„Dziedzictwo” Odc. 990 – streszczenie
Sinan wprowadził matkę do salonu i zatrzymał wózek obok jednego z zielonych foteli. Sam usiadł tuż przy niej. Choć próbował zachować spokój, napięcie wyraźnie malowało się na jego twarzy.
Isil przez chwilę patrzyła przed siebie, a potem odwróciła głowę w stronę syna.
– Skąd ona zna cię aż tak dobrze? – zapytała chłodno, mrużąc oczy. – Jak mogłeś obdarzyć ją takim zaufaniem? Przecież nie jesteś człowiekiem, który wdaje się w absurdalne gierki z pokojówką. Co musiało się wydarzyć, żebyś zaszedł tak daleko?
Sinan westchnął znużony.
– Nigdy nie znudzi ci się zadawanie tych samych pytań? – odparł beznamiętnie. – Kiedy ty nawet nie wiedziałaś, że trawi mnie gorączka, ona była przy mnie. Nie opuściła mnie również wtedy, gdy zostałem ranny i trafiłem do szpitala.
Isil zmarszczyła brwi, próbując przywołać w pamięci tamte wydarzenia.
– Powiedziałeś mi wtedy, że ze względów bezpieczeństwa zatrzymałeś się u jednej ze służących – przypomniała sobie. – To była ona?
– Tak.
– Czyli spędziliście razem sporo czasu.
– Ty nazywasz to wspólnie spędzonym czasem – odpowiedział Sinan, patrząc matce prosto w oczy. – Dla mnie były to szacunek, sumienność, poświęcenie i zwykłe człowieczeństwo.
Wstał z fotela i poprawił sweter.
– Wybacz, ale mam jeszcze pracę. Będę w swoim pokoju.
Nie czekając na odpowiedź, odszedł. Isil śledziła go wzrokiem, dopóki nie zniknął za drzwiami.
– Jeszcze będzie mnie pouczał o człowieczeństwie… – mruknęła z urazą. – Spotkałam w życiu wystarczająco wielu ludzi, żeby rozpoznać prawdziwe intencje tej dziewczyny.
Po chwili w jej oczach pojawił się błysk podejrzliwości. Sięgnęła po telefon, uruchomiła dyktafon, a następnie podjechała do regału. Z wprawą wsunęła urządzenie między książki, tak by pozostało niewidoczne.
Teraz wystarczyło już tylko czekać. Była przekonana, że prędzej czy później prawda sama wyjdzie na jaw.
***
Jakiś czas później Isil siedziała samotnie w salonie. W dłoniach trzymała telefon, na którego ekranie widniało zapisane nagranie. Uruchomiła je i wsłuchała się w rozmowę.
– Panie Sinanie, słyszałam pana z kuchni – odezwała się Aynur. – Czy wszystko w porządku?
– Tak – odpowiedział Sinan spokojnie. – Nie wiem, czego właściwie szuka moja matka, ale to nie ma znaczenia. Pytała mnie, dlaczego udawaliśmy, że jesteśmy w związku.
– Czy to nie naturalne, że czuje się zagubiona? – zapytała Aynur. – W końcu jestem tylko pomocą domową. Czy mogę coś dla pana zrobić? Może herbatę albo kawę?
– Nie, dziękuję.
Nagranie dobiegło końca. Isil znieruchomiała, wpatrując się przed siebie.
– A więc naprawdę nic ich nie łączy – wyszeptała z wyraźną ulgą. – Powinnam była się tego domyślić. Nawet Sinan nie upadłby aż tak nisko.
Na jej twarzy pojawił się cień zadowolenia. Uznała, że jej podejrzenia okazały się bezpodstawne.
Nie wiedziała jednak, że spokój potrwa zaledwie kilka chwil.
***
Później, przemieszczając się korytarzem na wózku, usłyszała dobiegający zza uchylonych drzwi głos syna. Zatrzymała się natychmiast i bezszelestnie podjechała bliżej.
Sinan rozmawiał przez telefon.
– Przechodzimy przez trudny czas – mówił do słuchawki. – Dzięki Aynur jest nam jednak trochę łatwiej.
– Jak to? – zdziwiła się Lerzan. – Przecież mówiłeś, że między wami wszystko się skończyło.
– Teraz opiekuje się moją matką. Odeszła z komisariatu, żeby jej pomóc.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
– Myślisz, że ona czuje do ciebie to samo? – zapytała ostrożnie Lerzan.
Sinan nie odpowiedział od razu.
– Nie wiem – przyznał w końcu. – Być może nigdy się tego nie dowiem. Ale z każdym dniem coraz lepiej rozumiem, dlaczego ją kocham.
Twarz Isil natychmiast stężała. Jej wcześniejsza ulga zniknęła bez śladu, ustępując miejsca niedowierzaniu i gniewowi.
Odjechała od drzwi tak szybko, jak pozwalał jej na to wózek. Wróciła do swojego pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Przez chwilę siedziała bez ruchu, oddychając płytko. Potem z trudem przeniosła się na fotel i zacisnęła dłonie na podłokietnikach.
– Powinnam była to przewidzieć – wyszeptała z goryczą. – Dlaczego miałby tak bardzo zbliżyć się do pokojówki? Te spojrzenia, ta troska, to ciągłe stawanie w jej obronie… Wszystko było aż nazbyt oczywiste.
Wpatrywała się przed siebie, próbując opanować narastający niepokój.
– Mogłabym powiedzieć mu, że to niedorzeczne. Że ten związek nie ma żadnej przyszłości. Ale jeśli mu zabronię, zrobi wszystko na przekór. Wystarczy jeden sprzeciw, a to uczucie tylko się umocni.
Ponownie przesiadła się na wózek. Zaczęła krążyć po pokoju, jakby ruch mógł pomóc jej uporządkować myśli.
– Muszę odsunąć ją od Sinana – powiedziała cicho, lecz stanowczo. – Zanim będzie za późno. Za wszelką cenę.
Zatrzymała się nagle. Jej oczy zwęziły się, a na twarzy pojawił się chłodny, pełen determinacji wyraz.
– Tylko jak?
***
Ibrahim siedział samotnie w gabinecie żony. Nerwowo obracał obrączkę na palcu, jakby w niewielkim krążku złota próbował odnaleźć odpowiedź na pytanie, które od kilku godzin nie dawało mu spokoju. Jego twarz była posępna, a ramiona przygarbione pod ciężarem najgorszych obaw.
Kiedy drzwi się otworzyły i do środka weszła Kara, natychmiast podniósł głowę. Wstał, lecz przez chwilę nie potrafił wydobyć z siebie ani słowa.
– Kara, musimy porozmawiać – odezwał się w końcu cichym, napiętym głosem.
– Tak. Musimy – odpowiedziała poważnie, uważnie mu się przyglądając.
Stanęli naprzeciw siebie. Ibrahim spuścił wzrok, zebrał się na odwagę, a następnie spojrzał żonie prosto w oczy.
– Nie kocham nikogo na tym świecie tak jak ciebie – zaczął. – Jesteś dla mnie wszystkim. Nie ma znaczenia, czy możemy mieć dzieci, czy nie. Nie każdy musi zostać rodzicem, żeby przeżyć szczęśliwe życie. Ale ja nie potrafię być szczęśliwy bez ciebie.
Kara zmarszczyła brwi. Nie rozumiała, dokąd zmierzał.
– Tak, skłamałem – ciągnął Ibrahim, a jego głos zaczął drżeć. – Powiedziałem ci, że nie chcę dzieci, chociaż zawsze o nich marzyłem. Zrobiłem to, bo bałem się, że będziesz się obwiniać. Chciałem, żebyś uwierzyła, że niczego mi nie brakuje. Że wystarczysz mi ty, bo naprawdę tak jest.
– Ibo… o czym ty mówisz? – zapytała z rosnącym zdumieniem. – Dlaczego sądzisz, że nie możemy mieć dzieci?
– Słyszałem twoją rozmowę przez telefon – wyjaśnił. – Powiedziałaś, że nie możemy ich mieć. Nie dosłyszałem wszystkiego, ale pomyślałem, że wyniki badań były złe. Uznałem, że właśnie dlatego jesteś smutna i chcesz rozwodu.
Kara patrzyła na niego w osłupieniu.
– Dlatego wygadywałeś te wszystkie rzeczy? Że dzieci są ciężarem, że wolisz kota?
– Chciałem cię ochronić – odparł bezradnie. – Pomyślałem, że jeśli przekonam cię, że nie zależy mi na ojcostwie, przestaniesz czuć się winna. Może istnieje jakieś leczenie, może moglibyśmy adoptować dziecko… Znalazłoby się rozwiązanie. Ale błagam cię, nie odchodź. Ludzie mogą żyć bez dzieci. Ja jednak nie potrafię żyć bez ciebie.
Jego oczy zaszkliły się łzami. Kara przez moment milczała, próbując pojąć, jak jedno niedosłyszane zdanie doprowadziło ich na skraj rozstania.
– Ibo, przestań – powiedziała wreszcie, a jej surowa dotąd twarz złagodniała. – Wszystko zrozumiałeś na opak. Oboje popełniliśmy ten sam błąd. Ty byłeś przekonany, że nie mogę mieć dzieci, a ja uwierzyłam, że ty ich nie chcesz.
Ibrahim wpatrywał się w nią bez słowa.
Kara nabrała powietrza. W jej oczach pojawiło się wzruszenie, a na ustach nieśmiały uśmiech.
– Jestem w ciąży.
Mężczyzna znieruchomiał. Przez chwilę wyglądał tak, jakby nie rozumiał znaczenia tych słów.
– Co… co powiedziałaś? – wydusił z siebie.
– Jestem w ciąży, Ibo – powtórzyła wyraźniej. – Będziemy mieli dziecko.
Niedowierzanie na jego twarzy ustąpiło miejsca bezgranicznej radości. Oczy napełniły mu się łzami, a usta zadrżały.
– Zostanę ojcem? – zapytał, jakby nadal bał się uwierzyć.
Kara uśmiechnęła się szerzej i skinęła głową.
Ibrahim roześmiał się przez łzy, wskazał na siebie, a potem na nią, jakby musiał jeszcze raz upewnić się, że mówiła właśnie o ich dziecku. W następnej chwili podszedł do żony i zamknął ją w mocnym uścisku.
– Zostanę ojcem… – powtarzał wzruszony. – Naprawdę zostanę ojcem.
Kara objęła go równie mocno. Całe napięcie ostatnich dni wreszcie z nich opadło. Ibrahim wtulił twarz w jej ramię, nie próbując już ukrywać łez.
– Dziękuję ci, Boże – wyszeptał. – Kocham cię, Karo. Kocham was oboje.
***
Poyraz odnalazł opuszczony budynek, w którym Burhan przetrzymywał Nanę. Wpadł do surowego, niedokończonego wnętrza bez chwili wahania. Gdy tylko zobaczył porywacza, rzucił się na niego z furią.
Obaj mężczyźni zwarli się w brutalnej walce. Szarpali się, uderzali i przewracali na zimną, brudną posadzkę. Poyraz działał pod wpływem gniewu i strachu o żonę, Burhan zaś bronił się zaciekle, próbując odzyskać przewagę.
Nana siedziała pod ścianą na rozłożonym kocu. Wciąż była oszołomiona środkami, którymi wcześniej odurzył ją Burhan. Obraz rozmazywał jej się przed oczami, a każdy ruch wymagał ogromnego wysiłku.
Nagle dostrzegła pistolet leżący na podłodze. Z trudem podniosła się i sięgnęła po broń. Jej dłonie drżały, oddech stał się urywany, a serce biło jak oszalałe. Widziała przed sobą jedynie dwie szarpiące się sylwetki.
Wycelowała.
Huk wystrzału przeszył ponurą ciszę budynku.
Mężczyźni runęli na podłogę. Nana przez chwilę nie rozumiała, co się wydarzyło. Dopiero gdy zobaczyła twarz nieruchomego Poyraza, broń wypadła jej z rąk.
– Nie… Nie, Boże… – wyszeptała, po czym rzuciła się w jego stronę. – Poyraz! Otwórz oczy! Proszę, spójrz na mnie! Nie możesz mnie zostawić! Słyszysz?!
Przyklękła obok niego, cała roztrzęsiona. Poyraz nie reagował. Leżał bezwładnie, a Nana coraz bardziej pogrążała się w rozpaczy.
Burhan podniósł się z podłogi i spojrzał na nich z szyderczym zadowoleniem.
– Brawo. Dobra robota – rzucił drwiąco. – Sama załatwiłaś swojego wybawcę. Ja nie zamierzam mieszać się w morderstwo.
Odwrócił się i ruszył ku wyjściu.
– Zaczekaj! – krzyknęła Nana, lecz mężczyzna nawet się nie obejrzał.
Została sama z nieprzytomnym Poyrazem. Drżącymi dłońmi przeszukała jego kieszenie, wyciągnęła telefon i wezwała pomoc.
***
W szpitalu lekarze natychmiast zabrali ciężko rannego Poyraza na blok operacyjny. Nana biegła za noszami, błagając, by pozwolono jej zostać przy mężu. Była jednak zbyt osłabiona. Nagle zakręciło jej się w głowie i osunęła się na podłogę.
Kiedy odzyskała przytomność, leżała na szpitalnym łóżku podłączona do kroplówki. Przez moment patrzyła w sufit, próbując przypomnieć sobie, gdzie się znajdowała. Wtedy wróciło do niej wszystko: strzał, upadający Poyraz i jego nieruchoma twarz.
Gwałtownie usiadła, wyrwała wenflon z dłoni i zsunęła nogi z łóżka.
– Poyraz… – wyszeptała.
Chwiejnym krokiem ruszyła ku drzwiom. Gdy je otworzyła, niemal wpadła na Karę.
– Nana! Co ty robisz? Powinnaś leżeć – powiedziała policjantka, próbując ją zatrzymać.
– Gdzie jest Poyraz? Co z nim? Muszę go zobaczyć! – wyrzuciła z siebie Nana.
– Jest na sali operacyjnej. Zabieg jeszcze się nie skończył.
– Muszę do niego pójść.
– Nie możesz wejść na blok operacyjny. Jesteś osłabiona, sama przed chwilą straciłaś przytomność.
– Nic mi nie jest! – zaprotestowała rozpaczliwie. – Muszę wiedzieć, czy żyje!
Nie czekając na odpowiedź, minęła Karę i ruszyła korytarzem. Przed drzwiami sali operacyjnej czekali już bliscy Poyraza. Wszyscy byli spięci i przerażeni.
– Co z nim?! – zapytała Nana, gdy tylko do nich dotarła. – Powiedzcie mi, co się dzieje!
– Nadal go operują – odpowiedział Sahin. – Lekarze jeszcze do nas nie wyszli.
– Ale przeżyje, prawda? Powiedz, że z tego wyjdzie…
– Niczego jeszcze nie wiemy – przyznał cicho.
Cennet poderwała się z krzesła. Jej twarz była napięta, a oczy płonęły gniewem i strachem.
– Zamiast zadawać pytania, powiedz nam, jak do tego doszło! – zażądała. – Kim był ten człowiek? Znałaś go? Czego od ciebie chciał?
– Mamo, ona też jest w szoku – próbował ją uspokoić Sahin.
– A mój syn walczy o życie! – odparła ostro. – Znowu wpakował się w niebezpieczeństwo przez nią! Gdyby jej nie szukał, nic by się nie wydarzyło!
Podeszła bliżej Nany.
– No dalej, mów! Postrzelono go, kiedy próbował cię ratować?
Nana zacisnęła dłonie. Przed oczami znów stanęła jej chwila, w której nacisnęła spust. Ujrzała Poyraza padającego na ziemię i usłyszała huk strzału odbijający się od ceglanych ścian.
Jej usta zaczęły drżeć.
– To ja… – wyszeptała.
– Co powiedziałaś? – zapytała Cennet.
– To ja do niego strzeliłam – wyznała Nana łamiącym się głosem. – Ale to był wypadek. Nie chciałam…
Na korytarzu zapadła ciężka cisza.
Cennet pobladła, a chwilę później jej twarz poczerwieniała z gniewu. Podeszła do Nany i z całej siły uderzyła ją w policzek.
– Ty potworze! – krzyknęła. – Mój syn umiera, bo pociągnęłaś za spust!
Nana odruchowo przyłożyła dłoń do piekącego policzka.
– Burhan podał mi jakieś środki… Nie widziałam wyraźnie – tłumaczyła przez łzy. – Chciałam uratować Poyraza. Celowałam w Burhana, ale oni się szarpali… Pomyliłam ich. Nie wiedziałam, co robię.
– Jesteś jego przekleństwem! – wrzasnęła Cennet. – Od dnia, w którym pojawiłaś się w jego życiu, przynosisz mu tylko cierpienie! A teraz przelałaś jego krew!
Odwróciła się gwałtownie w stronę Kary.
– Na co jeszcze czekasz?! Sama się przyznała! Chciała zabić mojego syna! Aresztuj ją!
Kara podeszła do Nany. Jej twarz pozostała poważna, lecz w głosie nie było oskarżenia.
– Musisz złożyć zeznania – powiedziała spokojnie. – Prokurator jest już w drodze. Opowiesz dokładnie, co się wydarzyło.
Chwyciła Nanę za ramię i zaczęła odprowadzać ją od bloku operacyjnego. Dziewczyna obejrzała się jeszcze w stronę zamkniętych drzwi, za którymi lekarze walczyli o życie Poyraza.
Wtedy z końca korytarza dobiegł ją pełen jadu krzyk Cansel:
– Zgnij w więzieniu, morderczyni!
Nana zatrzymała się na ułamek sekundy. Po jej twarzy spływały łzy, lecz nie próbowała już się bronić. W jej myślach pozostawało tylko jedno błaganie: żeby Poyraz przeżył.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Emanet 713. Bölüm i Emanet 714. Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.














