Panna młoda odc. 133: Beyza doprowadza do wypadku! Ona i Hancer uwięzione w rozbitym aucie!

Hancer i Beyza w rozbitym samochodzie. Hancer otwiera oczy i patrzy na nieprzytomną Beyzę.

„Panna młoda” Odc. 133 – streszczenie

Cihan nerwowo przeszukiwał kieszenie marynarki, potem spodni, coraz bardziej marszcząc brwi. Najpierw sięgnął do wewnętrznej kieszeni, potem do tylnej, jakby liczył, że telefon nagle się odnajdzie.

Bez skutku.

Engin obserwował go w milczeniu, oparty o biurko.

— Co się stało?

— Mój telefon… — mruknął Cihan, ponownie sprawdzając kieszenie. — Nie mogę go znaleźć.

Podniósł wzrok i przez chwilę stał nieruchomo, próbując odtworzyć wydarzenia z ostatnich godzin.

— Ostatni raz miałem go w samochodzie — powiedział powoli. — Jestem tego pewien.

Zmrużył oczy, coraz mocniej zagłębiając się we wspomnienia.

— Potem Beyza poprosiła mnie, żebym kupił jej wodę. Zatrzymałem auto przed sklepem i wysiadłem na chwilę…

Engin wzruszył ramionami.

— No więc telefon został w samochodzie. Czego się tak denerwujesz? Zaraz się znajdzie.

Cihan jednak nie wyglądał na przekonanego. Coś wyraźnie nie dawało mu spokoju.

Drzwi gabinetu otworzyły się i do środka weszła sekretarka. W dłoniach trzymała lekki notatnik, ale jej mina była poważna.

— Sprawdziłam samochód, panie Cihanie — oznajmiła. — Pańskiego telefonu tam nie ma.

Zapadła cisza.

Engin spojrzał na Cihana z lekkim zdziwieniem, ale to Cihan nagle zesztywniał.

W jednej chwili wszystko zaczęło układać mu się w całość.

Beyza.

To ona została sama w samochodzie, kiedy poszedł do sklepu.

Powoli zacisnął szczękę, a w jego oczach pojawił się niepokój.

Wiedział, że to ona zabrała jego telefon. Nie wiedział tylko dlaczego.

***

Beyza pędziła przed siebie jak opętana. Silnik wył przeciążony, a samochód drżał przy każdym ostrzejszym zakręcie. Drzewa migały za szybami w zawrotnym tempie, zlewając się w jedną, rozmytą smugę zieleni.

Hancer coraz mocniej zaciskała dłonie na siedzeniu.

— Beyzo, co ty robisz? — wyrzuciła z siebie drżącym głosem. — Oszalałaś? Zwolnij… proszę…

Beyza nawet nie spojrzała w jej stronę. Na jej ustach pojawił się dziwny, niemal dziecięcy uśmiech.

— Dlaczego się boisz? — zapytała lekko, po czym roześmiała się cicho. — Zobacz tylko, jak pięknie lecimy…

Mocniej ścisnęła kierownicę.

— Nie poznajesz tej drogi? Przecież prowadzi do waszego nowego domu.

Hancer spojrzała na nią z zaskoczeniem.

— Skąd o tym wiesz?

Beyza odwróciła ku niej twarz. W jej oczach było coś niepokojącego — mieszanina bólu, obłędu i desperacji.

— Myśleliście, że możecie wszystko zostawić za sobą i po prostu zniknąć — powiedziała lodowatym tonem. — Zacząć nowe życie. Tylko wy dwoje. Jakby reszta świata przestała istnieć.

Jej głos nagle zadrżał.

— Dla Cihana już nikt nie jest ważny. Ani ja… ani jego matka… nawet jego własny syn.

Hancer poczuła chłód przebiegający po plecach.

— Beyzo, posłuchaj mnie…

— Nie! — przerwała jej gwałtownie. — To ty posłuchaj mnie! Pokażę tobie i jemu, czym jest prawdziwy ból. Dopiero kiedy cię straci, zrozumie, kto naprawdę był przy nim przez cały czas.

— Opamiętaj się! — krzyknęła Hancer. — Nie myślisz racjonalnie!

Beyza roześmiała się głośno. Jej śmiech zabrzmiał nienaturalnie, niemal przerażająco.

— A kto powiedział, że chcę być racjonalna? — wyszeptała. — Wszyscy zostaniemy poddani próbie.

— Jakiej próbie?! — Hancer była bliska paniki. — Na miłość boską, zatrzymaj samochód!

Beyza spojrzała przed siebie szeroko otwartymi oczami.

— Próbie śmierci.

W samochodzie zapadła martwa cisza.

— Jeśli przeżyjemy… — mówiła dalej szaleńczym, łamiącym się głosem — Cihan będzie musiał wybrać jedną z nas.

Po jej policzku spłynęła pojedyncza łza.

— Dla mnie nic się już nie zmieni. Bez Cihana i tak jestem martwa…

Nagle odwróciła głowę w stronę Hancer.

W jej spojrzeniu nie było już nic ludzkiego.

— Ale ty… bądź przeklęta.

I wtedy z całej siły wcisnęła pedał gazu.

Samochód szarpnął gwałtownie do przodu.

Hancer krzyknęła.

Beyza nagle obróciła kierownicę.

Auto wypadło z drogi.

Rozległ się ogłuszający huk, pisk opon, trzask łamanego metalu i eksplodującego szkła.

Świat zawirował.

Potem wszystko spowiła ciemność.

***

Akcja ponownie przeniosła się do gabinetu.

Cihan stał przy biurku, nerwowo ściskając telefon w dłoni. W jego głowie coraz szybciej zaczynały łączyć się pojedyncze fakty — zaginiony telefon, dziwne zachowanie Beyzy, milczenie Hancer.

To nie był przypadek.

— Jestem pewien, że to Beyza zabrała mój telefon — powiedział stanowczo.

Poprosił przyjaciela o użyczenie telefonu i natychmiast wybrał numer byłej żony.

Przez kilka sekund w gabinecie rozlegał się jedynie monotonny sygnał połączenia. Potem odezwał się chłodny, automatyczny komunikat:

— Wybrany użytkownik jest obecnie niedostępny.

Cihan zacisnął szczękę tak mocno, że aż drgnął mu policzek.

— Ach, Beyza… — rzucił przez zęby. — Ona też nie odbiera.

Engin podszedł bliżej, próbując zachować spokój.

— Nie wpadaj od razu w panikę — powiedział ostrożnie. — Po co Beyzie miałby być twój telefon?

Cihan spojrzał na niego gwałtownie. W jego oczach pojawił się niepokój graniczący z przerażeniem.

— Enginie… to jest Beyza — odpowiedział cicho, ale z wyraźnym napięciem w głosie. — Nigdy nie wiesz, co dzieje się w jej głowie.

Odwrócił się i zaczął nerwowo chodzić po gabinecie.

— Jest zdolna do wszystkiego — dodał po chwili. — Zwłaszcza teraz.

Nagle zatrzymał się i ponownie spojrzał na telefon.

Bez chwili wahania wybrał numer stacjonarny rezydencji.

Po kilku sygnałach słuchawkę podniosła Fadime.

— Halo?

— Fadime, to ja. Czy Beyza wróciła już do domu? — zapytał szybko.

— Nie, panie Cihanie — odpowiedziała kobieta z wyraźnym zdziwieniem. — Odkąd wyszła z panem, jeszcze jej nie było.

Cihan zamilkł.

Przez krótką chwilę wpatrywał się przed siebie pustym wzrokiem, jakby właśnie potwierdziły się jego najgorsze obawy.

— Dobrze — powiedział tylko i rozłączył się bez pożegnania.

Powoli opuścił rękę z telefonem.

Engin patrzył na niego coraz bardziej zaniepokojony.

— Co powiedziała?

— Beyza nie wróciła do domu.

W gabinecie zapadła ciężka cisza.

Cihan przeczesał dłonią włosy i spojrzał gdzieś w dal, jakby próbował dostrzec coś, czego jeszcze nie rozumiał.

— Co ona kombinuje…? — wyszeptał.

Ale głęboko w środku czuł już, że dzieje się coś bardzo złego.

