„Panna młoda” Odc. 126 – streszczenie
Po gwałtownej sprzeczce przed sklepem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Cemil, jeszcze przed chwilą pełen gniewu, nagle zachwiał się, jakby grunt usunął mu się spod nóg. Jego twarz pobladła, a spojrzenie straciło ostrość. Chwycił się za pierś, próbując złapać oddech, lecz po sekundzie osunął się bezwładnie na ziemię.
Zapanował chaos.
Ktoś krzyknął, ktoś inny pobiegł po pomoc. Sprzedawca wybiegł zza lady, a jeden z mężczyzn nerwowo wybierał numer pogotowia. Minuty ciągnęły się w nieskończoność, aż w końcu rozległ się dźwięk syreny.
Cemil trafił do szpitala nieprzytomny.

***
Wieść o tym szybko dotarła do Deryi. Gdy tylko usłyszała, co się stało, bez wahania sięgnęła po telefon i wybrała numer Hancer.
— Hancer… — jej głos był napięty. — Musisz się uspokoić i wysłuchać mnie uważnie. To ważne.
— Co się stało? — zapytała natychmiast, czując, jak serce zaczyna jej bić szybciej.
— Twój brat… Cemil. Zasłabł pod sklepem. Zabrali go do szpitala.
Hancer już jej nie słuchała. Rozłączyła się w pół zdania.
Jeszcze chwilę temu słowa Cihana — wyraźny zakaz opuszczania rezydencji — brzmiały jej w głowie jak ostrzeżenie. Teraz jednak straciły znaczenie.
Liczyło się tylko jedno.
Cemil.
Chwyciła torebkę i niemal wybiegła z domu.
Kilka chwil później, w innym skrzydle rezydencji, Beyza siedziała wygodnie, z telefonem przy uchu. Na jej ustach błąkał się lekki, zadowolony uśmiech.
— Tato, mam dla ciebie wspaniałą wiadomość — powiedziała, przeciągając słowa z wyraźną satysfakcją.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Słucham — odezwał się Nusret, natychmiast wyczuwając w jej tonie coś więcej.
— Będziesz zaskoczony tym, co zrobiła Hancer.
— Co takiego? — jego głos nabrał ostrości.
Beyza odchyliła się lekko, jakby delektowała się chwilą.
— Jej brat trafił do szpitala. A ona… mimo zakazu Cihana, wyszła z rezydencji i pojechała do niego.
Po drugiej stronie rozległo się ciche, zadowolone mruknięcie.
— Doskonale — powiedział Nusret powoli. — Sama podaje nam powód.
Jego ton był chłodny, wyrachowany.
— Pomóżmy jej więc… wpaść w jeszcze większe kłopoty.
Beyza uśmiechnęła się szerzej.
— Właśnie dlatego do ciebie dzwonię. Skontaktuj się z dziennikarzem. Niech jedzie do szpitala. Niech zobaczy, jak „posłuszna” jest żona Cihana.
Nusret nie odpowiedział od razu. Wystarczyło jedno spojrzenie, jeden impuls — i wiedział już, jak rozegra tę partię.
— Zajmę się tym — odparł w końcu spokojnie.
Rozłączył się, a na jego twarzy pojawił się cień satysfakcji.
Gra trwała dalej.
***
Sinem krążyła po pokoju, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Jej kroki były szybkie, nerwowe, a splecione na piersi ramiona zdradzały napięcie, którego nie potrafiła już ukryć. Co chwilę zatrzymywała się, by po sekundzie znów ruszyć przed siebie, jakby w ten sposób mogła uporządkować chaos myśli.
— Ach, Hancer… — westchnęła ciężko, przymykając na moment oczy. — Dlaczego nas nie posłuchałaś?
Zatrzymała się przy łóżku i spojrzała w przestrzeń przed sobą. W jej spojrzeniu pojawiło się jednak coś więcej niż złość — zrozumienie.
— Ale… masz rację — dodała ciszej, niemal do siebie. — To przecież twój brat. Jak mogłabyś zostać tutaj, wiedząc, że leży w szpitalu?
Przesunęła dłonią po ramieniu, jakby chciała się uspokoić.
— Gdybym była na twoim miejscu… zrobiłabym dokładnie to samo.
Na chwilę zapadła cisza. Sinem przygryzła wargę, a w jej oczach pojawił się niepokój.
— Oby tylko nikt cię nie zobaczył… — szepnęła. — To wszystko i tak zaszło już za daleko.
Nagle wyprostowała się, jakby podjęła decyzję.
— Nie. Cihan musi o tym wiedzieć.
Sięgnęła po telefon i bez wahania wybrała jego numer. Każdy sygnał oczekiwania wydawał się trwać zbyt długo.
W końcu po drugiej stronie rozległ się jego głos.
— Słucham, bratowo? Coś się stało?
Sinem zawahała się przez ułamek sekundy, jakby szukała właściwych słów.
— Cihanie… muszę ci coś powiedzieć.
W jej głosie pobrzmiewało napięcie.
— Brat Hancer trafił do szpitala. A ona… pojechała do niego.
Po drugiej stronie zapadła krótka, ciężka cisza.
— Co?! — wybuchł Cihan.
Sinem zamknęła oczy, zbierając się w sobie.
— Chciałam, żebyś wiedział — powiedziała spokojniej, choć wciąż z wyczuwalnym niepokojem. — Nie zostawiaj jej tam samej. Ona teraz… bardzo cię potrzebuje.
***
Hancer weszła do sali powoli, jakby każdy krok ważył więcej niż poprzedni. Zapach szpitala — chłodny, sterylny — uderzył ją od progu, ale to nie on ścisnął jej serce. To widok brata.
Cemil leżał nieruchomo, z otwartymi oczami, wpatrzony gdzieś ponad nią. Był przytomny… i świadomie ją ignorował.
Zatrzymała się przy łóżku, splatając dłonie, jakby nagle zapomniała, co powinna zrobić.
— Bracie… — zaczęła cicho, z wyraźnym wahaniem. — Co się stało? Jak się czujesz? Powiedz mi… wszystko w porządku?
Cemil nawet na nią nie spojrzał. Jego twarz pozostała zimna, zamknięta. Po chwili odwrócił głowę w stronę ściany, jakby jej obecność była czymś, czego nie potrafił znieść.
W jej oczach natychmiast pojawił się ból.
— Martwiłam się o ciebie… — wyszeptała, robiąc krok bliżej. — Proszę, nie rób tego. Nie odwracaj się ode mnie…
Drżącą dłonią sięgnęła po jego rękę i ścisnęła ją lekko.
— Bracie… jeśli mnie odrzucisz, to… — głos jej się załamał — to tak, jakbyś mnie zabijał. Proszę… wybacz mi.
— Siostro! — wyrwało się nagle Cemilowi, ostrzej, niż zamierzał.
Ale zamiast pielęgniarki do sali weszła Derya. Zatrzymała się w drzwiach, zaniepokojona podniesionym głosem.
— Cemilu? Co się dzieje?
Cemil nie spojrzał ani na nią, ani na Hancer. Jego wzrok pozostał wbity w pustkę.
— Derya… — powiedział chłodno. — Zawołaj pielęgniarkę. I powiedz jej, żeby zabrała tę kobietę.
Krótki ruch głową wskazał na Hancer, jakby była kimś obcym.
Derya zamarła.
— Cemilu, co ty mówisz? — zapytała z niedowierzaniem. — To twoja siostra. Przyszła do ciebie… martwi się.
— Nie znam jej. — Jego głos stał się twardy, niemal obcy. — Kim ona jest? Dlaczego tu przyszła? Derya, zrób to. Natychmiast.
Te słowa uderzyły w Hancer mocniej niż krzyk.
Na moment zamilkła. Jej dłoń powoli wysunęła się z jego uścisku. Nie próbowała już nic mówić.
Odwróciła się i wyszła.
Derya ruszyła za nią niemal natychmiast.
— Hancer! Poczekaj! — zawołała, doganiając ją na korytarzu. — To przez emocje. On nie wie, co mówi. Kiedy wyjdzie ze szpitala, wszystko się ułoży. Porozmawiacie, pogodzicie się… Przecież twój brat nie może się ciebie wyrzec.
Hancer zatrzymała się tylko na chwilę. Jej twarz była blada, ale spokojna — aż nienaturalnie spokojna.
— Zajmij się nim — powiedziała cicho. — Proszę. I zadzwoń do mnie… jeśli coś się zmieni.
Nie czekała na odpowiedź. Odeszła, jakby każdy krok oddalał ją nie tylko od szpitala, ale i od czegoś znacznie ważniejszego.
Derya została sama na korytarzu. Oparła się lekko o ścianę i uniosła wzrok ku górze, jakby szukała odpowiedzi gdzieś ponad sobą.
— Boże… — wyszeptała bezradnie. — Co się z nim dzieje? Proszę… pomóż mu wrócić do siebie.

***
Hancer wyszła ze szpitala szybkim krokiem, mocno ściskając pasek torebki. Wciąż czuła w uszach słowa Cemila. Każde z nich wbijało się w nią jak cierń. Chciała tylko jak najszybciej stamtąd odejść, zniknąć, zostać sama choć na chwilę.
Nie zdążyła jednak dojść nawet do bramy.
— Pani Hancer! — rozległ się nagle męski głos.
Przed nią wyrósł około trzydziestoletni mężczyzna z aparatem przewieszonym przez szyję. W jego oczach błyszczała drapieżna ciekawość.
— Jaki jest pani komentarz do ostatnich doniesień?
Hancer momentalnie zesztywniała.
— Proszę zostawić mnie w spokoju.
Próbowała go ominąć, ale paparazzo natychmiast zrównał się z nią krokiem.
— Czy wiedziała pani, że Beyza jest w ciąży, kiedy wychodziła pani za Cihana? — zapytał szybko. — I czy to prawda, że była obecna nawet podczas waszych zaręczyn?
Hancer zatrzymała się gwałtownie. W jej oczach pojawił się gniew.
— Powiedziałam, żeby mnie pan zostawił!
Mężczyzna uniósł dłonie w pozornie uspokajającym geście.
— Nie chcę pani przeszkadzać. Po prostu próbuję poznać prawdę.
Hancer zaśmiała się krótko, gorzko.
— Prawdę? — powtórzyła z niedowierzaniem. — I tak napiszecie, co będzie wam wygodne. Więc czego ode mnie oczekujesz?
— Czyli twierdzi pani, że wszystko, co opublikowano, jest kłamstwem?
— Tak. To same oszczerstwa.
Dziennikarz natychmiast podchwycił jej słowa.
— W takim razie proszę powiedzieć, jak wygląda prawda. Ludzie mają prawo ją poznać.
— Nie chcę z panem rozmawiać. — Odwróciła wzrok. — Proszę odejść.
Znów ruszyła przed siebie, ale mężczyzna nie odpuszczał.
— Jeśli pani ucieka, ludzie uznają, że te wiadomości są prawdziwe.
Hancer zatrzymała się ponownie, coraz bardziej roztrzęsiona.
— Nie uciekam! To wszystko jest kłamstwem!
— Więc proszę to udowodnić — naciskał spokojnym, wyrachowanym tonem. — Proszę opowiedzieć swoją wersję wydarzeń. Gdybym był na pani miejscu, natychmiast bym reagował. Nikt nie chciałby przecież żyć w cieniu plotek.
Przez chwilę patrzyła na niego niepewnie. Widać było, że zaczyna się łamać.
Mężczyzna wyczuł to natychmiast.
— Proszę mi zaufać. Jeśli powie pani prawdę, wcześniejsze publikacje mogą zostać sprostowane.
Hancer pokręciła głową.
— Dziękuję. Nie jestem zainteresowana.
Odwróciła się po raz kolejny, lecz wtedy jego głos zabrzmiał ostrzej.
— W takim razie przygotuj się na coś znacznie gorszego.
Zatrzymała się.
— Co pan ma na myśli?
Dziennikarz poprawił aparat wiszący na szyi.
— Mogę wrócić do sprawy postrzelenia pana Cihana. Do tej pory nikt nie opisał szczegółów, ale wiele osób mówi, że omal nie zginął z powodu zazdrości. To bardzo ciekawy temat. Mogę opublikować artykuł nawet jutro.
Hancer pobladła.
— Nie wolno panu…
— Chyba że zdecyduje się pani powiedzieć prawdę — przerwał jej spokojnie. — Wtedy tamta historia zniknie.
W jej oczach pojawiło się wahanie. Stała nieruchomo, rozdarta między strachem a desperacką potrzebą ochrony Cihana.
I wtedy rozległ się mocny, gniewny głos:
— Hancer!
Oboje odwrócili się jednocześnie.
Cihan szedł w ich stronę szybkim krokiem. Jego twarz była napięta, a spojrzenie lodowate. Gdy stanął obok żony, natychmiast zasłonił ją własnym ciałem.
— Co się tutaj dzieje? — zapytał ostro.
Hancer spojrzała na niego z ulgą.
— Ten człowiek powiedział, że jeśli opowiemy prawdę, sprostuje wcześniejsze artykuły. Dlatego z nim rozmawiałam.
Paparazzo natychmiast się uśmiechnął.
— Pani Hancer przyznała, że nie wiedziała o ciąży Beyzy, kiedy za ciebie wychodziła — powiedział gładko. — A przecież mieszkałeś wtedy z byłą żoną.
— Co?! — Hancer gwałtownie odwróciła się do niego. — Nie powiedziałam nic takiego! Przysięgam, Cihanie!
Twarz Cihana momentalnie pociemniała z gniewu. Chwycił dziennikarza mocno za bark.
— Wynoś się stąd — wycedził przez zęby. — I trzymaj się z dala od mojej żony.
Potem spojrzał na Hancer.
— Idź do samochodu. Porozmawiamy później.
Ujął ją za rękę i ruszył z nią w stronę parkingu. Ale reporter nie zamierzał odpuścić.
— Czy celowo ukrywałeś ciążę swojej byłej żony?! — krzyknął za nimi.
Cihan zatrzymał się tak nagle, że Hancer aż drgnęła.
Powoli odwrócił głowę.
— Ostatni raz cię ostrzegam — powiedział niskim, niebezpiecznie spokojnym głosem. — Zniknij.
Dziennikarz uniósł aparat.
— To prawda, że zostałeś postrzelony z zazdrości?
Migawka błysnęła raz.
Potem drugi.
I to wystarczyło.
W jednej chwili Cihan rzucił się na niego z furią. Aparat uderzył o ziemię, gdy reporter stracił równowagę i runął na chodnik. Cihan dopadł go natychmiast, chwytając za koszulę i okładając pięściami z nagromadzoną wściekłością.
— Cihanie, przestań! — krzyknęła Hancer, przerażona.
Ale on już jej nie słyszał. Gniew, upokorzenie i bezsilność eksplodowały z całą siłą.






***
Tayar otworzył drzwi pokoju Yoncy z tacą w dłoniach. W środku panowała ciężka cisza. Dziewczyna siedziała nieruchomo na brzegu łóżka, blada i napięta, z oczami utkwionymi w podłodze. Nawet nie spojrzała w jego stronę.
— Przyniosłem ci coś do jedzenia — powiedział spokojnym tonem, jakby między nimi nie wydarzyło się nic złego. — Powinnaś coś zjeść.
Yonca nie odpowiedziała.
Tayar wszedł głębiej do pokoju i pochylił się, by postawić talerz na niewielkim stoliku. W tej samej chwili w oczach dziewczyny błysnęła desperacja.
To była jedyna szansa.
Sięgnęła błyskawicznie po stojący obok szklany wazon i z całej siły uderzyła nim Tayara w tył głowy.
Rozległ się głuchy trzask tłuczonego szkła.
— Aaagh! — jęknął mężczyzna, zataczając się do przodu.
Upadł ciężko na kolana, chwytając się za potylicę. Między jego palcami natychmiast pojawiła się krew.
Yonca nie czekała ani sekundy dłużej.
Porwała torebkę z łóżka, drżącymi rękami wsunęła buty i wybiegła z pokoju. Serce waliło jej jak oszalałe, gdy pędziła przez korytarz, niemal tracąc równowagę.
— Yonca! — ryknął za nią Tayar.
Wybiegła z domu prosto na ulicę, łapczywie wciągając powietrze. Miała wrażenie, że dopiero teraz naprawdę oddycha.
Ale za plecami już słyszała jego ciężkie kroki.
Tayar, mimo bólu i krwi spływającej po karku, ruszył za nią chwiejnym biegiem. Gniew dodawał mu sił.
— Wracaj tutaj! — wrzasnął.
Yonca odwróciła się i zobaczyła, że jest coraz bliżej. Panika ścisnęła jej gardło.
— Pomocy! — krzyknęła rozpaczliwie. — Ratunku!
Jej głos rozdarł spokojną ulicę.
Dwóch młodych chłopaków, którzy siedzieli kawałek dalej przy murku, natychmiast poderwało się na nogi.
— Ej! Zostaw ją! — zawołał jeden z nich.
Kiedy Tayar próbował złapać Yoncę za rękę, chłopcy rzucili się między nich i odepchnęli go gwałtownie.
— Odsuń się od niej!
— To moja żona! — wrzasnął Tayar, próbując się wyrwać. — Nie mieszajcie się!
— Nie wygląda, jakby chciała z tobą iść! — odparł drugi ostro, blokując mu drogę.
Yonca cofnęła się kilka kroków, cała roztrzęsiona. Łzy płynęły jej po twarzy, oddech rwał się nierówno.
Wtedy z pobliskiego domu wybiegła starsza kobieta w ciemnym swetrze i okularach.
— Dziecko, co się stało? — zapytała przerażona.
Yonca niemal rzuciła się w jej stronę.
— Proszę zadzwonić na policję! — wyszlochała. — On chciał mnie zabić!
Starsza pani natychmiast objęła ją ramieniem i przyciągnęła do siebie ochronnym gestem.
— Już dobrze… spokojnie, kochanie — powiedziała łagodnie, głaszcząc ją po włosach. — Nikt cię nie skrzywdzi. Zadzwonimy na policję.
Yonca rozpłakała się jeszcze bardziej, jakby dopiero teraz dotarło do niej, że naprawdę udało jej się uciec.
Kilka metrów dalej Tayar szarpał się z młodymi mężczyznami, rzucając Yoncy pełne furii spojrzenia. Ale po raz pierwszy od wielu dni nie miał nad nią żadnej władzy.

***
Engin wszedł na komisariat szybkim, zdecydowanym krokiem. Na korytarzu pachniało zimną kawą i papierami, a przytłumione głosy policjantów odbijały się echem od szarych ścian. Atmosfera była ciężka, duszna — jakby samo powietrze nasiąkło problemami ludzi, którzy trafiali w to miejsce.
Hancer siedziała na plastikowym krześle pod ścianą, z dłoniami splecionymi nerwowo na kolanach. Wyglądała blado i na wyczerpaną. Kiedy zobaczyła Engina, natychmiast poderwała się na nogi, jakby jego obecność była jedyną rzeczą, która jeszcze trzymała ją w pionie.
— Engin… — odezwała się cicho.
Prawnik spojrzał na nią uważnie, po czym rozejrzał się po korytarzu.
— Gdzie jest Cihan?
— U komisarza. — Wskazała drzwi na końcu korytarza. — Zabrali go tam zaraz po przesłuchaniu.
Engin zacisnął szczękę.
— Co dokładnie się wydarzyło? Dlaczego go zatrzymali?
Hancer spuściła wzrok.
— Uderzył dziennikarza… i rozbił jego aparat.
Prawnik przymknął oczy i ciężko westchnął, jakby właśnie usłyszał najgorszy możliwy scenariusz.
— Jak do tego doszło?
Hancer przez chwilę milczała, próbując uporządkować myśli.
— Pojechałam do szpitala zobaczyć się z moim bratem — zaczęła drżącym głosem. — Kiedy wychodziłam, podszedł do mnie dziennikarz. Nie dawał mi spokoju. Zadawał pytania, prowokował mnie… a potem zaczął grozić.
Engin patrzył na nią w milczeniu.
— Powiedział, że jeśli nie zacznę mówić, napisze o postrzeleniu Cihana. Twierdził, że został ranny z zazdrości… — Urwała na moment, walcząc ze łzami. — Potem przyszedł Cihan. Ten człowiek próbował wmówić mu, że powiedziałam coś przeciwko niemu. Że przyznałam, iż nic nie wiedziałam przed ślubem…
— A ty nic takiego nie powiedziałaś — dokończył Engin chłodno.
— Nie! Przysięgam ci, że nie! — zaprzeczyła natychmiast. — On manipulował każdym moim słowem.
Engin odwrócił wzrok i przesunął dłonią po twarzy.
— O to właśnie mu chodziło — powiedział gorzko. — Chciał cię sprowokować. Wiedział, że Cihan w końcu wybuchnie. A jutro gazety napiszą wszystko po swojemu. To, co powiedziałaś… i to, czego nigdy nie powiedziałaś.
Hancer pobladła jeszcze bardziej.
— Ale ja naprawdę…
— Wiem — przerwał jej spokojniej. — Problem w tym, że dla takich ludzi prawda nigdy nie ma znaczenia.
Zapadła krótka cisza.
— Czy nie prosiliśmy cię, żebyś nie wychodziła z rezydencji? — zapytał w końcu zmęczonym głosem. — Cihan powtarzał ci to bez końca.
Hancer zacisnęła dłonie.
— Musiałam pojechać — wyszeptała. — Mój brat trafił do szpitala przez to wszystko. Nie mogłam go zostawić samego.
W jej oczach pojawił się ból.
— Cemil… nawet nie chciał na mnie spojrzeć.
Engin spojrzał na nią uważniej. Gniew na moment ustąpił miejsca współczuciu.
— Jak się teraz czuje?
— Lekarze powiedzieli, że nic mu nie grozi.
Prawnik skinął powoli głową.
— To najważniejsze.
Poprawił marynarkę i spojrzał w stronę gabinetu komisarza.
— Tego, co się stało, już nie cofniemy. Ale spróbuję wyciągnąć Cihana, zanim media zrobią z niego potwora.
Hancer spojrzała na niego z niepokojem.
— Myślisz, że mu coś grozi?
Engin zawahał się przez moment.
— Jeśli sprawa trafi do mediów w takiej formie, jakiej chcą ci ludzie… wszyscy będziecie mieli problem.
Po tych słowach ruszył w stronę drzwi gabinetu komisarza. Jego kroki odbijały się głucho od posadzki, a Hancer została sama na korytarzu — z rosnącym poczuciem winy i strachem przed tym, co miało dopiero nadejść.
***
Po kilku minutach na korytarzu pojawiła się Yonca, prowadzona przez młodą policjantkę. Dziewczyna wyglądała na wyczerpaną. Rozczochrane włosy opadały jej na ramiona, a na twarzy wciąż malowały się strach i napięcie po ucieczce od Tayara.
— Zaczekaj tutaj — powiedziała funkcjonariuszka, wskazując metalowe krzesło pod ścianą. — Za chwilę ktoś cię przesłucha.
Yonca skinęła głową i ciężko usiadła. Gdy policjantka odeszła, dziewczyna oparła się o zimne oparcie krzesła i zamknęła oczy.
„Uciekłam od Tayara, ale i tak skończyłam na komisariacie” — pomyślała gorzko. — „Zobaczymy tylko, jak wydostanę się z tego wszystkiego”.
Była tak pogrążona w myślach, że nie zauważyła siedzącej kilka metrów dalej Hancer.
Hancer jednak dostrzegła ją od razu. Na widok Yoncy wróciło do niej wspomnienie tamtej niespodziewanej wizyty w rezydencji — chwili, gdy kobieta przyszła porozmawiać z nią i Cihanem. Już wtedy wydawała się zagubiona i nieszczęśliwa.
Po chwili Yonca również uniosła wzrok. Gdy zobaczyła Hancer, wyraźnie się zaskoczyła. Wstała powoli i podeszła do niej.
— Hancer… — odezwała się cicho, po czym usiadła obok niej.
— Wszystko w porządku, Yonca? — zapytała Hancer z troską. — Co ty tutaj robisz?
Yonca wymusiła blady uśmiech.
— Powiedzmy, że miałam… małe problemy. Nic, czym warto się przejmować.
Hancer spojrzała na nią uważniej. Jej wzrok zatrzymał się na lekko zaokrąglonym brzuchu Yoncy. W oczach dziewczyny pojawiło się szczere zaskoczenie, a potem łagodność.
— Jesteś w ciąży… — powiedziała cicho, z delikatnym uśmiechem.
Yonca odruchowo położyła dłoń na brzuchu.
— Tak. Kilka miesięcy temu wyszłam za mąż… a potem życie samo napisało resztę historii.
W jej głosie nie było jednak radości, raczej smutek i rezygnacja.
Hancer zawahała się przez moment.
— Ten mężczyzna, którego przed chwilą prowadzili w kajdankach… to twój mąż?
Yonca spuściła wzrok i nie odpowiedziała od razu. Cisza, która zapadła między nimi, była bardziej wymowna niż słowa.
Po chwili odchrząknęła lekko.
— A ty? Dlaczego jesteś tutaj?
Hancer gorzko się uśmiechnęła.
— Jesteś przyjaciółką Beyzy. Pewnie już słyszałaś.
Yonca pokręciła głową.
— Od mojego ślubu prawie się nie widujemy. Ale… coś obiło mi się o uszy.
Hancer westchnęła ciężko i oparła dłonie na kolanach.
— W gazetach pojawiły się kłamstwa na nasz temat. Dziennikarze nie dają nam spokoju. Jeden z nich zaczepił mnie dziś pod szpitalem… a Cihan… — Urwała na moment. — Cihan stracił panowanie nad sobą i rozbił mu aparat.
Yonca spojrzała na nią ze współczuciem.
— To dlatego jesteście tutaj?
Hancer tylko skinęła głową.
W tej samej chwili drzwi gabinetu komisarza otworzyły się Na korytarz wyszedł Cihan w towarzystwie policjanta i Engina. Na jego twarzy malowało się zmęczenie i tłumiona wściekłość.
Hancer natychmiast poderwała się z miejsca.
— Dokąd go zabieracie? — zapytała drżącym głosem. — To mój mąż!
Engin zatrzymał się obok niej.
— Dziennikarz nie wycofał pozwu — wyjaśnił poważnie. — Cihan zostaje dziś w areszcie.
Hancer pobladła.
— Nie… — wyszeptała. — To niemożliwe…
Cihan spojrzał na nią stanowczo.
— Hancer, nie zostawaj tutaj. Engin odwiezie cię do domu.
— Nie jadę nigdzie — odpowiedziała natychmiast. — Nie zostawię cię samego.
W oczach Cihana pojawiło się zmęczenie.
— Hancer… — powiedział ciszej. — Zrób chociaż raz to, o co cię proszę.
Dziewczyna zacisnęła usta, próbując powstrzymać łzy.
Policjant delikatnie popchnął Cihana w stronę korytarza prowadzącego do cel. Hancer patrzyła za nim bezradnie, dopóki nie zniknął za ciężkimi drzwiami.
— Nie martw się — odezwał się Engin łagodniejszym tonem. — Zrobię wszystko, żeby go stąd wyciągnąć.
Wskazał jej krzesło.
— Usiądź. Muszę jeszcze dokończyć formalności. Zaraz wrócę, dobrze?
Hancer powoli skinęła głową.
— Dobrze…
Usiadła ciężko, czując, jak całe napięcie tego dnia spada na jej barki. Najpierw brat odwrócił się od niej po raz kolejny. Potem upokarzająca scena z dziennikarzem. A teraz Cihan siedział za kratkami.
Zamknęła oczy i wzięła drżący oddech.
Ten dzień naprawdę nie mógł być gorszy.

***
Metalowe drzwi z głośnym trzaskiem zamknęły się za Tayarem. Policjant rzucił mu krótkie, obojętne spojrzenie, po czym odszedł korytarzem, zostawiając po sobie jedynie echo ciężkich kroków.
Mężczyzna powoli usiadł na drewnianej ławce w celi sąsiadującej z tą, w której przebywał Cihan. Przeczesał dłonią włosy i zacisnął powieki, jakby próbował uspokoić chaos szalejący w jego głowie.
Cihan od dłuższej chwili przyglądał mu się uważnie spomiędzy krat. Twarz Tayara wydawała mu się dziwnie znajoma. Próbował sobie przypomnieć, gdzie już ją widział.
W końcu wstał z ławki i podszedł bliżej, chwytając dłonią zimne pręty oddzielające obie cele.
— Wydaje mi się, że się znamy — odezwał się spokojnie.
Tayar uniósł wzrok.
Cihan zmrużył lekko oczy, aż nagle w jego pamięci pojawił się konkretny obraz.
— Już wiem. Byłeś niedawno w mojej firmie. — Przyjrzał mu się uważniej. — Robisz nagrobki, prawda?
Na twarzy Tayara pojawiło się zmęczone skinienie.
— Tak… teraz sobie przypominam. — Westchnął ciężko. — Wybacz. Mam dziś taki mętlik w głowie, że ledwo poznaję samego siebie.
Na chwilę między nimi zapadła cisza. W oddali było słychać szczęk zamykanych krat i przytłumione głosy policjantów.
— Wpakowałeś się w coś poważnego? — zapytał po chwili Cihan.
Tayar gorzko się uśmiechnął.
— Nie. Przynajmniej jeszcze nie. — Oparł łokcie o kolana i potarł twarz dłońmi. — Zwykła kłótnia, która wymknęła się spod kontroli.
Cihan pokiwał głową, jakby doskonale rozumiał, o czym mówi.
— Widzę, że dzisiaj obaj mieliśmy podobny dzień.
Tayar spojrzał na niego z zaciekawieniem.
— A ty? Co sprowadziło takiego człowieka do celi?
Na ustach Cihana pojawił się chłodny, niemal ironiczny uśmiech.
— To samo co ciebie. — Opuścił wzrok na własne dłonie. — Kłótnia.
Przez chwilę obaj milczeli. Dwóch obcych mężczyzn oddzielonych kratami, a jednak połączonych tym samym gniewem, który w jednej chwili potrafił zburzyć wszystko.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 91.Bölüm i Gelin 92.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






