„Panna młoda” Odc. 157 – streszczenie
Drzwi szpitala rozsunęły się gwałtownie i do środka wpadła Beyza z niemowlęciem na rękach. Dziecko zanosiło się rozpaczliwym płaczem, aż całe drżało w jej objęciach.
— Pomóżcie mi! Proszę, pomóżcie! Moje dziecko umiera! — krzyczała spanikowana, rozglądając się gorączkowo po holu.
Jej głos odbił się echem od jasnych ścian korytarza, natychmiast przyciągając uwagę personelu i pacjentów.
Cihan, który od dłuższego czasu nerwowo krążył pod salą, do której zabrano Hancer, odwrócił się gwałtownie. Gdy zobaczył Beyzę, momentalnie pobladł.
— Beyza?! Co się stało? — rzucił, podchodząc szybkim krokiem.
Kobieta była roztrzęsiona. Włosy wymknęły jej się z niedbałego upięcia, a twarz miała mokrą od łez.
— Od rana płacze… — wydusiła drżącym głosem. — Próbowałam wszystkiego. Nosiłam go, kołysałam, ale nic nie pomagało… Zrobił się siny od płaczu. Nie chciał jeść ani pić… Cihanie, moje dziecko umiera…
Cihan spojrzał na niemowlę i poczuł, jak serce ściska mu lodowaty strach. Bez chwili wahania odebrał syna z jej ramion.
— Lekarz! Natychmiast! — krzyknął w stronę personelu.
Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę sali ratunkowej. Pielęgniarka natychmiast otworzyła drzwi, a po chwili dziecko zniknęło w środku wraz z lekarzami.
***
Korytarz pogrążył się w napiętej ciszy.
Beyza i Cihan chodzili nerwowo pod drzwiami sali, nad którą świecił czerwony napis „ACIL”*. Co kilka sekund Cihan zerkał na zamknięte drzwi, jakby samym spojrzeniem próbował zmusić je do otwarcia.
— Co oni tam robią? — odezwał się w końcu gwałtownie. — Dlaczego to tyle trwa? Czemu nikt nic nam nie mówi?!
— Nie wiem… — wyszeptała Beyza, ocierając łzy.
Cihan zatrzymał się nagle i spojrzał na nią ostro.
— Beyzo… dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej, że jedziecie do szpitala?
Kobieta uniosła na niego zaczerwienione oczy.
— Przestań mnie atakować! — wybuchła drżącym głosem. — Jestem już wystarczająco zdruzgotana! Zamiast robić mi wyrzuty, powinieneś mnie wesprzeć!
Cihan zamknął oczy i przeciągnął dłonią po twarzy. Gniew mieszał się w nim ze strachem.
— Masz rację… — powiedział ciszej. — Kiedy cię zobaczyłem… przestraszyłem się, że dziecku stało się coś poważnego.
Beyza odwróciła wzrok.
— A ty? Dlaczego tu jesteś? — zapytała po chwili podejrzliwie. — Gulsum ci powiedziała? Nie mogłam dodzwonić się do taty, więc zadzwoniłam do rezydencji i powiedziałam, że jedziemy do szpitala.
Cihan zawahał się na ułamek sekundy.
— Dobrze zrobiłaś — odpowiedział krótko.
Nie miał zamiaru mówić jej, że przyjechał tu z Hancer.
W tej samej chwili drzwi sali rozsunęły się cicho. Z wnętrza wyszła młoda pielęgniarka w różowym uniformie.
— Dobry wieczór. Jestem pielęgniarką diabetologiczną.
Cihan natychmiast podszedł bliżej.
— Jak ma się mój syn?
Kobieta spojrzała na nich poważnie.
— Dziecko miało silną hipoglikemię. Ponieważ przez dłuższy czas nic nie jadło, poziom cukru we krwi spadł do bardzo niebezpiecznego poziomu. Istniało realne zagrożenie życia.
— Co?! — Cihan gwałtownie odwrócił się do Beyzy. — Dlaczego czekałaś tak długo?!
Beyza rozpłakała się jeszcze bardziej. Opadła ciężko na krzesełko pod ścianą i zakryła twarz dłońmi.
— Chciałam karmić go piersią… ale nie mam mleka… — łkała. — Nie mogłam go nakarmić… Nie potrafię nawet zaopiekować się własnym dzieckiem… Co ze mnie za matka…?
Pielęgniarka natychmiast uklękła przy niej.
— Proszę się uspokoić. Najważniejsze, że przyjechała pani na czas. Dziecko dostało odpowiednią terapię. Jego stan jest już stabilny.
— Jeśli coś mu się stanie… nigdy sobie tego nie wybaczę…
Pielęgniarka spojrzała na Cihana, który nadal stał sztywny i zaciskał zęby.
— Stan emocjonalny matki jest równie ważny jak stan dziecka — powiedziała spokojnie. — Muszę zadać kilka pytań. Kiedy urodziło się dziecko?
— Dwa dni temu — odpowiedziała cicho Beyza.
— Poród odbył się w tym szpitalu?
— Nie… w domu. Wszystko zaczęło się nagle. Nie zdążyliśmy przyjechać.
Pielęgniarka skinęła głową ze zrozumieniem.
— Rozumiem. Musicie jak najszybciej zarejestrować dziecko. Dzisiejszą noc spędzi pod naszą opieką.
Po tych słowach odeszła z powrotem za drzwi sali.
Beyza powoli podniosła się z krzesła i spojrzała na Cihana wzrokiem pełnym żalu.
— Wybacz mi… — wyszeptała. — Nie chciałam, żeby tak się stało…
Ale twarz Cihana pozostała chłodna i napięta.
— Idę zaczerpnąć świeżego powietrza.
Odwrócił się i ruszył w stronę końca korytarza.
Beyza patrzyła za nim przez kilka sekund, aż jej spojrzenie stwardniało. Łzy momentalnie ustąpiły miejsca gniewowi.
— Idź… — szepnęła z goryczą. — Biegnij do swojej Hancer. Tam najlepiej łapie ci się oddech.
* Napis „ACİL” oznacza „pilne”/„nagłe” — wskazuje oddział ratunkowy.



***
Tayyar od dwóch dni niemal nie odchodził od kanapy, na której leżała Yonca. Siedział w półmroku salonu, pochylony do przodu, z dłonią opartą o brodę. Jego zmęczone oczy co chwilę wracały do jej nieruchomej twarzy, jakby próbował dostrzec najmniejszy znak życia.
W mieszkaniu panowała ciężka, przytłaczająca cisza. Słychać było jedynie tykanie zegara i cichy szum wiatru za oknem.
Yonca nadal się nie budziła.
Tayyar westchnął głęboko i przetarł twarz dłonią. Już zaczynał tracić nadzieję, gdy nagle zauważył lekki ruch jej ust.
Drgnął.
— Yonca…?
Jej palce poruszyły się niespokojnie pod kocem. Po chwili powoli uniosła głowę i z ogromnym wysiłkiem otworzyła oczy. Przez kilka sekund patrzyła przed siebie nieprzytomnym wzrokiem, jakby nie rozumiała, gdzie się znajduje.
Tayyar natychmiast przysunął się bliżej.
— Yonca, słyszysz mnie? Wszystko w porządku?
Spojrzała na niego zamglonym wzrokiem. Jej oddech był płytki, a twarz blada jak papier.
— Tayyar…? — wyszeptała ochryple.
— To ja. — W jego głosie pojawiła się wyraźna ulga. — Jesteś bezpieczna. Nie bój się.
Yonca przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, jakby próbowała przypomnieć sobie ostatnie wydarzenia.
— Ty mnie uratowałeś…?
Tayyar pokręcił głową.
— Nie do końca. Kobieta, u której mieszkałaś, nie uciekła. Została w pobliżu kamienicy i szukała pomocy. Dzięki niej zdążyliśmy na czas.
Yonca zmarszczyła brwi, próbując zebrać myśli.
— Derya…?
— Tak. — Tayyar skinął głową. — Módl się za nią. Gdyby nie ona, dziś by cię tu nie było.
Na moment w oczach Yoncy pojawiło się wzruszenie, ale niemal natychmiast zastąpił je strach.
Nagle poderwała się gwałtownie, jakby przypomniała sobie coś przerażającego.
— A moje dziecko?! — wyrzuciła z siebie spanikowana. — Co z nim? Gdzie ono jest?!
Tayyar spuścił wzrok. Milczał przez chwilę, a to milczenie powiedziało jej więcej niż słowa.
— Niestety… zostało z Nusretem i Beyzą. — Jego głos stwardniał. — Niech Bóg ma je w swojej opiece.
— Nie… — Yonca pokręciła głową, a po policzkach natychmiast popłynęły jej łzy. — Nie, nie mogę tu zostać…
Mimo osłabienia próbowała podnieść się z kanapy. Ręce trzęsły jej się z wysiłku.
— Muszę iść… muszę uratować moje dziecko…
Tayyar natychmiast ją powstrzymał.
— Połóż się! — powiedział stanowczo, chwytając ją za ramiona. — Zwariowałaś? Ledwo żyjesz.
— Tayyarze, błagam cię… — zaniosła się szlochem. — Znajdź jakiś sposób. Zabierzmy dziecko od tych potworów. Nie możemy zostawić go z nimi…
W jego oczach pojawił się cień bezsilności. Odwrócił wzrok, zaciskając szczękę.
— Nie licz teraz na mnie. Zrobiłem już wszystko, co mogłem. — Jego głos stał się chłodniejszy, choć widać było, że sam walczy z emocjami. — Najpierw przeżyj. Dopiero potem będziesz mogła walczyć o swoje dziecko.
Yonca rozpłakała się jeszcze bardziej. Ukryła twarz w dłoniach, a jej ramiona zaczęły drżeć od tłumionego bólu.
— Muszę je uratować… — wyszeptała załamanym głosem. — Muszę…


***
Hancer odzyskała przytomność i niemal natychmiast opuściła szpital. Nie chciała zostać tam ani chwili dłużej — przede wszystkim dlatego, że bała się spotkania z Cihanem. Sam dźwięk jego imienia wystarczał, by w jej wnętrzu znów wezbrał gniew, wstyd i upokorzenie.
W środku nocy wróciła do domu brata.
Przedpokój tonął w chłodnym świetle lampki stojącej przy ścianie. W piecyku dogasał ogień, a w powietrzu unosił się zapach herbaty i wilgoci. Derya czekała na nią przy drzwiach, wyraźnie zdenerwowana. Gdy tylko Hancer weszła do środka i zaczęła zdejmować kurtkę, bratowa natychmiast podeszła bliżej.
— Serce mi stanęło, kiedy Cihan powiedział, że trafiłaś do szpitala — wyszeptała drżącym głosem. — Jak się czujesz? Wszystko w porządku?
Hancer spojrzała na nią chłodno, niemal z pogardą.
— Naprawdę cię to interesuje?
Derya zamarła.
— Nie mów tak… Oczywiście, że mnie interesuje.
Hancer odwiesiła kurtkę gwałtownym ruchem.
— Nie udawaj przede mną troski. Mam już dość twoich gierek, słyszysz? Dość twojego egoizmu, knucia za plecami i udawania świętej.
— Hancer, ciszej! Zwariowałaś? Obudzisz swojego brata!
— A może powinien się obudzić?! — syknęła. — Może powinien w końcu dowiedzieć się, przez co musiałam przejść przez twoją chciwość i chore ambicje!
Jej głos drżał od tłumionego bólu.
— Wiesz, jak mnie nazwano? Kochanką! Bezwstydną kochanką!
Derya pobladła. Szybko chwyciła ją za rękę i pociągnęła w stronę kanapy.
— Usiądź. Proszę cię, uspokój się.
Hancer opadła na sofę, ale jej oczy nadal płonęły gniewem. Przez chwilę panowała cisza, ciężka i duszna.
W końcu Hancer uniosła wzrok i przeszyła bratową lodowatym spojrzeniem.
— Ile pieniędzy wzięłaś?
Derya drgnęła.
— Co…? Jakich pieniędzy?
— Nie udawaj głupiej. — Hancer gorzko się zaśmiała. — Przecież nie zrobiłabyś tego za darmo. Powiedz mi… ile zapłacił ci Develioglu?
— Niesłusznie mnie oskarżasz — odpowiedziała szybko Derya. — Wszystko robiłam dla twojego dobra.
— Dla mojego dobra? — Hancer aż poderwała się z miejsca. — Beyza przyszła do tego domu i powiedziała mi prosto w twarz, że Cihan wynajął go dla nas! Rozumiesz?! Stałam przed nią jak ostatnia kobieta bez honoru!
Łzy napłynęły jej do oczu, ale nie pozwoliła im spłynąć.
— I najgorsze jest to, że miała rację. Każdy powiedziałby o mnie to samo.
Derya bezradnie rozłożyła ręce.
— Hancer, przysięgam, nie wzięłam żadnych pieniędzy. Chciałam wam pomóc. Tobie i twojemu bratu. Nie miałam złych intencji.
— Gdybyś miała choć odrobinę sumienia, nigdy byś mnie w to nie wciągnęła! — wyrzuciła z siebie Hancer. — Powinnaś była odmówić Cihanowi od samego początku. Ale ty… sprzedałaś mnie za kilka banknotów.
— To nieprawda! — Deryi załamał się głos. — Myślałam o tobie. O waszej przyszłości. Jak możesz tego nie widzieć?
Hancer pokręciła głową z gorzkim uśmiechem.
— Nie myśl już więcej o mnie, bratowo. Od tej chwili sama będę decydować o swoim życiu.
Derya spojrzała na nią z niepokojem.
— Co zamierzasz zrobić? Powiesz wszystko bratu?
W jej głosie pojawił się strach.
— Proszę cię… nie rób tego. Dopiero co naprawiliśmy nasze małżeństwo. Tym razem mi nie wybaczy.
Hancer opadła z powrotem na kanapę i zamknęła oczy. Wyglądała na wyczerpaną.
— Nikomu nic nie powiem. Możesz być spokojna.
Derya odetchnęła z ulgą, ale tylko na chwilę.
— Więc…?
— Zacznę nowe życie.
Derya szeroko otworzyła oczy.
— Co masz na myśli?
— Nic nie mów mojemu bratu — powiedziała cicho Hancer. — Wkrótce odejdę stąd.
— Dokąd?
— To już nie ma znaczenia. — Hancer odwróciła wzrok. — Po prostu zostaw mnie w spokoju, bratowo.
Derya jeszcze przez chwilę stała nieruchomo, jakby chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. W końcu odwróciła się i powoli odeszła do sypialni.
Hancer została sama w cichym przedpokoju. Podkuliła nogi na kanapie, objęła je ramionami i wtuliła twarz w kolana.
Dopiero wtedy pozwoliła sobie na łzy.

***
Następnego dnia Cihan wszedł do gabinetu lekarza.
Pomieszczenie było jasne i schludne — na ścianie wisiał portret Atatürka, a za biurkiem stał model żaglowca i dwie małe tureckie flagi. Wszystko sprawiało wrażenie uporządkowanego i spokojnego, ale Cihan nie potrafił odnaleźć w sobie ani odrobiny spokoju.
Od chwili, gdy dowiedział się, że Hancer uciekła ze szpitala bez słowa, narastał w nim niepokój.
Usiadł naprzeciw lekarza i spojrzał na niego wyczekująco.
— Jestem mężem Hancer Yildiz — powiedział poważnym tonem. — Powiedziano mi, że chciał pan porozmawiać o jej wynikach.
Lekarz zdjął okulary i odłożył dokumenty na biurko.
— Tak. Twoja żona opuściła szpital bez naszej wiedzy, dlatego uznałem, że powinienem skontaktować się z tobą osobiście.
Cihan od razu się wyprostował.
— Czy dzieje się coś złego?
Lekarz pokręcił głową uspokajająco.
— Nie ma powodów do paniki, ale niektóre wyniki są poniżej normy. Organizm jest osłabiony i wymaga większej troski. W jej obecnym stanie takie zaniedbanie może być niebezpieczne.
Cihan zmarszczył brwi.
— W jakim stanie? — zapytał powoli. — Nie rozumiem.
Lekarz spojrzał na niego uważnie, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że mężczyzna niczego nie wie.
— Twoja żona jest w ciąży.
W gabinecie zapadła cisza.
Cihan znieruchomiał. Przez krótką chwilę tylko patrzył na lekarza, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
— Hancer… jest w ciąży…?
Lekarz skinął głową.
— Tak. Gratuluję.
Słowa doktora jeszcze przez moment dźwięczały w głowie Cihana.
Nagle coś zmieniło się w jego twarzy. Napięcie ustąpiło miejsca niedowierzaniu, a potem czystej, niepowstrzymanej radości. W jego oczach pojawił się blask, jakiego dawno w nich nie było.
— Będę ojcem… — wyszeptał bardziej do siebie niż do lekarza.
Po raz pierwszy od bardzo dawna naprawdę się uśmiechnął.

***
Hancer i Melih siedzieli naprzeciwko siebie przy niewielkim drewnianym stoliku w herbaciarni położonej wysoko na wzgórzu.
Miejsce było spokojne, niemal odcięte od zgiełku miasta. Kilka prostych stolików ustawiono na tarasie pokrytym sztuczną trawą, a ponad nimi rozciągał się widok na Bosfor i szare, zimowe niebo. W oddali majaczyły sylwetki wieżowców, statki leniwie przecinały wodę, a chłodny wiatr poruszał gałęziami drzew otaczających herbaciarnię.
Miasto wyglądało stąd pięknie i cicho. Zupełnie inaczej niż chaos, który panował w sercu Hancer.
Przez chwilę siedziała w milczeniu, wpatrując się w wodę. W końcu odezwała się cicho:
— Cieszyłam się, kiedy znalazłam pracę. Myślałam, że wreszcie stanę na własnych nogach. — Uśmiechnęła się gorzko. — A potem zrozumiałam, że to wszystko miało tylko jeden cel. Chodziło o to, żeby trzymać mnie blisko siebie. Pod kontrolą.
Melih spojrzał na nią spokojnie.
— Nie patrz na to w ten sposób. Kobietom trudno to zrozumieć, bo my, mężczyźni, często okazujemy troskę w bardzo niezręczny sposób. Cihan po prostu próbował cię chronić.
Hancer pokręciła głową.
— Teraz powinien chronić kogoś innego, Melihu. — Jej głos lekko zadrżał. — Cihan ma dziecko.
Melih milczał przez moment, po czym pochylił się lekko nad stołem.
— Tak. Ale ty też nosisz jego dziecko.
Hancer spuściła wzrok.
— Wybacz, że mówię to tak wprost — ciągnął łagodniej — ale mam wrażenie, że próbując nie skrzywdzić dziecka Beyzy, zapominasz o własnym. O sobie też. Bez względu na wszystko Cihan powinien wiedzieć prawdę.
Hancer zacisnęła dłonie na kolanach.
— I co mam mu powiedzieć? — zapytała z bólem. — Mam postawić go przed wyborem? Spytać, które dziecko jest dla niego ważniejsze? Nie chcę rywalizować. Nie chcę być ciężarem ani dla niego, ani dla tamtego dziecka.
Podniosła na niego wilgotne oczy.
— Dlatego muszę odejść. Rozumiesz mnie?
Melih westchnął ciężko i spojrzał gdzieś za jej plecy, na rozciągające się w dole miasto.
— Ucieczka niczego nie rozwiąże, Hancer.
— Myślałam, że z czasem przywyknie do mojego odejścia — wyszeptała. — Ale wygląda na to, że nigdy się z tym nie pogodzi. Dlatego najlepiej będzie, jeśli przestanie mnie widywać. Może wtedy w końcu zaakceptuje rzeczywistość.
Między nimi zapadła cisza. Z pobliskich stolików dochodził cichy stukot szklanek i przytłumione rozmowy klientów. Kelner przechodził między stolikami z tacą pełną parującej herbaty.
Melih ponownie spojrzał na Hancer.
— Skoro już podjęłaś decyzję… czy mogę ci jakoś pomóc?
Hancer uśmiechnęła się smutno.
— Właśnie dlatego chciałam się z tobą spotkać. Byłeś przy mnie wtedy, kiedy było mi najtrudniej. Dziękuję ci za to, Melihu. Powiedziałam ci rzeczy, których nie potrafiłam powiedzieć nikomu innemu.
Na chwilę zawahała się.
— Mam jeszcze jedną osobę, której ufam. Wujka Ertugrula. Myślałam, żeby zwrócić się do niego… ale bałam się, że wszystko powie Cihanowi.
— Skoro przyszłaś do mnie, to znaczy, że czegoś potrzebujesz — powiedział spokojnie. — Powiedz tylko czego.
W tym momencie kelner postawił przed nimi dwie małe szklaneczki gorącej herbaty. Para uniosła się w chłodne powietrze.
Hancer objęła dłonią szklankę, ale nie napiła się ani łyka.
Melih przyglądał jej się uważnie.
— Widać, że coś cię dręczy. Nie bój się powiedzieć tego na głos. Jeśli będę mógł, pomogę ci.
Hancer długo milczała. W końcu zebrała się na odwagę.
— Melihu… nigdy wcześniej nikogo o coś takiego nie prosiłam. Nawet własnego brata.
Przełknęła ślinę.
— Potrzebuję pożyczki.
Melih aż pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Na miłość boską… więc o to chodzi? Hancer, pieniądze to naprawdę najmniejszy problem.
— Pracowałam i odkładałam wszystko, co mogłam — powiedziała szybko, jakby próbowała się usprawiedliwić. — Chciałam odejść tak, żeby nie być dla nikogo ciężarem.
— Nie musisz mi się tłumaczyć — przerwał jej łagodnie. — Mam trochę oszczędności. Dam ci tyle, ile potrzebujesz.
Hancer natychmiast pokręciła głową.
— Nie. To musi być pożyczka. Oddam ci wszystko, jak tylko stanę na nogi.
Melih uśmiechnął się lekko.
— Dobrze. Oddasz wtedy, kiedy będziesz mogła.
W oczach Hancer pojawiła się ulga pomieszana ze wzruszeniem.
— Dziękuję ci… Nawet nie wiem, jak mam ci się odwdzięczyć.
— Nie musisz. Po prostu spróbuj się uspokoić.
Wstał od stolika, sięgając po kurtkę.
— Pójdę teraz do banku i zaraz wrócę.
Hancer skinęła głową. Patrzyła, jak oddala się między stolikami herbaciarni.
Kiedy została sama, ciężko westchnęła. Powoli położyła dłoń na swoim brzuchu.
Jej spojrzenie znów uciekło ku wodzie i rozciągającemu się w dole miastu.
— Nie miałam wyboru… — wyszeptała drżącym głosem. — Zrobiłam to dla ciebie. Żebyś nie przyszedł na świat wśród kłamstw, bólu i nienawiści.

***
Derya siedziała na brzegu kanapy obok Yoncy, delikatnie poprawiając koc okrywający jej wychudzone ciało. W mieszkaniu panowała ciężka, przytłumiona cisza. Za oknem było jeszcze szaro, a przez cienkie firanki wpadało blade światło poranka.
Tayyar krzątał się nerwowo po pokoju. Raz podchodził do okna, raz do stołu, jakby nie potrafił znaleźć sobie miejsca. W końcu ciężko usiadł na drugim końcu kanapy i utkwił spojrzenie w Yoncy.
Derya ścisnęła jej chłodną dłoń.
— Dzięki Bogu, że żyjesz… — wyszeptała drżącym głosem. — Nawet nie wiesz, jak bardzo się bałam.
Yonca powoli odwróciła głowę w jej stronę. Nadal była blada i osłabiona.
— Nie pamiętam niczego po porodzie — powiedziała cicho. — Wszystko urwało się nagle… A kiedy otworzyłam oczy, byłam już tutaj.
Derya zamknęła oczy, jakby samo wspomnienie tamtej nocy sprawiało jej ból.
— I lepiej, żebyś nie pamiętała — odparła po chwili. — Ja tego nie zapomnę do końca życia.
Jej głos zaczął drżeć coraz bardziej.
— Ten Nusret… on tylko wygląda na porządnego człowieka. W rzeczywistości to potwór. Diabeł w ludzkiej skórze.
Yonca zamarła. Tayyar spuścił wzrok.
— Pochował cię żywcem — wyszeptała Derya, a w jej oczach pojawiły się łzy. — Na moich oczach zasypywał cię ziemią… jakbyś była nikim. Jakby nie chodziło o ludzkie życie.
Zakryła usta dłonią.
— Myślałam, że umrę ze strachu. Nie mogłam nawet krzyknąć. Wszyscy spali, ulice były puste… Gdybym zaczęła wołać o pomoc, usłyszałby mnie tylko on. A wtedy zakopałby także mnie.
W pokoju zapadła ciężka cisza.
— Patrzyłam, jak zasypuje cię ziemią… i nawet powieka mu nie drgnęła — ciągnęła łamiącym się głosem. — A przecież siedział w naszym domu. Pił z nami herbatę. Rozmawiał jak normalny człowiek… Kto by pomyślał, że to szaleniec i morderca?
Spojrzała na Yoncę bezradnie.
— Nie rozumiem tylko jednego. Co ty mu zrobiłaś, że chciał cię zabić?
Yonca otworzyła usta, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, Tayyar dyskretnie pokręcił głową. Ostrzegawczo.
Yonca zrozumiała natychmiast.
— Byliśmy razem — powiedziała po chwili cicho. — Mieliśmy związek.
Derya powoli skinęła głową, jakby próbowała poukładać sobie wszystko w głowie.
— Teraz rozumiem…
Przez moment milczała, po czym ostrożnie zapytała:
— A dziecko? Jest jego?
Yonca poczuła ścisk w gardle. Derya szybko machnęła ręką, jakby sama żałowała pytania.
— Nie… nieważne. Nie mów nic. Bóg cię ocalił i to jest teraz najważniejsze.
Yonca spojrzała na nią ze wzruszeniem.
— Wygląda na to, że to właśnie Bóg postawił cię na mojej drodze. Poznałyśmy się, przyjęłaś mnie pod swój dach… To wszystko wydarzyło się po coś.
Derya uśmiechnęła się smutno przez łzy.
— Właśnie dlatego człowiek zaczyna wierzyć w przeznaczenie.
— Tak… — wyszeptała Yonca. — To było przeznaczenie. Niech Bóg cię błogosławi, Deryo. Gdyby nie ty… już by mnie tu nie było.
Derya odwróciła się w stronę Tayyara.
— Ale gdyby nie ten człowiek… — powiedziała z wdzięcznością — nie udałoby mi się wyciągnąć cię stamtąd.
Tayyar tylko lekko skinął głową, nie lubiąc, gdy ktoś mówił o nim w ten sposób.
Po chwili Derya zmarszczyła czoło.
— Jak myślisz… co Nusret zrobił z dzieckiem? — zapytała niepewnie. — Sprzedał je? Porzucił? Przecież mówiłaś, że miało trafić do bogatej rodziny… Zabrał je tam?
Yonca gwałtownie zacisnęła dłonie na kocu. Serce zaczęło bić jej szybciej.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, Tayyar odezwał się chłodnym, stanowczym tonem:
— Dziecko jest już za granicą. Nie ma sensu wracać do tego tematu. Niczego nie da się zmienić.
Spojrzał prosto na Yoncę.
— Teraz Yonca powinna skupić się na własnym życiu. Prawda?
W jego głosie wyraźnie pobrzmiewało ostrzeżenie.
Yonca zamilkła. Nie odpowiedziała ani słowem.
Ale w środku wszystko w niej krzyczało.
Jeszcze niedawno to dziecko było dla niej jedynie sposobem na przetrwanie. Teraz jednak… było częścią niej. Jej własnym dzieckiem.
Czuła tę więź w każdym oddechu, w każdym uderzeniu serca.
I wiedziała jedno.
Nigdy nie będzie potrafiła pogodzić się z myślą, że jej dziecko dorasta w obcych rękach.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 115.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






