„Panna młoda” Odc. 77 – streszczenie
Szum fal i spokojna rozmowa zostają nagle przerwane przez dźwięk telefonu.
Cihan zerka na ekran. Jego twarz na moment poważnieje.
— Tak? — odbiera krótko.
Słucha przez chwilę, po czym zamyka oczy, jakby właśnie przypomniał sobie coś ważnego i bardzo niewygodnego.
— Dobrze. Już jadę.
Rozłącza się powoli. Hancer patrzy na niego uważnie.
— Co się stało?
Cihan sięga po jej dłoń, jakby potrzebował tego kontaktu.
— Nie chcę cię zostawiać… — mówi szczerze. — Ale muszę iść.
Na jej twarzy pojawia się cień zawodu.
— Już teraz?
— Niestety — wzdycha. — Mam ważne spotkanie. Zupełnie o nim zapomniałem.
Hancer opuszcza wzrok, ale zaraz się uśmiecha, choć lekko.
— To w końcu praca. Musisz iść.
Cihan przygląda jej się przez chwilę, jakby coś rozważał. Nagle jego spojrzenie rozjaśnia się.
— A może… — zaczyna z lekkim uśmiechem — pojedziesz ze mną? Poczekasz na mnie, aż skończę spotkanie, a potem wrócimy razem.
Delikatnie ściska jej dłoń.
— Dzięki temu moja piękna żona będzie przy mnie przez cały czas.
Na jej policzkach pojawia się rumieniec.
— Ale jeśli wolisz zostać i dokończyć śniadanie…
— Nie — przerywa mu szybko, z lekkim rozbawieniem. — Pójdę tylko po torebkę i możemy jechać.
Cihan uśmiecha się szeroko.
— W takim razie ruszamy.
***
Kilka chwil później przekraczają próg rezydencji.
Jasne wnętrze odbija ich kroki, a ciężkie drzwi zamykają się za nimi cicho. Idą obok siebie, trzymając się za ręce — spokojnie, naturalnie, jakby nic więcej się nie liczyło.
— Pójdę tylko na górę — mówi Hancer. — Zaraz wracam.
— Poczekam — odpowiada Cihan, nie puszczając jej dłoni aż do ostatniej chwili.
Hancer odchodzi schodami na górę.
Ledwie znika z pola widzenia, a obok Cihana pojawia się Mukadder. Jej twarz jest chłodna, a spojrzenie ostre jak brzytwa.
— Widzę, że jesteś bardzo szczęśliwy — mówi z wyraźną ironią. — Postanowiłeś pójść w ślady swojego ojca.
Cihan odwraca się powoli.
— Co chcesz przez to powiedzieć?
Mukadder robi krok bliżej.
— Zaniedbujesz rodzinę dla kobiety, która nie jest tego warta.
Cihan marszczy brwi. W jego oczach pojawia się gniew.
— Mamo — mówi ostrzegawczo — jak śmiesz porównywać mnie do tego człowieka?
— Czy kłamię? — odpowiada zimno. — Owinęła się wokół ciebie jak trujący bluszcz. A ty nawet tego nie widzisz.
Cihan podchodzi bliżej. Teraz stoi nad nią, patrząc jej prosto w oczy.
— Wystarczy.
Jego głos jest niski, ale stanowczy.
— Hancer jest moją żoną. Nie tylko na papierze, ale i przed Bogiem.
Każde słowo wypowiada wyraźnie.
— I kiedy nadejdzie czas, zostanie matką mojego dziecka.
Mukadder zamiera.
— Chcesz tego czy nie, zaakceptujesz to — dodaje Cihan. — Bo nie pozwolę nikomu mówić o niej w ten sposób. Nikomu.
W tej samej chwili na schodach pojawia się Hancer. Zatrzymuje się na moment, wyczuwając napięcie.
Cihan natychmiast łagodnieje. Podchodzi do niej, ujmuje jej dłoń — tym razem jeszcze pewniej, jeszcze bardziej świadomie.
— Chodź — mówi cicho.
Odwraca się plecami do matki i razem kierują się ku wyjściu. Ich splecione dłonie są jak wyraźna odpowiedź.
Mukadder zostaje sama. Jej twarz twardnieje, a oczy błyszczą gniewem.
Przez lata to ona decydowała. To ona miała kontrolę. A teraz…
Teraz ktoś jej to odbiera.
Zaciska palce, aż bieleją jej knykcie.
— Zobaczymy… — szepcze pod nosem.
Bo nie zamierza przegrać.
I zrobi wszystko, żeby odzyskać syna.
***
Gabinet Cihana tonie w ciszy. Jasne, eleganckie wnętrze, uporządkowane co do milimetra, wydaje się nagle zbyt duże i zbyt chłodne.
Hancer siedzi na skórzanym fotelu naprzeciw biurka. Dłonie ma splecione na kolanach, plecy wyprostowane. Co chwilę zerka w stronę drzwi, jakby chciała upewnić się, że zaraz ktoś je otworzy.
Nagle klamka porusza się bez uprzedzenia.
Drzwi otwierają się.
Do środka wchodzi Nusret.
Nie puka.
Nie spieszy się.
Zamyka za sobą drzwi i zatrzymuje się na moment, mierząc Hancer chłodnym, przenikliwym spojrzeniem. Jego obecność natychmiast wypełnia całe pomieszczenie.
Hancer prostuje się jeszcze bardziej.
— Cihana tu nie ma? — pyta mężczyzna spokojnie, jakby to była zwykła wizyta.
— Jest na spotkaniu — odpowiada Hancer cicho.
Nusret podchodzi bliżej i bez pytania siada naprzeciwko niej. Rozsiada się wygodnie, opierając łokcie o podłokietniki, jakby to był jego gabinet.
Między nimi zapada napięta cisza.
Hancer siedzi sztywno, czując, jak serce przyspiesza.
— Słyszałem, że w końcu wprowadziłaś się do rezydencji — zaczyna Nusret, z pozoru uprzejmie. — I jak? Podoba ci się? Jest ci wygodnie?
— Tak… wszystko jest w porządku, dziękuję — odpowiada ostrożnie.
Nusret lekko przechyla głowę.
— A teściowa? — dopytuje. — Jak wam się układa? Przyzwyczaiłyście się do siebie?
Nie czeka na odpowiedź.
— Przyzwyczaicie się. Każdy początek jest trudny — dodaje z cieniem ironii.
Hancer przez chwilę milczy, po czym zbiera się na odwagę.
— A Beyza? — pyta spokojnie. — Nie miałyśmy kontaktu, odkąd się wyprowadziła. Mam nadzieję, że wszystko u niej dobrze.
Na ustach Nusreta pojawia się ledwie zauważalny uśmiech.
— Niedawno ją poznałaś — mówi cicho. — Jeszcze jej nie znasz.
Opiera się wygodniej.
— W rezydencji Develioglu wszystko zmienia się bardzo szybko. Ludzie przychodzą, odchodzą… jedni zajmują miejsce drugich.
Jego spojrzenie twardnieje.
— Śluby, rozstania, powroty… a czasem coś jeszcze gorszego. Pogrzeby.
Hancer nie odwraca wzroku.
— Bądź sobą — ciągnie Nusret. — Ale nie oszukuj się.
Nachyla się lekko do przodu.
— Pewnego dnia obudzisz się… i zorientujesz, że nie masz już dokąd wracać.
Cisza.
Hancer unosi podbródek.
— Wiem, że uważa pan, że nie jestem odpowiednia dla Cihana.
— Bo nie jesteś — odpowiada bez wahania Nusret. Jego twarz napina się. — Kim jest Cihan, a kim ty?
Słowa padają ostro, bez cienia współczucia.
— Dlatego radzę ci jedno — nie daj się ponieść emocjom.
Pochyla się jeszcze bardziej, opierając łokcie na kolanach.
— Wychowałem go. Znam go lepiej niż ktokolwiek. On lubi wyzwania.
Jego głos cichnie, ale staje się jeszcze bardziej niebezpieczny.
— Kiedy osiąga jeden cel, natychmiast szuka następnego.
Hancer przełyka ślinę, ale nie spuszcza wzroku.
Nusret patrzy na nią uważnie.
— Twoja upartość go przyciągnęła — mówi. — To było dla niego coś nowego.
Krótka pauza.
— Ale teraz — zerka na nią znacząco — siedzisz tutaj i czekasz.
Unosi brew.
— Wygląda na to, że już się poddałaś.
Słowa uderzają mocno, ale Hancer nie reaguje. Siedzi nieruchomo, jakby nie chciała dać mu tej satysfakcji.