***

Melih stał naprzeciwko Sinem, trzymając w dłoniach małe czerwone pudełeczko. Otwarty pierścionek błyszczał w promieniach popołudniowego słońca, ale on patrzył wyłącznie na nią.

Czekał.

Sinem nie potrafiła unieść wzroku. Nerwowo ściskała konewkę, a jej oddech stawał się coraz płytszy. Serce biło jej tak mocno, jakby chciało wyrwać się z piersi.

W końcu pokręciła głową.

— Nie mogę tego przyjąć — powiedziała cicho.

Odruchowo obejrzała się w stronę rezydencji, jakby bała się, że ktoś ich obserwuje.

— Ktoś może nas zobaczyć… Proszę, schowaj to.

Melih westchnął lekko, ale nie zamknął pudełeczka.

— Nie musisz odpowiadać od razu — powiedział łagodnym głosem. — Wystarczy mi, że wiem, że traktujesz to poważnie. Nie musimy się spieszyć, Sinem.

Spojrzał na nią z czułością.

— Mogę zaczekać.

Sinem zacisnęła powieki na krótką chwilę, jakby jego słowa sprawiały jej ból.

— Nie rozumiesz… — wyszeptała. — Ja naprawdę nie mogę tego zaakceptować. Ani teraz… ani później.

Melih zrobił krok bliżej.

— A ja nie mogę tego po prostu oddać do jubilera i udawać, że nic nie czuję.

Delikatnie ujął jej dłoń i położył na niej pudełeczko z pierścionkiem.

— Niech zostanie przy tobie — powiedział cicho. — Nieważne, jaka będzie twoja odpowiedź.

Sinem zamarła.

Przez chwilę tylko patrzyła na pierścionek, jakby trzymała w dłoniach coś znacznie cięższego niż mały kawałek złota.

W tym samym czasie zza uchylonych drzwi tarasowych ktoś ich obserwował.

Gulsum.

Stała nieruchomo w cieniu salonu, zaciskając dłonie na framudze tak mocno, że pobielały jej knykcie. W jej oczach nie było już smutku ani rozczarowania — tylko narastająca złość.

— Co za bezwstydna kobieta… — syknęła przez zęby.

Jej spojrzenie utkwiło w Sinem.

— Uwodzi wolnego mężczyznę, jakby nie było innych ludzi na świecie.

Oddech Gulsum przyspieszył.

— Oboje zdeptaliście mnie tylko po to, żeby zalecać się do siebie…

Zmarszczyła brwi, a jej twarz wykrzywiła się z gniewu.

— Zapłacicie mi za to. Oboje.

Z całej siły uderzyła dłonią w futrynę.

Głuchy dźwięk odbił się echem po cichym tarasie.

***

Rozbity samochód tkwił u podnóża stromego zbocza, pośród wysokiej, wysuszonej trawy i dzikich krzewów. Wokół panowała nienaturalna cisza, przerywana jedynie sykaniem uszkodzonego silnika. Spod pogniecionej maski unosiły się ciężkie kłęby szarego dymu, które powoli rozpływały się w chłodnym powietrzu.

Auto wyglądało jak zmiażdżona puszka. Przednia szyba była cała popękana, pokryta pajęczyną ostrych pęknięć. Na masce i drzwiach widniały głębokie wgniecenia, a wokół samochodu leżały kawałki szkła i pourywanych elementów karoserii. Jedno z przednich kół ugrzęzło w błocie, drugie było przekrzywione pod nienaturalnym kątem.

W środku unosił się zapach spalenizny, benzyny i krwi.

Beyza i Hancer siedziały nieruchomo na swoich miejscach, jakby czas nagle się zatrzymał. Obie miały zakrwawione twarze. Ciemne strużki krwi spływały im po skroniach i szyjach, znacząc jasne ubrania czerwonymi plamami. Głowa Beyzy opierała się bezwładnie o kierownicę, a długie włosy opadły jej na twarz.

Kilka metrów dalej, pośród pożółkłej trawy, leżał telefon Hancer. Musiał wypaść przez uchyloną szybę podczas uderzenia. Ekran wciąż świecił, a ciszę rozdzierał uporczywy dźwięk dzwonka.

„Engin”.

Telefon drgał na ziemi przy każdym kolejnym połączeniu.

W samochodzie Hancer poruszyła się lekko. Z jej ust wyrwał się cichy jęk bólu. Powoli otworzyła oczy, ale przez chwilę widziała jedynie rozmazane światło i popękane szkło przed sobą. Oddychała ciężko, próbując zrozumieć, co się stało.

Potem wszystko wróciło.

Szaleńcza jazda Beyzy. Krzyk. Skręt kierownicy. I jej słowa:

„Próba śmierci”.

Hancer gwałtownie odwróciła głowę w stronę kierowcy.

— Beyzo… — wyszeptała ochryple.

Mimo strachu i bólu natychmiast pochyliła się ku niej. Delikatnie uniosła jej głowę znad kierownicy i oparła ją o zagłówek fotela. Dłonie drżały jej tak mocno, że ledwie mogła utrzymać równowagę.

— Beyzo, otwórz oczy… — powiedziała drżącym głosem. — Słyszysz mnie? Porozmawiaj ze mną…

Nie było odpowiedzi.

Głowa Beyzy bezwładnie opadła na bok.

— Nie… nie rób mi tego…

Panika ścisnęła gardło Hancer. Natychmiast sięgnęła do nadgarstka Beyzy. Przez kilka długich sekund nie czuła nic i serce niemal stanęło jej w piersi.

Nagle wyczuła słaby puls.

Hancer zamknęła oczy z ulgą.

— Dzięki Bogu… żyjesz…

Spojrzała na dym wydobywający się spod maski. Samochód cicho trzaskał, jakby w każdej chwili miał stanąć w płomieniach.

— Muszę cię stąd wyciągnąć. Słyszysz? Musimy wyjść!

Drżącymi rękami szarpnęła za klamkę.

Drzwi ani drgnęły.

Spróbowała jeszcze raz, mocniej, desperacko uderzając barkiem w boczne drzwi.

Bez skutku.

Auto było zablokowane.

***

Cihan nerwowo przemierzał gabinet od ściany do ściany. Co chwilę przeczesywał dłonią włosy, potem znów sięgał po pustą kieszeń marynarki, jakby wciąż miał nadzieję, że telefon nagle się w niej odnajdzie. W pomieszczeniu panowała ciężka, duszna atmosfera, a tykanie zegara tylko potęgowało jego niepokój.

— Jeśli Hancer spróbuje się ze mną skontaktować i nie odbiorę, zacznie się martwić — powiedział bardziej do siebie niż do Engina. — A jeśli Beyza odbierze mój telefon i nagada jej jakichś bzdur… wszystko stanie się jeszcze gorsze.

Engin obserwował go w milczeniu. Po raz pierwszy od dawna widział Cihana naprawdę przestraszonego.

Cihan gwałtownie zatrzymał się przy biurku. Z telefonu Engina szybko wybrał numer pokojówki zatrudnionej w domu letniskowym. Każdy sygnał ciągnął się dla niego w nieskończoność.

W końcu usłyszał kobiecy głos.

— Panie Cihanie, właśnie miałam do pana dzwonić — odezwała się pokojówka lekko zaskoczonym tonem. — Pani Hancer jakiś czas temu wyszła z domu. Nie wiem, czy ma przy sobie klucze. Mam zamknąć dom i już wyjść?

Cihan zesztywniał.

— Zaraz… — powiedział powoli. — Kiedy wyszła?

— Nie potrafię powiedzieć dokładnie. Powiedziała tylko, że się pan z nią skontaktował.

Na twarzy Cihana momentalnie pojawiło się przerażenie.

— Co powiedziałaś? — spytał cicho.

— Że pan do niej napisał albo zadzwonił… dlatego wyszła.

Cihan rozłączył się bez słowa.

Przez chwilę stał nieruchomo, wpatrzony w ekran telefonu Engina. W jego głowie wszystkie elementy zaczęły układać się w jedną całość. Zagubiony telefon. Zniknięcie Beyzy. Wiadomość wysłana do Hancer.

I nagle zrozumiał wszystko.

— Niech to szlag! — wybuchł gwałtownie, uderzając pięścią w biurko.

Engin drgnął.

— Cihan…

— Beyza zabrała mój telefon, żeby skontaktować się z Hancer — powiedział z narastającą paniką. — To dlatego nie mogłem go znaleźć. Wszystko było zaplanowane.

Zacisnął dłonie tak mocno, że pobielały mu knykcie. W jego oczach pojawił się strach — ten prawdziwy, paraliżujący.

— Ach, Beyzo… — wyszeptał z gniewem. — Co ty znowu zrobiłaś?

***

Cihan wpadł do gabinetu Nusreta jak burza. Drzwi uderzyły o ścianę z takim hukiem, że stojące na półce segregatory zadrżały. Jego twarz była napięta, oczy płonęły gniewem, a ciężki oddech zdradzał narastającą panikę.

Nusret poderwał się zza biurka.

— Cihan? Co ty wyprawiasz?!

Cihan podszedł do niego szybkim krokiem i zatrzymał się tuż przed nim.

— Gdzie jest Beyza? — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Znowu wykorzystałeś ją do swoich gierek?

Nusret zmarszczył brwi.

— O czym ty mówisz? Beyzy tutaj nie ma.

— Natychmiast ją tu wezwij! — krzyknął Cihan. — Niech skończy tę chorą zabawę!

— Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! — oburzył się Nusret. — Powiedziałem ci, że jej tu nie ma. Od tamtego dnia nawet z nią nie rozmawiałem. Co tym razem zrobiła?

Cihan oddychał ciężko, próbując zapanować nad emocjami.

— Dzisiaj rano byliśmy u lekarza.

Na twarzy Nusreta pojawił się ledwo dostrzegalny cień niepokoju.

— I co? — spytał ostrożnie. — Lekarz powiedział coś złego?

— Wizyta została przełożona na jutro — odpowiedział Cihan. — Kazałem Beyzie wrócić do domu. Ale ona nie wróciła. Ukradła mój telefon… i skontaktowała się z Hancer.

W gabinecie zapadła cisza.

Nusret spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Co za bzdury opowiadasz? — prychnął w końcu. — Jaka kradzież? Beyza nie jest żadną złodziejką! Musiałeś gdzieś zgubić telefon. A ona pewnie spaceruje teraz po plaży albo siedzi w kawiarni.

To wystarczyło. Ostatnia nić cierpliwości w Cihanie pękła.

W jednej chwili rzucił się do przodu, chwycił wujka za marynarkę i brutalnie go poderwał. Nusret uderzył plecami o regał, a kilka teczek spadło z półek na podłogę.

— Nie broń jej! — ryknął Cihan, patrząc mu prosto w oczy. — Ona porwała moją żonę!

Nusret pobladł.

— Zwariowałeś…

— Jeśli Hancer spadnie choć włos z głowy… — głos Cihana stał się lodowaty — przysięgam, że cię zabiję.

Drzwi gabinetu uchyliły się niepewnie. Do środka wszedł jeden z pracowników, trzymając w dłoni dokumenty. Widząc scenę przed sobą, momentalnie zbladł.

— Panie Nusrecie… ja tylko…

— Czego chcesz?! — wrzasnął Nusret, próbując wyrwać się z uścisku Cihana.

Mężczyzna przełknął ślinę.

— Potrzebuję kluczyków do samochodu. Muszę pojechać do serwisu.

— Przecież służbowe auto stoi na parkingu! — rzucił gniewnie Nusret.

Pracownik zawahał się.

— Nie stoi… Pani Beyza je zabrała.

Nusret znieruchomiał.

— Co powiedziałeś? — spytał cicho.

— Pani Beyza zabrała samochód. Powiedziała, że pan o wszystkim wie.

Twarz Nusreta momentalnie straciła kolor.

Cihan powoli puścił jego marynarkę, ale nie odsunął się nawet o krok. Patrzył na wujka zimnym, pełnym furii wzrokiem.

Tym razem Nusret nie miał już nic do powiedzenia.

***

Po długich, nieznośnie ciągnących się minutach Beyza poruszyła lekko głową. Z jej ust wyrwał się cichy jęk bólu, a palce drgnęły na kierownicy.

Hancer natychmiast zwróciła się w jej stronę.

— Beyzo? — odezwała się szybko. — Słyszysz mnie?

Powieki Beyzy zadrżały, aż w końcu powoli otworzyła oczy. Przez chwilę patrzyła przed siebie nieprzytomnym wzrokiem, jakby nie rozumiała, gdzie się znajduje. Potem skrzywiła się z bólu i spróbowała zaczerpnąć głębszy oddech.

Hancer odetchnęła z wyraźną ulgą.

— Dzięki Bogu… żyjesz.

Na zewnątrz wiatr poruszał wysoką trawą, a spod maski nadal wydobywał się dym. Wnętrze samochodu było duszne i wypełnione zapachem benzyny oraz gorącego metalu.

— Beyzo, musimy się stąd wydostać — powiedziała Hancer drżącym głosem, próbując zachować spokój. — Moje drzwi się zablokowały. Nie mogę ich otworzyć. Spróbuj swoich, dobrze? Może po twojej stronie uda się wyjść.

Beyza spróbowała się poruszyć. Natychmiast syknęła z bólu. Jej twarz wykrzywił grymas cierpienia, a dłonie zacisnęły się kurczowo na fotelu.

— Nie mogę… — wyszeptała ciężko. — Nie mogę ruszyć nogami.

Hancer spojrzała w dół. Metal pod deską rozdzielczą był powgniatany do środka, przyciskając nogi Beyzy.

Serce ścisnęło jej się ze strachu.

— Dobrze, spokojnie… spokojnie — powiedziała szybko, choć sama była bliska paniki. — Musimy wezwać pomoc. Gdzie masz telefon? Jeśli jest przy tobie, zadzwonimy po Cihana lub kogoś innego z rodziny. 

Beyza przez chwilę milczała. Potem powoli wsunęła drżącą rękę do kieszeni spodni i wyciągnęła telefon.

Hancer wyciągnęła dłoń.

— Daj mi go.

Ale Beyza nawet na nią nie spojrzała. Nagle, ku przerażeniu Hancer, zamachnęła się i z całej siły uderzyła telefonem o deskę rozdzielczą.

Trzask.

Ekran pokrył się pęknięciami.

— Beyzo! Co ty robisz?!

Kolejne uderzenie.

I jeszcze jedno.

Plastik obudowy rozpadł się niemal na pół, a kawałki szkła rozsypały się po siedzeniach i podłodze auta.

Dopiero wtedy Beyza powoli odwróciła głowę w stronę Hancer i podała jej zniszczony telefon.

— Proszę — powiedziała dziwnie spokojnym głosem. — Dzwoń.

Hancer spojrzała na roztrzaskane urządzenie z niedowierzaniem.

— Ty… oszalałaś…

W odpowiedzi Beyza zaczęła się śmiać.

Najpierw cicho.

Potem coraz głośniej.

Jej śmiech odbijał się echem we wnętrzu rozbitego samochodu, mieszał z sykaniem silnika i sprawiał, że Hancer poczuła lodowaty dreszcz przebiegający po plecach.

***

Choć wokół rozciągało się jedynie puste wzgórze, wyschnięta trawa i gęsty las w oddali, Hancer nie zamierzała się poddać.

Drżącymi rękami zaczęła uderzać w boczną szybę.

Raz.

Drugi.

Trzeci.

Szkło tylko głucho dudniło.

— Pomocy! — krzyknęła rozpaczliwie. — Czy ktoś nas słyszy?! Niech nam ktoś pomoże!

Jej głos rozdarł cichą okolicę, ale odpowiedziało jej jedynie echo niosące się po wzgórzach.

Beyza obserwowała ją spod przymrużonych powiek. Na jej ustach pojawił się słaby, gorzki uśmiech.

— Krzyczysz na próżno — powiedziała cicho. — Nikogo tu nie ma. To odludzie. Tylko Cihan może nas znaleźć.

Hancer odwróciła się gwałtownie.

— Jak możesz mówić coś takiego po tym, co zrobiłaś?!

Beyza zamknęła oczy i oparła głowę o zagłówek.

— Wiesz… — wyszeptała zmęczonym głosem — jestem już tym wszystkim wykończona. Tą nienawiścią. Tym bólem. Sobą samą.

Na chwilę w samochodzie zapadła cisza, przerywana jedynie syknięciami uszkodzonego silnika.

— Dlatego chciałam to zakończyć raz na zawsze — dodała po chwili. — Ale najwyraźniej mieliście szczęście. Oboje cudem uniknęliście śmierci.

Hancer zamarła.

Powoli odwróciła głowę w stronę Beyzy, jakby nagle zaczęła rozumieć coś, czego wcześniej nie dopuszczała do świadomości.

— Więc to naprawdę byłaś ty… — wyszeptała. — Ty odkręciłaś gaz w domu?

Beyza nie odpowiedziała od razu.

Milczenie było bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa.

— Beyzo! — głos Hancer zadrżał. — Mogliśmy zginąć! Rozumiesz to?! Wysadziłabyś nas wszystkich!

W oczach Beyzy pojawił się obłędny błysk.

— A co miałam zrobić?! — wybuchła nagle. — Stałam i patrzyłam, jak obejmuje cię tak, jak mnie nigdy nie obejmował! Jak patrzy na ciebie, jakbyś była całym jego światem!

Oddech urywał jej się z emocji.

— Nie mogłam tego znieść.

Hancer patrzyła na nią z niedowierzaniem.

— Jak w ogóle dowiedziałaś się o domu letniskowym? Skąd wiedziałaś, gdzie jesteśmy?

Beyza zaśmiała się cicho, gorzko.

— Myśleliście, że stworzycie sobie sekretne gniazdko i ukryjecie się przed światem. Przed rodziną. Przede mną. — Pokręciła głową. — Ale przede mną nie da się uciec.

Wzięła ciężki oddech.

— Kiedy Melih pakował wasze rzeczy do samochodu, schowałam się w bagażniku. Siedziałam tam jak cień. Jak ktoś, kto już dawno przestał istnieć.

Hancer poczuła lodowaty dreszcz.

— Beyzo…

— Cihan w ogóle się nie przejmował — ciągnęła dalej drżącym głosem. — Ani mną, ani naszym synem. Zniszczył mój dom tylko dlatego, że zapragnął zbudować nowy z tobą.

W jej oczach pojawiły się łzy, ale zaraz zastąpiła je wściekłość.

— Tak bardzo spodobało mu się ojcostwo, że teraz chce mieć jeszcze córkę. Z tobą!

Nagle Beyza wyciągnęła rękę i chwyciła Hancer za szyję.

Hancer gwałtownie wciągnęła powietrze.

Palce Beyzy zacisnęły się mocniej.

— Mogłabym cię teraz udusić — wyszeptała z przerażającym spokojem. — Uznaliby, że zginęłaś w wypadku.

Hancer próbowała odepchnąć jej rękę, ale Beyza była silniejsza, napędzana gniewem i desperacją.

Po chwili jednak sama puściła jej szyję.

Hancer odsunęła się gwałtownie, kaszląc i łapiąc oddech.

— Ale nie — powiedziała Beyza, opadając ciężko na fotel. — Nie zrobię tego. Musisz żyć. Musisz patrzeć, jak Cihan w końcu z ciebie rezygnuje. Jak wraca do mnie.

Na jej ustach pojawił się drżący uśmiech.

— To będzie dla ciebie gorsze niż śmierć.

Hancer, z oczami pełnymi łez i strachu, ponownie zaczęła walić pięściami w szybę.

— Pomocy! Proszę! Niech ktoś nas usłyszy!

Beyza tylko cicho się zaśmiała.

Obie nie zdawały sobie sprawy, że spod zgniecionej maski zaczęły wydobywać się pierwsze iskry.

Jedna.

Potem druga.

Przeskakiwały po przerwanych kablach niczym małe błyski zapowiadające katastrofę.

***

Sinem, myśląc przede wszystkim o dobru swojej córki, postanowiła przyjąć oświadczyny Meliha i odpowiedziała mu twierdząco.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 96.Bölüm i Gelin 97.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy