Złoty chłopak odc. 288: Seyran chce dziecka, ale grozi jej śmierć!

Seyran uśmiecha się promiennie, snując marzenia w swojej głowie.

„Złoty chłopak” Odc. 288 – streszczenie

W sypialni panuje napięta cisza, którą rozprasza jedynie ciepłe światło lamp stojących przy łóżku. Miękkie, przytłumione barwy wnętrza – szarości, beże i ciepłe drewno – sprawiają, że przestrzeń wydaje się spokojna, niemal bezpieczna. A jednak między nimi nie ma ani spokoju, ani bezpieczeństwa.

Ferit wchodzi pierwszy. Jego krok jest pewny, ale w spojrzeniu czai się zmęczenie i coś jeszcze – cień irytacji, który narasta z każdą sekundą. Seyran podąża za nim wolniej. Zatrzymuje się przy krawędzi dywanu, jakby celowo zachowywała dystans.

Przez chwilę milczą.

Seyran krzyżuje ręce na piersi i przygląda mu się uważnie, z chłodnym, niemal ironicznym spokojem.

— To była niezła sztuczka — odzywa się w końcu. — Naprawdę jestem pod wrażeniem.

Ferit odwraca się gwałtownie, marszcząc brwi.

— O czym ty mówisz?

— Doskonale wiesz. — Jej głos jest spokojny, ale twardy. — Wiedziałeś, że zamierzam powiedzieć wszystko panu Halisowi. Przestraszyłeś się, więc postanowiłeś zagrać. Omdlenie było całkiem przekonujące.

Na jego twarzy pojawia się niedowierzanie.

— Czy ty siebie słyszysz?

Seyran robi krok bliżej, ale jej spojrzenie pozostaje ostre.

— Wstydź się, Fericie. Przestraszyłeś swojego dziadka. A gdyby coś mu się stało? Gdyby przez ciebie naprawdę coś mu się stało?

Ferit patrzy na nią przez chwilę w milczeniu. W jego oczach pojawia się gniew.

— Naprawdę myślisz, że dbasz o mojego dziadka bardziej niż ja? — mówi nisko. — Chcesz zostać jego bohaterką? Myślisz, że zrobiłbym coś, co naraziłoby jego zdrowie i życie?

Robi krok w jej stronę. Ich spojrzenia zderzają się.

— Dzięki Bogu, jeszcze nie zwariowałem aż tak bardzo.

Seyran unosi podbródek.

— Do czego zmierzasz?

— Do tego — odpowiada ostro — że działałaś za moimi plecami. Chciałaś na mnie donieść. I to właśnie mogło go zniszczyć, nie ja. Zamiast oskarżać mnie, powinnaś spojrzeć na siebie.

Seyran śmieje się krótko, bez cienia rozbawienia.

— Masz rację. Oczywiście. Lepiej byłoby, gdybyś doprowadził wszystkich do katastrofy. Ty robisz, co chcesz, a inni ponoszą konsekwencje.

Ferit odwraca wzrok, przeczesując dłonią włosy, po czym znów na nią patrzy.

— Tak, tak… Seyran wie wszystko. Seyran jest najmądrzejsza. A reszta to idioci. — Jego głos staje się ostrzejszy. — Próbuję ratować firmę! Walczę, żebyśmy nie stracili wszystkiego. A ty? Zamiast być przy mnie, wbijasz mi nóż w plecy.

Seyran nie cofa się ani o krok.

— Gdyby twój cel naprawdę był taki, jak mówisz, znalazłbyś inny sposób. — Jej głos cichnie, ale nabiera jeszcze większej siły. — Ale twój cel jest inny, Fericie. Możesz oszukać wszystkich, ale nie mnie.

Krótka pauza.

— Chcesz zająć miejsce pana Halisa. Podoba ci się wizja bycia agą.

Te słowa trafiają w niego jak cios. Ferit patrzy na nią długo, z niedowierzaniem, które szybko zamienia się w złość.

— Jesteś chora — rzuca. — Naprawdę. Uwielbiasz sobie wymyślać historie.

Seyran mruży oczy.

— A ty powinieneś nauczyć się, jak ze mną rozmawiać.

Zapada cisza. Gęsta, ciężka.

Ferit w końcu wzdycha i odwraca się lekko, jakby chciał zakończyć tę rozmowę.

— Dobrze. — Jego głos staje się chłodniejszy. — Nie będzie żadnej hipoteki. Znajdę inny sposób.

Spogląda na nią z naciskiem.

— Ale ty nie waż się mówić dziadkowi czegokolwiek za moimi plecami. Jasne?

Seyran patrzy na niego długo, jakby próbowała ocenić, czy to prawda, czy kolejna gra.

— Nie wierzę ci — mówi wprost. — I posłuchaj mnie uważnie. Nie próbuj rozmawiać z moją siostrą. I pod żadnym pozorem nie możesz zastawić rezydencji.

Ferit unosi brwi, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale powstrzymuje się.

— Nie zastawię rezydencji — odpowiada w końcu spokojnie. — I nie będę rozmawiał z twoją ukochaną siostrą. Dobrze?

Seyran powoli kiwa głową.

— Dobrze.

Ale w jej oczach nie ma ani ulgi, ani wiary.

Tylko czujność.

I przeczucie, że ta rozmowa wcale niczego nie zakończyła.

***

Noc nad Bosforem jest ciepła i spokojna. Woda delikatnie uderza o nabrzeże, a światła miasta migoczą w oddali jak rozsypane złoto. Nad horyzontem rozciąga się oświetlony most, a ciszę przerywa jedynie odległy szum przejeżdżających samochodów i ciche kołysanie zacumowanej łodzi.

Seyran i Suna siedzą naprzeciw siebie na tarasie, otulone miękkim światłem lamp. Między nimi stoi niewielki stolik, ale to, co naprawdę wypełnia przestrzeń, to ich spojrzenia — bliskie, a jednak dziś jakby nie do końca równe.

Seyran opiera się wygodnie na krześle, z delikatnym uśmiechem błądzącym po ustach. W jej oczach widać coś nowego — spokój zmieszany z ekscytacją, jakby po raz pierwszy od dawna pozwoliła sobie marzyć.

— Wiesz… — zaczyna cicho, patrząc gdzieś w dal, na rozświetloną linię miasta. — Czasem wyobrażam sobie, jak wyglądałoby nasze życie… gdybyśmy mieli dziecko.

Suna uśmiecha się lekko, ale jej dłonie zaciskają się na podłokietnikach. W jej głowie natychmiast wracają słowa lekarki — zimne, powściągliwe, a jednak pełne ukrytego niepokoju.

Niestety, sytuacja pani Seyran nie jest tak dobra jak twoja. Powinna przyjść ponownie…

Co się stało? Proszę mi powiedzieć… — dopytywała wtedy, czując, jak serce zaczyna jej bić szybciej.

Pani Seyran musi przyjść osobiście. Wtedy przekażę więcej informacji.

Te słowa nie chcą jej opuścić.

— Siostro… wszystko w porządku? — głos Seyran wyrywa ją z zamyślenia.

Suna szybko unosi wzrok i zmusza się do uśmiechu.

— Tak. Naprawdę. Po prostu… wzruszyłam się, słuchając ciebie.

Seyran nie podejrzewa niczego. Jej uśmiech staje się szerszy, jeszcze bardziej ciepły.

— Wyobraź sobie… — mówi z rosnącym entuzjazmem. — Małe, piękne dziecko. Zdrowe. Z czarnymi oczami i brwiami jak u Ferita…

Na jej twarzy pojawia się czułość, jakby już je widziała.

— Zacałowałabym je na śmierć.

Suna czuje, jak coś ściska ją w środku. Mimo to kiwa głową, próbując dotrzymać jej kroku.

— Z jednej strony mówisz, że nie jesteś pewna, czy chcesz wyjść za mąż — odpowiada łagodnie. — A z drugiej już planujesz dzieci. Może najpierw ślub?

Seyran śmieje się cicho, lekko przechylając głowę.

— Oczywiście, że się pobierzemy. — W jej głosie nie ma wątpliwości. — Nie będę go przecież skazywać na wieczne cierpienie.

Na moment milknie, jakby coś sobie wyobrażała.

— Tak naprawdę… chciałabym mieć dziecko od razu po ślubie. A nawet nie jedno.

Unosi dłoń i prostuje dwa palce — gest dziecinny, ale pełen radości.

— Dwójkę. Chłopca i dziewczynkę.

W jej oczach błyszczy szczęście.

Suna patrzy na nią uważnie. Przez chwilę naprawdę próbuje odwzajemnić ten entuzjazm — uśmiecha się, kiwa głową, ale jej spojrzenie na moment ucieka gdzieś w bok, ku ciemnej tafli wody.

Bo w środku wszystko w niej się zaciska.

Wie coś, czego Seyran jeszcze nie wie.

I to „coś” rośnie z każdą sekundą, jak ciężar, którego nie potrafi już dłużej ignorować.

— To będzie piękne — mówi w końcu cicho.

Ale jej głos zdradza więcej, niż by chciała.

Seyran jednak tego nie dostrzega. Wpatruje się w dal, w światła miasta, jakby widziała przed sobą przyszłość — jasną, prostą i szczęśliwą.

A Suna siedzi naprzeciwko niej, uśmiechnięta…

i coraz bardziej rozdarta między prawdą a milczeniem.

***

Poranek w rezydencji jest jasny i spokojny, jakby nocne napięcia nigdy nie istniały. Miękkie światło wpada przez wysokie okna, rozlewając się po marmurowej posadzce i ciężkich, kremowych zasłonach. Za przeszklonymi drzwiami widać schody prowadzące do ogrodu, skąpane w świeżej zieleni.

W tej ciszy ktoś jednak czuwa.

Ferit siedzi na szerokim parapecie, oparty plecami o framugę, z rękami splecionymi przed sobą. Wygląda, jakby czekał tu od dawna. Jego spojrzenie co chwilę wędruje w stronę korytarza.

W końcu drzwi jednego z pokoi otwierają się cicho. Suna wychodzi, trzymając w dłoni torebkę. Zatrzymuje się na jego widok, wyraźnie zaskoczona.

— Fericie… co ty tu robisz tak wcześnie?

Ferit zsuwa się z parapetu i prostuje, jakby tylko na to czekał.

— W moim pokoju zepsuł się kaloryfer — odpowiada lekko, z cieniem uśmiechu. — Musiałem znaleźć cieplejsze miejsce.

Podchodzi bliżej. Jego ton zmienia się niemal niezauważalnie — staje się niższy, bardziej stanowczy.

— Suna… nie słuchaj tego, co mówią Seyran i Abidin. Oni nie rozumieją sytuacji.

Dziewczyna marszczy lekko brwi.

— O czym mówisz?

— O firmie. — Jego głos nabiera energii. — Wszystko się ułoży. Natychmiast uruchomimy produkcję. Brakuje nam tylko jednego… pieniędzy. A ty masz do nich klucz.

Suna cofa się o pół kroku, jakby jego słowa miały fizyczny ciężar.

— Fericie, to niemożliwe. Seyran byłaby wściekła.

Ferit wzdycha z irytacją, przeczesując dłonią włosy.

— Firma jest moja, a rezydencja twoja. Kto ma prawo się złościć? — Patrzy na nią uważnie. — Suna, czy ty mi nie ufasz?

W jego oczach pojawia się napięcie, niemal desperacja.

Suna opuszcza wzrok.

— Nawet jeśli… — zaczyna niepewnie — nawet jeśli Seyran by to zrozumiała, co z Abidinem? Jak mam mu to powiedzieć?

Ferit zbliża się jeszcze bardziej.

— Stoimy nad przepaścią — mówi ciszej, ale z naciskiem. — Jeśli zbankrutujemy, myślisz, że będą szczęśliwi?

Suna unosi głowę. W jej spojrzeniu pojawia się cień uporu.

— Może będą szczęśliwi, że nie zrobiłam nic za ich plecami.

Zapada krótka cisza.

Dziewczyna odwraca się i sięga do klamki. W tym samym momencie Ferit wyciąga rękę i opiera ją o drzwi, blokując wyjście.

— Dokąd tak się spieszysz? — pyta, przyglądając jej się uważnie.

Suna prostuje się.

— Nigdzie nie uciekam. Mam coś do załatwienia w mieście.

— Co takiego?

Przez ułamek sekundy waha się.

— Idę do lekarza. Muszę odebrać wyniki badań.

Ferit przygląda jej się przez chwilę, jakby próbował odczytać coś więcej.

— W porządku — mówi w końcu. — Zawiozę cię.

Suna otwiera usta, jakby chciała zaprotestować, ale rezygnuje. Kiwa tylko głową.

— Dobrze.

Wychodzą razem z rezydencji. Przypadkowo zauważa ich Seyran. Widzi, jak wsiadają do samochodu — najpierw Suna, potem Ferit. Silnik odpala.

Na jej twarzy pojawia się niepokój. Bez chwili zawahania sięga po płaszcz, narzuca go na ramiona i rusza w stronę drzwi.

W jej głowie pojawia się tylko jedna myśl: że Ferit znowu coś knuje.

***

W gabinecie panuje sterylna cisza, przerywana jedynie cichym tykaniem zegara i szelestem kartek przewracanych na biurku. Za dużym oknem rozciąga się widok na gęste, zielone drzewa, których gałęzie poruszają się lekko na wietrze — zupełnie jakby świat na zewnątrz nie miał nic wspólnego z napięciem, które wypełnia to pomieszczenie.

Suna siedzi na krześle naprzeciwko biurka. Jej dłonie są splecione ciasno na kolanach, a spojrzenie wbite w lekarkę — pełne niepokoju i determinacji.

Lekarka odkłada długopis, splata dłonie i patrzy na nią spokojnie, ale stanowczo.

— Nie mogę udzielać pani informacji na temat zdrowia pani Seyran — mówi chłodno. — Proszę nie nalegać.

Suna pochyla się lekko do przodu, jakby chciała skrócić dzielącą je odległość.

— Ale… to coś poważnego, prawda? — jej głos drży. — Coś jej dolega?

Lekarka wzdycha cicho, jakby ta rozmowa była dla niej trudna, choć stara się tego nie okazywać.

— Już powiedziałam. Nie mogę niczego ujawniać. — Jej ton staje się bardziej stanowczy. — Proszę nie marnować ani swojego, ani mojego czasu. Skontaktuję się bezpośrednio z panią Seyran.

Suna gwałtownie kręci głową.

— Nie… proszę tego nie robić.

Jej głos łagodnieje, ale jednocześnie nabiera desperacji.

— Pani doktor… — zaczyna ciszej — my już raz ją traciliśmy. Byliśmy o krok od tego, żeby ją stracić na zawsze.

Na moment milknie, jakby musiała zebrać siły.

— Jeśli to wróciło… jeśli to znowu jest coś poważnego… chciałabym powiedzieć jej o tym sama. Delikatnie. Przygotować ją. — Jej oczy zaczynają błyszczeć od łez. — Boję się, że… że znowu zacznie znikać na naszych oczach.

W gabinecie zapada cisza.

Lekarka przez chwilę przygląda się Sunie uważnie. W jej spojrzeniu pojawia się cień wahania.

W końcu wzdycha cicho.

— Seyran nie jest chora.

Te słowa spadają między nimi jak kamień.

Suna zamiera. W jej oczach pojawia się ulga — krótka, gwałtowna… ale niepełna.

— Ale… — dodaje lekarka po chwili — posiadanie przez nią dzieci jest niemal niemożliwe.

Ulgę natychmiast zastępuje coś innego. Szok. Niedowierzanie.

Suna powoli prostuje się na krześle, jakby próbowała uchwycić sens tych słów.

— Ja… — zaczyna niepewnie — nie spodziewałam się czegoś takiego…

Przełyka ślinę.

— Ale powiedziała pani „niemal niemożliwe”, czyli… jakaś szansa jednak istnieje?

Lekarka skinieniem głowy potwierdza.

— Istnieją pewne metody leczenia. Terapie, które w niektórych przypadkach przynoszą efekty.

Na moment milknie, jakby ważyła kolejne słowa.

— Jednak w jej przypadku… nie polecam ich.

Suna marszczy brwi.

— Dlaczego?

Lekarka opiera się wygodniej na krześle, a jej spojrzenie staje się poważniejsze.

— Ze względu na jej przeszłość medyczną. Długotrwałe leczenie, które przeszła, bardzo obciążyło jej organizm.

Suna czuje, jak serce zaczyna bić szybciej.

— Co mogłoby się stać… gdyby jednak spróbowała?

Zapada krótka, ciężka cisza. Lekarka nie odrywa od niej wzroku.

— Jej organizm może tego nie wytrzymać.

Słowa są spokojne. Prawie bez emocji. A przez to jeszcze bardziej przerażające.

— To bardzo ryzykowne — dodaje ciszej. — W skrajnym przypadku… mogłaby nawet stracić życie.

Suna zamiera.

W jej oczach znów pojawiają się łzy — tym razem inne niż wcześniej. Nie z samego strachu, ale z ciężaru decyzji, która nagle spada na jej barki.

Bo teraz już wie.

Seyran nie umiera.

Ale jej marzenia… mogą ją zabić.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 87.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy