jej absolutnie pewien.
W tej samej chwili mężczyzna wsiada do samochodu. Zaciska dłonie na kierownicy, przez moment wpatrując się w drogę przed sobą. W jego oczach widać napięcie, ale i determinację. Silnik samochodu warkocze cicho.
Jedzie do Diyar.
Tym razem nie po to, by coś wyjaśniać.
Jedzie, by definitywnie zakończyć ich związek.
***
Suna wchodzi do pokoju Seyran bez pukania. Jej twarz wciąż zdradza emocje, których nie potrafi ukryć.
— Abidin poszedł porozmawiać z panem Halisem — mówi szybko, jakby od czekała tylko, żeby się tym podzielić. — Nie mogłam już wytrzymać tej atmosfery. Mam nadzieję, że się pogodzą… że w końcu zawrą pokój.
Seyran siedzi w fotelu, ale wygląda, jakby była myślami zupełnie gdzie indziej. Wpatruje się w jeden punkt na ścianie.
— Daj Boże — odpowiada cicho.
Suna podąża wzrokiem w tym samym kierunku.
Na ścianie wisi szkic. Delikatny portret przedstawiający twarz Seyran.
Suna marszczy brwi.
— Co to jest?
Seyran uśmiecha się lekko, niemal z rozbawieniem.
— Mówiłam ci przecież. Ferit wciąż mnie kocha. Chciałam tylko, żeby sam w końcu się do tego przyznał.
Suna podchodzi bliżej i przygląda się rysunkowi.
— Ten obraz był tutaj przez cały czas?
— Tak — odpowiada spokojnie Seyran. — Tyle że był ukryty.
Suna przez chwilę milczy, po czym wypuszcza z ulgą powietrze.
— Wiesz co? Szczerze mówiąc, zaczynałam już myśleć, że trochę wariujesz.
Seyran uśmiecha się szerzej. W tym momencie Suna zauważa coś jeszcze. W dłoniach siostry błyszczy złoto.
— A ta obrączka? — pyta, wskazując na pierścionek. — Skąd się u ciebie wzięła?
Seyran obraca go powoli między palcami.
— Należy do Ferita.
Suna prostuje się natychmiast.
— Czy to znaczy, że… zerwał z Diyar?
Seyran kręci głową.
— Nie wiem, Suno. Zdjął ją nagle, a potem zapomniał zabrać.
Na jej twarzy pojawia się lekki rumieniec.
— Po tym, jak zaczęliśmy się całować.
— CO?! — Suna aż kuca przy fotelu, w którym siedzi siostra, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. — Ty mówisz poważnie?!
Seyran wzrusza ramionami, ale w jej oczach widać błysk emocji, którego nie potrafi już ukryć.
***
Na jednej z wąskich, niemal zapomnianych uliczek na obrzeżach dzielnicy panuje cisza. Po jednej stronie ciągnie się wysoki mur zwieńczony drutem kolczastym, po drugiej gęsty żywopłot i rząd zaparkowanych samochodów. Nad drogą pochylają się stare drzewa, a wilgotny asfalt odbija szare światło pochmurnego dnia. To miejsce, do którego nikt nie zagląda bez powodu.
Właśnie tutaj Betül umówiła się na spotkanie.
Kilka kroków dalej stoi Tayfun. Opiera się niedbale o mur, z rękoma schowanymi w kieszeniach ciemnego płaszcza. Na pierwszy rzut oka wygląda spokojnie, ale jego twarz zdradza coś zupełnie innego — napięcie i chłodną nieufność. Jest wysoki, szczupły, z krótkimi ciemnymi włosami i wyraźnie zarysowanym wąsem, który dodaje jego spojrzeniu surowości. Oczy ma wąskie i przenikliwe, jakby od razu próbował przejrzeć każdą osobę na wylot.
Gdy Betül podchodzi bliżej, zdejmuje powoli przyciemniane okulary.
— Nie kazałam ci chyba czekać zbyt długo? — pyta spokojnie.
Tayfun patrzy na nią przez chwilę bez słowa. W jego spojrzeniu pojawia się cień ironii.
— Jeszcze mnie pamiętasz? — odpowiada chłodno. — Kopnęłaś mnie w tyłek i zniknęłaś. A potem zostałaś kochanką swojego szefa. Słyszałem o tym. Podobno uczyniłaś go też ojcem.
Uśmiecha się krzywo.
— Twoja chciwa matka w końcu znalazła dojną krowę.
Betül nie reaguje na zaczepkę. Jej twarz pozostaje spokojna.
— Nie zostawiłam cię, Tayfunie — mówi powoli. — Wezwałam cię tutaj, żeby powiedzieć ci prawdę.
Mężczyzna marszczy brwi.
— Jaką prawdę?
Betül kładzie dłoń na swoim brzuchu.
— Będziesz mieć dziecko, Tayfunie. — Jej głos staje się cichszy, ale stanowczy. — To twoje dziecko.
Przez chwilę Tayfun patrzy na nią tak, jakby nie zrozumiał słów.
Potem wybucha krótkim, niedowierzającym śmiechem.
— Nie ma mowy — mruczy, zaczynając chodzić w tę i z powrotem po wąskiej drodze. — To niemożliwe.
Zatrzymuje się nagle przed nią.
— Jakie dziecko, dziewczyno? Żartujesz sobie ze mnie?
— Nie żartuję — odpowiada Betül. — To nie jest dziecko Orhana. Mówię ci, że jest twoje.
Tayfun mruży oczy.
— Czyli bawiłaś się z nami oboma w tym samym czasie?
Betül przewraca oczami.
— Nie bądź śmieszny. Związałam się z Orhanem dopiero po tym, jak się rozstaliśmy. Dopiero później zorientowałam się, że jestem w ciąży.
— Skąd wiesz, że dziecko nie jest jego?
— Bo wiem — odpowiada krótko. — Ramy czasowe się nie zgadzają.
Tayfun krzyżuje ramiona.
— Orhan cię rzucił, tak? I teraz próbujesz zrobić ze mnie ojca?
Betül prycha z lekką pogardą.
— Oczywiście, że nie. Jaki byłby z ciebie ojciec?
Te słowa wyraźnie go irytują.
— Więc czego ode mnie chcesz?
Betül zbliża się i ścisza głos.
— Chodzi o test DNA. Jeśli nie jutro, to pojutrze pani Ifakat poprosi mnie o jego wykonanie. Musisz dostarczyć mi próbkę do badania.
Tayfun natychmiast rozumie. Jego uśmiech staje się powolny i niebezpieczny.
— Rozumiem… — mówi. — Chcesz zamienić próbkę Orhana na moją.
Przechyla lekko głowę.
— Tylko jak zamierzasz to zrobić? I czy w ogóle można zrobić test DNA przed narodzinami dziecka?
— Tak, można — odpowiada Betül spokojnie. — Nie martw się o szczegóły. W jakiś sposób zamienię próbki. — Patrzy mu prosto w oczy. — Jeśli mi pomożesz, wynagrodzę cię. I to kwotą z bardzo dużą liczbą zer.
Tayfun przez chwilę milczy. W jego oczach pojawia się błysk chciwości.
Powoli się uśmiecha.
— Czego dokładnie potrzebujesz?
— Fiolki z twoją krwią — odpowiada Betül bez wahania. — Kiedy będziesz gotowy, spotkajmy się tutaj.
Na tej samej pustej uliczce, gdzie żadne z nich nie musi się obawiać świadków.
***
Gdy Ferit skręca w ulicę, przy której znajduje się dom Diyar, od razu zauważa coś niepokojącego. Kilkadziesiąt metrów przed posesją stoją zaparkowane pojazdy — radiowóz z włączonymi światłami i karetka pogotowia. Niebieskie błyski przecinają mrok wieczoru.
Serce Ferita zaczyna bić szybciej.
Hamuje gwałtownie, niemal zatrzymując samochód w poprzek drogi. Wysiada i szybkim krokiem rusza w stronę funkcjonariuszy.
— Co się dzieje? — rzuca nerwowo.
W tym samym momencie jego wzrok przyciąga ruch kilka metrów dalej. Dwóch ratowników pochyla się nad noszami. Ktoś leży na nich nieruchomo, przykryty kocem ratunkowym.
Ferit robi jeszcze kilka kroków… i nagle zamiera.
To Diyar.
Jej twarz jest blada, a oczy zamknięte. Na ubraniu widać ślady krwi.
— Diyar! — wyrywa mu się zduszony okrzyk.
Ratownicy szybko podnoszą nosze i kierują się w stronę karetki.
Ferit stoi jak sparaliżowany, czując, jak grunt usuwa mu się spod nóg.
***
W tym samym czasie w rezydencji Seyran wchodzi do pokoju Ferita. W dłoni trzyma jego obrączkę. Przez chwilę obraca ją między palcami, jakby wciąż nie mogła uwierzyć w to, co wydarzyło się poprzedniej nocy.
— Ferit? — woła cicho.
W pokoju panuje cisza.
Rozgląda się dookoła, ale nie widzi go nigdzie. Marszczy brwi i wyciąga telefon. Po kilku sygnałach ktoś odbiera.
— Pojechałeś porozmawiać z Diyar, prawda? — pyta bez wstępu.
Po drugiej stronie przez moment panuje cisza.
Gdy Ferit w końcu się odzywa, jego głos jest napięty i drży.
— Sinan… strzelił do Diyar.
Słowa spadają na Seyran jak grom. Obrączka wysuwa się z jej palców i z cichym brzękiem uderza o podłogę.
— C-co ty mówisz? — szepcze z niedowierzaniem.
— Postrzelił ją… przed jej domem — odpowiada Ferit. Słychać w tle zamieszanie, krzyki ratowników i dźwięk zamykanych drzwi karetki.
Seyran czuje, jak robi jej się słabo.
— Czy ona żyje? — pyta drżącym głosem. — Na miłość boską, powiedz mi, że ona żyje!
— Żyje — odpowiada szybko Ferit. — Jest ranna… ale nie wiem dokładnie, w jakim stanie. Zabierają ją właśnie do szpitala.
Połączenie się kończy.
W pokoju zapada ciężka cisza.
Seyran powoli opuszcza telefon. Zakrywa usta dłonią, jakby próbowała powstrzymać napływające łzy. Jej ramiona zaczynają drżeć.
— O Boże… — szepcze.
Łzy spływają po jej policzkach.
— To przeze mnie… — mówi z rozpaczą. — Przeze mnie…
***
Lekarze szybko ustalają, że rana Diyar nie jest tak poważna, jak wszyscy się obawiali. Kula jedynie drasnęła jej ramię, pozostawiając bolesną, ale powierzchowną ranę. Mimo to dziewczyna wciąż jest blada i wyraźnie wyczerpana przeżytym szokiem.
Drzwi do sali szpitalnej otwierają się cicho. Do środka wchodzą Ferit, Abidin i Suna.
Diyar leży na łóżku, oparta o poduszki. Na jej ramieniu widać świeży opatrunek, a kroplówka powoli sączy płyn do żyły. Gdy dostrzega Ferita, na jej twarzy pojawia się słaby, ale szczery uśmiech.
Ferit podchodzi bliżej łóżka. W jego oczach wciąż widać napięcie i ulgę.
— Diyar… tak bardzo się bałem — mówi cicho.
Dziewczyna wzdycha lekko.
— Ja też się bałam — przyznaje.
Ferit spuszcza wzrok, jakby obwiniał się o wszystko, co się wydarzyło.
— Jak mogłem nie przewidzieć, że ten drań może spróbować cię skrzywdzić? — mówi z goryczą. — Przepraszam cię, Diyar.
Diyar marszczy lekko brwi.
— Nie bądź śmieszny — odpowiada spokojnie. — Co niby mogłeś zrobić?
— Przynajmniej powinienem był postawić ochronę przy twoim domu — upiera się Ferit. — Gdybym to zrobił…
— Ferit — przerywa mu łagodnie — nie możesz przewidzieć wszystkiego.
Do rozmowy włącza się Suna, która stoi nieco z tyłu razem z Abidinem.
— Diyar, wracaj szybko do zdrowia — mówi ciepło. — Przyjechaliśmy tu, jak tylko się dowiedzieliśmy, co się stało.
Diyar przenosi na nią wzrok i uśmiecha się wdzięcznie.
— Dziękuję — mówi cicho.
Po chwili jej spojrzenie wraca do Ferita.
— Nie powiadomiłeś moich dziadków, prawda?
Ferit kręci głową.
— Nie. Nawet mi to do głowy nie przyszło. — Zawiesza głos na moment. — Właściwie… gdzie oni są?
— Pojechali do Samsun — wyjaśnia Diyar. — Myślę, że Sinan widział mnie, jak ich żegnałam.
Na jej twarzy pojawia się cień niepokoju.
— Proszę, nic im nie mów. Nie zniosą tego. Dziadek ma problemy z sercem, a babcia cukrzycę. Nie chcę ich martwić.
Ferit przytakuje powoli.
— Dobrze. Skoro tak chcesz, nic im nie powiemy.
W tej chwili drzwi sali ponownie się otwierają. Do środka wchodzi pielęgniarka z metalową tacą.
— Muszę zmienić opatrunek — oznajmia uprzejmie.
Ferit, Abidin i Suna wymieniają krótkie spojrzenia.
— Poczekamy na korytarzu — mówi Ferit.
Wszyscy troje wychodzą z sali. Drzwi zamykają się za nimi cicho, pozostawiając Diyar samą z pielęgniarką i odgłosem szpitalnych aparatów.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Yalı Çapkını 83.Bölüm i Yalı Çapkını 84.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.