Nusret sięga po kawałek pomarańczy z talerzyka na stoliku. Powoli wkłada go do ust, przeżuwa, nie odrywając od niej wzroku.
Wstaje.
— Zobaczymy, jak długo tu wytrzymasz — rzuca na odchodne.
Odwraca się i kieruje do drzwi.
Jeszcze jedno spojrzenie. Chłodne. Ostateczne.
Drzwi zamykają się za nim.
W gabinecie znów zapada cisza.
Hancer wypuszcza powietrze, którego nawet nie była świadoma, że wstrzymuje. Jej dłonie lekko drżą, ale spojrzenie pozostaje twarde.
Bo mimo wszystko… nie zamierza się poddać.
***
W domu Nusreta panuje ciężka, nienaturalna cisza. Przerywa ją nagle dźwięk dzwonka do drzwi.
Beyza unosi wzrok znad telefonu. Przez chwilę się nie rusza, jakby zastanawiała się, kto mógłby przyjść. W końcu odkłada urządzenie na stolik i wstaje.
Podchodzi do drzwi i otwiera. Na progu stoi Yonca.
Beyza marszczy brwi, wyraźnie zaskoczona.
— Yonca? — pyta, nie kryjąc zdziwienia.
Yonca wygląda na zmęczoną. Jej oczy są podkrążone, jakby nie spała całą noc.
— Zapomniałam naszyjnika — mówi cicho. — Wezmę go tylko i od razu pójdę.
Zawiesza na chwilę głos.
— Czy… Nusret jest w domu?
Beyza przez moment jej się przygląda, jakby próbowała coś wyczytać z jej twarzy.
— Nie ma go. Wyszedł — odpowiada w końcu. — Wejdź.
Yonca przekracza próg niepewnie, jakby każdy krok kosztował ją wysiłek.
Przechodzą do salonu. Siadają na kanapie, zostawiając między sobą niewielki dystans.
Przez chwilę żadna z nich się nie odzywa.
— Myślałam, że nie otworzysz mi drzwi — mówi w końcu Yonca, spuszczając wzrok.
Beyza parska cicho, ale bez złośliwości.
— Wiesz, jaka jestem — odpowiada. — Potrafię wybuchnąć w sekundę. Ale… nie powinnam była wtrącać się w wasze sprawy. To było między tobą a moim ojcem. Jesteście dorośli. Nie miej mi za złe, że zareagowałam tak ostro.
Yonca kiwa lekko głową.
— Masz rację. Zostawmy to. To już przeszłość.
Jej głos nagle drży.
— I tak… wszystko się kończy.
Beyza unosi brwi.
— Co masz na myśli?
Yonca bierze głęboki oddech, jakby zbierała się na odwagę.
— Rozwiążę sprawę z dzieckiem — mówi w końcu. — Byłam u lekarza.
Cisza.
— Zaplanowałam aborcję.
Słowa zawisają ciężko w powietrzu. Beyza prostuje się gwałtownie.
— Chcesz usunąć ciążę?
Yonca zamyka oczy na ułamek sekundy.
— Nie mam wyboru — odpowiada cicho. — Ojciec dziecka go nie chce.
Jej dłonie zaciskają się na materiale sukienki.
— A ja… nie dam rady sama.
Podnosi wzrok na Beyzę.
— Wiesz… wszystko do nas wraca.
W jej oczach pojawia się żal.
— Ty też przeżyłaś ten ból… a ja go wykorzystałam. Szantażowałam cię.
Przysuwa się bliżej i ostrożnie ujmuje jej dłoń.
— Proszę… wybacz mi.
Beyza przez chwilę patrzy na ich splecione ręce. Jej twarz łagodnieje.
— Dobrze — mówi w końcu. — Było, minęło.
Delikatnie wysuwa dłoń.
— To już nie ma znaczenia.
Chwila ciszy.
— Ale… czy naprawdę musisz to zrobić? — dodaje ciszej. — Możesz oddać dziecko do adopcji.
Yonca kręci głową.
— To trzeci miesiąc — mówi. — To ostatni moment.
Jej głos jest pusty, jakby pogodziła się z tym, co nieuniknione.
— Nie znajdę nikogo w tak krótkim czasie. Nie mam już czasu na inne rozwiązania.
Spogląda w bok, unikając wzroku Beyzy.
— Nie… to musi się skończyć.
Cisza gęstnieje.
— Jutro — dodaje po chwili, niemal szeptem. — Jutro wszystko się skończy.
Beyza patrzy na nią uważnie. A w jej oczach… zaczyna pojawiać się coś nowego.
Nie współczucie.
Nie smutek.
Tylko myśl.
I cień planu, który właśnie zaczyna się rodzić.
***
Drzwi gabinetu otwierają się cicho.
Cihan wchodzi do środka. Na jego twarzy widać zmęczenie po długim spotkaniu, ale znika ono niemal natychmiast, gdy jego wzrok pada na Hancer.
Siedzi dokładnie tam, gdzie ją zostawił. Wyprostowana, spokojna… a jednak coś w jej postawie jest inne.
Zbyt cicha. Zbyt zamyślona.
Cihan zatrzymuje się na moment przy drzwiach, uważnie ją obserwując.
— Wszystko w porządku? — pyta w końcu, podchodząc bliżej. Siada za biurkiem, ale nie odrywa od niej wzroku.
Hancer podnosi głowę. Na jej ustach pojawia się lekki uśmiech — trochę zbyt szybki, trochę zbyt wymuszony.
— Tak… nic mi nie jest.
Cihan mruży oczy.
— Hancer…
Pochyla się lekko do przodu.
— Wiem, że mój wujek tu był.
Krótka cisza.
— Czy powiedział coś, co cię uraziło?
Hancer na moment zamiera, ale zaraz kręci głową.
— Nie. Zapytał tylko o ciebie. Porozmawialiśmy chwilę i wyszedł.
Cihan przygląda jej się uważnie, jakby próbował odczytać coś więcej z jej twarzy.
— Więc nie ma problemu?
— Powiedziałam ci, że nie — odpowiada spokojniej. — Po prostu… trochę zmęczyłam się czekaniem. Dlatego tak wyglądam.
Przez chwilę w gabinecie panuje cisza. Cihan opiera się o fotel i wzdycha lekko.
— Kazałem ci długo czekać. Przepraszam. Spotkanie się przeciągnęło.
Na jego twarzy pojawia się cień uśmiechu.
— Ale… wygląda na to, że przyniosłaś mi szczęście.
Hancer unosi lekko brwi.
— Zawarliśmy umowę — dodaje Cihan. — Ważną.
W jego głosie pojawia się satysfakcja.
— Będę musiał pojechać do Antalyi, żeby dopiąć wszystkie formalności.
Robi krótką pauzę, po czym patrzy na nią cieplej.
— I pojedziesz ze mną. Bez ciebie nigdzie się nie ruszę.
Na jej twarzy pojawia się cień zaskoczenia.
— Ale… — ciągnie Cihan z lekkim uśmiechem — nie traktuj tego jak miesiąca miodowego.
Opiera łokieć o biurko.
— Ostatnio jestem bardzo zajęty. Najpierw uporządkujmy wszystko, a potem…
Jego spojrzenie mięknie.
— Potem zabiorę cię gdzieś na weekend. Daleko. Za granicę.
Hancer szeroko otwiera oczy.
— Ja… — zaczyna niepewnie. — Nigdy nie byłam za granicą.
Lekki uśmiech drży na jej ustach.
— Nawet nie wyjechałam poza Stambuł.
Cihan patrzy na nią przez chwilę, jakby to wyznanie było dla niego czymś wyjątkowym. Powoli się uśmiecha.
— I właśnie to jest najpiękniejsze.
Wstaje i podchodzi do niej.
Zatrzymuje się tuż obok.
— Przeżyjesz ze mną wszystkie swoje pierwsze razy.
Jego głos jest cichy, ale pełen ciepła.
Hancer opuszcza na moment wzrok, a potem znów na niego patrzy. I tym razem jej uśmiech jest już prawdziwy.
***
Droga jest niemal pusta. Tylko szum opon i migające w słońcu drzewa przecinają ciszę.
Cihan prowadzi w skupieniu, ale jego spojrzenie co chwilę ucieka w lusterko.
Ten sam biały samochód. Ten sam dystans. To samo uporczywe śledzenie.
Jego szczęka się zaciska.
— Coś się stało? — pyta Hancer, wyczuwając napięcie.
Cihan nie odpowiada od razu. Jeszcze raz zerka w lusterko. Już nie ma wątpliwości.
— Nic — mówi w końcu spokojnie. — Sprawdzę tylko oponę.
Zjeżdża na pobocze. Auto zatrzymuje się gwałtownie.
— Dlaczego się zatrzymaliśmy? — dopytuje Hancer, coraz bardziej zaniepokojona.
Cihan odwraca się do niej. Jego spojrzenie jest poważne, twarde.
— Zostań w środku. I nie wychodź, cokolwiek się stanie.
Nie daje jej czasu na odpowiedź.
Wysiada.
Drzwi zamykają się z głuchym trzaskiem.
Obchodzi samochód i kuca przy przednim kole. Dłonią dotyka opony, ale jego oczy są w lusterku.
Widzi go. Mężczyzna wysiada z białego auta i rusza w jego stronę.
Spokojnie. Zbyt spokojnie.
Cihan czeka.
Sekunda.
Druga.
Trzecia…
Nagle odwraca się błyskawicznie i z impetem chwyta napastnika, rzucając go na maskę samochodu.
Metal jęczy pod ciężarem ciała.
— Myślałeś, że cię nie widzę?! — syczy przez zęby.
To Dursun, człowiek Nusreta. Cihan go nie zna. I nie musi.
Pierwszy cios spada natychmiast.
Potem drugi.
I trzeci.
Dursun próbuje się wyrwać, ale Cihan przyciska go do maski, chwytając za kołnierz i uderzając bez litości.
W aucie Hancer zamarła. Z przerażeniem patrzy przez szybę. W końcu nie wytrzymuje — uchyla drzwi.
— Cihanie!
— NIE WYCHODŹ! — ryczy, nawet się nie odwracając. — Wracaj do środka!
Jego głos nie pozostawia miejsca na sprzeciw. Hancer drżącymi rękami zamyka drzwi.
Na zewnątrz sytuacja eskaluje.
Cihan zaciska pięść i ponownie uderza. Krew pojawia się na twarzy Dursuna — z nosa i z rozciętej brwi.
— Kto cię przysłał?! — krzyczy. — Dlaczego mnie śledzisz?!
Na moment przestaje bić, ale nadal trzyma go mocno.
Dursun dyszy ciężko.
— Proszę… nie bij mnie…
— MÓW! — Cihan szarpie go za koszulę. — Kto stoi za tobą?!
Dursun zaciska oczy. Waha się.
— Nus… Nusret…
Cihan zastyga. Jakby ktoś usunął mu grunt spod nóg.
— Co ty powiedziałeś?
Jego uścisk nieco słabnie.
— Dlaczego mój wujek miałby to zrobić…?
***
Dwie godziny wcześniej.
Słońce odbija się w szybach budynku.
Nusret stoi przy samochodzie Dursuna. Opiera dłoń o dach, pochylając się lekko do otwartego okna.
— Co jeśli coś pójdzie nie tak? — pyta Dursun, nerwowo ściskając kierownicę. — Co jeśli mnie złapie?
Nusret uśmiecha się chłodno.
— Wtedy powiesz, że jesteś moim ochroniarzem.
Krótka pauza.
— Że wysłałem cię, żebyś go śledził… i chronił.
Jego spojrzenie twardnieje.
— Zrozumiano?
Dursun kiwa głową.
***
Teraźniejszość.
— Ze względów bezpieczeństwa… — wydusza z siebie Dursun, łapiąc powietrze. — Kazał mi mieć cię na oku…
Cihan patrzy na niego, jakby nie wierzył ani jednemu słowu.
— Jakiego bezpieczeństwa?! — wybucha.
Kolejny cios.
Głowa Dursuna odrzuca się w bok.
— Cihanie, przestań! — krzyk Hancer rozdziera powietrze. — Zabijesz go!
Cihan zatrzymuje się. Oddycha ciężko. Jego ręce nadal zaciskają się na koszuli Dursuna.
— Przed kim mnie chronisz? — pyta ciszej, ale groźniej. — MÓW!
Dursun kręci głową.
— Nie wiem… przysięgam… Ja tylko wykonuję rozkazy… Cokolwiek powie pan Nusret…
Jego głos się łamie.
— Zapytaj jego…
Cihan patrzy mu prosto w oczy. W jego spojrzeniu nie ma już tylko gniewu. Jest coś więcej. Zdrada.
— Na pewno to zrobię — mówi lodowato.
Powoli puszcza jego koszulę. Ale to jeszcze nie koniec.
To dopiero początek.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 54.Bölüm i Gelin 55.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.















