Panna młoda odc. 168: Cihan znajduje zdjęcie! Nadzieja odżywa na nowo!

Cihan siedzi w sypialni na skraju łóżka. W rękach trzyma zdjęcie.

„Panna młoda” Odc. 168 – streszczenie

— Gdybym nie zrobiła pierwszego kroku, Melih nigdy by się nie odważył — powiedziała Hancer, patrząc Cihanowi prosto w oczy. Mimo łez zbierających się pod powiekami nie odwróciła wzroku. — To ja tego chciałam. To była moja decyzja.

— Zamknij się! — warknął Cihan.

Jego głos odbił się echem od ścian magazynu.

— Nie waż się mówić ani słowa więcej.

Hancer jednak nie zamilkła.

— Czy nie tego chciałeś? Prawdy? — zapytała drżącym głosem. — Znienawidziłam cię, kiedy dowiedziałam się, że Beyza jest w ciąży. Okłamałeś mnie, Cihanie. Zniszczyłeś wszystko, w co wierzyłam.

Przełknęła ciężko ślinę.

— Od tamtego dnia już nigdy ci nie zaufałam. Bez przerwy zastanawiałam się, co jeszcze przede mną ukrywasz. Każde twoje słowo wydawało mi się kolejnym kłamstwem. Nie mogłam spać. Nie mogłam oddychać. Żyłam w ciągłym strachu i niepewności.

Cihan stał nieruchomo, ale jego szczęki zacisnęły się tak mocno, że na policzkach drgnęły mięśnie.

— A potem pojawił się Melih — ciągnęła Hancer. — Nie zadawał pytań. Nie oceniał mnie. Nie oczekiwał niczego w zamian. Po prostu był obok. Pomagał mi wtedy, gdy wszystko wokół mnie się rozpadało.

Spojrzała na skrępowanego mężczyznę.

— Kiedy przez ciebie pogrążałam się w coraz większym chaosie, jedynym, czego pragnęłam, był spokój. Melih dał mi to, czego ty nigdy nie potrafiłeś mi dać.

Jej głos stwardniał.

— Więc jeśli koniecznie chcesz kogoś ukarać, ukarz mnie.

W magazynie zapadła ciężka cisza.

Cihan patrzył na nią przez długą chwilę. W jego oczach mieszały się gniew, niedowierzanie i ból.

W końcu prychnął z pogardą.

— Jakiego rodzaju osobą jesteś? — zapytał lodowatym tonem. — Nie wstyd ci spojrzeć na własne dziecko? Nosisz je pod sercem, a mimo to stoisz tutaj i opowiadasz takie rzeczy bez cienia wstydu.

— Puść ją — odezwał się nagle Melih.

Mimo bólu uniósł głowę i spojrzał Cihanowi prosto w oczy.

— Jeśli masz z kimś problem, to ze mną. Bądź mężczyzną choć przez dwie minuty i zostaw ją w spokoju.

Cihan nawet na niego nie spojrzał.

— Zabierzcie ją stąd.

Jeden z jego ludzi natychmiast ruszył w stronę Hancer.

— A ty — zwrócił się do drugiego ochroniarza, wyciągając rękę — daj mi pistolet.

Mężczyzna bez słowa wyjął broń zza pasa i podał ją szefowi.

Hancer pobladła.

— Cihanie, nie rób tego! — krzyknęła.

Dwóch mężczyzn próbowało odciągnąć ją w stronę wyjścia.

— Melih nic nie zrobił! Słyszysz mnie?! Nic nie zrobił! Po prostu mi pomógł!

Szamotała się rozpaczliwie, próbując wyrwać z ich uścisku.

W pewnym momencie poczuła, jak jeden z ochroniarzy traci równowagę. Pistolet wsunięty za jego pasek wysunął się i z głuchym stuknięciem spadł na betonową podłogę.

Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy.

Hancer wyrwała się i schyliła po broń.

— Hancer! — krzyknął Melih.

Gdy wyprostowała się z pistoletem w dłoni, w magazynie zapadła martwa cisza. Cofnęła się o krok, a jej palce zacisnęły się na rękojeści.

— Hancer… — głos Cihana nagle stracił całą pewność siebie. — Odłóż broń.

— Hancer, posłuchaj go — odezwał się Melih, wyraźnie przerażony. — Nie rób głupstw.

Powoli odwróciła pistolet. Lufa zatrzymała się na wysokości jej serca.

— Skoro nie potrafiłeś zakończyć tego sam, zrobię to sama. 

— Hancer! — krzyknął Cihan.

— Sama siebie ukarzę.

Ręka lekko jej drżała, ale nie opuściła broni.

— Położę kres tym torturom.

Łzy spłynęły po jej policzkach.

— Chciałam tylko zacząć od nowa. Stworzyć nowe życie dla siebie i dla mojego dziecka. Tylko tyle.

Spojrzała na Cihana.

— Ale ty nie pozwalasz mi odejść.

Jej głos załamał się.

— Nie zostawiasz mnie w spokoju. Nie pozwalasz mi oddychać. Nie pozwalasz mi żyć.

W magazynie panowała cisza tak głęboka, że słychać było jedynie przyspieszone oddechy obecnych.

I wtedy wszyscy zrozumieli, że Hancer nie blefuje.

— Przestań już — powiedział Cihan cicho, lecz stanowczo.

W jego głosie nie było już furii. Pozostało jedynie zmęczenie i gorycz.

Powoli opuścił broń.

— Twoją największą karą nie jestem ja.

Uniósł pistolet i wskazał nim Meliha.

— Tylko on. Ten człowiek wykorzystał cię, a kiedy wszystko wymknęło się spod kontroli, chciał wsiąść na statek i uciec jak tchórz.

Słowa padały spokojnie, ale każde z nich było niczym cios.

— Czegokolwiek bym teraz nie zrobił, nie zdołam upokorzyć cię bardziej niż prawda, z którą będziesz musiała żyć.

Przez chwilę patrzył jej prosto w oczy.

— Żyj więc z nią.

W magazynie zapadła cisza. Po chwili Cihan odwrócił się do swoich ludzi.

— Rozwiążcie go. Niech wsiądzie na statek i odpłynie. Nie chcę go już więcej widzieć.

Odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Minął Hancer, nie patrząc na nią ani razu. Dopiero gdy dotarł do drzwi magazynu, zatrzymał się na krótką chwilę.

Jakby chciał coś powiedzieć. Jakby wciąż walczył z samym sobą.

Ostatecznie jednak nie odwrócił głowy.

Po chwili ciężkie drzwi zamknęły się za nim z głuchym hukiem.

Hancer przez kilka sekund stała nieruchomo. Pistolet wysunął się z jej dłoni i z brzękiem upadł na betonową posadzkę.

Dziewczyna zamknęła oczy. Nagle cała siła, która trzymała ją na nogach przez ostatnie minuty, zniknęła.

Osunęła się na kolana. Łzy popłynęły po jej policzkach.

Ochroniarze szybko rozwiązali więzy krępujące Meliha.

Mężczyzna niemal natychmiast zerwał się z krzesła.

Nie zwracając uwagi na ból ani krew na twarzy, podbiegł do Hancer i uklęknął obok niej.

— Hancer…

Delikatnie ujął jej ramiona.

Ona nie odpowiedziała.

Patrzyła przed siebie pustym wzrokiem, jakby nie była już w stanie udźwignąć ciężaru wydarzeń, które właśnie się rozegrały.

***

Ertugrul otworzył drzwi i na moment znieruchomiał.

Na progu stali Hancer i Melih. Dziewczyna wyglądała na wyczerpaną, a w jej oczach wciąż czaił się ślad niedawnego przerażenia. Melih również nie prezentował się najlepiej. Rozcięta warga, sińce na twarzy i zmęczone spojrzenie mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa.

— Hancer? — zapytał zaskoczony. — Co się stało, córko?

Na widok znajomej twarzy Hancer poczuła, jak napięcie powoli ją opuszcza.

— Wujku Ertugrulu… przepraszam, że przychodzę bez zapowiedzi. Wiem, że twoja żona jest chora i macie własne problemy, ale… — głos lekko jej zadrżał — nie mam już do kogo pójść.

Twarz starszego mężczyzny natychmiast złagodniała.

— Co ty opowiadasz? — odpowiedział ciepło. — Skoro jestem tutaj, dlaczego miałabyś szukać pomocy gdzie indziej?

Otworzył szerzej drzwi.

— Wejdźcie. Oboje. Najpierw odpoczniecie, a potem spokojnie porozmawiamy.

Hancer spojrzała na Meliha. Wymienili krótkie, pełne ulgi spojrzenie, po czym przekroczyli próg domu.

***

Minutę później usiedli w salonie. Pomieszczenie było skromne, ale przytulne. Miękkie światło wpadające przez okno i znajomy zapach herbaty sprawiały, że po raz pierwszy od wielu godzin Hancer poczuła się bezpiecznie.

Ertugrul wszedł z apteczką.

— To naprawdę niepotrzebne — zaprotestował Melih, gdy starszy mężczyzna postawił ją na stole. — To tylko kilka zadrapań. Chciałem tylko przyprowadzić Hancer i zaraz odejść.

Ertugrul spojrzał na niego z niedowierzaniem.

— Zadrapań?

Uniósł brwi i wskazał jego twarz.

— Synu, czy ty widziałeś się w lustrze?

Melih mimowolnie dotknął rozciętej wargi.

— Bywało gorzej.

— Tego akurat nie jestem pewien — odparł sucho Ertugrul. — Wyglądasz tak, jakbyś wdał się w bójkę z połową miasta.

Na ustach Hancer pojawił się cień uśmiechu.

— Łazienka jest na końcu korytarza — kontynuował gospodarz. — Idź się umyj. Potem obejrzę te rany i je zdezynfekuję.

Melih chciał jeszcze protestować, ale widząc stanowcze spojrzenie starszego mężczyzny, tylko skinął głową.

— Dobrze. Dziękuję.

Wstał i opuścił salon. Przez chwilę panowała cisza.

Ertugrul spojrzał na Hancer uważnie.

— Widzę, że bardzo mu ufasz.

Dziewczyna powoli skinęła głową.

— Nie wiem, czy go znasz, wujku Ertugrulu. To Melih. Syn Fadime.

— Nie miałem okazji go poznać — odpowiedział. — Ale skoro przyprowadziłaś go do mojego domu, to znaczy, że jest dla ciebie ważny.

Hancer spuściła wzrok.

— Ma dobre serce. I czystą duszę.

Westchnęła ciężko.

— Tylko że nie wszyscy powiedzą ci o nim to samo. Zwłaszcza Cihan. Być może także mój brat.

Ertugrul nie skomentował. Czekał cierpliwie, aż sama zdecyduje się mówić dalej.

— Kiedy moje życie zaczęło się rozpadać, był przy mnie. Pomagał mi wtedy, gdy inni się odwracali. Nigdy niczego ode mnie nie żądał. Nie oczekiwał wdzięczności ani zapłaty.

W jej oczach pojawił się smutek.

— Po prostu był obok.

Starszy mężczyzna słuchał w milczeniu.

— Wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam — ciągnęła ciszej. — Coś, czego nie potrafiłam nikomu wyjaśnić. Coś, o czym nie mogłam powiedzieć nawet najbliższym.

Ertugrul pochylił się lekko do przodu.

— W takim razie nie mów tego również mnie, córko.

Hancer spojrzała na niego zaskoczona.

Na twarzy starszego mężczyzny pojawił się łagodny uśmiech.

— Są tajemnice, które człowiek powinien powierzyć wyłącznie Bogu. Nie muszę znać wszystkich odpowiedzi, żeby wiedzieć, że cierpisz.

Położył dłoń na jej ręce.

— Jeśli w swoim sumieniu jesteś pewna, że nie czynisz nic złego, nie pozwól, by cudze osądy odebrały ci spokój.

Hancer poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.

Po raz pierwszy od bardzo dawna ktoś nie zadawał pytań.

Po prostu jej wierzył.

***

Wieczorem Cihan wrócił do rezydencji.

W jadalni panowała pozorna cisza. Nakryty stół czekał na domowników, a zapach świeżo przygotowanej kolacji unosił się w powietrzu. Gdy tylko Cihan wszedł do środka, rozmowy natychmiast ucichły.

Bez słowa zajął swoje miejsce przy stole.

Tuż obok usiadła Beyza. Naprzeciwko niej znalazły się Sinem i Mine. Przy ścianie czekały Gulsum i Fadime.

Beyza rozejrzała się po zebranych z wyraźnym zadowoleniem.

— Jak pięknie — powiedziała z szerokim uśmiechem. — Dawno nie siedzieliśmy razem przy jednym stole. Prawdziwa rodzinna kolacja.

Cihan nawet nie podniósł wzroku.

— Jeśli skończyłaś już swoje przemówienie, możemy zacząć jeść.

Uśmiech Beyzy ani drgnął.

— Brakuje tylko cioci Mukadder. Powinniśmy zaprosić ją do stołu.

— Przyjdzie, jeśli będzie miała na to ochotę — odparł chłodno.

— Dlaczego miałaby nie chcieć? — ciągnęła Beyza. — Na pewno ucieszy się na widok całej rodziny.

Odwróciła się do pokojówki.

— Gulsum, pomóż cioci zejść do jadalni.

Kilka minut później Mukadder pojawiła się w pomieszczeniu. Po obu stronach podtrzymywały ją Fadime i Gulsum.

Cihan natychmiast wstał. Odsunął krzesło obok siebie i pomógł matce usiąść.

— Jak się czujesz, mamo? — zapytał znacznie łagodniejszym tonem. — Jest trochę lepiej?

Mukadder spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem. Lekko pokiwała głową na potwierdzenie.

— Wyzdrowiejesz. Obiecuję ci to. Zrobię wszystko, żeby tak się stało.

Na twarzy kobiety pojawił się cień uśmiechu. I właśnie wtedy Beyza postanowiła zaatakować.

— A co z Hancer?

Słowa zawisły nad stołem niczym ciężka chmura.

Twarz Cihana natychmiast stwardniała. Mięśnie jego szczęki napięły się niebezpiecznie.

— Nie będziemy o niej rozmawiać.

Jego głos był spokojny, ale lodowaty.

— Od tej chwili nikt w tym domu nie wypowie jej imienia. Czy wyraziłem się jasno?

Spojrzał kolejno na wszystkich obecnych.

— Nie zamierzam się powtarzać.

Na moment zapadła cisza.

Beyza jednak nie miała najmniejszego zamiaru odpuścić.

— Oczywiście — powiedziała ze współczuciem, które brzmiało fałszywie nawet dla niej samej. — To bardzo bolesny temat. Zwłaszcza dla ciebie. W końcu byłeś najbliższym świadkiem całego zdarzenia.

Cihan zacisnął dłoń na widelcu.

— Beyzo.

— Tak?

— Zamknij ten temat. Natychmiast.

Jej oczy błysnęły triumfalnie.

Widziała, jak drga mu brew. Jak z każdą sekundą coraz trudniej panuje nad gniewem.

I właśnie dlatego nie zamierzała przestać.

— Przecież tylko odpowiadam na pytania, które wszyscy sobie zadają — powiedziała niewinnie. — Hancer potajemnie wróciła do starego domu. Potem zemdlała. Krwawiła. Znalazłeś ją i zabrałeś do szpitala.

Spojrzała po zebranych.

— Wszyscy wiemy, jakie masz dobre serce. Nie zostawiłbyś nikogo w takim stanie.

— Dosyć! — huknął Cihan.

W jadalni natychmiast zrobiło się cicho.

— Nie obchodzi mnie Hancer.

Jego głos był tak ostry, że nawet Mine drgnęła.

— Powiedziałem ci, żebyś zamknęła ten temat.

— Ciebie może nie obchodzi — odparła Beyza. — Ale inni mogą być ciekawi.

Powoli odwróciła się do dziewczynki.

— Kochanie, zakryj na chwilę uszy.

Mine posłusznie przyłożyła dłonie do uszu.

Wtedy Beyza sięgnęła pod stół. Po chwili położyła na blacie niewielkie kartonowe pudełko.

Wszyscy spojrzeli na nie zdezorientowani, a na ustach Beyzy pojawił się triumfalny uśmiech.

— Wiecie, co znalazłam w starym domu?

Nikt się nie odezwał.

— To opakowanie po teście ciążowym.

Powoli przesunęła pudełko w stronę środka stołu.

— Hancer jest w ciąży.

Przez moment słychać było jedynie tykanie zegara.

Mukadder pobladła. Fadime zakryła usta dłonią. Sinem patrzyła na Beyzę z niedowierzaniem.

Tylko Cihan siedział nieruchomo. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji, ale w oczach pojawił się mrok.

Sinem pochyliła się do córki.

— Mine, kochanie, idź do swojego pokoju.

Dziewczynka natychmiast zeskoczyła z krzesła i opuściła jadalnię.

Beyza odprowadziła ją wzrokiem. Potem ponownie spojrzała na zebranych.

— A jeśli nadal nie poroniła…

Urwała na moment, delektując się napięciem.

— To pozostaje jedno pytanie.

Jej spojrzenie zatrzymało się na Cihanie.

— Kto jest ojcem tego dziecka?

Scena rodzinnej kolacji: mężczyzna i kobiety z dzieckiem przy udekorowanym stole z przekąskami.

***

Cihan z całej siły uderzył pięścią w stół.

Naczynia zadrżały, a sztućce zadźwięczały głośno o porcelanę.

— Czy nie powiedziałem, żebyś nie wypowiadała przy mnie jej imienia?! — warknął.

W jego oczach płonął gniew.

Przez chwilę wydawało się, że nawet Beyza zamilknie.

Ale ona tylko wyprostowała się na krześle.

— Dlaczego tak bardzo się denerwujesz? — zapytała spokojnie. — Dlaczego wciąż bronisz Hancer, skoro to ona doprowadziła do tego wszystkiego?

Cihan zmrużył oczy.

— Uważaj, Beyzo.

— Nie. Dziś nie zamierzam milczeć.

W jadalni zrobiło się tak cicho, że każdy słyszał własny oddech.

— Powiedz wszystkim prawdę. Niech wreszcie zobaczą Hancer taką, jaka jest naprawdę.

Spojrzała kolejno na Mukadder, Sinem i Fadime.

— Ciocia sprowadziła ją do tego domu, bo nie mogłam zajść w ciążę. Pamiętacie? Wszyscy litowali się nade mną, a potem nagle cały świat zaczął kręcić się wokół niej.

Jej głos stawał się coraz ostrzejszy.

— Sinem nieustannie stawała po jej stronie. Broniła jej przy każdej okazji. A ty…

Spojrzała prosto na Cihana.

— Ty nie widziałeś nikogo poza Hancer.

Sinem zacisnęła usta, ale nie odezwała się ani słowem.

— A potem wydarzył się prawdziwy cud — ciągnęła Beyza z gorzkim uśmiechem. — Urodziłam ci syna. Dziedzica tej rodziny.

Odwróciła wzrok.

— Powinnam być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Tymczasem miałam wrażenie, że przyjąłeś własne dziecko z obowiązku, a nie z miłości.

Cihan patrzył na nią bez słowa.

— Dałeś mu swoje nazwisko, jakbyś robił mu łaskę — dodała ciszej. — Za to Hancer wynosiłeś pod niebiosa. Stawiałeś ją ponad wszystkimi.

Jej oczy błysnęły złośliwie.

— I co z tego zostało?

Nikt nie odpowiedział.

— Spójrzcie tylko, jak to się skończyło. Dziewczyna, którą wszyscy tutaj idealizowali, jest w ciąży, a my nawet nie wiemy, kto jest ojcem dziecka.

Cihan ponownie uderzył dłonią w stół. Tym razem tak mocno, że szklanki podskoczyły na blacie.

— Wystarczy!

Jego głos odbił się od ścian jadalni.

— Chcesz wiedzieć, kto jest ojcem?!

Pochylił się nad stołem.

— Jakiś drań!

Słowa zabrzmiały jak wyrok.

— Czy właśnie to chciałaś usłyszeć?

Beyza nie spuszczała z niego wzroku.

— Czy zaspokoiłem już twoją ciekawość?

Napięcie było niemal namacalne.

— Jeśli masz jeszcze jakieś pytania, zadaj je teraz.

Jego głos stał się niebezpiecznie spokojny.

— Bo ostrzegam cię, Beyzo… moja cierpliwość właśnie się skończyła.

Przez chwilę nikt się nie poruszył. Potem Cihan gwałtownie odsunął krzesło. Wstał od stołu i bez słowa ruszył do wyjścia.

Zapadła cisza.

Beyza odprowadziła go wzrokiem, po czym powoli oparła się o krzesło. Na jej ustach pojawił się ledwie dostrzegalny uśmiech.

— Teraz jest mi znacznie lżej — powiedziała z satysfakcją.

***

Gulsum stała pochylona nad białym dziecięcym łóżeczkiem ustawionym przy ścianie. Delikatnie poprawiała moskitierę opadającą na kołyskę, wygładzała prześcieradło i sprawdzała, czy wszystko jest przygotowane idealnie.

Pokój dziecka wyglądał niemal jak z obrazka. Kolorowe zwierzątka namalowane na ścianach, miękkie światło lampy i kołyska, w której spokojnie spało dziecko, tworzyły obraz idealnego rodzinnego szczęścia.

Beyza opierała się o komodę z zadowolonym uśmiechem. Nie poświęciła dziecku nawet jednego spojrzenia. Wciąż rozpamiętywała reakcję Cihana przy stole. Widok jego gniewu i bezsilności sprawiał jej czystą przyjemność.

— Widziałaś Cihana? — zapytała. — Myślałam, że za chwilę przewróci cały stół.

Gulsum spojrzała na nią niepewnie.

— Nigdy wcześniej nie widziałam go w takim stanie.

Beyza usiadła na brzegu łóżka i zaśmiała się cicho.

— A przecież nawet nie zdążyłam powiedzieć wszystkiego.

— Co masz na myśli?

— To przecież oczywiste, że ojcem dziecka Hancer jest Melih. Właśnie miałam to powiedzieć wszystkim wprost, ale Cihan nie wytrzymał i uciekł od stołu.

Gulsum pokręciła głową.

— Nie wiem, czy to takie oczywiste. Wiem tylko jedno… pan Cihan jest wściekły.

Zawahała się.

— I szczerze mówiąc, trochę się boję. Kto wie, co zrobi, jeśli dopadnie Meliha.

Beyza wzruszyła ramionami.

— To już nie mój problem.

— Fadime wyglądała na przerażoną. Od razu uciekła do kuchni.

— I bardzo dobrze.

W oczach Beyzy pojawił się błysk satysfakcji.

— Niech cierpią. Wszystkie.

Podeszła do kołyski i przesunęła dłonią po jej krawędzi.

— Wiesz, Gulsum? Dawno nie bawiłam się tak dobrze. Miesiącami patrzyłam, jak wszyscy stawiają Hancer na piedestale. Jak zachwycają się każdym jej krokiem. Jak wybaczają jej wszystko.

Jej głos stwardniał.

— Niech teraz zobaczą, kim naprawdę jest.

Gulsum spuściła wzrok.

— Co do Meliha…

Urwała.

— Co z nim? — zainteresowała się Beyza.

Pokojówka rozejrzała się odruchowo, jakby chciała upewnić się, że nikt ich nie słucha.

— Melih… wcześniej interesował się Sinem.

Beyza aż wyprostowała się gwałtownie.

— Co?!

— Mówię poważnie.

— Kiedy?

— Jeszcze zanim Sinem wróciła do domu ojca. Gdziekolwiek się pojawiała, on też był w pobliżu.

Beyza patrzyła na nią z niedowierzaniem.

— I dopiero teraz mi o tym mówisz?

— Wiesz przecież, że nie lubię plotkować.

— Nie lubisz plotkować? — prychnęła Beyza. 

Gulsum zaczerwieniła się lekko.

— Nie chciałam nikogo oczerniać. Sinem jest w końcu wdową. Melih przez długi czas kręcił się wokół niej, aż w końcu przeniósł swoje zainteresowanie na Hancer. A ona okazała się dla niego łatwym łupem. 

Beyza zaśmiała się cicho.

— Mówią, że marynarze mają ukochaną w każdym porcie.

Spojrzała w stronę okna.

— Najwyraźniej w przypadku Meliha to nie tylko powiedzenie.

Odwróciła się do pokojówki.

— W jednym porcie znalazł Sinem. W drugim Hancer.

Przez chwilę udawała zamyślenie.

— A biedna Hancer… taka zakochana… taka ufna…

Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy.

— Prawie zrobiło mi się jej żal.

***

Cihan stał pośrodku salonu starego domu. W pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara i szelestem zasłon poruszanych lekkim podmuchem wpadającym przez uchylone okno.

Jego wzrok powoli przesuwał się po znajomych meblach, po kanapie, na której siedzieli razem niezliczoną ilość razy, po stoliku i ścianach, które wciąż nosiły ślady ich wspólnego życia.

Wszystko było na swoim miejscu.

Wszystko oprócz niej.

Przełknął ciężko ślinę.

— Jeśli kochasz innego, dlaczego ukryłaś się właśnie tutaj? — odezwał się cicho, jakby Hancer mogła go usłyszeć. — Dlaczego przyszłaś do naszego domu? Do miejsca, które stworzyliśmy razem?

Zmarszczył brwi.

— Dlaczego chronisz człowieka, który cię zostawił? Dlaczego bierzesz jego winy na siebie?

Jego głos stawał się coraz bardziej ochrypły.

— Gdzie jest moja Hancer?

Pytanie zawisło w pustym pomieszczeniu.

— Co jej zrobiłaś? Co zrobiłaś… nam?

Powoli usiadł na różowej kanapie. Przez chwilę siedział nieruchomo, opierając łokcie na kolanach.

Wtedy jego wzrok padł na stojącą na stoliku pustą ramkę.

Sięgnął po nią.

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej znajdowało się w niej ich wspólne zdjęcie. Zdjęcie, na które patrzył każdego dnia.

Teraz była pusta.

Cihan zacisnął szczęki.

— Wciąż próbuję znaleźć odpowiedź — wyszeptał. — Szukam choćby jednego wyjaśnienia.

Odwrócił ramkę w dłoniach.

— Dla tej miłości byłem gotów poświęcić swoją dumę. Byłem gotów wybaczyć wszystko.

Jego palce mocniej zacisnęły się na drewnianej krawędzi.

— A ty…

Urwał.

— Ty nawet nie mogłaś patrzeć na nasze zdjęcie.

W jego oczach pojawił się ból.

— Usunęłaś je. Schowałaś. Jakbyś chciała wymazać mnie ze swojego życia.

Nagle cisnął ramką o podłogę.

Szkło roztrzaskało się z głośnym hukiem.

Cihan patrzył na rozsypane odłamki przez kilka sekund, po czym zrobił krok naprzód i z całą siłą nadepnął na pękniętą szybę.

Rozległ się nieprzyjemny trzask.

— Nie pamiętaj więc — rzucił przez zaciśnięte zęby. — Nie musisz pamiętać niczego.

***

Wszedł do sypialni.

Stanął przy łóżku i rozejrzał się po pokoju.

To tutaj wszystko się zaczęło.

Tutaj spędzili pierwszą noc jako mąż i żona.

Tutaj po raz pierwszy uwierzył, że może być szczęśliwy.

Przesunął dłonią po drewnianym zagłówku.

— Dlaczego nam to robisz, Hancer? — zapytał cicho.

Nie było odpowiedzi.

Była tylko cisza.

I właśnie wtedy coś przykuło jego uwagę.

Spod jednej z poduszek wystawał niewielki fragment fotografii.

Zmarszczył brwi.

Pochylił się i ostrożnie wysunął zdjęcie.

Zamarł.

To było ich zdjęcie ślubne.

Hancer w białej sukni i welonie. On obok niej.

Spojrzenia, które wtedy wymienili.

Cihan usiadł ciężko na brzegu łóżka i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w fotografię.

Gniew, który jeszcze przed momentem nim targał, ustąpił miejsca dezorientacji.

— Co próbujesz zrobić? — wyszeptał.

Odwrócił zdjęcie w dłoniach.

— Mówisz, że kochasz innego mężczyznę.

Jego głos drżał.

— Mówisz, że nosisz jego dziecko.

Spojrzał ponownie na fotografię.

— A jednocześnie chowasz nasze zdjęcie pod poduszką.

Potrząsnął głową, nie mogąc tego zrozumieć.

— Co to ma znaczyć?

Wstał gwałtownie.

— Co to za gra, Hancer?

W jego oczach pojawiła się desperacja.

— Chcesz doprowadzić mnie do szaleństwa? Sprawdzasz, jak długo będę cię szukał? Jak długo będę walczył?

Ścisnął fotografię w dłoni.

— Powiedz mi tylko jedno… która z tych Hancer jest prawdziwa? Ta, która patrzyła na mnie w dniu ślubu? Czy ta, która odeszła bez słowa?

Zmarszczył brwi tak mocno, że niemal się ze sobą zetknęły.

— Dopóki nie poznam odpowiedzi, nie pozwolę ci zniknąć z mojego życia.

Jego głos stał się twardy.

— Znajdę cię, Hancer. I dowiem się prawdy. Choćbym miał przewrócić cały świat do góry nogami.

***

Noc spowiła rezydencję ciężką, niemal nienaturalną ciszą.

Gulsum zeszła na dół po szklankę wody. Kiedy mijała hol, jej uwagę przykuła samotna sylwetka stojąca przy oknie.

Sinem.

Stała nieruchomo przy rozsuniętej firance, wpatrzona w ciemność za szybą. Wyglądała tak, jakby od dłuższego czasu obserwowała nocne niebo, choć w rzeczywistości jej wzrok zdawał się błądzić znacznie dalej niż ogród otaczający rezydencję.

Zaintrygowana Gulsum zwolniła kroku i podeszła bliżej.

— Pani Sinem? — odezwała się ostrożnie. — Co pani tutaj robi o tej porze?

Sinem drgnęła lekko, jakby dopiero teraz wróciła do rzeczywistości. Powoli opuściła firankę i odwróciła się w jej stronę.

— Och… to ty.

— Czy cię przestraszyłam? — zapytała pokojówka z pozorną troską. — Nie możesz zasnąć?

Na twarzy Sinem pojawił się blady uśmiech.

— Już dawno nie spałam w swoim pokoju. Chyba odzwyczaiłam się od tego miejsca.

Słowa zabrzmiały naturalnie, ale Gulsum natychmiast wyczuła, że to jedynie wymówka.

Sinem wyglądała na zmartwioną od chwili, gdy zeszła na kolację.

— Trudno się dziwić — westchnęła Gulsum, opierając się o fotel. — W ostatnich dniach w tej rezydencji nie było ani chwili spokoju. Ciągłe napięcie, kłótnie, tajemnice… Człowiek ma wrażenie, że ściany zaraz zaczną szeptać.

Sinem milczała.

— Mnie też to wszystko przytłacza — ciągnęła pokojówka. — Najpierw udar pani Mukadder, potem zniknięcie Hancer, a teraz jeszcze ta sprawa z Melihem…

Na dźwięk jego imienia Sinem nieświadomie wyprostowała plecy.

— Co masz na myśli?

Gulsum przygryzła wargę, jakby powiedziała o jedno słowo za dużo.

— Nic takiego…

— Gulsum.

Ton Sinem natychmiast się zmienił.

— Co się stało?

Pokojówka westchnęła teatralnie i zasłoniła dłonią usta.

— Ach… pani Beyza zabroniła mi o tym mówić.

— O czym?

— Naprawdę nie powinnam…

Sinem zrobiła krok w jej stronę.

— Co ukrywacie?

Gulsum przez chwilę udawała wahanie.

— Ale przecież ty też jesteś synową tego domu. Masz prawo wiedzieć, co dzieje się wokół ciebie.

— Więc mów.

— Tylko nie wspominaj nikomu, że usłyszałaś to ode mnie.

— Wiesz, że nie jestem plotkarką.

Gulsum skinęła głową i nachyliła się bliżej. Jej głos niemal zniknął w szumie zasłon.

— Wygląda na to, że Hancer nie była sama w starym domu.

Sinem poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej.

— Co masz na myśli?

— Melih był tam razem z nią.

Przez twarz Sinem przemknęło zdumienie.

— Melih?

— Tak.

Gulsum rozejrzała się ostentacyjnie, po czym ściszyła głos jeszcze bardziej.

— A jeśli to prawda…

Urwała na moment.

— To dziecko, które nosi Hancer…

Nie dokończyła zdania. Nie musiała.

Sinem zrozumiała wszystko.

Jej oczy rozszerzyły się z niedowierzania.

Przez kilka sekund stała nieruchomo, jakby przestała słyszeć cokolwiek wokół siebie.

— Nie… — wyszeptała.

— Ja też byłam w szoku — przyznała Gulsum. — Nikt by się tego nie spodziewał.

Sinem nadal nie reagowała.

— Dobrze, nie będę cię już zatrzymywać — powiedziała pokojówka, widząc efekt swoich słów. — I tak jest już późno. Dobrej nocy.

Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się i ruszyła w stronę kuchni.

Jej kroki stopniowo ucichły.

Sinem została sama.

Powoli opadła na kanapę.

Nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Przez chwilę siedziała bez ruchu, zaciskając dłoń na kolanie tak mocno, że pobielały jej knykcie.

Melih…

Imię odbijało się echem w jej głowie.

Przecież zapewniał ją o swojej miłości. Przysięgał, że chce z nią stworzyć przyszłość.

Patrzył jej w oczy i mówił rzeczy, w które uwierzyła.

A teraz miała się dowiedzieć, że przez cały ten czas spotykał się z Hancer?

Że być może prowadził podwójne życie?

Sinem zamknęła oczy.

Przypomniała sobie każdy jego uśmiech, każde czułe słowo i każdą obietnicę.

Nagle wszystko zaczęło wydawać się podejrzane.

Fałszywe.

— Nie… — szepnęła ponownie.

Ale im bardziej próbowała odrzucić tę myśl, tym mocniej wracała.

Jeśli Gulsum mówiła prawdę… Jeśli Melih naprawdę był z Hancer…

To dziecko mogło być jego.

Ta myśl uderzyła w nią z taką siłą, że zabrakło jej tchu.

Siedziała w półmroku salonu, wpatrzona w podłogę, niezdolna uporządkować własnych myśli.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 123.Bölüm i Gelin 124.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy