„Panna młoda” Odc. 140 – streszczenie
Sinem przyszła do parku razem z Mine. Dziewczynka niemal od razu wyrwała mamie rękę i pobiegła w stronę kolorowego placu zabaw, gdzie rozbrzmiewały dziecięce śmiechy. Sinem obserwowała ją przez chwilę, po czym usiadła obok Meliha na drewnianej ławce stojącej w cieniu drzew.
Już przy pierwszym spojrzeniu dostrzegła plaster na jego rozciętej brwi i napięcie malujące się na twarzy mężczyzny.
— Dlaczego tak wyglądasz? — zapytała cicho, marszcząc brwi. — Rozmawiałeś z Cihanem, prawda? Wpadł w gniew i wdaliście się w bójkę? Melihu, odpowiedz mi.
Melih odwrócił wzrok i oparł łokcie na kolanach.
— Trochę się pokłóciliśmy… — przyznał niechętnie. — A potem sprawy zaszły za daleko.
— Wiedziałam… — westchnęła Sinem, opuszczając głowę. — Bałam się, że Cihan nie zaakceptuje naszego związku, ale nie sądziłam, że zareaguje aż tak gwałtownie.
Melih spojrzał na nią natychmiast.
— To nie ma nic wspólnego z nami. Pokłóciłem się z nim przez Hancer. Oni naprawdę chcą się rozwieść. Pan Cihan zachowywał się wobec niej w okropny sposób… Nie mogłem stać i patrzeć. Musiałem jej bronić.
Sinem spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytała z niedowierzaniem. — Dlaczego znowu wmieszałeś się w ich sprawy?
— Bo ktoś musiał stanąć po stronie kobiety, która potrzebowała pomocy — odpowiedział stanowczo. — Poza tym… i tak nie będę już dla niego pracował.
Na moment zawahał się, po czym dodał ciszej:
— Pokłóciłem się też z mamą. Stanęła po stronie Cihana. Naprawdę już niczego nie rozumiem.
Sinem pokręciła głową, a w jej oczach pojawił się żal.
— Czy choć przez chwilę pomyślałeś o mnie? — zapytała drżącym głosem. — Każdego dnia stoję przed moim ojcem ze spuszczoną głową. On ciągle pyta o ciebie, ciągle czegoś oczekuje. Co mam mu teraz powiedzieć?
Melih zmarszczył brwi.
— Sinem, naprawdę mi to mówisz? Ty, która najbardziej wspierałaś panią Hancer?
— Tak, zrobiłabym to ponownie — odpowiedziała bez wahania. — Ale rozwód to jej decyzja. Ona sama wybrała tę drogę. A ja? Czy ty nie widzisz, w jakiej sytuacji mnie postawiłeś?
Melih wyciągnął rękę w jej stronę.
— Nie jesteś sama. Masz mnie.
Na ustach Sinem pojawił się gorzki uśmiech.
— Nie ma cię, Melihu. Wczoraj wieczorem też cię nie było.
— Ale teraz jestem tutaj — odparł szybko.
— Teraz tak — powiedziała cicho. — Ale kiedy wrócę do domu, znowu cię przy mnie nie będzie. Czy możesz mi obiecać, że jutro nadal będziesz obok? Że nie znikniesz po tym, jak spalisz za sobą wszystkie mosty?
Melih zamilkł. Nie potrafił odpowiedzieć.
Sinem wstała gwałtownie z ławki, jakby dalsza rozmowa sprawiała jej ból. Odwróciła się i ruszyła w stronę placu zabaw. Chwyciła Mine za małą rączkę, po czym bez słowa razem opuściły park.
Melih został sam. Nadal siedział na ławce, nieruchomo, ze spuszczoną głową. Wokół niego wciąż rozbrzmiewały dziecięce śmiechy, ale dla niego świat nagle stał się dziwnie cichy.

***
Hancer przyszła do domu Ertugrula późnym popołudniem. W niewielkim salonie panował znajomy spokój — półki uginały się pod ciężarem książek, a ciężkie zasłony tłumiły światło wpadające przez okna. Wiedziała, że rozmowa z mistrzem nie skończy się szybko, dlatego bez słowa skierowała się do kuchni, by przygotować kawę.
Ledwie postawiła tygielek na ogniu, gdy usłyszała odgłos otwieranych drzwi wejściowych. Zamarła.
Po chwili rozpoznała głos Cihana.
Serce zabiło jej gwałtowniej. Odruchowo cofnęła się w głąb kuchni i znieruchomiała, nasłuchując każdego słowa.
Ertugrul zaprowadził Cihana do salonu.
— Dawno cię tutaj nie było — powiedział spokojnie, wskazując mu miejsce. — Jaki wiatr cię przyniósł?
Cihan usiadł ciężko na kanapie i przez moment milczał, jakby brakowało mu sił.
— Nie wiatr, mistrzu… burza — odpowiedział w końcu ochrypłym głosem. — Za każdym razem, gdy się gubię, wracam tutaj, szukając drogi. Podjąłem decyzję… ale nie wiem, czy to właściwa decyzja, czy kara. A co najgorsze… nie wiem nawet, kogo próbuję ukarać.
Hancer mimowolnie zacisnęła dłonie na brzegu blatu. Każde jego słowo trafiało prosto w jej serce.
Ertugrul spojrzał na niego uważnie.
— Wątpliwości spadają na człowieka jak mgła — powiedział łagodnie. — Dopóki całkowicie nie opadnie, nie będziesz w stanie dostrzec, co jest słuszne, a co błędne.
Cihan spuścił wzrok.
— A kiedy ta mgła się rozwieje, mistrzu? — zapytał z bólem. — Kiedy człowiek zrozumie, kto miał rację, a kto się mylił? Jak można to pojąć, nie popełniając błędów?
Na twarzy Ertugrula pojawił się smutny uśmiech.
— Tylko Bóg nie popełnia błędów. Człowiek rodzi się po to, by być wystawianym na próby. Musi upadać, żeby odnaleźć drogę prawdy.
Cihan pokręcił głową i przetarł dłonią twarz.
— Gdybym tylko wiedział, co jest dla mnie dobre…
W kuchni Hancer zamknęła oczy. W jej gardle narastała bolesna gula.
Ertugrul pochylił się lekko w stronę młodszego mężczyzny.
— Obowiązkiem człowieka jest walczyć, dopóki nie będzie pewien, że zrobił wszystko, co mógł. Reszta należy do Boga. Jeśli coś jest ci przeznaczone, pokona każdą przeszkodę i sprawi, że niemożliwe stanie się możliwe. Ale jeśli człowiek ma wyciągnąć lekcję, wszystkie drogi zostaną przed nim zamknięte.
Zapadła cisza, ciężka i pełna niewypowiedzianych emocji.
Po chwili Ertugrul dodał spokojniej:
— Niezależnie od tego, czy wydarzy się to, czego pragniesz, czy nie… dobrze jest umieć powiedzieć: „Bóg wie, co jest dla mnie najlepsze”. Starsi ludzie stworzyli wiele słów opisujących ból rozłąki, ale radość spotkania nazwali tylko jednym słowem — połączenie. Bo rozłąka sprawia, że człowiek umiera po tysiąc razy każdego dnia.
Słysząc te słowa, Hancer zakryła usta dłonią. Łzy napłynęły jej do oczu.
Cihan podniósł głowę i spojrzał gdzieś w pustkę.
— Chcesz powiedzieć, że wszystko i tak wydarzy się tak, jak zostało zapisane… i powinienem zaakceptować swój los.
Ertugrul nie odpowiedział. Wystarczyło mu milczenie.
Po chwili Cihan powoli wstał. Poklepał mistrza po ramieniu i skierował się do wyjścia. Jego kroki odbiły się echem w korytarzu, a potem drzwi cicho się zamknęły.
Dopiero wtedy Hancer osunęła się bezsilnie na kuchenne krzesło. Z jej ust wyrwał się stłumiony szloch, którego nie była już w stanie powstrzymać.


***
Beyzie dopiero po wielu próbach udało się dodzwonić do pielęgniarki Selen. Nerwowo chodziła po sypialni, ściskając telefon tak mocno, że pobielały jej knykcie. Gdy w końcu usłyszała głos kobiety po drugiej stronie, natychmiast wybuchła:
— Dzwoniłam do ciebie tyle razy, a ty odbierasz dopiero teraz?! — syknęła ze złością. — Następnym razem masz odebrać od razu, rozumiesz?
Selen milczała przez chwilę.
Beyza zatrzymała się przy toaletce i odgarnęła włosy drżącą dłonią.
— Jutro wcześnie rano masz być w klinice — ciągnęła ostrym tonem. — Ta twoja nachalna szefowa znowu zażądała badań krwi. Oddałam już próbkę. Ty tylko podmienisz wyniki.
Po drugiej stronie zapadła ciężka cisza.
— Już tam nie pracuję — odpowiedziała w końcu Selen cicho, ale stanowczo.
Beyza zmarszczyła brwi.
— Co to znaczy, że nie pracujesz? — Jej głos stał się jeszcze bardziej lodowaty. — Miałyśmy umowę. Jeśli chodzi o pieniądze, mogę zapłacić więcej.
— Żadne pieniądze nie są warte więzienia — przerwała jej pielęgniarka. W jej głosie słychać było autentyczny strach. — Pani Yasemin zaczęła coś podejrzewać. Zadawała pytania, sprawdzała dokumenty… Nie chcę mieć z tym już nic wspólnego.
Twarz Beyzy pobladła ze złości.
— Posłuchaj mnie uważnie — wycedziła przez zaciśnięte zęby. — Bardzo drogo zapłacisz za to, że mnie zostawiasz. Jeśli myślisz, że tak po prostu odejdziesz, to się mylisz. Zrobię piekło z twojego życia.
Po drugiej stronie rozległo się ciężkie westchnienie.
— Zachowam tajemnicę, pani Beyzo. Nikomu nic nie powiem. Ale to koniec. Nie mogę zrobić dla pani nic więcej. I proszę… niech pani więcej do mnie nie dzwoni.
Zanim Beyza zdążyła odpowiedzieć, usłyszała krótki sygnał zakończonego połączenia.
Przez kilka sekund stała nieruchomo pośrodku sypialni, wpatrując się w wygaszony ekran telefonu. W końcu odłożyła go gwałtownie na toaletkę, aż stojący obok flakon perfum zadrżał cicho.
Nogi nagle się pod nią ugięły.
Osunęła się na kolana tuż przy toaletce i drżącą dłonią zakryła usta. Zaczęła nerwowo przygryzać wargę, próbując opanować narastającą panikę.
— Nie… — wyszeptała do siebie. — To nie może się teraz rozsypać…
W jej oczach pojawił się strach, którego nie potrafiła już ukryć. Poczuła, że misternie budowane kłamstwo zaczyna wymykać się spod kontroli.


***
Nazajutrz od samego rana nad miastem wisiało ciężkie, duszne napięcie. To właśnie tego dnia miała odbyć się rozprawa rozwodowa Cihana i Hancer — dzień, który dla jednych oznaczał koniec, a dla innych początek nowej gry.
Yasemin siedziała w swoim mieszkaniu z telefonem w dłoni, nerwowo odświeżając skrzynkę mailową. Gdy w końcu na ekranie pojawiły się wyniki badań krwi Beyzy, serce zabiło jej mocniej.
Przez chwilę patrzyła nieruchomo w dokument.
Potem gwałtownie wypuściła powietrze.
Beyza nie była w ciąży.
Lekarka natychmiast chwyciła telefon i wybrała numer Engina.
— Odbierz… proszę, odbierz… — szeptała gorączkowo, chodząc po salonie.
Sygnał dzwonił jednak bez końca.
Yasemin zacisnęła usta. Nie zamierzała się poddawać. Jeśli natychmiast wyjedzie, może jeszcze zdążyć do sądu i powstrzymać rozwód.
Porwała torebkę ze stolika i szybkim krokiem ruszyła do drzwi. Otworzyła je — i momentalnie zamarła.
Przed wejściem stała Beyza.
Nienagannie ubrana, wyprostowana, z lodowatym uśmiechem na ustach. W jej spojrzeniu było jednak coś niepokojącego. Coś chłodnego i niebezpiecznego, od czego Yasemin poczuła dreszcz przebiegający wzdłuż kręgosłupa.
Lekarka odruchowo chciała zamknąć drzwi, lecz Beyza błyskawicznie wsunęła między nie but i mocno je popchnęła.
— Przebyłam taki kawał drogi — powiedziała miękkim, niemal uprzejmym tonem. — Chyba nie odmówisz mi filiżanki kawy?
Yasemin cofnęła się o krok.
— Naprawdę bardzo się spieszę… — odpowiedziała ostrożnie. — Czy wydarzyło się coś ważnego?
Beyza weszła do środka, jakby mieszkanie należało do niej.
— Nie spałam przez ciebie całą noc — oznajmiła spokojnie. — Bałam się o moje dziecko. Ono jest wszystkim, co trzyma mnie przy życiu. — Jej spojrzenie nagle stwardniało. — A jeśli ktoś spróbuje mu zaszkodzić… zapłaci za to.
Yasemin poczuła, jak dłonie zaczynają jej drżeć.
— Wyniki jeszcze nie przyszły — skłamała szybko. — Usiądź. Skoro już przyszłaś, napijemy się razem kawy.
Beyza zmrużyła oczy.
— Czy nie mówiłaś właśnie, że bardzo ci się spieszy? Co nagle się zmieniło?
— Myślę o tobie, Beyzo — odparła Yasemin z wymuszonym spokojem. — Jesteś w delikatnym stanie. Powinnaś odpoczywać. Napijemy się kawy i potem razem wyjdziemy.
Przez kilka sekund Beyza milczała, uważnie ją obserwując.
— Dobrze — odpowiedziała w końcu z cieniem uśmiechu. — Skoro tak nalegasz.
Yasemin na miękkich nogach ruszyła do kuchni. Ledwie zniknęła za framugą, natychmiast chwyciła telefon i drżącymi palcami próbowała wybrać numer.
Nie zdążyła.
Beyza pojawiła się przy niej niemal natychmiast i wyrwała jej komórkę z ręki.
— Ty żmijo! — syknęła. — Powiedziałaś, że wyników jeszcze nie ma! Gdybym tutaj nie przyszła, wysłałabyś wszystko Cihanowi?!
Yasemin spojrzała jej prosto w oczy.
— Tak! — odpowiedziała mocno. — Bo nie jesteś w ciąży, Beyzo! Byłam tego niemal pewna, kiedy znalazłam twój sztuczny brzuch. Dzisiejsze wyniki tylko wszystko potwierdziły! To ty stworzyłaś tę chorą grę, żeby rozdzielić Cihana i Hancer! Oszukałaś wszystkich!
Twarz Beyzy stężała.
— Nie waż się niszczyć mojego planu — wycedziła lodowato. — Rodzina Develioglu chce dziecka. I dostanie je ode mnie.
— Oddaj mi telefon! — Yasemin rzuciła się w jej stronę.
Między kobietami wybuchnęła gwałtowna szarpanina. Uderzały o meble, wpadały na szafki, desperacko próbując wyrwać sobie telefon. W pewnym momencie z nadgarstka Beyzy zsunęła się bransoletka i upadła cicho przy samej ścianie, niezauważona przez żadną z nich.
— Jesteś chora! — krzyknęła Yasemin. — Naprawdę psychicznie chora! Uratuję Cihana i Hancer przed tobą!
Wyrwała się nagle i pobiegła do drzwi.
Beyza dopadła ją tuż przy wyjściu.
— Będziesz milczeć, rozumiesz?! — wysyczała, chwytając ją za ramię. — Będziesz trzymała język za zębami, bo inaczej bardzo źle się to dla ciebie skończy!
— Puść mnie! — Yasemin odepchnęła ją z całej siły. — Nie powstrzymasz mnie! Twoja gra właśnie się skończyła! Wszyscy poznają prawdę!
Beyza zachwiała się i upadła na podłogę.
Yasemin odwróciła się z powrotem do drzwi.
I wtedy Beyza gwałtownie szarpnęła za dywan, na którym stała lekarka.
Wszystko wydarzyło się w jednej sekundzie.
Yasemin straciła równowagę. Jej ciało odchyliło się do tyłu, a głowa z potwornym hukiem uderzyła o kant stojącego przy ścianie pianina.
Zapadła martwa cisza.
Lekarka osunęła się na podłogę bez najmniejszego ruchu. Obok jej głowy zaczęła powoli rozlewać się ciemna plama krwi.
Beyza patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami.
— Yasemin…? — wyszeptała.
Podeszła chwiejnie i uklękła przy niej. Drżącą ręką dotknęła jej nadgarstka.
Nic.
Żadnego pulsu.
Żadnego oddechu.
Yasemin nie żyła.
Beyza cofnęła rękę, jakby się sparzyła.
— To… to nie moja wina… — wymamrotała drżącym głosem. — Gdybyś nie pobiegła do drzwi, nic by się nie stało… Ja nic nie zrobiłam…
Oddychała coraz szybciej, wpadając w panikę. Nagle jej wzrok padł na telefon Yasemin.
Natychmiast go podniosła.
Trzęsącymi się palcami usunęła mail z wynikami badań, a potem dokładnie wytarła urządzenie chusteczką, ścierając odciski palców.
— Chciałaś skrzywdzić moje dziecko… — mówiła półprzytomnie do nieruchomego ciała. — Żadna matka by na to nie pozwoliła. Każdy, kto spróbuje odebrać mi moje dziecko, zapłaci za to…
Kiedy upewniła się, że nie zostawiła po sobie żadnych śladów, poprawiła włosy, chwyciła torebkę i opuściła mieszkanie.
Nie zauważyła tylko jednego.
Na jej nadgarstku nie było już bransoletki.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 102.Bölüm i Gelin 103.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






