Panna młoda odc. 93: Cała prawda w rękach Hancer! Napięcie sięga zenitu!

Cihan przykłada rękę Hancer do swojego serca.

„Panna młoda” Odc. 93 – streszczenie

Jadalnia tonęła w jasnym, chłodnym świetle poranka. Na elegancko nakrytym stole stały nienaruszone talerze, półmiski z jedzeniem i porcelanowe filiżanki — wszystko wyglądało idealnie, niemal nienaturalnie spokojnie. Tylko atmosfera między siedzącymi naprzeciw siebie Cihanem i Hancer była ciężka, napięta, jak przed burzą.

Siedzieli w milczeniu.

Hancer wpatrywała się w talerz, przesuwając widelcem po jego krawędzi, jakby nie miała siły nawet sięgnąć po jedzenie. Cihan obserwował ją uważnie, z rosnącą irytacją, aż w końcu nie wytrzymał.

— Co się z tobą dzieje? — zapytał, odkładając sztućce z cichym stuknięciem. — Od rana jesteś jakaś nieobecna. Czy coś jest nie tak?

Hancer uniosła wzrok powoli. W jej oczach czaił się niepokój.

— Tak. Coś jest nie tak — odpowiedziała cicho. — I nie przestaję o tym myśleć od samego rana.

Cihan westchnął, jakby przeczuwał, dokąd zmierza ta rozmowa.

— O co chodzi?

— Jutro mija termin — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. — Trzy dni, które Beyza dała swojemu mężowi.

Na twarzy Cihana pojawiło się napięcie. Jego palce zacisnęły się mocniej na brzegu stołu.

— Hancer… — zaczął ostrzegawczo. — Nie zaczynaj znowu. Przestań wtrącać się w nie swoje sprawy. To nie dotyczy ciebie.

— Wiedziałam, że tak powiesz — odpowiedziała spokojnie, ale w jej głosie pobrzmiewał ból. — Ale czy ty naprawdę tego nie widzisz? Każdego dnia ona gaśnie. Jest coraz bardziej przygnębiona, a my mamy udawać, że nic się nie dzieje?

Pochyliła się lekko nad stołem.

— Czy obojętność wobec czyjegoś cierpienia nie jest grzechem?

Cihan zacisnął szczękę.

— Dlaczego nie rozumiesz, co do ciebie mówię? — rzucił ostrzej.

— To ty nie rozumiesz — odpowiedziała natychmiast. — Ta sprawa musi się zakończyć. I to jak najszybciej.

Zawahała się na moment, po czym dodała:

— Może rozmawiałeś z niewłaściwą osobą. Może ta kobieta… ta, z którą teraz jest mąż Beyzy… nic nie wie o dziecku.

Cihan uniósł brwi, patrząc na nią z niedowierzaniem.

— Hancer…

— Posłuchaj mnie — przerwała mu, coraz bardziej poruszona. — Beyza jest zdesperowana. Jeśli nie dostanie odpowiedzi, dokona aborcji. Rozumiesz to? To się wydarzy jutro.

Jej głos zadrżał.

— A jeśli ta kobieta dowie się prawdy? Może sama odejdzie. Może zrobi miejsce dla Beyzy i dziecka. Powiedz jej. Powiedz jej, że Beyza jest w ciąży.

Cihan pokręcił głową, jakby nie wierzył w to, co słyszy.

— Mogę rozmawiać tylko z nim — powiedział stanowczo. — Nie mam prawa wciągać w to innych ludzi. Przestań się w to angażować.

Hancer patrzyła na niego uparcie.

— Widzę to po tobie — powiedziała ciszej. — Tobie też to nie jest obojętne. Nie potrafisz patrzeć na jej cierpienie.

Zrobiła krótką pauzę.

— A ta kobieta? Czy ona zasługuje na życie w kłamstwie? Może byłaby wdzięczna, gdyby poznała prawdę. Dlaczego chcesz pozbawić ją tego prawa?

— Hancer, zamknij się! — wybuchł nagle Cihan, uderzając dłonią o stół.

W jadalni zapadła cisza.

Ale Hancer nie cofnęła się ani o krok.

Przyzwyczaiła się już do jego wybuchów. Nie robiły na niej takiego wrażenia jak kiedyś.

— Kobieta lepiej rozumie drugą kobietę — powiedziała spokojniej, lecz z determinacją. — Jeśli ty nie chcesz, ja z nią porozmawiam. Wytłumaczę wszystko delikatnie.

Spojrzała mu prosto w oczy.

— To nie tylko sprawa Beyzy. To sprawa dziecka. A jego życie jest tego warte.

Cihan milczał przez chwilę, wpatrując się w nią z napięciem. W jego oczach toczyła się walka — gniew mieszał się z czymś trudniejszym do nazwania.

W końcu odsunął krzesło.

— Przygotuj się na wieczór — powiedział nagle.

Hancer zamrugała zaskoczona.

— Co?

— Zabiorę cię gdzieś.

— W takim momencie? — zapytała z niedowierzaniem. — Teraz?

— Właśnie teraz — odpowiedział twardo. — Rozmawiamy tylko o Beyzie. Ranimy się przez nią nawzajem. Wystarczy już tego.

Podszedł bliżej stołu.

— Pojedziemy gdzieś. Tylko ty i ja. Na chwilę zapomnimy o tym wszystkim. Oboje tego potrzebujemy.

Hancer pokręciła głową, nie kryjąc rozczarowania.

— Jesteś niewiarygodny… — wyszeptała. — Podczas gdy ona jest w takiej sytuacji, my mamy jechać i udawać, że wszystko jest w porządku?

Jej spojrzenie stwardniało.

— Jutro mija termin, Cihanie. Jutro to dziecko może stracić życie, a ty chcesz, żebym… co? Uśmiechała się i bawiła?

— Zrobiłaś już wszystko, co mogłaś — przerwał jej chłodno. — Nie wtrącaj się więcej.

Wyprostował się.

— Bądź gotowa wieczorem. Koniec dyskusji.

Odwrócił się i bez słowa wyszedł z jadalni.

Hancer została sama przy stole. Wśród nietkniętych potraw i ciszy, która nagle stała się jeszcze cięższa.

***

Cisza w jadalni nie trwała długo.

Po chwili do środka weszła Mukadder. Jej kroki były spokojne, niemal dostojne, jakby od początku wiedziała, że zastanie tu Hancer. Bez pośpiechu podeszła do stołu i zajęła miejsce, które przed chwilą należało do jej syna — naprzeciwko młodej kobiety.

Przez moment przyglądała się jej uważnie, po czym na jej ustach pojawił się ciepły, niemal matczyny uśmiech.

— Brawo — powiedziała łagodnie. — Zdobyłaś moje serce.

Hancer uniosła głowę, wyraźnie zaskoczona.

— Nie rozumiem…

— Słyszałam waszą rozmowę — przyznała spokojnie Mukadder. — Przez przypadek. I muszę powiedzieć jedno… To, jak stanęłaś w obronie Beyzy, było piękne.

Hancer zmarszczyła lekko brwi, niepewna.

— Nie zrobiłam tego, żeby zawstydzić Cihana. Ani żeby go zdenerwować.

— Oczywiście, że nie — przytaknęła Mukadder szybko. — I właśnie dlatego było to tak szczere. Powiedziałaś to, co czujesz. Pokazałaś mu właściwą drogę.

Nachyliła się lekko nad stołem, a jej spojrzenie stało się bardziej przenikliwe.

— Niewielu ma odwagę sprzeciwić się Cihanowi w ten sposób. Nawet ja, jego matka, nie zawsze mogę mu coś narzucić. Ale ty… ty jesteś jego żoną. Twoje słowa mają dla niego inną wagę.

Hancer spuściła wzrok, jakby nie była pewna, czy powinna przyjąć te słowa.

Mukadder uśmiechnęła się lekko.

— Widzisz? Nawet zaproponował ci wyjazd. Chce cię udobruchać, zatrzymać przy sobie. Nie każda kobieta jest tak ceniona przez swojego męża.

Na ułamek sekundy jej głos przygasł.

— Na przykład moja Beyza… — dodała.

Hancer westchnęła cicho.

— Mam nadzieję, że wszystko się jeszcze ułoży. Modlę się o to.

Mukadder pokręciła głową.

— Sama modlitwa nie wystarczy.

W jej głosie pojawiła się nuta stanowczości.

— Trzeba działać. Trzeba naciskać. Spójrz na mnie — zawahała się na moment, jakby odsłaniała coś, co bolało — nie zdołałam odzyskać własnego męża. Nie chcę, żeby Beyzę spotkał ten sam los.

Zacisnęła lekko dłonie na stole.

— Głównym problemem jest ta kobieta. Ta, która przywiązała do siebie męża Beyzy. Bezwstydnie rozbija czyjeś życie, nie zważając na dziecko.

— Nie oceniajmy jej pochopnie — przerwała spokojnie Hancer. — Może ona nic nie wie.

Mukadder spojrzała na nią uważnie, jakby właśnie na to czekała.

— W takim razie… trzeba jej powiedzieć.

Zapadła krótka cisza.

— Kobieta ma prawo znać prawdę — dodała ciszej. — Sama to powiedziałaś Cihanowi.

Hancer zawahała się.

— Ale kto miałby to zrobić?

Mukadder odchyliła się lekko na krześle, splatając dłonie.

— Ktoś, kto ma odwagę.

Zatrzymała na niej wzrok.

— Gdybym to była ja, Cihan by mi tego nie wybaczył. Ale ty…

Nie dokończyła zdania. Nie musiała. Hancer zrozumiała.

— Sugerujesz, żebym to ja z nią porozmawiała?

— Sugeruję tylko, żebyś była konsekwentna — odparła miękko Mukadder. — Czy nie mówiłaś tego wszystkiego z przekonaniem?

Hancer podniosła głowę. W jej oczach pojawiła się determinacja.

— Mówiłam. I nie wycofuję się z tego. Jeśli to pomoże, porozmawiam z nią.

Mukadder skinęła głową, jakby właśnie tego oczekiwała.

— W takim razie idź. Zrób to.

— A Cihan? — zapytała ostrożnie Hancer.

— Nie musi wiedzieć — odpowiedziała spokojnie. — A nawet jeśli się dowie, czy naprawdę mógłby się gniewać za coś takiego? Ratujesz życie niewinnego dziecka.

Jej głos złagodniał niemal do szeptu.

— To dziecko będzie ci wdzięczne przez całe życie.

Hancer zawahała się jeszcze przez moment.

— Nie znam tej kobiety…

Na ustach Mukadder pojawił się lekki uśmiech.

— Ja ją znam.

Zrobiła krótką pauzę.

— Zorganizuję wam spotkanie. Wystarczy, że powiesz „tak”.

Hancer wstała powoli od stołu, jakby podjęcie decyzji kosztowało ją więcej, niż chciała pokazać.

— Najpierw porozmawiam z Beyzą — powiedziała stanowczo. — Muszę wiedzieć, co ona o tym myśli.

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę wyjścia. Jej kroki były szybkie, zdecydowane.

Mukadder została sama. Przez chwilę siedziała nieruchomo, po czym powoli uniosła głowę. Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu — chłodnego, wyrachowanego.

W jej oczach nie było już ciepła.

Ptaszek sam wleciał do klatki… — pomyślała. — I choćby trzepotał skrzydłami do utraty sił, nie znajdzie drogi ucieczki.

***

W pokoju Beyzy panował spokój, który tylko z pozoru koił nerwy. Jasne światło wpadające przez wysokie okna rozlewało się po wnętrzu, odbijając się od jasnych ścian i ciężkich zasłon. Na środku, między dwoma aksamitnymi fotelami w odcieniu głębokiego burgundu, stał niewielki stolik. Atmosfera była jednak daleka od komfortu — napięcie wisiało w powietrzu jak niewidzialna nić.

Hancer usiadła naprzeciwko Beyzy, prostując się lekko, jakby chciała dodać sobie odwagi.

— Beyzo… — zaczęła cicho, ale stanowczo. — Chodzi o dziecko.

Zawahała się na moment, po czym kontynuowała:

— Ta kobieta… ona również nie pozostanie obojętna. Jestem pewna, że jeśli pozna prawdę, odpuści.

Westchnęła ciężko, jakby już teraz odczuwała ciężar decyzji, którą zamierzała podjąć.

— Wiem, że Cihan będzie wściekły… — dodała ciszej. — Ale mimo to muszę z nią porozmawiać. Tylko, proszę cię… nie rób niczego pochopnego. Nie krzywdź dziecka.

Beyza patrzyła na nią przez chwilę w milczeniu. Jej twarz była napięta, jakby próbowała zrozumieć, co tak naprawdę słyszy. W jej oczach pojawił się cień niepewności — coś, co nie pasowało do jej zwykłej pewności siebie.

W tym momencie drzwi uchyliły się niemal bezszelestnie. W progu stanęła Mukadder.

Nie odezwała się ani słowem. Jej obecność była cicha, niemal niewidoczna — ale spojrzenie, które posłała Beyzie, mówiło wszystko. Krótkie, znaczące skinienie. Subtelny błysk w oczach.

Mam to pod kontrolą.

Beyza odwzajemniła spojrzenie. I nagle… coś się w niej zmieniło.

Niepewność zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Jej postawa się wyprostowała, a w oczach znów pojawił się chłodny, wyrachowany blask.

Spojrzała na Hancer.

— Naprawdę zrobisz to dla mnie? — zapytała, tym razem spokojniej, niemal miękko.

Hancer skinęła głową bez wahania.

— Jeśli tego chcesz… zrobię to.

Nie zauważyła nawet, że nie są same.

Na ustach Beyzy pojawił się cień uśmiechu — ledwie dostrzegalny, ale pełen znaczenia.

— Jeśli zrobisz dla mnie coś takiego — powiedziała cicho — będę ci wdzięczna do końca życia.

Hancer pochyliła się lekko do przodu.

— Czy chcesz, żebym coś jej przekazała?

Na te słowa Beyza zmrużyła oczy. Jej twarz stwardniała, a głos nabrał ostrej, niepokojącej nuty.

— Tak. Powiedz jej jedno.

Zrobiła krótką pauzę, jakby smakowała każde słowo.

— Jeśli nie odejdzie od mojego męża… moje dziecko będzie ją prześladować w zaświatach.

Jej spojrzenie stało się zimne.

— A ja… — dodała ciszej, z wyraźną groźbą — ja dopilnuję, żeby nie zaznała spokoju tu, na ziemi.

W pokoju zapadła cisza. Słowa zawisły w powietrzu jak ciężar, którego nie dało się zignorować.

Hancer zamarła na moment, zaskoczona ich brutalnością.

Mukadder uśmiechnęła się lekko. Bezszelestnie cofnęła się i zamknęła drzwi tak cicho, jakby nigdy jej tam nie było.

Na jej twarzy malowała się satysfakcja. Plan właśnie zaczął się realizować.

***

Beyza uniosła szklankę i upiła kilka łyków wody. Przez chwilę milczała, jakby porządkowała myśli, po czym spojrzała na siedzącą naprzeciwko niej Mukadder. W jej oczach pojawił się błysk — coś pomiędzy podziwem a niedowierzaniem.

— Ciociu… — odezwała się powoli. — Gdzie ty nauczyłaś się takiej przebiegłości?

Na jej ustach pojawił się lekki uśmiech.

— Wysłałaś Hancer na spotkanie… z samą sobą. — Pokręciła głową z uznaniem. — Ciebie naprawdę trzeba się bać.

Mukadder uniosła lekko brew, jakby nie przyjmowała tego jako komplementu, a raczej jako oczywistość.

— To nie ja wymyśliłam ten plan — odparła spokojnie. — Ta dziewczyna sama podsunęła mi rozwiązanie.

Oparła się wygodniej w fotelu, splatając dłonie.

— Uparcie naciskała Cihana, żeby porozmawiał z „tą kobietą”. Była przekonana, że gdy tylko prawda wyjdzie na jaw, tamta odejdzie.

Na jej ustach pojawił się cień chłodnego uśmiechu.

— Więc… postanowiłam jej w tym pomóc.

Beyza zaśmiała się cicho, kręcąc głową.

— Niesamowite… — szepnęła. — Ona naprawdę walczy o mnie z całych sił.

Jej spojrzenie stwardniało.

— Tym razem musi się udać. Jeśli ta naiwna Hancer się nie wycofa, odzyskam wszystko. Cihana. Swoje miejsce. Swoją rodzinę.

Mukadder spojrzała na nią uważnie, pewna siebie.

— Nie martw się. Nie złamie danego słowa. Pójdzie na to spotkanie.

Zrobiła krótką pauzę.

— A kiedy prawda uderzy ją prosto w twarz… sama odejdzie. Wróci tam, skąd przyszła, i nie obejrzy się za siebie.

Beyza zmarszczyła lekko brwi.

— Jest tylko jedna rzecz, której nie rozumiem… — powiedziała ciszej. — Ma się spotkać sama ze sobą. To przecież niemożliwe.

Spojrzała na Mukadder z rosnącą ciekawością.

— Co dokładnie się wydarzy? Jak Hancer dowie się prawdy?

Mukadder uśmiechnęła się tajemniczo, jak ktoś, kto zna zakończenie historii, ale nie zamierza go zdradzić.

— Odrobina niepewności jeszcze nikomu nie zaszkodziła — odparła lekko. — Film nie ma sensu, jeśli od początku znasz jego finał.

W tym momencie jej telefon zawibrował na stoliku. Mukadder sięgnęła po niego bez pośpiechu i odebrała.

— Halo, Hancer?

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy, po czym odezwał się lekko zaniepokojony głos.

— Jestem na miejscu, ale nikogo tu nie ma. Czekam w parku przy porcie, na ławce. Czy to na pewno tutaj?

Mukadder zerknęła przelotnie na Beyzę, po czym odpowiedziała spokojnym, uspokajającym tonem:

— Tak, to właściwe miejsce. Dokładnie tam kazałam jej przyjść.

Zawiesiła głos na moment.

— Może… zabrakło jej odwagi. Nie każdy potrafi stanąć twarzą w twarz z prawdą.

Hancer westchnęła cicho.

— Mogłabym jeszcze poczekać, ale umówiłam się z Cihanem. Już do mnie dzwonił. Nie odebrałam, bo nie chcę go okłamywać. Czeka na mnie w firmie. Powiedział, że mnie gdzieś zabierze.

Mukadder skinęła głową, choć Hancer nie mogła tego zobaczyć.

— Zrobiłaś wszystko, co mogłaś — powiedziała łagodnie. — Nie ma sensu, żebyś dłużej czekała. Daj jej jeszcze chwilę… a potem idź. Jeśli ktoś zamyka oczy na prawdę, to już jego wybór.

— Dobrze — padła cicha odpowiedź.

Mukadder rozłączyła się powoli. Odłożyła telefon, wygładziła materiał bluzki i znów oparła się w fotelu, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło.

Spojrzała na Beyzę.

— Gratuluję, synowo.

Beyza zmarszczyła brwi, wyraźnie zdezorientowana.

— Ciociu… co się właśnie stało? Nic z tego nie rozumiem.

Mukadder przechyliła lekko głowę, a na jej twarzy pojawił się spokojny, pewny siebie uśmiech.

— Spokojnie — powiedziała miękko. — Twoja ciocia niczego nie zostawia przypadkowi.

Jej oczy błysnęły.

— Żałuję tylko jednego… że nie zobaczę jej twarzy w chwili, gdy zrozumie prawdę.

Uśmiechnęła się szerzej. Tajemniczo.

***

Słońce stało już wysoko, a nadmorska alejka tonęła w ciepłym, migoczącym świetle. Liście drzew poruszały się lekko na wietrze, rzucając na ziemię niespokojne cienie. W oddali widać było spokojną taflę morza i niewielki port, w którym kołysały się łodzie.

Hancer przechadzała się wzdłuż ścieżki, raz przyspieszając, raz zwalniając, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca. Co chwilę zerkała w stronę wejścia do parku, a potem na zegarek. W końcu, z ciężkim westchnieniem, wróciła na ławkę i usiadła, splatając dłonie na kolanach.

— Jeszcze chwilę… — szepnęła do siebie. — Poczekam jeszcze chwilę i pójdę.

Ciszę przerwał nagle dźwięk silnika. Na alejce zatrzymał się skuter. Kierowca w kasku zeskoczył z niego sprawnie, otworzył schowek i wyjął papierową torbę.

Podszedł do niej pewnym krokiem.

— Czy pani Hancer? — zapytał.

Dziewczyna podniosła się z ławki, zaskoczona.

— Tak… to ja.

Mężczyzna wyciągnął w jej stronę torbę.

— To dla pani.

Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Dla mnie? Ale… co to jest? Kto to przysłał?

— Miała się pani tutaj z kimś spotkać — odpowiedział rzeczowo. — Ta osoba nie mogła przyjść, więc poprosiła, żebym to przekazał.

Nie czekając na kolejne pytania, podał jej torbę, skinął krótko głową i wrócił na skuter. Po chwili zniknął między drzewami, zostawiając po sobie tylko cichy ślad spalin i jeszcze większy niepokój.

Hancer usiadła powoli. Papierowa torba była lekka, ale jej dłonie nagle stały się ciężkie. Ostrożnie zajrzała do środka i wyjęła eleganckie, białe pudełko, przewiązane czarną, starannie zawiązaną kokardą.

Przez moment tylko na nie patrzyła.

— Co to ma znaczyć…? — wyszeptała.

Jej palce zacisnęły się na wstążce. Już miała ją rozwiązać, gdy za jej plecami rozległ się znajomy głos:

— Hancer…

Zadrżała i gwałtownie odwróciła głowę.

Cihan stał kilka kroków dalej, patrząc na nią z lekkim zdziwieniem, ale i ulgą, że ją znalazł. Podszedł bliżej.

— To tutaj mieliśmy się spotkać? — zapytał. — Nie wiedziałem…

Hancer szybko zamknęła pudełko i odłożyła je na torbę.

— Nie… — odpowiedziała, starając się brzmieć naturalnie. — Nie mówiłeś, żebym przyszła do firmy?

Cihan zmarszczył lekko brwi.

— Właśnie to powiedziałem. Więc co robisz tutaj? — Spojrzał na nią uważniej. — Umówiłaś się z kimś?

— Nie… — zawahała się. — Po prostu… potrzebowałam świeżego powietrza.

Na jego twarzy pojawił się cień niedowierzania.

— Naprawdę? — podszedł bliżej i delikatnie ujął ją za ramiona. — Czekam na ciebie w firmie, a ty przychodzisz tutaj, żeby odetchnąć?

Poczuł, że lekko drży.

— Hancer… — jego głos złagodniał. — Czy coś się stało w domu? Mama coś powiedziała?

Dziewczyna pokręciła szybko głową.

— Nie. Nic się nie stało. Ja tylko… — urwała i spojrzała na niego z lekkim niepokojem. — Skąd wiedziałeś, że tu jestem?

Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.

— Umówiłem się z jedną piękną kobietą — powiedział lekko. — Ale wystawiła mnie do wiatru.

Nachylił się odrobinę bliżej.

— Na szczęście moja bratowa powiedziała mi, gdzie ją znaleźć. Zdążyłem, zanim uciekła dalej.

Hancer nie zdołała powstrzymać uśmiechu. Napięcie na moment ustąpiło, choć gdzieś głęboko w niej wciąż czaił się niepokój.

Cihan objął ją i przyciągnął do siebie. Tym razem nie protestowała — wtuliła się lekko w jego ramiona, jakby na chwilę chciała zapomnieć o wszystkim.

— Skończyłem wcześniej — powiedział cicho przy jej włosach. — Chodźmy stąd.

Hancer skinęła głową. Wzięła go pod ramię i razem ruszyli w stronę wyjścia z parku.

W drugiej dłoni trzymała papierową torbę.

Białe pudełko, przewiązane czarną wstążką, spoczywało w niej cicho i niewinnie.

***

Mukadder siedziała wygodnie w aksamitnym fotelu, z pozoru spokojna, niemal niewzruszona. Jej dłonie spoczywały na podłokietnikach, a na twarzy malował się cień zadowolenia. Zupełnie inaczej niż Beyza, która krążyła po pokoju jak uwięzione zwierzę — z rękami skrzyżowanymi na piersi, spięta, rozdrażniona, niezdolna do zatrzymania się choćby na chwilę.

— Dlaczego ona wciąż tam siedzi? — wyrzuciła w końcu z siebie, zatrzymując się gwałtownie. — Ile można czekać? Co ty właściwie planujesz? Powiedz mi wreszcie!

Mukadder uniosła na nią spokojne spojrzenie.

— Już ci mówiłam — odparła miękko. — Cierpliwość to podstawa.

Beyza prychnęła z irytacją.

— Nie mam już cierpliwości! — Jej głos zadrżał. — Nie mogę tego znieść!

Mukadder lekko się uśmiechnęła, jakby ten wybuch tylko ją rozbawił.

— Nie musisz — powiedziała spokojnie. — Wystarczy, że mi zaufasz. Twoja ciocia dotrzymuje słowa. Ta dziewczyna… — zrobiła krótką pauzę — już nigdy nie wróci do tej rezydencji.

W tej samej chwili telefon w jej dłoni zawibrował. Mukadder spojrzała na ekran, a jej uśmiech pogłębił się niemal niezauważalnie.

— Przesyłka została dostarczona.

Beyza natychmiast podeszła bliżej.

— Jaka przesyłka? — zapytała, marszcząc brwi.

Mukadder odłożyła telefon i splatając palce, oparła się wygodniej.

— Przygotowałam małą niespodziankę dla mojej synowej.

— Niespodziankę? — Beyza zmrużyła oczy. — Co masz na myśli? List? Jakąś wiadomość?

Mukadder pokręciła głową z pobłażliwym uśmiechem.

— Naprawdę aż tak nisko mnie oceniasz? — zapytała cicho. — To nie jest coś, co można zignorować. To coś, co… uderzy ją prosto w serce.

Pochyliła się lekko do przodu, a jej głos stał się chłodniejszy.

— Wystarczy, że podniesie wieko. W jednej chwili zobaczy prawdę. I zrozumie, kim naprawdę jest ta osoba.

Beyza przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu, po czym na jej ustach pojawił się cień uśmiechu.

— Brzmi pięknie — powiedziała powoli. — Ale mam nadzieję, że nic się nie zepsuje po drodze.

— Nic się nie zepsuje — odparła stanowczo Mukadder. — Jak tylko to zobaczy, ucieknie. Nawet się nie obejrzy.

Westchnęła lekko.

— Szkoda tylko, że nie zobaczymy jej twarzy w tej chwili.

Beyza parsknęła cicho.

— Rzeczywiście — przyznała. — Oddałabym wszystko, żeby to zobaczyć.

Drzwi otworzyły się nagle i do środka weszła Sinem. Zatrzymała się przy progu, jakby niepewna, czy nie przerywa czegoś ważnego.

— Cihan do mnie dzwonił — oznajmiła.

Mukadder nawet na nią nie spojrzała.

— Mów.

— Nie mógł skontaktować się z Hancer i zapytał, gdzie jest. Powiedziałam mu, że poszła na wybrzeże. Pojechał do niej.

Zawahała się na moment.

— I… powiedział też, że nie wrócą dziś wieczorem. Kazał mi przekazać to pani.

Mukadder skinęła głową, jakby ta informacja nie miała dla niej większego znaczenia.

— Dlaczego jeszcze tu stoisz? — zapytała chłodno. — Powiedziałaś, co miałaś powiedzieć. Możesz iść.

Sinem spuściła wzrok, odwróciła się i bez słowa wyszła.

Drzwi zamknęły się cicho.

W tej samej chwili Beyza wybuchnęła:

— On dalej za nią biega! — syknęła ze złością. — Cały czas! Nasza nadzieja jest daremna. Uczepił się jej jak rzep psiego ogon!

Mukadder spojrzała na nią z lekkim zniecierpliwieniem.

— Uspokój się — powiedziała spokojnie. — Zbyt szybko malujesz najgorsze scenariusze.

Uniosła lekko podbródek.

— Hancer odejdzie sama. W chwili, gdy otworzy paczkę. Jeśli choć trochę ją znam, nie zostanie tam ani sekundy.

Beyza zawahała się, a w jej głosie pojawiła się nuta niepewności:

— A jeśli zacznie płakać? Jeśli się załamie, a Cihan ją pocieszy? Pogodzą się i wrócą razem?

Mukadder zmrużyła oczy.

— Znowu przywołujesz nieszczęście — powiedziała chłodno. — To się nie wydarzy.

Na jej ustach pojawił się cienki, pewny uśmiech.

— Tym razem wszystko potoczy się dokładnie tak, jak zaplanowałam.

***

Cihan zatrzymał samochód przed rozległą, imponującą posiadłością, której czerwone ceglane ściany lśniły w słońcu, a białe kolumny nadawały jej niemal pałacowy charakter. Dom otaczał zadbany ogród pełen kwiatów, przyciętych krzewów i miękkiej, soczyście zielonej trawy. Tuż obok rozciągał się błękitny basen, w którym odbijało się bezchmurne niebo — jakby całe to miejsce było wyjęte z marzenia, stworzone z myślą o spokoju i pięknie.

Hancer zatrzymała się na chwilę, oczarowana.

— To… wygląda jak raj — wyszeptała z zachwytem. — Jakby ktoś zamknął najpiękniejszy ogród świata w jednym miejscu.

Cihan spojrzał na nią z ciepłym uśmiechem.

— Właśnie dlatego cię tu przywiozłem — odpowiedział miękko. — Bo to miejsce jest godne kogoś takiego jak ty. Kogoś, kto rozświetla wszystko wokół.

Ujął ją delikatnie za rękę i poprowadził do środka.

Wnętrze domu było równie zachwycające. Jasne ściany, szerokie łuki przejść i duże okna wpuszczające do środka światło sprawiały, że przestrzeń wydawała się niemal eteryczna. W salonie czekał przygotowany stół — przykryty jasnym obrusem, ozdobiony płatkami róż i świeżymi kwiatami w wazonie. Na talerzu starannie ułożono soczyste owoce: winogrona, truskawki i plasterki jabłek, a obok znajdowała się misa pełna kolorowych słodkości.

Hancer rozejrzała się powoli, jakby bała się, że to wszystko zniknie, jeśli mrugnie.

— To miejsce… jest jak z bajki — powiedziała cicho.

Cihan stanął za nią i objął ją ramionami, przyciągając lekko do siebie.

— Bo chciałem, żebyś poczuła się tutaj jak w swojej własnej historii — szepnął przy jej uchu.

Delikatnie odsunął się i wskazał fotel przy stole.

— Usiądź. Przygotuję kawę.

Hancer skinęła głową, ale ciekawość szybko pociągnęła ją w stronę kuchni. Weszła cicho, jakby nie chciała zakłócić tej niezwykłej chwili. Gdy otworzyła lodówkę, jej wzrok natychmiast przyciągnęło niewielkie, perfekcyjnie wykonane ciasto.

Było w kształcie serca — pokryte lśniącą, czerwoną polewą, delikatnie połyskującą w chłodnym świetle wnętrza. Na jego powierzchni spoczywała mała tabliczka z napisem: „Tylko Ty”. U podstawy ciasta rozsypano drobne płatki migdałów, które dodawały mu subtelnej elegancji.

Hancer wyjęła je ostrożnie, jakby trzymała coś bardzo kruchego i cennego.

W tym momencie Cihan podszedł bliżej i objął ją od tyłu, oplatając ramionami jej talię. Oparł brodę o jej ramię, spoglądając na ciasto razem z nią.

— Podoba ci się? — zapytał cicho.

Hancer uśmiechnęła się, a w jej oczach pojawiło się ciepło.

— „Tylko Ty”… — powtórzyła, po czym lekko pokręciła głową. — Nie. To nie tak.

Odwróciła głowę w jego stronę.

— Tylko my.

Cihan uśmiechnął się jeszcze szerzej i przytulił ją mocniej, jakby chciał zatrzymać tę chwilę na zawsze.

***

Hancer i Cihan usiedli naprzeciw siebie przy niewielkim stoliku, na którym unosił się zapach świeżo zaparzonej kawy. Przez szerokie okna wpadało miękkie światło popołudnia, otulając ich ciepłem i spokojem. Hancer ostrożnie postawiła przed sobą talerzyk z ciastem w kształcie serca. Przez chwilę tylko na nie patrzyła, jakby było czymś więcej niż zwykłym deserem.

— Jest takie piękne… — powiedziała cicho, niemal szeptem. — Aż szkoda je kroić. Jakby miało w sobie coś… wyjątkowego.

Cihan uśmiechnął się lekko. Upił łyk kawy, odstawił filiżankę i sięgnął po jej dłonie. Jego dotyk był ciepły i pewny, jakby chciał ją zakotwiczyć w tej chwili.

— Wiesz, co jest najpiękniejsze? — zapytał, patrząc jej prosto w oczy. — Ty… kiedy się uśmiechasz. Kiedy twoje oczy się śmieją.

Na moment zamilkł, jakby szukał właściwych słów, choć emocje mówiły za niego.

— Twoja wrażliwość… to, jak patrzysz na świat… daje mi siłę, Hancer. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem.

Delikatnie uniósł jej dłoń i przyłożył do swojej piersi.

— Czujesz to? — wyszeptał. — To dla ciebie. Chcę, żeby tak było zawsze. Żebyś była moją pierwszą i ostatnią miłością.

Hancer przymknęła oczy, a potem bez wahania oparła głowę na jego ramieniu, wtulając się w niego, jakby wreszcie znalazła miejsce, którego tak długo szukała.

— Tak bardzo się bałam — wyznała cicho. — Myślałam, że to wszystko było tylko chwilą. Że już nigdy nie będziemy sobie tak bliscy jak tamtej nocy…

Jej głos lekko zadrżał.

— Bałam się, że byłam dla ciebie tylko jednorazową przygodą. Że to, co było między nami, nie znaczyło dla ciebie nic. Że w twoim sercu… nie ma dla mnie miejsca.

Cihan odsunął się odrobinę, by spojrzeć jej w oczy. W jego spojrzeniu nie było już wahania — tylko pewność.

— To niemożliwe — powiedział stanowczo. — Nawet jeśli czasem się oddalałem, nawet jeśli nie potrafiłem tego okazać… kochałem cię tak samo mocno. Z każdym dniem coraz bardziej.

Hancer uniosła wzrok, jakby chciała upewnić się, że to nie jest tylko piękne kłamstwo.

— Obiecaj mi, Cihanie — powiedziała cicho, ale z naciskiem. — Że nigdy więcej nie sprawisz, że poczuję się w ten sposób. Że ten strach już do mnie nie wróci. Nie zawiedziesz mnie…

Cihan nie zawahał się ani przez sekundę.

— Obiecuję.

Przyciągnął ją do siebie i objął mocniej, jakby chciał ochronić ją przed całym światem.

Ale nagle coś w jego spojrzeniu się zmieniło. Jak cień, który pojawia się niespodziewanie w pełnym słońcu.

Oderwał się od niej, jakby dopiero teraz coś sobie przypomniał.

— Przepraszam… — powiedział ciszej. — Muszę odwołać coś związanego z pracą. Zadzwonię do sekretarki.

Sięgnął po telefon i wyszedł na balkon.

Na zewnątrz powitał go widok spokojnego ogrodu i lśniącej tafli basenu. Wszystko wydawało się idealne — zbyt idealne, by pasowało do chaosu, który nagle pojawił się w jego myślach.

Oparł się o balustradę i przymknął oczy.

— Każde jej słowo, każde spojrzenie… jest jak policzek — wyszeptał do siebie. — Jak mam się z tego wyrwać?

Ścisnął mocniej telefon w dłoni.

— Muszę powiedzieć jej prawdę — dodał po chwili, z trudem. — Ale jeśli to zrobię…

Urwał. W jego oczach pojawił się ciężar, którego nie dało się już ukryć.

— …mogę ją stracić na zawsze.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 67.Bölüm i Gelin 68.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy