Panna młoda odc. 86: Zniknięcie Beyzy! Hancer potajemnie jej pomaga!

Hancer patrzy na Beyzę z troską.

„Panna młoda” Odc. 86 – streszczenie

Późny wieczór otula dom ciężką ciszą. Wąski przedpokój pogrążony jest w półmroku, a jedynym dźwiękiem jest nerwowe stukanie kroków. Derya nie potrafi usiedzieć w miejscu — chodzi tam i z powrotem, splatając dłonie, raz po raz zerkając w stronę drzwi.

– Zobaczysz… – cedzi przez zaciśnięte zęby. – Zapłacisz mi za to, co robisz za moimi plecami. Oboje zapłacicie… Ty i ta twoja…

Nie kończy zdania. W jej oczach błyska gniew zmieszany z upokorzeniem.

– Ale nie teraz – dodaje ciszej, niemal z zimną premedytacją. – Poczekam. Złapię was razem… i wtedy skończy się zabawa.

Opada ciężko na kanapę, krzyżując ręce na piersi. W tej samej chwili zamek w drzwiach szczęka cicho.

Do środka wchodzi Cemil.

Nie rzuca ani jednego spojrzenia w stronę żony. Nie mówi słowa. Zdejmuje marynarkę, jakby wracał do pustego domu, i odwiesza ją spokojnie na drewniany wieszak.

Derya podnosi się gwałtownie.

– Dlaczego wchodzisz jak złodziej? – pyta ostro.

Cemil wzdycha, odwracając się powoli.

– Jaki złodziej? Normalnie wszedłem.

– Rano też „normalnie” wybiegłeś. Nawet nie zdążyłam spojrzeć ci w twarz.

– Derya… – jego głos staje się chłodny. – Dopiero wróciłem, a ty już zaczynasz przesłuchanie? Byłem w pracy.

– W pracy? – unosi brwi. – Od kiedy do swojej pracy chodzisz w garniturze?

Cemil wzrusza ramionami.

– Założyłem pierwszą rzecz, jaka wpadła mi w ręce. Spieszyłem się. Czy naprawdę nie masz nic lepszego do roboty, niż analizowanie moich ubrań?

Derya milknie na chwilę. Zmienia ton, jakby nagle chciała złagodzić sytuację.

– Nieważne… Jesteś głodny? Mogę coś podgrzać.

– Jestem najedzony – odpowiada sucho. – To nie jest pora na kolację. Jeśli skończyłaś, idę spać. Jestem zmęczony.

Mija ją obojętnie i znika w drugim pokoju. Drzwi zamykają się cicho.

Derya przez chwilę stoi nieruchomo. Potem jej twarz twardnieje.

Powoli podchodzi do wieszaka i zdejmuje marynarkę.

Jej dłonie drżą, gdy zaczyna przeszukiwać kieszenie. W jednej z nich natrafia na coś grubego. Wyciąga plik banknotów — starannie złożonych, jakby przygotowanych na konkretny cel.

Zastyga.

– Pieniądze…? – szepcze.

Zaraz potem jej palce wyczuwają coś jeszcze.

Małe zdjęcie.

Wyciąga je powoli i unosi do światła.

Na fotografii widnieje kobieta.

Młoda, o gładkiej, jasnej cerze i regularnych rysach twarzy. Jej ciemne włosy są starannie upięte, odsłaniając delikatną linię szyi. Spojrzenie ma spokojne, niemal niewinne — ale w tym spokoju kryje się coś nieuchwytnego, coś, co przyciąga uwagę. Usta lekko uniesione w subtelnym, powściągliwym uśmiechu. Wygląda schludnie, elegancko, jak ktoś, kto potrafi robić dobre pierwsze wrażenie… i długo pozostawać w pamięci.

Derya wpatruje się w zdjęcie, a jej oddech przyspiesza.

– Więc to ona… – syczy przez zaciśnięte zęby. – Ta twoja idealna…

Ściska fotografię tak mocno, że jej palce bieleją.

– Teraz już mi się nie wywiniesz, Cemilu.

Unosi głowę, a w jej oczach pojawia się chłodna determinacja.

– Mam dowód. I przysięgam… jeśli jutro nie złapię cię na gorącym uczynku, to nie nazywam się Derya.

***

Wieczór w salonie upływa w pozornej ciszy. Miękkie światło lamp odbija się od jasnych ścian, a eleganckie meble nadają wnętrzu pozór harmonii. Nusret siedzi wygodnie na jednej z kanap, Beyza i Yonca obok niego. Rozmowa przycicha, gdy nagle rozlega się dźwięk telefonu.

Beyza zerka na ekran. Jej spojrzenie natychmiast się zmienia — pojawia się w nim chłodna czujność.

– To Cihan – mówi spokojnie, niemal bez emocji.

Nie odbiera jednak. Zamiast tego podaje telefon ojcu.

Nusret marszczy brwi.

– Dlaczego mi to dajesz? – pyta z lekkim zaskoczeniem. – Odbierz i porozmawiaj z nim.

Beyza krzyżuje ręce, odchylając się na oparcie.

– Ty odbierz, tato. Powiedz mu, jak bardzo jestem wstrząśnięta. – Na jej ustach pojawia się cień uśmiechu. – Niech chociaż przez chwilę poczuje ciężar tego, co zrobił.

Nusret patrzy na nią uważnie, po czym wzrusza ramionami i odbiera połączenie.

– Czego chcesz? – rzuca od razu, ostrym tonem. – Dlaczego niepokoisz moją córkę o tej porze?

Po drugiej stronie zapada krótka cisza.

– Wujku, możesz dać mi Beyzę? – głos Cihana jest napięty, kontrolowany.

– Nie mogę – odpowiada chłodno Nusret. – Beyza nie czuje się dobrze. A skoro nie masz zamiaru wziąć odpowiedzialności, to przynajmniej przestań ją dręczyć.

Beyza obserwuje ojca uważnie, niemal z zainteresowaniem, jakby słuchała dobrze odegranej sceny.

– Nie chcę się z tobą kłócić – mówi Cihan po chwili. – Przekaż Beyzie, żeby trzymała się z dala od Hancer. To ważne.

Nusret prycha cicho.

– Doprawdy? Twoja żona przychodzi do mojej córki, a ty masz pretensje do niej? – Jego głos staje się ostrzejszy. – Jakby nikt nie wiedział, kto jest ojcem tego dziecka…

Na twarzy Beyzy pojawia się cień satysfakcji.

– Wujku… – ton Cihana twardnieje – nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. Porozmawiam z Hancer. Powiem jej wszystko. Nic nie zostanie ukryte. Ale do tego czasu Beyza nie będzie się z nią kontaktować.

Krótka pauza.

– A jeśli przekroczy granicę… zapłaci za to.

Połączenie zostaje przerwane. W salonie zapada cisza.

– Co powiedział? – pyta Beyza, choć wygląda, jakby już znała odpowiedź.

Nusret oddaje jej telefon.

– Wygląda na to, że w końcu zamierza powiedzieć prawdę swojej żonie. Do tego czasu chce, żebyś trzymała się od niej z daleka. – Przygląda się córce uważnie. – Był bardzo napięty.

Beyza wzrusza lekko ramionami.

– On zawsze jest napięty, kiedy dzwoni – mówi spokojnie. – Boi się, że jego żona dowie się wszystkiego.

Jej spojrzenie nabiera ostrości.

– A to znaczy tylko jedno… że jestem coraz bliżej celu.

Yonca, dotąd milcząca, pochyla się lekko do przodu.

– To może się udać – przyznaje niepewnie. – Ale co, jeśli coś pójdzie nie tak? Beyza… igrasz z ogniem.

Beyza uśmiecha się lekko. Tym razem w jej oczach nie ma ani cienia wahania.

– Tak – mówi cicho. – Igram z ogniem.

Na moment zawiesza głos, jakby smakowała te słowa.

– Ale tym razem… to ja kontroluję płomienie.

***

Następnego dnia.

Sypialnię wypełnia miękkie światło poranka, sączące się przez wysokie okna i jasne zasłony. Hancer stoi przy łóżku, starannie wygładzając narzutę. Jej ruchy są mechaniczne, jakby próbowała w ten sposób uciszyć chaos w głowie.

Wspomnienie poprzedniej nocy wraca z niepokojącą wyrazistością.

Cihan wszedł wtedy cicho, niemal bezszelestnie. Usiadł na skraju łóżka, a materac ugiął się pod jego ciężarem. Przez dłuższą chwilę tylko na nią patrzył. Potem powoli uniósł dłoń… i zawahał się. Jego palce zawisły tuż nad jej włosami, jakby bał się dotknąć czegoś kruchego, czego nie ma prawa zatrzymać.

Nie zrobił tego.

Wycofał rękę. Wstał. Wyszedł.

Dopiero gdy drzwi cicho się zamknęły, Hancer otworzyła oczy.

Nie spała.

Czuła wszystko.

– Dlaczego…? – szepcze teraz pod nosem, zaciskając palce na materiale narzuty. – Dlaczego się ode mnie odsunąłeś, Cihanie? Co cię powstrzymuje?

Jakby przywołany jej myślami, Cihan pojawia się w drzwiach. Wchodzi pewnym krokiem, spokojny, opanowany — jak zawsze, gdy chce mieć kontrolę nad sytuacją.

Zatrzymuje się naprzeciwko niej.

– Wczoraj trochę przesadziłem – mówi. Jego głos jest miękki, ale pozbawiony prawdziwego ciepła. – Niepotrzebnie się uniosłem. Ostatnio mam dużo na głowie. Obowiązki… to wszystko się nawarstwia.

Hancer patrzy na niego uważnie. W jej oczach nie ma już łez — jest za to chłodna przenikliwość.

– Dlaczego jesteś taki tajemniczy? – pyta cicho, ale stanowczo.

Cihan prostuje się lekko, jakby przygotowywał się do wygłoszenia decyzji, nie rozmowy.

– Hancer, to sprawy mojej rodziny – odpowiada bardziej twardo. – To ja muszę dźwigać ten ciężar. Nie ty.

Robi krok w jej stronę.

– Nie będziesz się w to wtrącać. Nie będziesz się tym zajmować. Nie ma takiej potrzeby, skoro ja tu jestem.

Na moment zapada cisza.

– Problemy Beyzy to nie twoja sprawa – dodaje chłodno. – Nie będziesz się z nią widywać. Ani nawet z nią rozmawiać przez telefon. Wszystko zostanie rozwiązane… we właściwym czasie.

Hancer zamyka oczy na krótką chwilę, jakby próbowała opanować narastającą frustrację. Kiedy znów na niego patrzy, w jej spojrzeniu pojawia się cień buntu.

Przewraca lekko oczami.

Te same słowa. Te same zakazy. Ta sama potrzeba kontroli.

Jak zawsze — on decyduje. Ona ma się podporządkować.

Ale tym razem… coś w niej już nie chce się zgodzić.

***

Przestronny hol rezydencji tonie w jasnym świetle kryształowego żyrandola. Wysokie kolumny i połyskująca posadzka potęgują wrażenie chłodnej elegancji — ale atmosfera między stojącymi pośrodku Nusretem i Mukadder jest daleka od spokoju.

Nusret aż drży z gniewu. Jego dłonie zaciskają się w pięści, a głos odbija się echem od ścian.

– Gdzie jest twój syn?! – grzmi. – Moja córka zniknęła, a ty zachowujesz się, jakby nic się nie stało!

Mukadder patrzy na niego z napięciem, próbując zachować resztki opanowania. Jej twarz, choć zwykle surowa, teraz zdradza niepokój.

– Nusrecie… proszę cię, uspokój się – mówi łagodniej, niemal błagalnie. – Dokąd Beyza mogłaby pójść? Może wyszła tylko na chwilę… przewietrzyć się. Na pewno zaraz wróci.

– Nie rozumiesz?! – przerywa jej ostro. – Mówię ci, że zniknęła! Nie ma jej od wielu godzin. Jej telefon jest wyłączony. Zabrała swoje rzeczy i odeszła bez słowa!

Zapada ciężka cisza. Nawet Mukadder nie znajduje już łatwej odpowiedzi.

***

Drzwi do sypialni otwierają się gwałtownie.

Fadime wpada do środka niemal biegiem, zatrzymując się dopiero kilka kroków od Cihana. Jej oddech jest przyspieszony, a oczy szeroko otwarte.

– Panie Cihanie! – mówi zdenerwowana. – Przyszedł pan Nusret. Jest bardzo wzburzony. Chce cię widzieć.

Cihan prostuje się natychmiast, wyczuwając, że stało się coś poważnego.

– Dlaczego przyszedł?

Fadime przełyka ślinę.

– Pani Beyza… zaginęła.

Słowa te zapadają w ciszę jak ciężki kamień.

Na twarzy Hancer pojawia się wyraźne poruszenie. Jej brwi marszczą się, a w oczach pojawia się niepokój.

– Wczoraj wyglądała bardzo źle… – mówi cicho, bardziej do siebie niż do innych. – Była roztrzęsiona. Dokąd mogła pójść?

Cihan spina się wyraźnie.

– Zaraz to sprawdzę – rzuca krótko i rusza do wyjścia.

Hancer odruchowo podąża za nim, ale on zatrzymuje się nagle i odwraca.

– Dokąd idziesz?

– Czy nie powinniśmy jej szukać razem? – pyta z przejęciem.

Jego spojrzenie natychmiast twardnieje.

– Hancer, co ci właśnie powiedziałem?

– Ale Cihanie, to poważne…

– Nie ma żadnego „ale” – ucina ostro. – Zostajesz tutaj.

Między nimi zapada napięta cisza. Hancer cofa się o krok, zraniona jego tonem, ale też bezsilna.

Cihan wychodzi bez słowa więcej. Drzwi zamykają się z cichym trzaskiem.

Fadime podchodzi bliżej i ścisza głos:

– Lepiej się nie wtrącaj. Widzisz przecież, jaka jest atmosfera… To nie jest dobry moment.

Hancer wypuszcza powoli powietrze. Jej dłonie zaciskają się bezwiednie.

Martwi się. I to bardziej, niż ktokolwiek z pozostałych.

***

Kamera wraca do holu, gdzie napięcie gęstnieje z każdą sekundą.

Nusret stoi na środku, roztrzęsiony, jakby grunt usuwał mu się spod nóg. Rozkłada bezradnie ręce, a jego głos drży od emocji.

– Miałem nadzieję, że jest tutaj… – mówi, niemal z rozpaczą. – Ale jej nie ma! Nawet tutaj jej nie ma!

Słowa odbijają się echem od wysokich ścian.

W tym momencie w przedpokoju pojawia się Cihan. Jego spokojny, opanowany krok tylko potęguje kontrast z rozedrganym stanem Nusreta.

Ich spojrzenia krzyżują się natychmiast.

Nusret mruży oczy i unosi rękę, wskazując go oskarżycielsko.

– To twoja wina! – wybucha. – Beyza odeszła przez ciebie!

Cihan zatrzymuje się, prostując ramiona. Jego twarz twardnieje.

– Wujku, uważaj na słowa – odpowiada chłodno. – Nie zapędzaj się za daleko.

– Co ty mówisz? – Nusret robi krok naprzód, a jego głos podnosi się jeszcze bardziej. – Grozisz mi? Moja córka zaginęła! Jeśli coś jej się stanie… – jego głos załamuje się na moment – przysięgam, że uczynię twoje życie piekłem!

Obaj mężczyźni ruszają ku sobie, napięci jak struny. Dzielą ich już tylko centymetry. W powietrzu wisi groźba rękoczynów.

W ostatniej chwili między nich wchodzi Mukadder.

Rozkłada ręce, zatrzymując ich z determinacją.

– Czy wyście powariowali?! – mówi ostro, patrząc raz na jednego, raz na drugiego. – To jest moment na awantury?! Beyza zaginęła, a do tego jest w ciąży! Zamiast jej szukać, będziecie się bić?!

Jej słowa na chwilę studzą sytuację, ale napięcie nie znika.

Nusret cofa się o krok, lecz jego spojrzenie nadal płonie gniewem.

– Daj Boże, żebyśmy się nie spóźnili… – mówi ciszej, ale z ciężarem, który uderza mocniej niż krzyk. – Zniszczyłeś mojej córce życie. Zabrałeś jej spokój, nadzieję…

Cihan milczy, ale jego szczęka zaciska się mocniej.

– Wczoraj wieczorem… – ciągnie Nusret, a jego głos zaczyna drżeć – powiedziała mi, że śmierć byłaby dla niej wybawieniem.

Te słowa spadają jak wyrok.

Mukadder gwałtownie zasłania usta dłońmi. Oczy zachodzą jej łzami.

– Boże… Nusrecie, co ty mówisz…?

Cihan przełyka ślinę. Po raz pierwszy w jego spojrzeniu pojawia się cień niepokoju.

***

Hancer chodzi niespokojnie po swoim pokoju, przemierzając krótką przestrzeń między łóżkiem a oknem. Jej kroki są szybkie, urywane, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca ani chwili wytchnienia. Myśli kłębią się w jej głowie — słowa Cihana, napięcie w domu, zniknięcie Beyzy.

Nagle ciszę rozdziera dźwięk telefonu.

Hancer zatrzymuje się gwałtownie. Sięga po aparat niemal odruchowo i zamiera, gdy na ekranie widzi jedno imię:

Beyza.

Serce zaczyna bić jej szybciej.

Przez ułamek sekundy waha się, przypominając sobie stanowczy zakaz Cihana. Żadnego kontaktu. Żadnych rozmów.

Ale to nie jest zwykła sytuacja.

Odbiera.

– Gdzie jesteś, Beyzo? – pyta natychmiast, a w jej głosie słychać napięcie.

Po drugiej stronie zapada krótka cisza, jakby Beyza zbierała siły.

– Powiedziałaś, że mogę do ciebie zadzwonić, kiedy będę w potrzebie – odzywa się w końcu cicho. – Teraz cię potrzebuję, Hancer.

Słowa te trafiają prosto w serce.

– Twój tata jest tutaj. Przyszedł do rezydencji – mówi szybko Hancer. – Wszyscy cię szukają. Dom stoi na głowie. Powiedz mi, gdzie jesteś, proszę.

– To już nieważne – przerywa Beyza chłodno. – Nic mnie nie obchodzi. Nie wrócę tam. Podjęłam decyzję.

Hancer zamyka oczy na moment, próbując opanować narastający lęk.

– Beyzo, co ty chcesz zrobić? – jej głos mięknie, ale drży. – Nie jesteś sama. Nosisz w sobie życie. Nie możesz podejmować takich decyzji w ten sposób…

– Nie zadzwoniłam po kazania – ucina Beyza ostrzej. – Pomożesz mi czy nie?

Hancer zaciska dłoń na telefonie.

– Dobrze – mówi po chwili ciszy. – Pomogę ci. Ale wróć do domu. Rozwiążemy wszystko spokojnie, razem…

– Powiedziałam, że nie wrócę – odpowiada Beyza bez wahania. – Rozumiem. Miałam nadzieję na próżno. Poradzę sobie sama. Przepraszam, że zawracałam ci głowę.

– Nie! – Hancer niemal krzyczy. – Nie rozłączaj się!

Po drugiej stronie znów cisza.

– Co się stało? – pyta Beyza już spokojniej. – Jednak mi pomożesz?

Hancer bierze głęboki oddech.

– Tak. Powiedz tylko, czego potrzebujesz?

– Nie przez telefon. Musimy się spotkać – odpowiada Beyza. – Dasz radę wyjść tak, żeby nikt się nie dowiedział?

Hancer odwraca się w stronę drzwi, jakby już widziała za nimi czujne spojrzenia.

– To niemożliwe. Wszyscy są na dole. Szukają cię. Nie zdołam się wymknąć.

– Rozumiem – mówi Beyza z rezygnacją. – W takim razie zapomnij, że dzwoniłam…

– Poczekaj! – zatrzymuje ją Hancer. – Znajdę sposób. Przyjdę. Powiedz tylko, gdzie jesteś.

Następuje krótka pauza.

– Na wybrzeżu – mówi w końcu Beyza. – Ale nikomu ani słowa. Zwłaszcza Cihanowi. Obiecaj mi.

Hancer waha się tylko przez sekundę.

– Obiecuję.

W tej samej chwili drzwi do pokoju otwierają się bez pukania. W progu staje Cihan.

Hancer natychmiast odsuwa telefon od ucha i rozłącza się, starając się ukryć zdenerwowanie.

Cihan przygląda jej się uważnie.

– Z kim rozmawiałaś? – pyta spokojnie, ale w jego głosie pobrzmiewa podejrzliwość.

– Z… przyjaciółką – odpowiada szybko. – Jest przygnębiona. Źle się czuje.

Cihan jeszcze przez chwilę wpatruje się w jej twarz, jakby próbował wyczytać z niej prawdę. Potem odwraca się w stronę wyjścia.

– Dokąd idziesz? – pyta Hancer.

– Beyza zaginęła. Muszę ją znaleźć, zanim stanie się coś złego.

Zatrzymuje się na moment i spogląda na nią ponownie, tym razem uważniej.

– Wiesz, gdzie jest?

Hancer zamiera. Jej serce na chwilę przestaje bić.

– Dlaczego mnie o to pytasz?

– Widziałaś się z nią wczoraj. Może coś ci powiedziała.

Hancer opuszcza wzrok, starając się, by jej głos brzmiał naturalnie.

– Nie… Nie powiedziała mi nic konkretnego. Ale nie wyglądała dobrze. Martwię się o nią.

Cihan wzdycha ciężko, przeczesując dłonią włosy.

– Jak może być tak nieodpowiedzialna… – mówi bardziej do siebie niż do niej. – Sprawdzę u jej znajomych. Może jest u któregoś z nich. Dam ci znać, jeśli czegoś się dowiem.

Podchodzi do drzwi, ale zatrzymuje się jeszcze na chwilę.

– Hancer, posłuchaj mnie uważnie. Nie waż się do niej dzwonić. Nie mieszaj się w to. Jasne?

Hancer podnosi na niego wzrok. Na jej twarzy nie widać już emocji — tylko cichy, wymuszony spokój.

Lekko kiwa głową. Cihan uznaje to za wystarczającą odpowiedź i wychodzi.

Drzwi zamykają się.

A Hancer zostaje sama — z obietnicą, której nie może złamać… i z decyzją, której nie może uniknąć.

Hancer i Cihan stoją naprzeciwko siebie, rozmawiając. Hancer patrzy na niego z niepokojem.

***

W powietrzu unosi się zapach zieleni i wilgoci znad wody. Nadbrzeżny park tętni spokojnym, letnim rytmem — ktoś siedzi na ławce, ktoś przechadza się w cieniu drzew, a fale cicho uderzają o brzeg.

Hancer idzie szybko ścieżką, rozglądając się nerwowo. W końcu dostrzega ją — Beyzę, stojącą przy ławce, z torbą rzuconą obok, jakby była gotowa odejść w każdej chwili.

Bez słowa podchodzi i obejmuje ją mocno. Beyza odwzajemnia uścisk, jakby przez chwilę chciała się w nim schronić.

Po chwili obie siadają na ławce. Na oparciu widnieje napis „Gmina Beykoz”, a wokół nich szumią drzewa.

– Cieszę się, że przyszłaś, Hancer – mówi Beyza cicho, dotykając jej ramienia. – Naprawdę ci dziękuję.

Hancer ujmuje jej dłoń, patrząc jej prosto w oczy.

– Przyszłam, bo ci obiecałam – odpowiada spokojnie, ale stanowczo. – Ale to, co robisz, jest bardzo złe. Wszyscy cię szukają. Twój ojciec jest na skraju rozpaczy.

Beyza spuszcza wzrok i kładzie dłoń na brzuchu.

– Wiem… Postawiłam cię w trudnej sytuacji. – Jej głos drży. – Ale nie mam już do kogo się zwrócić. Pokłóciłam się z tatą. Zostałam sama… sama z tym dzieckiem. – Podnosi na nią wzrok. – Nie powiedziałaś nikomu, prawda?

Hancer przez chwilę milczy.

– Nie powiedziałam. Obiecałam ci – przyznaje w końcu. – Ale nie jestem z tego dumna. Musiałam okłamać Cihana.

– Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, gdzie jestem – mówi Beyza z uporem.

– I co dalej? – Hancer marszczy brwi. – Jak długo zamierzasz się ukrywać? Twój ojciec i Cihan szukają cię wszędzie.

W tym momencie telefon Beyzy zaczyna wibrować. Dziewczyna wyciąga go z torebki i patrzy na ekran.

– Cihan… – mówi z goryczą. – Z jednej strony on, z drugiej tata i ciocia. Wszyscy na mnie naciskają.

– Bo się o ciebie martwią – odpowiada Hancer miękko. – Chcą, żebyś wróciła.

– Wiem. – Beyza przygryza wargę. – Zwłaszcza tata. On… naprawdę się boi. Mówił, że się nami zajmie, mną i dzieckiem. Ale… – urywa.

– Ale co?

– Widziałam w jego oczach wstyd – szepcze. – Nie chcę, żeby przez to przechodził. Nie chcę też, żeby moje dziecko dorastało jako… – nie kończy zdania. – Nie mogę urodzić dziecka poza małżeństwem.

Hancer patrzy na nią z niedowierzaniem.

– Nie rozumiem. Dlaczego „nie możesz”? To twoje dziecko.

– Bo jego ojciec go nie chce! – Beyza nagle podnosi głos. – A ja… ja nie dam rady sama. Nie chcę, żeby dziecko dorastało bez ojca, z piętnem, z którym ja sama nie potrafię żyć.

Zapada cisza.

– Co zamierzasz zrobić? – pyta cicho Hancer.

Beyza zamyka oczy, jakby zbierała odwagę.

– To, co powinnam zrobić…

Hancer blednie.

– Nie… – szepcze. – Beyzo… powiedz, że nie mówisz poważnie.

– Nie mam wyboru.

– To nieprawda! – Hancer pochyla się ku niej, a głos jej drży. – Jak możesz w ogóle o tym myśleć? Przecież ty chciałaś tego dziecka bardziej niż czegokolwiek!

– I nadal chcę. – Łzy napływają Beyzie do oczu. – Chcę go tak bardzo, że aż boli. Ale jestem zdesperowana. Jeśli go urodzę, zniszczę życie jemu i sobie. Muszę to zakończyć, zanim będzie za późno.

– Nie! – Hancer kręci głową. – Będziesz tego żałować do końca życia. Błagam cię, nie rób tego.

Beyza ociera łzę.

– Lekarze odmówili. Mówili, że to ryzykowne – mówi cicho. – Ale znalazłam położną. Zrobi to… gdzieś w dzielnicy, z dala od ludzi.

Hancer zamiera.

– Zwariowałaś?! – mówi ostro. – To może cię zabić!

– Nie obchodzi mnie to – odpowiada Beyza bez emocji. – Już podjęłam decyzję.

Chwila ciszy.

– Ale… – dodaje po chwili, spuszczając wzrok – nie zadzwoniłam tylko po to.

Hancer patrzy na nią uważnie.

– Ta położna chce dużo pieniędzy. Nie mogę użyć karty taty, bo od razu mnie znajdzie. – Bierze głęboki oddech. – Czy możesz mi pożyczyć pieniądze?

Hancer cofa rękę, jakby się sparzyła.

– Beyzo… ja nie mam takich pieniędzy. A nawet gdybym miała… nie dałabym ci ich na coś takiego. Nie każ mi uczestniczyć w czymś, co zniszczy ciebie.

Beyza patrzy na nią z rozczarowaniem.

– Myślałam, że jesteś po mojej stronie.

– Jestem – odpowiada Hancer stanowczo. – Dlatego tu jestem. Ryzykowałam wszystko, żeby się z tobą spotkać.

Beyza wstaje powoli z ławki.

– W porządku. Nie pomożesz mi. Poradzę sobie sama.

Hancer również się podnosi.

– Beyzo, nie możesz tak po prostu odejść!

– Mogę – odpowiada cicho, ale z determinacją. – Proszę cię tylko o jedno. Nie mów nikomu, że się widziałyśmy.

Hancer chwyta ją za rękę.

– Nie puszczę cię tak. Może nie przekonam cię teraz, ale daj sobie choć kilka dni. Pomyśl. Błagam cię.

Beyza odwraca wzrok, jakby próbowała odgonić narastające emocje. Przez chwilę milczy, zaciskając palce na pasku torebki, aż w końcu ciężko wzdycha.

– Hancer, wywierasz na mnie zbyt dużą presję – mówi cicho, ale z wyraźnym zmęczeniem w głosie. – Czuję się, jakby wszyscy próbowali decydować za mnie. Jakbym nie miała już prawa do własnych wyborów.

Hancer nie odpowiada od razu. Patrzy na nią uważnie, łagodniej, z większym zrozumieniem.

– Dobrze – dodaje Beyza po chwili, jakby podejmowała decyzję wbrew sobie. – Załóżmy, że się zgodzę. Że dam sobie czas. – Podnosi na nią wzrok. – Ale gdzie ja będę mieszkać?

Jej głos drży lekko.

– Mój ojciec narobił takiego zamieszania… wszyscy mnie szukają. Nie chcę go widzieć. Nie chcę widzieć Cihana. Nie chcę widzieć nikogo. – Zaciska szczękę. – Rozumiesz mnie, prawda?

Hancer kiwa powoli głową.

– Rozumiem… oczywiście, że rozumiem. Każdy czasem potrzebuje miejsca tylko dla siebie. Spokoju.

– Tylko że ja nie mam gdzie pójść – ciągnie Beyza, coraz bardziej bezradna. – Nie mam pieniędzy na hotel. Stać mnie co najwyżej na jakiś tani hostel pracowniczy…

Hancer natychmiast prostuje się, a w jej oczach pojawia się sprzeciw.

– Nie. Absolutnie nie – mówi stanowczo. – Nie możesz być w takim miejscu. Nie w twoim stanie.

– A więc co? – Beyza unosi brwi, a w jej głosie pobrzmiewa gorzka ironia. – Mam spać na ulicy?

Zapada krótka cisza. Wiatr porusza liśćmi nad ich głowami, a gdzieś w oddali słychać śmiech dzieci.

Hancer marszczy lekko brwi, jakby coś intensywnie rozważała. Jej spojrzenie na moment ucieka w bok, a potem wraca do Beyzy — już inne, zdecydowane.

W jej oczach pojawia się błysk.

– Nie – mówi powoli, jakby właśnie coś sobie uświadomiła. – Nie będziesz na ulicy.

Beyza patrzy na nią z niepewnością.

– Masz jakiś pomysł?

Hancer nie odpowiada od razu. Przez chwilę milczy, ważąc w myślach konsekwencje, po czym lekko przytakuje.

– Chyba tak – mówi ciszej. – Jest jedno miejsce. Bezpieczne. Nikt cię tam nie znajdzie.

***

Słońce chyli się ku zachodowi, rzucając długie cienie na cichą, zieloną ulicę. Melih zwalnia i zatrzymuje samochód przy krawężniku, tuż za starym, lekko wysłużonym autem. Silnik cichnie, a w powietrzu zapada krótka, niepokojąca cisza.

Na tylnym siedzeniu Sinem pochyla się lekko do przodu, marszcząc brwi.

– Dlaczego się zatrzymaliśmy? – pyta z wyraźnym zniecierpliwieniem. – Spieszę się. Proszę, jedź dalej.

Melih odwraca głowę w jej stronę. Na jego twarzy pojawia się spokojny, niemal rozbawiony uśmiech.

– Dalej pojedziesz… sama.

Sinem zamiera na moment, jakby nie była pewna, czy dobrze usłyszała.

– Słucham? Co próbujesz zrobić? – Jej ton staje się ostrzejszy. – To nie jest odpowiedni moment na żarty.

– Nie żartuję – odpowiada łagodnie. – Po prostu… zmienimy samochód.

Wysiada pierwszy, obchodząc maskę. Sinem po chwili również opuszcza auto, choć wyraźnie niechętnie. Staje naprzeciwko starego pojazdu i patrzy na niego z niedowierzaniem.

Melih zatrzymuje się przy nim i z czułością kładzie dłoń na dachu.

– To mój samochód – mówi. – Przez lata stał w garażu mojego przyjaciela. Kiedy pracowałem na statku, nie był mi potrzebny. Ale to na nim nauczyłem się jeździć. – Uśmiecha się lekko. – Nie ma części, której bym nie zepsuł i potem nie naprawił.

Sięga do kieszeni i wyciąga kluczyki.

– Teraz jest twój.

Sinem cofa się o pół kroku.

– Nie… naprawdę nie ma takiej potrzeby – mówi cicho. – Czy to jest odpowiedni moment na takie rzeczy?

Melih patrzy na nią poważniej.

– Nasze życie ciągle odkładamy na później, pani Sinem. Czekamy na lepszy moment, który nigdy nie nadchodzi. – Wyciąga rękę z kluczykami bliżej niej. – Nie wezmę ich z powrotem.

Zawiesza na niej uważne spojrzenie.

– Jeśli nie dla siebie, zrób to dla Mine. Nie chciałabyś zobaczyć jej twarzy, kiedy sama po nią przyjedziesz? Jej radości?

Sinem opuszcza wzrok. W jej oczach pojawia się cień wzruszenia.

– Czy nie chcę, żeby była szczęśliwa? – szepcze. – Zrobiłabym wszystko dla jej uśmiechu, ale…

– Właśnie dlatego to robisz – przerywa jej łagodnie. – To twoja szansa. I nie tylko dla niej… także dla ciebie. – Uśmiecha się lekko. – Spróbuj. Obiecuję, że jeśli zechcesz, znów będę twoim kierowcą.

Sinem bierze kilka głębokich oddechów. Jej dłonie lekko drżą, gdy w końcu sięga po kluczyki.

– Dobrze… spróbuję.

Siada za kierownicą. Melih zajmuje miejsce obok, spokojny, czujny.

Silnik zaczyna pracować. Samochód rusza powoli.

Na początku Sinem zaciska dłonie na kierownicy tak mocno, że bieleją jej knykcie. Ale z każdą kolejną sekundą jej ruchy stają się płynniejsze. Oddech się wyrównuje. W oczach pojawia się cień pewności.

– Widzisz? – mówi cicho Melih. – Idzie ci świetnie.

Na ustach Sinem pojawia się nieśmiały uśmiech.

– Może… może faktycznie…

Nagle silnik zaczyna szarpać. Auto zwalnia, aż w końcu całkowicie się zatrzymuje. Spod maski unosi się gęsty, biały dym.

Sinem zastyga.

– Co się stało…?

Melih szybko wysiada i podnosi maskę. Przez chwilę przygląda się silnikowi, po czym prostuje się z westchnieniem.

– Nic z tym teraz nie zrobię. Musimy poczekać, aż ostygnie.

Zamyka maskę i sięga do bagażnika. Wyciąga dwa składane krzesełka turystyczne, rozkłada je na chodniku i gestem zaprasza Sinem.

– Wygląda na to, że jesteśmy zdani na łaskę tego staruszka.

Sinem siada powoli, wciąż spięta.

– To moja wina, prawda? – pyta z wyrzutem. – Nie spuściłam hamulca ręcznego…

Melih kręci głową i siada obok.

– Nie. To nie twoja wina. Ten samochód ma swój charakter. – Uśmiecha się lekko. – A ty jechałaś naprawdę dobrze. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się tego za pierwszym razem.

Sinem patrzy przed siebie, gdzieś w dal.

– Mój mąż byłby ze mnie dumny – mówi cicho. – Zawsze chciał, żebym prowadziła. To dzięki niemu w ogóle zrobiłam prawo jazdy.

Melih spogląda na nią uważnie.

– A potem przestałaś?

Sinem przytakuje.

– Nie miałam odwagi. – Jej głos łamie się lekko. – Kiedy odszedł, wszystko, co było moje, jakby przestało istnieć. Pogrzebałam razem z nim wszystkie swoje marzenia.

Zapada cisza. Tylko liście szumią cicho nad ich głowami, a gdzieś w oddali przejeżdża samochód.

Sinem prowadzi samochód. Na fotelu obok siedzi Melih i przygląda jej się z uśmiechem.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 61.Bölüm i Gelin 62.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy