„Panna młoda” Odc. 136 – streszczenie
Cihan nie spał już od dłuższego czasu. Siedział na łóżku, oparty plecami o zagłówek, z nogami wciąż ukrytymi pod kołdrą. W sypialni panowała cisza, którą przerywał jedynie odległy śpiew ptaków i cichy szum wiatru wpadającego przez uchylone okno.
Jego wzrok co chwilę wędrował na pustą poduszkę obok.
Miejsce po Hancer było już chłodne.
Cihan powoli obracał obrączkę na palcu, jakby ten drobny gest pomagał mu uporządkować myśli. Metal przesuwał się pod jego kciukiem raz w jedną, raz w drugą stronę. W jego oczach mieszały się zmęczenie, tęsknota i ciężar decyzji, których nie potrafił już unieść.
Wtedy telefon nagle zawibrował na szafce nocnej. Sięgnął po niego.
— Słucham.
Po drugiej stronie rozległ się napięty głos Meliha.
— Panie Cihanie… przepraszam, że dzwonię tak wcześnie, ale właśnie spotkałem panią Hancer. Ona… nie wygląda dobrze.
Cihan natychmiast wstał. Senność zniknęła w jednej chwili.
— Co masz na myśli? — zapytał ostro, marszcząc brwi. — Co się stało? Gdzie ona jest?
Melih zawahał się przez moment, jakby próbował dobrać odpowiednie słowa.
— Idzie sama przez miasto. Wygląda… jakby była zupełnie nieobecna. Zapytałem, dokąd idzie, ale nawet mi nie odpowiedziała. Jakby mnie nie słyszała.
Cihan zacisnął mocniej dłoń na telefonie. W jego oczach pojawił się niepokój.
— Rozmawiałeś z nią jeszcze?
— Próbowałem. Chciałem ją zatrzymać, ale pani Hancer tylko szła przed siebie. — Melih ściszył głos. — Panie Cihanie… co mam zrobić? Mam ją zabrać do rezydencji?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Cihan odwrócił wzrok i spojrzał na drzwi sypialni, jakby wciąż liczył, że Hancer zaraz przez nie wróci. Wspomnienie jej ostatnich słów, czułego pocałunku i pustki, którą po sobie zostawiła, rozdarło go od środka.
Przymknął oczy.
Milczał tak długo, że Melih zaczął się niepokoić.
— Panie Cihanie? Słyszy mnie pan?
Cihan w końcu odezwał się cicho. Jego głos był chłodny, opanowany… ale pod tą pozorną obojętnością wyraźnie drżał ból.
— Nie mieszaj się, Melihu. — Przełknął ciężko ślinę. — Pozwól jej odejść.
Po tych słowach powoli odsunął telefon od ucha, lecz jeszcze się nie rozłączył. Siedział nieruchomo na skraju łóżka, wpatrzony w pustą przestrzeń przed sobą, jak człowiek, który właśnie stracił coś znacznie ważniejszego niż miłość.
***
Hancer szła pustym chodnikiem powoli, jakby każdy kolejny krok kosztował ją coraz więcej siły. Wiatr delikatnie poruszał kosmykami jej ciemnych włosów, a jasna spódnica falowała przy nogach. Twarz miała bladą i napiętą, spojrzenie nieobecne — jakby w ogóle nie widziała ulicy przed sobą.
Nagle świat zawirował jej przed oczami.
Zachwiała się gwałtownie.
Odruchowo chwyciła metalowy słupek stojący przy krawężniku i oparła się o niego ciężko, próbując złapać równowagę. Drżąca dłoń zacisnęła się na chłodnym metalu, a z jej ust wyrwał się urywany oddech.
Kilkanaście metrów dalej Melih obserwował ją z rosnącym niepokojem. Gdy tylko zobaczył, że niemal upada, natychmiast ruszył w jej stronę.
— Pani Hancer! — zawołał przestraszony.
Podbiegł do niej i ostrożnie dotknął jej ramienia.
— Wszystko w porządku? Proszę usiąść, wyglądasz bardzo źle.
Hancer szybko odsunęła się o pół kroku, jakby nie chciała pozwolić sobie na choćby odrobinę słabości.
— Nie ma potrzeby — odpowiedziała cicho. — Nic mi nie jest.
Melih spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Niedawno omal nie potrącił cię samochód, a teraz prawie zemdlałaś na środku ulicy. — Pokręcił głową. — Proszę, nie próbuj udawać, że wszystko jest w porządku.
Hancer odwróciła wzrok.
— Poradzę sobie sama.
— Jeśli chcesz, zabiorę cię do rezydencji — zaproponował ostrożnie. — Mój samochód stoi niedaleko. Moglibyśmy spokojnie porozmawiać po drodze.
Na dźwięk słowa „rezydencja” twarz Hancer momentalnie stężała.
— Powiedziałam ci, żebyś zostawił mnie w spokoju.
Melih westchnął ciężko, ale nie cofnął się ani o krok.
— Nie mogę. Widzę, że źle się czujesz. Nie zostawię cię samej w takim stanie. Jeśli nie chcesz wracać do domu, dobrze… ale przynajmniej pozwól mi się odwieźć dokądkolwiek idziesz.
— Dość! — przerwała mu nagle ostrym, drżącym głosem.
Spojrzała na niego z bólem, którego nie była już w stanie ukryć.
— Nie wrócę do tego domu. Nigdy więcej nie postawię tam stopy.
Jej oczy zaszkliły się od łez.
— Moje serce zostało właśnie tam… — wyszeptała. — A oni je zniszczyli.
Przez chwilę panowała cisza. Słychać było jedynie szum wiatru i odległy dźwięk przejeżdżających samochodów.
Melih patrzył na nią bez słowa, wyraźnie poruszony jej stanem.
— Nie chcę cię urazić, pani Hancer — odezwał się w końcu łagodniej. — Ale naprawdę nie będę spokojny, jeśli zostawię cię tutaj samą. Powiedz tylko, dokąd idziesz. Odwiozę cię i więcej się nie odezwę.
Hancer zamknęła oczy na krótką chwilę, jakby walczyła z własnym zmęczeniem.
— Do firmy — odpowiedziała cicho. — Idę do firmy. I nie potrzebuję niczyjej pomocy. Nie chcę już nikogo obciążać sobą.
Melih pokręcił głową z wyraźnym smutkiem.
— Nie jesteś dla nikogo ciężarem. — Zawahał się na moment. — Ja po prostu próbuję postąpić właściwie. Wyglądasz, jakbyś miała zaraz stracić przytomność. Pozwól mi przynajmniej dotrzymać ci towarzystwa. Proszę.
Hancer nie odpowiedziała od razu.
Stała nieruchomo, oparta o metalowy słupek, z opuszczonym wzrokiem i przyspieszonym oddechem. W końcu przestała protestować.
A Melih zrozumiał, że to jedyne „tak”, jakie była w stanie mu dać.
***
Hancer weszła do gabinetu Engina powolnym krokiem. Jasne, nowoczesne wnętrze pachniało kawą i papierem, a za ogromnymi szybami rozciągał się widok na ruchliwe miasto. Wszystko wydawało się uporządkowane, spokojne i chłodne — zupełnie odwrotnie niż chaos, który panował w jej sercu.
Melih zatrzymał się na korytarzu tuż obok przeszklonych drzwi. Nie wszedł do środka, ale pozostał na tyle blisko, by słyszeć każde wypowiedziane słowo. Coś w stanie Hancer nie pozwalało mu odejść.
Engin właśnie odkładał dokumenty na biurko, gdy podniósł wzrok i zobaczył ją w progu.
— Hancer? — zdziwił się. — Co ty tutaj robisz?
Na jego twarzy momentalnie pojawił się niepokój. Dziewczyna wyglądała źle — była blada, wyraźnie wyczerpana, a pod oczami miała ślady nieprzespanej nocy.
Hancer spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej jedynie słaby, wymuszony grymas.
— Dobrze, że cię zastałam — powiedziała cicho. — Wiem, że się nie zapowiedziałam, ale musimy pilnie załatwić jedną sprawę.
Engin odsunął krzesło i podszedł bliżej.
— Co się stało?
Hancer zacisnęła palce na pasku torebki.
— Chcę udzielić ci pełnomocnictwa.
— Pełnomocnictwa? — zmarszczył brwi. — W jakiej sprawie?
Spojrzała mu prosto w oczy.
— Rozwodu.
Słowo spadło między nimi ciężko i brutalnie.
Engin zamarł. Przez moment patrzył na nią, jakby nie był pewien, czy dobrze usłyszał.
— Co? — wyszeptał. — Hancer… o czym ty mówisz?
Odwróciła wzrok i podeszła kilka kroków w stronę okna.
— Nie chcę już o tym rozmawiać. Po prostu przygotuj dokumenty.
Engin pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Pokłóciliście się? — zapytał ostrożniej. — Usiądź. Spokojnie porozmawiajmy.
— Enginie, naprawdę nie mamy o czym rozmawiać.
W jej głosie było zmęczenie człowieka, który wypłakał już wszystkie łzy.
— Nie chcę niczego od Cihana. Chcę tylko, żeby to wszystko się skończyło.
Engin patrzył na nią długo, coraz bardziej przygnębiony.
— Nie mogę tego zrobić.
Hancer odwróciła się gwałtownie.
— Co?
— Nie patrz tak na mnie — powiedział cicho. — Ty i Cihan jesteście moimi przyjaciółmi. Nie mogę po prostu przygotować papierów rozwodowych, jakby chodziło o zwykłą sprawę między obcymi ludźmi.
Zrobił krok w jej stronę.
— Usiądźmy. Porozmawiajmy spokojnie. Cokolwiek się wydarzyło, da się to jeszcze naprawić.
Hancer zamknęła oczy na krótką chwilę.
— Proszę… nie nalegaj. — Jej głos lekko zadrżał. — Nie mam już siły na kolejne rozmowy. Chcę tylko, żebyś załatwił to jak najszybciej.
Engin zmarszczył brwi.
— Czy Cihan wie, że tu przyszłaś?
Zapadła krótka cisza.
— Tak — odpowiedziała w końcu niemal szeptem. — To on chciał, żebyśmy złożyli pozew rozwodowy.
Słowa ledwo przeszły jej przez gardło.
— Może tak będzie lepiej dla nas obojga. Jeśli mi nie wierzysz… zadzwoń do niego. Sam ci to potwierdzi.
Engin westchnął ciężko i przetarł dłonią twarz.
— I tak wkrótce tu będzie. Wtedy wszyscy spokojnie porozmawiamy i zobaczymy, czy da się znaleźć jakieś rozwiązanie.
Hancer natychmiast pokręciła głową.
— Nie.
Po raz pierwszy w jej głosie pojawiła się wyraźna desperacja.
— Enginie… jesteś moim przyjacielem. Nie zmuszaj mnie, żebym szukała innego prawnika. Proszę. Nie rób mi tego.
W gabinecie zapadła ciężka cisza.
Engin długo patrzył na jej pobladłą twarz, na dłonie drżące ze zdenerwowania i na oczy pełne bólu, którego nie potrafiła już ukryć.
W końcu powoli wrócił za biurko.
Bez słowa sięgnął po kartkę papieru i długopis. Położył je przed nią.
— Skoro naprawdę podjęłaś decyzję… — odezwał się cicho — napisz własnoręcznie, czego chcesz. Potem się podpisz.
Hancer usiadła powoli na krześle.
Przez chwilę tylko patrzyła na pustą kartkę, jakby była czymś znacznie straszniejszym niż zwykły papier.
Drżącą dłonią chwyciła długopis.
Uniosła głowę ku górze i ciężko westchnęła.
— Boże… daj mi siłę… — wyszeptała łamiącym się głosem.
Potem pochyliła się nad kartką i zaczęła pisać.

***
Cihan wszedł do salonu ciężkim, powolnym krokiem. W ogromnym wnętrzu panowała przytłaczająca cisza. Jasne ściany, ozdobne meble i kryształowe dekoracje odbijały chłodne światło wpadające przez wysokie okna, ale nawet elegancja rezydencji nie była w stanie ukryć dusznej atmosfery, która zawisła nad domem.
Mężczyzna podszedł do fotela i usiadł ciężko, jakby nagle zabrakło mu sił. Pochylił głowę, opierając łokieć na kolanie, po czym przycisnął palce do skroni. Zamknął oczy i zaczął powoli je masować, próbując uciszyć chaos myśli rozrywających mu głowę.
Kilka kroków dalej zatrzymała się Mukadder.
Patrzyła na syna z bólem ściskającym serce. Jeszcze nigdy nie widziała go tak złamanego.
Mój syn… moje oczko w głowie… — pomyślała z rozpaczą. — Całe życie rzucałam się w ogień, żeby cię chronić. A teraz sama stałam się powodem twojego cierpienia.
Jej dłonie drżały lekko.
Tylko po to, żeby cię nie stracić… tylko po to, żeby zatrzymać cię przy sobie… weszłam w to kłamstwo. Od kiedy stałam się jego częścią, cierpię straszne męki.
Spojrzała na pochyloną sylwetkę syna i poczuła, jak oczy zaczynają piec od łez.
Mówiłam, że zrobię wszystko, by doczekać się wnuka… Ale jaką cenę przyszło mi za to zapłacić? Na moich barkach ciąży grzech, którego nie potrafię już unieść. Chcą włożyć ci w ramiona cudze dziecko… a ja mam milczeć i patrzeć, jak niszczą twoje życie.
Cihan nagle wyczuł jej obecność. Powoli odsunął dłoń od skroni i odwrócił głowę.
Ich spojrzenia spotkały się.
W oczach Mukadder było tyle bólu, że przez krótką chwilę aż zabrakło mu słów.
On jednak odezwał się pierwszy.
— Możesz być szczęśliwa, pani Mukadder — powiedział cicho, z gorzkim uśmiechem. — Osiągnęłaś swój cel. Hancer odeszła.
W salonie zrobiło się jeszcze ciszej.
— To koniec — dodał po chwili ochrypłym głosem. — Rozwodzimy się.
Słowa uderzyły Mukadder prosto w serce.
W tej samej chwili na schodach rozległ się cichy stukot obcasów.
Beyza zeszła na dół powoli, trzymając dłoń na poręczy. Gdy usłyszała ostatnie zdanie Cihana, na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny cień satysfakcji.
Mukadder spojrzała na nią i nagle poczuła, że dłużej tego nie wytrzyma.
Zrobiła gwałtowny krok w stronę syna i uklękła przed nim.
— Nie mogę już tego dusić w sobie… — wyszeptała drżącym głosem.
Cihan spojrzał na nią zaskoczony.
Mukadder chwyciła jego dłonie.
— Synu… muszę ci powiedzieć prawdę. Beyza nie jest w ciąży. Ona i Nusret oszukali cię od samego początku. Chcieli, żebym też uczestniczyła w tym kłamstwie…
Łzy spłynęły po jej policzkach.
— Wybacz mi… błagam cię. Idź. Idź i uratuj swoją rodzinę. Uratuj swoje małżeństwo, zanim będzie za późno.
Nagle…
Obraz jakby rozpadł się na kawałki.
Mukadder gwałtownie mrugnęła.
Wciąż stała nieruchomo kilka kroków za synem.
Nie uklękła.
Nie powiedziała ani słowa.
Wyznanie rozegrało się wyłącznie w jej głowie.
Rzeczywistość okazała się znacznie bardziej brutalna niż odwaga, której tak desperacko próbowała w sobie znaleźć.
Do salonu weszła Beyza.
— Cóż… — odezwała się chłodno, poprawiając rękaw bluzki. — Można powiedzieć, że wasza przygoda dobiegła końca. Było, minęło.
Cihan powoli podniósł się z fotela.
Spojrzał na nią lodowato. Bez gniewu. Bez emocji. Jak na kogoś zupełnie obcego.
Beyza podeszła bliżej i ostrożnie położyła dłoń na jego ramieniu.
Cihan natychmiast ją zdjął.
Nie szarpnął jej. Nie podniósł głosu. Ale w tym krótkim, stanowczym geście było więcej chłodu niż w najokrutniejszych słowach.
— Nie martw się — powiedział cicho. — Nie będę biegał za Hancer.
Spojrzał krótko w stronę drzwi.
— Idę do pracy.
Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia.
Mukadder patrzyła za nim ze łzami w oczach, czując, że wraz z każdym jego krokiem prawda coraz bardziej zaciska się wokół nich niczym pętla.


***
Yasemin siedziała za biurkiem w swoim gabinecie, przeglądając dokumenty przyniesione przez asystentkę. W pomieszczeniu panował charakterystyczny zapach papieru, kawy i środków dezynfekujących. Za oknem słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rzucając ciepłe smugi światła na drewniane meble i sterty uporządkowanych teczek.
Lekarka zatrzymała wzrok na jednej z kartek.
Jej brwi momentalnie się zmarszczyły.
Uniosła dokument wyżej i jeszcze raz uważnie prześledziła wyniki.
— Jesteś pewna, że to nie pomyłka? — zapytała powoli, nie odrywając wzroku od papierów. — To naprawdę wyniki badań krwi Beyzy?
Asystentka skinęła głową.
— Tak, doktor Yasemin. Przyszły dziś rano z laboratorium.
Yasemin odchyliła się lekko na fotelu, wyraźnie zaniepokojona.
— To niemożliwe… — mruknęła bardziej do siebie niż do dziewczyny.
Jeszcze raz spojrzała na liczby i oznaczenia.
— Te wyniki nie mają nic wspólnego z poprzednimi badaniami. — Pokręciła głową z niedowierzaniem. — Parametry wyglądają tak, jakby dotyczyły zupełnie innej osoby. Nie ma tu praktycznie żadnych oznak ciąży.
Zapadła krótka cisza.
Asystentka przesunęła nerwowo dłonie po teczce.
— Być może laboratorium popełniło błąd — odezwała się ostrożnie. — Zdarzały się już podobne pomyłki.
Yasemin zmrużyła oczy.
W jej spojrzeniu pojawił się chłodny błysk człowieka, który zaczyna dostrzegać coś znacznie poważniejszego niż zwykły błąd.
— Nie wiem dlaczego… ale mam bardzo złe przeczucie — powiedziała cicho.
Odłożyła wyniki na biurko i spojrzała na asystentkę.
— Powiedz mi… kto pobierał Beyzie krew przy pierwszych badaniach?
— Siostra Selen.
Yasemin natychmiast wyprostowała się na krześle.
— Zadzwoń do niej. Niech jak najszybciej przyjedzie do szpitala.
Asystentka zawahała się.
— Siostra Selen jest na urlopie. Wróci dopiero za tydzień. Mogę jednak spróbować się z nią skontaktować.
Yasemin przez chwilę milczała, stukając palcami o blat biurka.
— Nie… — powiedziała w końcu spokojniej. — Nie ma sensu robić zamieszania przez telefon. Porozmawiam z nią osobiście, kiedy wróci.
Znów spojrzała na wyniki badań.
Liczby wydawały się niemal krzyczeć, że coś tutaj się nie zgadza.
Że ktoś kłamie.
Asystentka ostrożnie przerwała ciszę:
— Doktor Yasemin… pacjentka już czeka. Mam ją wprowadzić?
Lekarka powoli skinęła głową.
— Tak. Przyprowadź ją.
Dziewczyna wyszła z gabinetu, zamykając za sobą drzwi.
Yasemin została sama.
Jeszcze przez dłuższą chwilę siedziała nieruchomo, wpatrzona w dokumenty Beyzy. Intuicja podpowiadała jej, że stoi u progu odkrycia czegoś bardzo niebezpiecznego. Czegoś, co może wywrócić życie wielu ludzi do góry nogami.


***
Kiedy Hancer opuściła biuro Engina, była blada i wyczerpana, jakby każdy kolejny krok kosztował ją resztki sił. Poprosiła Meliha, by zawiózł ją do szpitala, w którym pracowała Yasemin.
Przez całą drogę Hancer siedziała cicho, wpatrzona w okno samochodu. Ulice miasta przesuwały się przed jej oczami niczym rozmazany obraz, którego właściwie już nie dostrzegała. Myślami wciąż była przy Cihanie… przy ich domu, wspomnieniach i słowach, które ostatecznie zniszczyły wszystko.
Melih odprowadził ją aż pod sam gabinet Yasemin.
Zatrzymali się przed drzwiami. Hancer odwróciła się do niego powoli. W jej oczach było zmęczenie, wdzięczność i coś jeszcze — cichy wstyd, że znów musi na kimś polegać.
— Nie chcę zatrzymywać cię dłużej — powiedziała cicho. — Jeszcze spóźnisz się do pracy przeze mnie.
Melih pokręcił głową.
— Praca nie ucieknie. — Spojrzał na nią uważnie. — Ale ty naprawdę mnie martwisz, pani Hancer.
Na jej ustach pojawił się blady, ledwie widoczny uśmiech.
— Poradzę sobie.
— Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała… — zawahał się na moment — zadzwoń do mnie. O każdej porze. Przyjadę natychmiast.
Hancer spuściła wzrok i ścisnęła pasek torebki.
— Czy to może zostać między nami? — zapytała niemal szeptem. — Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie jestem.
Melih skinął głową bez wahania.
— Dobrze. Nie martw się. Nikomu nic nie powiem.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
— Dziękuję ci, Melihu — powiedziała cicho.
— Nie musisz mi dziękować.
Odprowadził ją spojrzeniem, dopóki nie weszła do środka.
Gdy drzwi gabinetu zamknęły się za Hancer, Yasemin natychmiast podniosła się zza biurka. Już jeden rzut oka wystarczył, by zrozumieć, że wydarzyło się coś złego.
Hancer wyglądała tak, jakby ledwo trzymała się na nogach.
— Hancer… — odezwała się z niepokojem. — Co się stało?
Podeszła do niej szybko.
— Dlaczego prosiłaś, żeby nikt się nie dowiedział? I co ty robiłaś z Melihem? — Jej głos zadrżał. — Zaczynam się bać. Powiedz mi wreszcie, co się dzieje.
Hancer próbowała coś odpowiedzieć, ale głos ugrzązł jej w gardle.
Przez chwilę tylko patrzyła na przyjaciółkę szklistymi oczami.
W końcu wyszeptała:
— To koniec…
Yasemin zmarszczyła brwi.
— Koniec czego?
Dolna warga Hancer zadrżała.
— Rozwodzimy się…
Te słowa niemal odebrały jej resztę sił. Łzy natychmiast napłynęły jej do oczu.
— W tym ogromnym mieście… — mówiła łamiącym się głosem — nie mam już nikogo poza tobą.
Yasemin bez chwili wahania objęła ją mocno.
— Moja kochana… chodź tutaj.
Hancer wtuliła się w nią, jakby dopiero teraz pozwoliła sobie naprawdę się rozsypać. Jej ramiona drżały od tłumionego płaczu.
Yasemin delikatnie gładziła ją po włosach.
— Ciii… spokojnie. Jestem przy tobie. Nie zostawię cię samej, dobrze?
Odsunęła ją lekko od siebie i otarła dłonią łzy spływające po jej policzkach.
— Cokolwiek się wydarzyło, przejdziemy przez to razem. Rozumiesz mnie? Razem.


***
W gabinecie panowała ciężka, niemal dusząca cisza.
Cihan stał przy szerokim oknie balkonowym, odwrócony plecami do pomieszczenia. Za szybą miasto żyło własnym rytmem — ludzie gdzieś się spieszyli, samochody sunęły ulicami, wiatr poruszał gałęziami drzew — ale dla niego wszystko wydawało się odległe i nierealne.
Patrzył przed siebie pustym wzrokiem, jakby zatrzymał się w miejscu, z którego nie potrafił już wrócić.
Engin siedział w fotelu naprzeciwko biurka. W dłoniach trzymał teczkę z dokumentami, lecz od kilku minut nawet jej nie otworzył. Obserwował przyjaciela z wyraźnym niepokojem.
Nigdy wcześniej nie widział go tak wyczerpanego.
— Cihanie… — odezwał się w końcu ostrożnie. — Pozwólmy temu tygodniowi minąć. Emocje są jeszcze zbyt świeże. Potem usiądziemy spokojnie i zastanowimy się, co dalej. Nie musicie podejmować decyzji od razu.
Cihan milczał przez chwilę.
Powoli odwrócił się od okna. Jego twarz była chłodna i opanowana, ale w oczach kryło się zmęczenie, którego nie dało się ukryć.
Podszedł do fotela i usiadł naprzeciwko Engina.
— Załatw to jeszcze dziś — powiedział cicho. Ton jego głosu był spokojny, lecz ostateczny.
Engin westchnął ciężko. Otworzył teczkę i wyciągnął kartkę podpisaną przez Hancer.
Przez moment obracał dokument w dłoniach, jakby wciąż liczył, że znajdzie właściwe słowa.
— Możesz przynajmniej na to spojrzeć? — zapytał łagodniej, podając mu kartkę. — Hancer zrzeka się wszystkiego. Nie chce domu, pieniędzy ani udziałów. Tak zdecydowała.
Cihan nawet nie spojrzał na dokument.
Jego wzrok pozostał nieruchomy.
— Nie obchodzi mnie, co napisała — odpowiedział po chwili. — Stary dom zostanie przepisany na nią. I jeszcze pięć procent udziałów w firmie.
Engin uniósł brwi.
— Cihanie…
— Przygotuj odpowiednie dokumenty — przerwał mu stanowczo. — Chcę, żeby wszystko zostało załatwione zgodnie z prawem i bez żadnych problemów.
W gabinecie znów zapadła cisza.
Engin długo patrzył na przyjaciela, próbując dostrzec w nim choć cień zawahania. Ale twarz Cihana pozostawała nieporuszona — twarda, zamknięta, jakby każdą emocję ukrył głęboko pod chłodnym opanowaniem.
Tylko jego dłonie zdradzały napięcie.
Palce zacisnęły się mocno na podłokietniku fotela.
Jakby właśnie tym jednym gestem próbował utrzymać w ryzach wszystko, co rozpadało się w nim od środka.

***
Hancer znalazła schronienie w domu Yasemin.
Pokój, który przygotowała dla niej przyjaciółka, był niewielki, ale ciepły i przytulny. Jasne zasłony miękko falowały przy uchylonym oknie, a stojąca na stoliku lampka rzucała łagodne, złotawe światło. Wszystko tutaj wydawało się spokojne — jakby ten dom próbował odgrodzić ją od bólu, który zostawiła za sobą.
Hancer siedziała nieruchomo na brzegu łóżka, ze splecionymi dłońmi i spuszczonym wzrokiem. Wyglądała na wyczerpaną bardziej emocjonalnie niż fizycznie.
Po chwili drzwi otworzyły się cicho.
Yasemin weszła do środka z niewielkim stosem ubrań w rękach. Uśmiechnęła się łagodnie i podała Hancer granatową piżamę.
— Proszę. Powinna być wygodna.
Hancer uniosła wzrok i przyjęła odzież z wdzięcznością.
Yasemin usiadła obok niej na łóżku.
— A teraz słuchaj mnie uważnie — powiedziała ciepło. — To jest twój pokój. Nie jesteś tutaj gościem. Chcę, żebyś czuła się jak u siebie.
Delikatnie ścisnęła jej dłoń.
— Jesteś dla mnie jak siostra, Hancer. Dlatego spróbuj choć trochę odpocząć. I nie martw się… jeśli nie chcesz, nikt nie dowie się, że tu jesteś. Nawet Engin.
Na twarzy Hancer pojawił się cień wzruszenia.
— Dziękuję ci, siostro Yasemin — wyszeptała.
Yasemin spojrzała na nią uważnie.
— Poczekajmy jeszcze trochę. Każdy dzień potrafi przynieść coś nowego. Wy dwoje przeszliście razem przez tyle rzeczy… — pokręciła lekko głową — że nie potrafię uwierzyć, iż moglibyście tak po prostu z siebie zrezygnować.
Zawahała się na moment.
— Co się stało, Hancer? Już go nie kochasz?
Hancer natychmiast pokręciła głową. W jej oczach pojawił się ból.
— Właśnie dlatego odchodzę — odpowiedziała cicho. — Bo go kocham.
Jej głos zadrżał.
— Kiedy byłam uwięziona w samochodzie… widziałam twarz Cihana. Widziałam jego bezradność. — Zacisnęła dłonie mocniej. — Z jednej strony byłam ja… z drugiej Beyza i dziecko.
Na chwilę zamknęła oczy, jakby tamten obraz wciąż stał przed nią żywy.
— Nigdy wcześniej nie widziałam w jego oczach takiego bólu. I wtedy obiecałam sobie jedno… że już nigdy więcej nie postawię go przed takim wyborem.
Łzy zaszkliły się w jej oczach.
— Nie mogę tego zrobić człowiekowi, którego kocham bardziej niż samą siebie.
Yasemin milczała przez chwilę, zamyślona.
— Jeśli rzeczywiście istnieje dziecko… — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niej.
Hancer spojrzała na nią zdziwiona.
— To niewinne dziecko, Yasemin. Ono nie jest niczemu winne.
Lekarka westchnęła lekko i oparła dłonie na kolanach.
— Jeszcze się nie urodziło — odpowiedziała spokojnie. — I właśnie dlatego chcę ci coś powiedzieć.
Odwróciła się ku niej.
— Wiesz, co zawsze powtarzam kobietom w ciąży? Żeby nie budowały całego życia wokół przyszłości dziecka, dopóki naprawdę nie pojawi się ono na świecie. Los potrafi zmienić wszystko w jednej chwili.
Hancer spuściła wzrok.
— Nie zadręczaj się aż tak bardzo — dodała Yasemin łagodniej. — Bo w końcu sama siebie zniszczysz.
Delikatnie dotknęła jej ramienia i uśmiechnęła się ciepło.
— Spróbuj odpocząć. Potrzebujesz snu bardziej niż kolejnych łez.
Po tych słowach wstała powoli i skierowała się do drzwi.
Hancer została sama w cichym pokoju, trzymając w dłoniach piżamę i myśląc o mężczyźnie, którego właśnie próbowała stracić… dla jego własnego dobra.

***
Yasemin cicho zamknęła drzwi pokoju Hancer.
Przez chwilę stała nieruchomo na korytarzu, jakby nie miała siły zrobić kolejnego kroku. Potem powoli oparła się plecami o ścianę i zamknęła oczy.
Z wnętrza pokoju nie dochodził żaden dźwięk.
Tylko ta cisza bolała jeszcze bardziej.
Yasemin wypuściła powoli powietrze i przesunęła dłonią po czole, próbując uporządkować myśli. W głowie wciąż wracały do niej wyniki badań Beyzy, dziwne nieścisłości i narastające od godzin przeczucie, którego nie potrafiła już zignorować.
— Niewinne dziecko… — wyszeptała pod nosem.
Jej spojrzenie zatrzymało się gdzieś w pustce.
— Hancer i Cihan są gotowi poświęcić własne szczęście właśnie dla niego.
W jej głosie pojawił się smutek.
Widziała rozpacz Hancer. Widziała też cierpienie Cihana. Dwoje ludzi, którzy kochali się bardziej niż własne życie, właśnie pozwalało, by wszystko między nimi się rozpadło.
I być może robili to… przez kłamstwo.
Yasemin otworzyła oczy i wyprostowała się powoli.
— Jeśli moje podejrzenia okażą się prawdziwe… — powiedziała ciszej, niemal z niedowierzaniem — przekażę Hancer wiadomość, która zmieni absolutnie wszystko.
Na moment zacisnęła szczękę.
— Ale najpierw muszę mieć pewność.
Jej twarz stwardniała z determinacji.
To nie było już tylko zwykłe przeczucie. Coś się nie zgadzało — i Yasemin zamierzała odkryć prawdę, niezależnie od tego, ile wysiłku miałoby to ją kosztować.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 99.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






