„Dziedzictwo” Odc. 970 – streszczenie
Cansel trafia do szpitala. Na korytarzu cała rodzina w napięciu czeka na wieści o jej stanie. Wszyscy, oprócz Poyraza, rzucają Nanie oskarżycielskie spojrzenia. Uwierzono w dramatyczną wersję Cansel — że to Nana zepchnęła ją ze schodów.
Wreszcie z gabinetu lekarskiego wychodzi Nazli. Jej wzrok również jest pełen chłodu i niechęci wobec Nany. Bez słowa wchodzi do sali Cansel, a reszta rodziny podąża za nią w pełnym napięcia milczeniu.
— Nazli! Błagam, powiedz mi, że moje dziecko żyje! — Cansel krzyczy z rozpaczą, jej głos drży.
Nazli pochyla głowę.
— Bratowo… bardzo mi przykro. Niestety, poroniłaś. Straciliśmy dziecko. Naszego bratanka…
Cisza spada jak grom. Wszyscy zamierają w szoku, a Cansel wpada w histeryczny płacz.
— Nie!!! To nie może być prawda! Moje dziecko… moje maleństwo… — zawodzi, po czym z nagłym gniewem wbija wzrok w Nanę. — Ty morderczyni! To przez ciebie! Zabiłaś moje dziecko! Czego od niego chciałaś?! Zemsty?! Dlaczego nie skrzywdziłaś mnie, tylko jego?! To był aniołek! Niewinny aniołek!
Nana cofa się, zdruzgotana oskarżeniami. Patrzy na Poyraza — szuka w nim wsparcia — ale jego spojrzenie też staje się nieufne.
— Przysięgam, ja niczego nie zrobiłam… — szepcze łamiącym się głosem.
— Moje dziecko odeszło, nawet nie zdążyłam go przytulić… — Cansel krzyczy przez łzy. — I wszystko przez ciebie! Ty je zabiłaś!
— Nie… to nieprawda… — Nana szlocha, ale jej głos tonie w morzu nienawiści.
Cennet robi dwa powolne kroki w jej stronę.
— Odkąd się tu zjawiłaś, spadło na nas samo nieszczęście. Teraz zabrałaś mi także wnuka… — mówi chłodno. — Co ci zawiniło niewinne dziecko? Niech Bóg cię ukarze za tę zbrodnię.
Nana, nie mogąc znieść tej niesprawiedliwości, wybiega z sali, zalana łzami. Poyraz rusza za nią.
— Jestem niewinna! — woła z rozpaczą. — Przysięgam, że nikomu nic nie zrobiłam!
I wtedy jej ciało osuwa się bezwładnie. Mdleje, wpadając w ramiona męża.
***
Aynur odgrywa rolę dziewczyny Sinana z zaskakującym spokojem. Siedzi tuż obok niego na kanapie, z uśmiechem przyklejonym do twarzy. Naprzeciwko, w eleganckim fotelu, Isil – matka prokuratora – mierzy ją chłodnym, oceniającym spojrzeniem.
— Nie jesteś w typie Sinana — rzuca sucho, niemal z wyższością. — Zwykle gustuje w wysokich i bardzo szczupłych kobietach.
Aynur nie daje się wyprowadzić z równowagi. Odwraca się do Sinana z uroczym uśmiechem.
— Naprawdę? To nawet miłe — odpowiada z lekką ironią. — Wygląda na to, że tym razem ujęły cię moje cechy charakteru, kochanie.
Isil nie spuszcza z niej wzroku.
— Sinan właściwie niewiele mi o tobie opowiedział. Trudno powiedzieć, czy to dlatego, że nie zajmujesz ważnego miejsca w jego życiu… czy może to kwestia jego tajemniczości.
— Nie jestem zaskoczona — odpowiada Aynur spokojnie. — On raczej nie lubi mówić o swoich uczuciach. Zachowuje miłość… i gniew… głęboko dla siebie. Ale przecież to pani, jako jego matka, zna go najlepiej.
— Nic nie wspomniałaś o swojej profesji — zauważa Isil. — Mam wrażenie, że jesteś prawniczką. Tak logicznie bronisz Sinana…
— Nie, jestem lekarzem — mówi Aynur, z kamienną twarzą, brnąc dalej w swoją rolę.
— Bardzo uznanym kardiologiem — dodaje szybko Sinan, podtrzymując wersję.
— Staram się robić, co w mojej mocy — mówi Aynur z delikatnym uśmiechem. — Ale niestety… nie potrafię podarować serca tym, którzy sami go nie posiadają.
W salonie zapada cisza. Isil lekko unosi brew, nie komentując. Sinan i Aynur korzystają z okazji, by uciec do kuchni „zrobić kawę”.
Gdy tylko zostają sami, Aynur opiera się o blat i bierze głęboki oddech.
— Umieram ze strachu, że zaraz się potknę i wszystko się wyda — przyznaje szeptem. — Radzę sobie w ogóle?
Sinan spogląda na nią z uznaniem.
— Radzisz sobie? Jesteś znakomita. Naprawdę.
— Dziękuję… Choć trochę mi wstyd za to, co powiedziałam pani Isil.
— Zasugerowałaś, że nie ma serca — zauważa z lekkim rozbawieniem.
— Wiem. Przepraszam, po prostu nie mogłam się powstrzymać. Po tym wszystkim, co mi o niej opowiedziałeś… puściły mi nerwy.
***
Sibel przebywa w szpitalu, nerwowo krążąc po korytarzu. Gdy tylko dostrzega lekarza z teczką wyników w dłoni, natychmiast podbiega i zastępuje mu drogę.
— Doktorze, czy to… czy to wyniki Cansel? — pyta z niepokojem w głosie.
— Czy jest pani członkiem rodziny? — odpowiada profesjonalnym tonem mężczyzna.
— Nie, ale jestem z nią bardzo blisko związana. Możesz mi powiedzieć, proszę.
Lekarz zawiesza głos, ale po chwili spogląda na kartki i mówi:
— W wynikach morfologii widzimy pewne nieprawidłowości. Wygląda na to, że pani Cansel była narażona na działanie substancji toksycznych. To mogło przyczynić się do poronienia. Czy wiadomo, czy przyjmowała jakieś leki?
— Nie, to niemożliwe! Cansel jest bardzo ostrożna, zwłaszcza od kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Doktorze… ona i jej rodzina są załamani. Pozwól, że przekażę im to w delikatny sposób…
— Wolałbym zrobić to osobiście — mówi lekarz stanowczo.
W tym momencie dobiega ich głos pielęgniarki:
— Doktorze Rifacie, potrzebujemy pana natychmiast na sali operacyjnej!
Lekarz zawahał się przez ułamek sekundy, po czym przekazuje Sibel dokumenty.
— W porządku. Ale proszę być ostrożną z tym, co i jak pani powie.
***
W jednej z sal Nana leży blada na szpitalnym łóżku, pogrążona w niespokojnym śnie. Obok niej czuwa Poyraz.
— Jestem niewinna… nie zrobiłam tego… — mamrocze przez sen, po czym nagle otwiera oczy, dysząc ciężko.
— Spokojnie — mówi cicho Poyraz, delikatnie przytrzymując ją, gdy próbuje się podnieść. — Nie wstawaj tak gwałtownie, jeszcze zemdlejesz.
— Niczego nie zrobiłam, Poyraz. Wierzysz mi?
— Wierzę — odpowiada bez wahania. — Nawet jeśli cały świat powie inaczej, ja wiem, że jesteś niewinna. Nigdy nie zrobiłabyś czegoś takiego.
— Więc… dlaczego? Dlaczego Cansel mnie oskarżyła? Przecież ja…
— Może… żeby ukryć prawdę. Może sama się potknęła, spadła. Teraz nie może się z tym pogodzić, więc znalazła winnego. Ty musisz być silna. Ja ci wierzę, ale wszyscy inni się od ciebie odwrócili. A prawdy nie da się teraz łatwo udowodnić.
— Nie, nie zniosę tego… Nie mogę z tym żyć!
Nana zrywa się z łóżka, zakłada buty i biegnie, mimo protestów Poyraza, w stronę sali Cansel.
Wbija się do środka, zalana łzami.
— Proszę… błagam cię, nie rób mi tego! — mówi przez szloch. — Możesz mnie nienawidzić, możesz mną pogardzać, ale nie obwiniaj mnie za śmierć twojego dziecka!
Cansel, leżąca na łóżku, podnosi głowę i spogląda na nią z furią.
— Ty śmiesz się tu pokazywać?! Sahinie, natychmiast ją stąd wyrzuć!
— Cansel, rozumiem, że mnie nie lubisz. Że łatwiej jest ci mnie nienawidzić niż zaakceptować, co się stało… Ale błagam, nie przypisuj mi zbrodni, której nie popełniłam!
— Ty bezduszna żmijo! — krzyczy Cansel, łamiącym się głosem. — Nie dość, że zabiłaś moje dziecko, to jeszcze śmiesz mnie oskarżać o kłamstwo?! Sama mnie zepchnęłaś ze schodów! Sama! Przyznaj się w końcu!
— Nie! Ja… ja nic nie zrobiłam!
— Dość tego! — wtrąca się stanowczo Sahin. — Wynoś się stąd! — Obraca się w stronę Poyraza, który właśnie pojawił się w drzwiach. — Zabierz ją stąd, natychmiast!
Poyraz patrzy na Nanę, jej łzy, drżenie ciała. Bez słowa bierze ją za rękę i wyprowadza z sali, zostawiając za sobą pełne nienawiści spojrzenia rodziny.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Emanet. Inspiracją do jego stworzenia był film Emanet 698. Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.















