Złoty chłopak odc. 292: Zdrada! Abidin odkrywa sekret Suny i Ferita!

Abidin i Suna w ostrej kłótni.

„Złoty chłopak” Odc. 292 – streszczenie

Gabinet lekarski jest jasny, uporządkowany, niemal sterylny — jakby miał odcinać emocje od wszystkiego, co się w nim wydarza. Za biurkiem siedzi lekarka, spokojna i rzeczowa. Naprzeciwko niej — Seyran, a obok Suna i Esme. Każda z nich napięta, każda zamknięta w swoich myślach.

Seyran siedzi wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach, jakby próbowała nimi powstrzymać drżenie.

— Tak jak już mówiłam — zaczyna lekarka łagodnie, ale bez zbędnych złudzeń. — Szanse na zajście w ciążę są bardzo małe. Jednak odpowiednie leczenie może to prawdopodobieństwo zwiększyć.

Na twarzy Seyran pojawia się nagłe rozjaśnienie. W jej oczach zapala się iskra nadziei, tak krucha, że aż bolesna.

— Naprawdę? — pyta cicho, jakby bała się, że to tylko złudzenie.

Lekarka przez moment milczy.

— Tak… ale to leczenie niesie ze sobą poważne ryzyko. Może doprowadzić do nawrotu choroby.

Słowa spadają ciężko, przygniatająco.

— Przykro mi — dodaje spokojnie. — To trudna decyzja.

Seyran zamiera.

— Czyli… — zaczyna ostrożnie — moja choroba może wrócić, ale mogłabym zajść w ciążę?

— Tak. To możliwe.

Na moment wszystko cichnie.

W myślach Seyran odzywa się głos Ferita. Ciepły. Bliski.

„Wyobraź sobie… te malutkie rączki… piękne jak ty i charyzmatyczne jak ja… nasze dziecko…”

Jej oddech przyspiesza. Podnosi wzrok.

— Pani doktor… — mówi, zbierając się w sobie. — Jeśli zdecydowałabym się na leczenie i zaszłabym w ciążę, a choroba by wróciła… czy dożyję narodzin dziecka?

Zapada cisza.

— Co to za pytanie?! — wybucha natychmiast Esme, odwracając się do córki. — Broń Boże, Seyran!

Suna spogląda na siostrę z niepokojem.

— Nie waż się nawet tak myśleć…

Lekarka zachowuje spokój, choć jej spojrzenie łagodnieje.

— Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie — mówi cicho. — Mam obowiązek przedstawić wszystkie możliwości, ale nie mogę dać żadnej pewności.

Seyran przyjmuje to bez ruchu. Jakby spodziewała się właśnie takiej odpowiedzi.

— Nie pozwalam na to! — podnosi głos Esme, wstając gwałtownie. — Nie zgadzam się! Chodź, córko. Proszę, wychodzimy stąd. Źle się czuję.

Ale Seyran ani drgnie. Siedzi nieruchomo, wbita w krzesło, jakby zapuściła w nie korzenie.

— Pani doktor — mówi dalej, ignorując protesty matki — czy powinnam martwić się o zdrowie dziecka?

Lekarka splata dłonie na biurku.

— Każda ciąża wiąże się z ryzykiem. Ale w twoim przypadku nie widzę powodów, by spodziewać się dodatkowych powikłań.

— Złożę na panią skargę! — wybucha Esme. — Powiedziałyśmy, że tego nie chcemy! To się nie wydarzy!

Lekarka spogląda na nią spokojnie, ale stanowczo.

— Moją pacjentką jest Seyran, nie pani. Mam obowiązek odpowiedzieć na wszystkie jej pytania.

Seyran odwraca głowę w stronę matki i siostry.

— Mamo, siostro… proszę, wyjdźcie.

Jej głos jest cichy, ale nie pozostawia miejsca na sprzeciw.

Suna wstaje pierwsza. Delikatnie ujmuje Esme za ramię i prowadzi ją w stronę drzwi. Matka jeszcze coś mówi, jeszcze protestuje, ale pozwala się wyprowadzić.

Drzwi zamykają się. Zostaje cisza.

— Ile mam czasu? — pyta Seyran, patrząc prosto na lekarkę.

— Niewiele — odpowiada szczerze. — Z każdym dniem szanse maleją.

Seyran powoli kiwa głową. Przez chwilę siedzi bez ruchu, jakby próbowała unieść ciężar tej decyzji jeszcze zanim ją podejmie.

— Dziękuję — mówi w końcu cicho.

Wstaje. I wychodzi.

Z tą samą ciszą w sobie — ale już zupełnie inną niż ta, z którą tu przyszła.

***

Na wewnętrznym dziedzińcu, otoczonym starymi kamiennymi arkadami, powietrze jest ciężkie i nieruchome. Odpadający tynk, surowe ściany i zimne światło dnia tworzą scenerię, w której każda emocja wybrzmiewa mocniej.

Abidin stoi naprzeciwko Ferita. Nieruchomy. Napięty. W jego spojrzeniu nie ma już miejsca na wątpliwości — tylko gniew i rozczarowanie.

Ferit unika jego wzroku. Odpowiada zdawkowo, przeciąga odpowiedzi, jakby liczył, że rozmowa sama się rozmyje. Ale milczenie tylko podsyca napięcie.

W końcu prawda pada. To on przekonał Sunę. To on doprowadził do obciążenia rezydencji.

Abidin zamiera na ułamek sekundy. Jakby właśnie usłyszał coś, czego za wszelką cenę nie chciał usłyszeć.

A potem wybucha.

— Modliłem się, żeby to było kłamstwo… — mówi, a jego głos drży, choć stara się nad nim panować. — Chciałem, żebyś zaprzeczył. Żebyś powiedział, że nic takiego nie miało miejsca… Ale ty naprawdę zrobiłeś to za moimi plecami!

Ferit w końcu podnosi wzrok.

— Masz rację we wszystkim, co powiesz — odpowiada cicho, ale szybko dodaje: — Rozlicz mnie za to później, nie teraz.

Abidin robi krok bliżej. Ich twarze dzieli już tylko niewielka odległość.

— Nie ma żadnego „później”! — jego głos twardnieje. — Jak mogłeś zrobić coś za moimi plecami… razem z moją żoną? Wyjaśnij mi to!

— Nie zrobiliśmy nic za twoimi plecami. I nie zrobiliśmy nic złego.

Te słowa uderzają w Abidina jak policzek.

Chwyta się za głowę i przeczesuje placami włosy, jakby próbował uporządkować chaos, który właśnie w nim wybuchł.

— Dla naszego dobra — kontynuuje Ferit, coraz bardziej stanowczo. — Dla naszej przyszłości. Nie rób z igły wideł, Abi. Tak, przekonałem Sunę, ale nikt o tym nie wie. Ani dziadek, ani Seyran. Ty też nikomu nie mów.

Abidin opuszcza ręce. Patrzy na niego z niedowierzaniem.

— Jakie piękne życie… — mówi gorzko, rozkładając ręce. — Jaką piękną parą się staliście.

Podchodzi jeszcze bliżej.

— A gdybym ja zrobił coś takiego z Seyran? — wbija w niego spojrzenie. — Co byś zrobił na moim miejscu? Powiedz. Jestem bardzo ciekaw.

Ferit zaciska szczęki.

— Przestań opowiadać bzdury i nie doprowadzaj mnie do szału!

— Odpowiedz! — naciska Abidin, nie odpuszczając ani na krok. — Gdybyśmy zrobili coś za twoimi plecami, co byś zrobił?!

Na chwilę zapada cisza.

— Byłbym wściekły. Przekląłbym cię — rzuca w końcu Ferit. — Zadowolony?

Unosi palec, wskazując go ostrzegawczo.

— Ale ty tego nie zrobisz. To nie jest czas ani miejsce na to.

Abidin nie podnosi głosu. Nie musi. Podnosi jedynie dłoń i powoli wskazuje na Ferita. Jego spojrzenie jest lodowate.

— Właśnie że jest czas — mówi cicho. — I właśnie że jest miejsce. Jakim prawem działasz potajemnie z moją żoną?

Ferit prostuje się. W jego oczach pojawia się bunt.

— Bo mogę. Mam się ciebie pytać o pozwolenie?

Te słowa zawisają w powietrzu jak wyrok.

Abidin milknie na moment. Patrzy na niego długo, uważnie — jakby właśnie widział go po raz pierwszy.

Potem mówi spokojnie, niemal szeptem:

— Posłuchaj mnie dobrze.

Podnosi palec, ale jego gest jest opanowany, precyzyjny.

— Ostrzegam cię po raz ostatni. Trzymaj się z daleka.

Ferit prycha, z niedowierzaniem.

— Od kogo? Od czego? Mówimy o Sunie! Byłem waszym świadkiem na ślubie. Ona zrobiła to dla nas wszystkich. Dla mnie, dla ciebie, dla Seyran.

Abidin nie odpowiada. Mija go bez słowa, gwałtownym, zdecydowanym krokiem. Nie ogląda się za siebie.

A Ferit zostaje sam, pośród zimnych murów, które nagle wydają się jeszcze bardziej obce niż wcześniej.

***

Orhan, ulegając szantażowi Betül, wyrzuca Gülgün z rezydencji, pozbawiając ją nie tylko bezpiecznego schronienia, ale i resztek nadziei na wspólną przyszłość.

***

W tym samym czasie Wielka Dama opuszcza restaurację. Bez pośpiechu wsiada do eleganckiej limuzyny. Drzwi zamykają się cicho, odcinając ją od świata na zewnątrz. Na tylnej kanapie czeka już Sadık, wyprostowany, czujny.

Silnik rusza miękko, a samochód wtapia się w ruch uliczny.

— Tym razem była tam pani wyjątkowo długo — zauważa ostrożnie mężczyzna.

Cicek odwraca głowę i spogląda przez okno, jakby jeszcze przez chwilę była myślami gdzie indziej.

— Znalazłam kogoś, kto jako pierwszy stanie po naszej stronie, Sadıku — mówi spokojnie, z wyraźną satysfakcją. — Zadzwoń do Kazıma. Zaproś go na rozmowę. Powiem mu prawdę… że jestem matką Abidina.

Sadık marszczy brwi, wyraźnie zaskoczony.

— Ale proszę pani…

Cicek przerywa mu krótkim gestem dłoni.

— Jeśli choć część tego, co mówiła o nim jego żona, jest prawdą, Kazım może okazać się dla nas bardzo użyteczny. — Jej głos staje się chłodniejszy, bardziej wyrachowany. — A jeśli jest rozsądny… wybierze właściwą stronę.

Na moment zapada cisza.

— Stronę Abidina — dodaje po chwili — syna Wielkiej Damy, a nie bratanka Halisa.

Sadık powoli kiwa głową.

Limuzyna jedzie dalej, znikając wśród ulic, jakby niosła ze sobą plan, który dopiero zaczyna nabierać kształtu.

***

Wieczór w rezydencji jest cichy, niemal duszny. W sypialni panuje półmrok — ciepłe światło lamp rozlewa się po ścianach, na których widać leśny motyw, jakby natura próbowała ukoić napięcie, które wisi w powietrzu.

Suna leży na łóżku, pogrążona w myślach. Gdy drzwi się otwierają, natychmiast podnosi się i spogląda w ich stronę.

Do pokoju wchodzi Abidin.

Nie mówi nic.

Nie patrzy na nią tak jak zwykle.

Suna wstaje i bez wahania podchodzi do niego, obejmując go mocno, jakby chciała zatrzymać coś, co właśnie zaczyna się wymykać.

On jednak nie odwzajemnia uścisku. Jego ciało pozostaje sztywne. Jego ręce — nieruchome.

Suna powoli odsuwa się i spogląda na niego z niepokojem.

— Coś się stało? — pyta cicho. — Dlaczego tak na mnie patrzysz?

Abidin przez chwilę milczy, jakby ważył każde słowo.

— Co się stanie, kiedy Seyran dowie się, że ty i Ferit działaliście za jej plecami?

Suna marszczy brwi.

— O czym ty mówisz? Co takiego zrobiliśmy?

W jego oczach pojawia się gniew.

— Nadal robisz ze mnie głupca — mówi ostro. — Ty i Ferit zastawiliście rezydencję. Nic mi nie powiedziałaś. Jaki był twój cel, Suna?

Dziewczyna cofa się o krok.

— To nie jest nic wielkiego… — próbuje zbagatelizować. — Nie przesadzaj…

— Jak to „nic wielkiego”? — jego głos podnosi się gwałtownie. — Robisz rzeczy za moimi plecami!

— Miałam ci powiedzieć…

— Kiedy? — przerywa jej natychmiast. — Kiedy już wyrzucą nas z tego domu?

Zapada cisza.

— Nie ufasz mi — dodaje, ciszej, ale z jeszcze większym ciężarem. — Nie ufasz moim słowom. Ale kiedy Ferit coś ci mówi, idziesz za nim z zamkniętymi oczami. Zapomniałaś, że masz męża?

W oczach Suny pojawia się błysk oburzenia.

— Co ty mówisz? Słyszysz sam siebie?

— Gdybym się nie dowiedział, dalej byś milczała, prawda? — naciska Abidin. — Dlaczego, Suno? Dlaczego zawsze, kiedy chodzi o Ferita, zachowujesz się inaczej?

— Abidin, wystarczy!

— Nie, nie wystarczy! — odpowiada natychmiast. — Nie wstydziłaś się także przed swoją siostrą?

Suna prostuje się, a jej twarz twardnieje.

— Nie zrobiłam nic, co mogłoby kogokolwiek skrzywdzić.

— Naprawdę? — Abidin patrzy na nią z niedowierzaniem. — To idź i powiedz jej wszystko. Powiedz Seyran, co zrobiłaś z Feritem. Skoro to takie niewinne, dlaczego ukryłaś to przede mną?

Suna zaciska dłonie.

— Bo chcieliśmy zrobić coś dobrego. Dla wszystkich. Ja i Ferit…

— Dość! — przerywa jej gwałtownie.

Robi krok w jej stronę.

— Dlaczego wszyscy w tej rezydencji darzą Ferita taką ślepą wiarą? Czy było warto? Działać za plecami własnego męża z jego przyjacielem? Czy było warto stracić moje zaufanie?

Suna patrzy na niego, coraz bardziej poruszona.

— Abidinie, posłuchaj mnie. Mówię ci, że chcieliśmy dobrze. Naprawdę dobrze. Nie rozumiem twojej reakcji…

— A ja nie rozumiem ciebie — odpowiada chłodno. — Nie rozumiem, dlaczego całowałaś przyjaciela swojego męża.

Słowa zapadają jak cisza po wybuchu.

Suna zamiera. Jej oczy rozszerzają się w szoku. Przez chwilę patrzy na niego, jakby nie poznawała człowieka stojącego naprzeciwko.

Nie odpowiada. Nie zaprzecza. Po prostu odwraca się i wychodzi.

Drzwi zamykają się cicho.

A Abidin zostaje sam — w pokoju, który jeszcze przed chwilą był ich wspólną przestrzenią, a teraz wydaje się obcy i pusty.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 88.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy