Panna młoda odc. 113: Szokująca decyzja Mukadder! Rezydencja trafi do Beyzy!

Beyza i Mukadder stoją obok siebie i patrzą gdzieś przed siebie. Za nimi znajduje się basen i rezydencja.

„Panna młoda” Odc. 113 – streszczenie

W przestronnym holu rezydencji, pod kryształowym żyrandolem, powietrze zdawało się ciężkie od napięcia. Marmurowa posadzka odbijała sylwetki zebranych, jakby sama była świadkiem tej cichej burzy. W centrum stał Cihan — wyprostowany mimo bólu, z twarzą napiętą i spojrzeniem, które nie pozostawiało miejsca na sprzeciw.

Nie odrywał wzroku od matki.

— Niech ktoś wreszcie mi powie… — odezwał się chłodno, niemal lodowato. — Co się tutaj dzieje?

Mukadder drgnęła i zrobiła krok w jego stronę. Jej twarz natychmiast złagodniała, jakby chciała przykryć wcześniejszą surowość.

— Synu… — zaczęła miękko. — Dlaczego wstałeś? Powinieneś odpoczywać. Wróć do łóżka, proszę.

Cihan jednak już jej nie słuchał. Jego spojrzenie opadło niżej — na stojące przy drzwiach walizki. Zmarszczył brwi.

— To wasze? — zapytał, unosząc lekko głowę. — Wyjeżdżacie?

Fadime i Aysu spuściły wzrok. Cisza była wymowna. W końcu odezwał się Melih, robiąc krok naprzód.

— Panie Cihanie… podczas pańskiej nieobecności wydarzyło się coś, czego nie potrafimy zignorować — powiedział spokojnie, choć w jego głosie drżało napięcie. — Pani Mukadder powiedziała nam słowa, które przekroczyły pewną granicę. Nie chcieliśmy odchodzić, kiedy był pan w takim stanie. Czekaliśmy, aż wróci pan do siebie.

— Dobrze, już wystarczy — wtrąciła ostro Mukadder, przecinając jego wypowiedź. — Dlaczego jeszcze tu stoicie? Idźcie wreszcie!

— Mamo! — głos Cihana uderzył jak trzask bicza. — Ja tu rozmawiam.

Zapadła cisza.

Beyza, stojąca dotąd z boku, podeszła bliżej i położyła dłoń na ramieniu Mukadder.

— Cihanie, czy to odpowiednie, żeby podnosić głos na własną matkę? — zapytała z nutą wyrzutu. — Zwłaszcza przy… tych ludziach?

Cihan powoli odwrócił głowę w jej stronę. Jego spojrzenie stwardniało.

— „Tych ludziach”? — powtórzył cicho. — Masz na myśli służbę?

Zrobił krok w jej stronę.

— To nie są „ci ludzie”. To nasi ludzie. Nasza rodzina. — Jego głos nabrał mocy. — A ty… jesteś tu tylko gościem. I nie masz prawa decydować w tej sprawie.

Beyza zamilkła, zbita z tropu.

Cihan odwrócił się ponownie do Meliha, Fadime i Aysu.

— Czy jest jakiś problem z pracą? Z wynagrodzeniem?

Melih potrząsnął głową.

— Nie o to chodzi, panie Cihanie. Chodzi o…

— Zrozumiałem — przerwał mu spokojnie, lecz stanowczo. — I to wystarczy.

Jego spojrzenie znów spoczęło na matce.

— Mama była zmęczona. Zdenerwowana. — mówił powoli, ważąc każde słowo. — Ale wy jesteście z nami od lat. Nie pozwolę, żeby ktoś was wyrzucał jak obcych.

Zrobił krótką pauzę, po czym zwrócił się do Sinem.

— Bratowo… od tej chwili to ty zarządzasz domem.

Słowa spadły jak grom.

Mukadder zesztywniała. Beyza otworzyła szeroko oczy. W ich spojrzeniach pojawiło się czyste niedowierzanie.

Cihan jednak mówił dalej, jakby nie zauważał ich reakcji:

— We wszystkich sprawach kontaktujcie się z nią — powiedział do służby. — Czy ktoś ma pytania?

Nikt się nie odezwał.

— Dobrze. — Skinął głową. — Przechodzimy trudny czas. Potrzebuję ludzi, którym mogę ufać. Ludzi, których nazywam rodziną. — Zawiesił na nich spojrzenie. — Zostaniecie?

Melih spojrzał na matkę i siostrę. Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie.

— Zostaniemy — odpowiedział pewnie.

— W porządku. W takim razie wszystko wraca do normy.

Cihan odwrócił się. Jego wzrok padł na Hancer, stojącą nieco z tyłu, przy ścianie — cichą, niemal niewidoczną.

— Przynieś mi śniadanie na taras przy basenie — powiedział krótko.

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę wyjścia. Jego kroki odbijały się echem w wysokim holu.

Drzwi zamknęły się za nim.

Sinem zrobiła niepewny krok w stronę Mukadder. Jej postawa była niemal błagalna.

— Ja… chciałam tylko…

— Nie teraz — ucięła ostro Mukadder, nawet na nią nie patrząc. — Jeśli miałaś coś do powiedzenia, trzeba było zrobić to wcześniej.

Zacisnęła usta, a potem dodała ciszej, bardziej do siebie niż do kogokolwiek:

— Kiedy wilk się starzeje… nawet psy zaczynają go kąsać.

Odwróciła się i odeszła sztywnym krokiem.

Beyza ruszyła za nią bez słowa.

***

Beyza niemal wpadła do pokoju za Mukadder, zatrzaskując za sobą drzwi z cichym trzaskiem. W powietrzu wciąż unosiło się napięcie z holu — ciężkie, duszne, nie do zniesienia. Mukadder zdążyła już opaść na łóżko, jakby nagle ubyło jej sił. Siedziała nieruchomo, z dłońmi splecionymi na kolanach, wpatrzona w jeden punkt.

— To wszystko przez tę dziewczynę ze slumsów! — wybuchła Beyza, nie kryjąc wściekłości. — To ona nim manipuluje. Znowu zatruła mu umysł! Powiedz mi, ciociu… czy Cihan kiedykolwiek ośmieliłby się odezwać do ciebie w ten sposób? Przy służbie? Przy wszystkich?!

Mukadder nie poruszyła się. Nawet nie spojrzała na Beyzę.

— Nikt nie jest winny poza nim — odpowiedziała cicho, lecz twardo. — Wszystko, co się dziś wydarzyło… zrobił mój syn.

Beyza zamilkła na moment, jakby te słowa ją uderzyły.

— Co ty mówisz, ciociu? — wyszeptała z niedowierzaniem. — Bronisz go? Po tym wszystkim?

Mukadder powoli podniosła się z łóżka. W jej ruchach nie było już wcześniejszej słabości — tylko chłodna, zduszona godność.

— Wyjdź, Beyzo — powiedziała beznamiętnie. — Chcę zostać sama.

— Ale ciociu, ja tylko…

— Nie ma żadnego „ale”. — Jej głos stał się ostrzejszy. — Wyjdź.

Beyza zacisnęła usta. Przez chwilę wyglądała, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale w końcu odwróciła się gwałtownie i wyszła, zamykając drzwi mocniej, niż było to konieczne.

Zapadła cisza.

Mukadder przez chwilę stała nieruchomo, po czym ciężko opadła na łóżko. Jej ramiona opadły, a spojrzenie straciło dawną pewność.

— Czy naprawdę się zestarzałaś…? — wyszeptała do siebie, z goryczą, której nie potrafiła już ukryć. — Zostałaś dosłownie wyrzucona… jak ktoś niepotrzebny.

Zamknęła oczy na moment.

— I to on to zrobił… mój syn… — dodała ciszej.

Powoli podniosła się ponownie. Wzięła głęboki oddech, jakby chciała zebrać rozsypane kawałki swojej dumy. Podeszła do lustra.

Przez chwilę tylko na siebie patrzyła.

Na zmęczoną twarz. Na oczy, które widziały już zbyt wiele. Na kobietę, która po raz pierwszy od dawna wyglądała niepewnie.

Jej spojrzenie jednak stopniowo twardniało.

— Ale jeszcze nie umarłam — powiedziała w końcu, niemal szeptem, w którym pobrzmiewała stal.

***

Cihan nie tknął śniadania.

Tabletki połknął w milczeniu, popił wodą i bez słowa poszedł w kierunku wybrzeża, jakby chciał zostawić za sobą nie tylko ściany rezydencji, ale i wszystko, co się w niej wydarzyło. Teraz szedł wzdłuż brzegu morza — powoli, z dłonią przyciśniętą do boku. Każdy krok zdradzał, że ciało wciąż pamięta ból, którego on uparcie nie chciał uznać.

— Jak dobrze byłoby… — wyszeptał pod nosem, niemal bezgłośnie — …gdyby to wszystko okazało się tylko snem. Obudzilibyśmy się… i wszystko wróciłoby do dawnych dni.

Zatrzymał się nagle i obejrzał przez ramię.

— Dlaczego za mną idziesz? — zapytał ostro, jakby jej obecność była czymś niewłaściwym.

Hancer nie cofnęła się ani o krok.

— Na wszelki wypadek — odpowiedziała spokojnie. — Twoja rana wciąż jest świeża. Nie powinieneś się forsować. Szwy mogą puścić.

Na jego ustach pojawił się cień gorzkiego uśmiechu.

— Martwisz się o mnie… czy o swoją karę? — rzucił chłodno. — Nie bój się. Tydzień minie. A potem będziesz wolna.

Te słowa zawisły między nimi ciężko.

Hancer zmarszczyła brwi, ale nie spuściła wzroku.

— Czy nie byłeś zbyt surowy dla swojej mamy? — zapytała ciszej, z wyraźną troską.

Cihan spojrzał na nią, jakby nie dowierzał, że o to pyta.

— Co cię to obchodzi?

To uderzyło ją bardziej, niż chciała pokazać.

— Już zawsze będziesz się do mnie tak odzywał? — zapytała.

— Niby jak?

— Jak do dziecka.

Jego spojrzenie stwardniało.

— Bo zachowujesz się jak dziecko. — Zrobił krok bliżej. — Czy to nie ty zamieniłaś to małżeństwo w grę?

Hancer odetchnęła głęboko, jakby próbowała powstrzymać narastające emocje.

— Nie mogę już tego słuchać — powiedziała. — Ciągle mnie obwiniasz. Nie chcę, żebyśmy rozmawiali w ten sposób.

— Ja też nie.

W tej samej chwili zadzwonił jego telefon. Cihan odebrał bez wahania, odwracając się lekko bokiem.

— Pani Emine — powiedział rzeczowo. — Przenoszę się do domu weekendowego. Moje rzeczy dotrą za kilka dni. Proszę wszystko przygotować. Dziękuję.

Rozłączył się.

Hancer patrzyła na niego w milczeniu przez kilka sekund, jakby próbowała zrozumieć, co właśnie usłyszała.

— Wyprowadzasz się? — zapytała w końcu.

Nie spojrzał na nią.

— A dlaczego miałoby cię to interesować?

— Twoja mama… Beyza… dziecko — wyliczała, coraz bardziej poruszona. — Zostawisz ich wszystkich?

Tym razem odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy.

— Tak — powiedział spokojnie, aż zbyt spokojnie. — Zostawię wszystko. Wszystkich. I zacznę od nowa.

Nie czekał na odpowiedź.

Odwrócił się i ruszył dalej wzdłuż brzegu, jakby ta decyzja była już dawno podjęta — i nieodwołalna.

Hancer stała przez chwilę nieruchomo, a potem znów ruszyła za nim.

***

W jasnej, eleganckiej kuchni panował pozorny spokój. Na czarnym, lśniącym blacie odbijały się sylwetki kobiet, a w powietrzu unosił się zapach świeżo zaparzonej herbaty. Aysu i Fadime stały obok siebie, trzymając w dłoniach niewielkie szklanki, z których powoli unosiła się para.

Fadime westchnęła ciężko, wpatrując się w bursztynowy napój.

— Sama nie wiem, czy dobrze zrobiliśmy, że zostaliśmy… — powiedziała cicho. — Po słowach pana Cihana… nie byłam w stanie nic odpowiedzieć. Jakby odebrało mi głos.

Aysu uniosła brew i spojrzała na nią z lekkim przekąsem.

— A ja uważam, że to najlepsze, co mogło nas spotkać — odparła. — Widziałam jego twarz. Zamknął usta tej krwiożerczej Beyzie i… — zawahała się na moment — tej czarnej wdowie. Teraz żadna z nich nie odważy się nawet pisnąć.

Fadime pokręciła głową, jednak jej niepokój nie zniknął.

— Wiem… dopóki pan Cihan stoi po naszej stronie, nic nam nie zrobią. Ale to nie one mnie martwią. — Zawiesiła głos i spojrzała znacząco na córkę. — Twój brat… on może ściągnąć na nas kłopoty.

W tej samej chwili do kuchni weszła Gulsum — wyprostowana, pewna siebie, z chłodnym uśmiechem na ustach. Jej spojrzenie natychmiast powędrowało ku kobietom.

— Masz rację, żeby się martwić — odezwała się, opierając się nonszalancko o blat. W jej głosie pobrzmiewała wyraźna wyższość. — Twój syn nigdy nie potrafił usiedzieć w miejscu.

Aysu od razu się wyprostowała, a jej oczy zapłonęły.

— O czym ty mówisz? — zapytała ostro.

Fadime zmrużyła oczy.

— Podsłuchiwałaś nas?

Gulsum uśmiechnęła się lekko, jakby to pytanie było poniżej jej godności.

— Nie trzeba podsłuchiwać, żeby widzieć, co się dzieje — odparła spokojnie. — Twój syn wcześniej pływał po morzu, a teraz… wchodzi na znacznie bardziej niebezpieczne wody.

Zrobiła krótką pauzę, po czym dodała z wyraźnym naciskiem:

— Jakby na świecie brakowało kobiet, upatrzył sobie synową tego domu.

— Zamknij się! — wybuchła Fadime, aż jej ręka zadrżała. — Czy ty w ogóle słyszysz, co mówisz? Nie wstyd ci rzucać takich oszczerstw?!

Gulsum wzruszyła ramionami.

— Oczerniam? Widziałam ich. Rozmawiali na osobności. Bardzo… swobodnie.

Aysu prychnęła z irytacją.

— Mieszkamy pod jednym dachem. Rozmowa to już przestępstwo?

— Nie broń go tak zawzięcie — odparła Gulsum chłodno. — Nie wiesz wszystkiego. Od rana do wieczora nie spuszcza z niej wzroku. I nie tylko siebie wciągnie w kłopoty… was też.

W kuchni zapadła ciężka cisza.

— Co się stanie, kiedy pan Cihan się o tym dowie? — dodała ciszej, niemal z satysfakcją.

Aysu zrobiła krok do przodu.

— O co ci tak naprawdę chodzi? — zapytała, mierząc ją ostrym spojrzeniem. — To dlatego, że brat Cihan stanął po naszej stronie? Teraz próbujesz nas skłócić?

Gulsum uniosła brodę.

— Nie mam żadnego problemu. Mówię to dla waszego dobra. — Jej głos stwardniał. — Nie jesteście niezastąpione. Jeśli pan Cihan usłyszy, że Melih interesuje się jego bratową… nie będzie się długo zastanawiał.

Zawiesiła na nich spojrzenie, po czym dodała:

— Lepiej miejcie go na oku.

Odwróciła się i wyszła, stukając obcasami o podłogę.

***

Beyza wyszła na taras szybkim, zdecydowanym krokiem, jakby sama obecność w domu zaczęła ją dusić. Słońce odbijało się w tafli basenu, a powietrze drżało od upału. Jej wzrok natychmiast zatrzymał się na stole ustawionym przy wodzie.

Nietknięte śniadanie.

Zatrzymała się, marszcząc brwi, i powoli podeszła bliżej. Przesunęła palcami po krawędzi tacy, jakby sprawdzała, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Ani okruszka, ani śladu, że ktoś w ogóle tu usiadł.

Jej spojrzenie stwardniało.

Podeszła do barierki i spojrzała w dół, ku linii brzegu.

Cihan i Hancer.

Szli blisko siebie, zbyt blisko.

W jednej chwili całe ciało Beyzy zesztywniało, a palce zacisnęły się na metalowej poręczy.

— Nie odstępuje go ani na krok… — wysyczała przez zęby. — Ta żmija znalazła sobie idealny pretekst. Opieka… Oczywiście.

W jej głosie nie było już tylko irytacji — była w nim czysta, dusząca zazdrość.

Nagle poczuła dłoń na ramieniu.

Drgnęła i odwróciła głowę. Za nią stała Mukadder — spokojna, nienaturalnie spokojna.

Obie skierowały wzrok w stronę morza. Przez chwilę milczały.

— Byłaś jedyną osobą, która mnie tu rozumiała — odezwała się w końcu Beyza, ciszej, ale z wyraźnym napięciem. — A jednak… ty też mnie zawiodłaś.

Mukadder nie zaprzeczyła. Nie próbowała się tłumaczyć od razu.

— Nie gniewaj się na mnie — powiedziała powoli, niemal bez emocji. — Nie jestem dziś sobą. Wszystko, na czym się opierałam… runęło.

Zacisnęła usta, jakby te słowa kosztowały ją więcej, niż chciała pokazać.

— Cihan… — dodała ciszej — postawił mnie na równi z innymi. Ze służbą. Ze wszystkimi. Jakby… jakbym już nie była jego matką.

Jej spojrzenie nagle stwardniało.

— Pogrzebał mnie za życia.

Odwróciła głowę i spojrzała Beyzie prosto w oczy.

— Ale ja jeszcze żyję.

W jej głosie pojawiło się coś nowego — coś chłodnego i niebezpiecznego.

— I on się o tym przekona.

Beyza zamarła, słysząc tę zmianę.

— Ciociu… — szepnęła z niepokojem. — Nigdy cię takiej nie widziałam. Co ty chcesz zrobić?

Mukadder uśmiechnęła się lekko, ale w tym uśmiechu nie było ciepła.

— Zobaczysz.

Odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.

— Chodź.

— Dokąd? — Beyza zawahała się.

— Nie zadawaj pytań. — Jej ton nie dopuszczał sprzeciwu.

Beyza ruszyła za nią, choć w jej oczach pojawił się cień lęku.

— Ciociu… proszę… nie rób niczego, co postawi cię przeciwko Cihanowi.

Mukadder nawet się nie zatrzymała.

— Spokojnie — rzuciła przez ramię. — To, co zrobię… najbardziej przysłuży się tobie.

Te słowa nie uspokoiły Beyzy.

Ale mimo to szła za nią dalej — rozdarta między ciekawością a rosnącym niepokojem.

***

Nusret wysiadł z samochodu i zatrzasnął drzwi z krótkim, suchym trzaskiem. Nawet nie zdążył zrobić dwóch kroków w stronę wejścia, gdy przed nim, jakby wyrosła z ziemi, stanęła Yonca.

Zatrzymał się gwałtownie. Jego spojrzenie natychmiast stwardniało.

— Co ty tutaj robisz? — zapytał chłodno.

Yonca uniosła podbródek, próbując ukryć napięcie.

— Przyszłam porozmawiać.

— Nie mamy o czym. — Nawet na nią nie spojrzał, jakby była kimś obcym. — Umowa została zawarta. To koniec.

— Zgodziłam się na wszystko, czego chciałeś! — wyrzuciła z siebie, robiąc krok w jego stronę. — Ale to, co się dzieje teraz, to przesada. Ten człowiek traktuje mnie jak służącą. Oczekuje, że będę zachowywać się jak jego prawdziwa żona!

Nusret odwrócił w końcu głowę i spojrzał na nią z lekkim, niemal drwiącym uśmiechem.

— Bo w świetle prawa jesteś nią. 

Słowa uderzyły w nią jak policzek.

— Ty chyba żartujesz… — jej głos zadrżał. — Noszę w sobie dziedzica rodziny Develioglu. Wiesz, ile jestem warta?

Nusret splótł ręce za plecami i pochylił się lekko w jej stronę, jakby zdradzał sekret.

— Dzieci są wszędzie, Yonco — powiedział cicho. — Jeśli nie od ciebie, znajdzie się ktoś inny.

Zamilkł na ułamek sekundy, a potem dodał już bez cienia łagodności:

— Ale jeśli spróbujesz się buntować… to nie skończy się dobrze. Wiesz, że nie pozwolę ci żyć z tą tajemnicą.

Na jej twarzy pojawił się strach, który szybko ustąpił miejsca gniewowi.

— Boże… — wyszeptała, zaciskając pięści. — Zniszczyłeś mi życie. Niech będzie przeklęty dzień, w którym cię poznałam!

Nusret prychnął cicho.

— Gdybyś wtedy wyszła za mnie, nie byłoby problemu, prawda?

— Oczywiście, że nie! — wyrzuciła z bólem. — Bo cię kochałam!

Jego spojrzenie natychmiast pociemniało.

— Miłość? — powtórzył z ironią. — Chciałaś wrobić mnie w cudze dziecko. To była twoja miłość?

Zbliżył się o krok.

— Posłuchaj mnie dobrze. Jeśli masz choć odrobinę rozumu, będziesz dbać o to dziecko jak o własne życie. Bo to twoja jedyna gwarancja. Jeśli coś mu się stanie… ty znikniesz razem z nim.

Yonca cofnęła się o pół kroku, jakby zabrakło jej powietrza.

W tej samej chwili na parkingu pojawiły się Mukadder oraz Beyza.

Mukadder podeszła bliżej, marszcząc brwi.

— Co tu się dzieje?

Nusret natychmiast zmienił wyraz twarzy — jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło.

— Sprawy służbowe — odpowiedział spokojnie. — Pani Yonca już tu nie pracuje. Przyszła odebrać resztę odprawy.

Sięgnął do kieszeni marynarki i podał jej plik banknotów.

— Nie mamy już żadnych nierozliczonych spraw, pani Yonco.

Yonca spojrzała na pieniądze, potem na niego — i przyjęła je bez słowa.

— Może i zakończyliście współpracę — wtrąciła lekko Beyza — ale przecież nadal jesteśmy przyjaciółkami.

Yonca zmusiła się do uśmiechu.

— Oczywiście, kochana. Do zobaczenia.

Odwróciła się i odeszła.

Ale nie odeszła daleko. Zatrzymała się za rogiem budynku, ukryta w cieniu, i przylgnęła do ściany. Każde słowo, które padło dalej, chłonęła z napięciem.

Mukadder wpatrywała się w brata z niepokojem.

— Co się stało, Nusrecie? Myślałam, że dobrze się dogadujecie.

— To była tylko przygoda — odparł obojętnie. — I właśnie się skończyła. Lepiej powiedzcie, po co wy tu przyszłyście.

Beyza i Mukadder wymieniły spojrzenia.

— Chodzi o Cihana — powiedziała w końcu Beyza.

Nusret uniósł brwi.

— Rozumiem… Ledwo się obudził i już zaczyna działać. Co tym razem zrobił?

Mukadder wzięła głęboki oddech.

— Skreślił mnie.

W jej głosie nie było już gniewu — tylko ciężar.

Nusret pokręcił głową z gorzkim uśmiechem.

— Nie chcę mówić „a nie mówiłem”, siostro… Ale mówiłem. Cały czas go chroniłaś. Udawałaś, że nie widzisz prawdy.

— Miałeś rację — przyznała cicho. — Wszystko się sprawdziło. Rozmawia ze mną jak z obcą… Jakbym była gościem we własnym domu.

Jej twarz nagle stwardniała.

— Ale to się zmieni.

Spojrzała przed siebie z determinacją.

— Teraz to on poczuje, jak to jest być gościem.

Nusret zmrużył oczy.

— Wielkie słowa. Tylko co ty właściwie możesz zrobić?

Mukadder wyprostowała się powoli, jakby podjęła decyzję, która zmieni wszystko.

— Już zdecydowałam.

Spojrzała na Beyzę.

— Cały dom… przepiszę na mojego wnuka.

Zrobiła krótką pauzę.

— Rezydencja będzie należeć do Beyzy.

Beyza zamarła. Przez ułamek sekundy nie była w stanie ukryć błysku czystej satysfakcji, który przemknął przez jej oczy.

Za rogiem Yonca szeroko otworzyła oczy.

Teraz dopiero zrozumiała, że gra, w której bierze udział, jest znacznie większa, niż przypuszczała.

***

Cihan leżał nieruchomo na szerokim łóżku, oparty o poduszki, z twarzą napiętą i zamkniętą w chłodnej obojętności. W pomieszczeniu panowała cisza, którą przerywał jedynie cichy szelest materiału, gdy Hancer nerwowo splatała palce, siedząc naprzeciwko niego w fotelu. Jej spojrzenie co chwilę uciekało w jego stronę, jakby próbowała odczytać coś z jego twarzy — bezskutecznie.

Pukanie do drzwi rozdarło tę ciszę.

Hancer poderwała się i podeszła otworzyć. W progu stanął Engin, elegancki jak zawsze, z teczką w dłoni i poważnym wyrazem twarzy.

— Dzień dobry — rzucił uprzejmie.

— Proszę — odpowiedziała cicho, wpuszczając go do środka.

Prawnik skinął jej głową, po czym podszedł do łóżka i wyciągnął rękę do Cihana.

— Jak się czujesz?

— Wystarczająco dobrze — odparł krótko Cihan, ściskając jego dłoń.

Hancer cofnęła się o krok.

— W takim razie zostawię was samych. To pewnie sprawy zawodowe…

— Zostań. — Jego głos przeciął powietrze jak ostrze.

Zatrzymała się.

— To dotyczy ciebie.

Engin spojrzał na Cihana z wyraźnym wahaniem.

— Cihanie… czy to na pewno dobry moment? Może najpierw…

— Nie ma potrzeby — uciął ostro. — Decyzja została już podjęta.

Hancer zmarszczyła brwi. Serce zaczęło bić jej szybciej.

— Jaka decyzja…?

Cihan w końcu spojrzał na nią wprost. Jego wzrok był twardy, niemal obcy.

— Rozwód. — Pauza była krótka, ale ciężka. — Czy nie tego chciałaś?

Słowa zawisły w powietrzu.

— Musimy udzielić Enginowi pełnomocnictwa — kontynuował chłodno. — Pozew zostanie złożony natychmiast. Nie widzę powodu, żeby to przeciągać. — Jego usta drgnęły w gorzkim półuśmiechu. — W końcu czeka na ciebie nowe życie.

Każde słowo było jak cios.

Hancer przez chwilę milczała. W jej oczach pojawił się cień bólu, ale szybko go stłumiła.

— Skoro tak bardzo ci się spieszy… — powiedziała cicho — to znaczy, że naprawdę chcesz to zakończyć jak najszybciej.

Zacisnęła palce.

— Dobrze. Podpiszę wszystko.

Engin westchnął niemal niesłyszalnie, po czym sięgnął do teczki.

— Hancer…

— Daj jej dokumenty — przerwał Cihan bez cienia wahania.

Prawnik zawahał się jeszcze przez sekundę, ale ostatecznie podał jej teczkę.

— Moje pełnomocnictwo już masz — dodał Cihan. — Dopilnuj, żeby wszystko przebiegło sprawnie.

Hancer nawet nie usiadła. Otworzyła dokumenty stojąc, przebiegła je wzrokiem — albo raczej udawała, że to robi — i sięgnęła po długopis.

Podpisała.

Szybko. Nerwowo. Bez wahania.

Oddała papiery Enginowi, jakby chciała jak najszybciej się ich pozbyć.

Prawnik wyjął kolejny dokument.

— To protokół porozumienia rozwodowego.

Hancer spojrzała na niego nieobecnie.

— Czyli?

— Wpisujesz swoje warunki — wyjaśnił spokojnie.

— Dokładnie — wtrącił Cihan. — Wysokość alimentów. Nie ograniczaj się. Pieniądze nie są problemem. Nowe życie w końcu kosztuje.

Tym razem jego głos był ostrzejszy. Celowo.

Hancer skinęła głową powoli.

— Skoro nie ma ograniczeń… — powiedziała cicho — to dobrze się nad tym zastanowię.

Jej głos zadrżał, choć próbowała to ukryć. Odwróciła się nagle, jakby nie chciała, by zobaczyli jej twarz.

— Przepraszam…

Nie dokończyła. Wyszła szybko z pokoju.

Drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem.

Gulsum, która podsłuchiwała pod drzwiami całą rozmowę, odskoczyła w ostatniej chwili i błyskawicznie skryła się za ścianą.

Na jej twarzy pojawił się cień niepokojącego uśmiechu. Usłyszała dokładnie to, czego potrzebowała.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 82.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy