Panna młoda odc. 80: Fałszywa ciąża! Beyza chce wrócić do rezydencji jako „matka”!

Yonca i Beyza siedzą obok siebie na kanapie.

„Panna młoda” Odc. 80 – streszczenie

Pokój Hancer tonął w chłodnych odcieniach fioletu i szarości. Wzorzysta tapeta, eleganckie meble i starannie ułożone książki na półkach tworzyły pozór spokoju — pozór, który prysł w chwili, gdy drzwi otworzyły się z impetem.

Mukadder weszła do środka szybkim, zdecydowanym krokiem. Jej twarz była napięta, a spojrzenie ostre jak brzytwa. Zatrzymała się naprzeciwko Hancer, mierząc ją od stóp do głów z jawną pogardą.

– To ty za tym stoisz! – rzuciła bez wstępu, a jej głos przeszył ciszę jak uderzenie bicza. – Sprawiłaś, że mój syn przestał szanować starszych!

Hancer zamarła, splatając dłonie na wysokości brzucha. Nie cofnęła się, choć w jej oczach pojawił się cień niepokoju.

– Poszedł na wojnę ze swoim wujkiem! – kontynuowała Mukadder, robiąc krok bliżej. – Rozbiłaś naszą rodzinę. Ale nie łudź się… – zawiesiła głos, pochylając się lekko w jej stronę – nie wygrasz.

Hancer milczała.

– Myślisz, że Cihan cię nie opuści? – Pani Develioglu uśmiechnęła się chłodno. – Znam swojego syna. Ulegnie… prędzej czy później. A ty zostaniesz sama.

Na moment zapadła cisza, ciężka i duszna.

– Wiesz, co powiedział? – dodała nagle, ściszając głos, jakby zdradzała sekret. – Że nie jesteś na jego poziomie. Tyle dla niego znaczysz.

Te słowa uderzyły w Hancer mocniej niż krzyk.

Mukadder wyprostowała się i wskazała na łóżko, jakby wydawała rozkaz.

– Dla niego nie istniejesz poza tym łóżkiem. A ja – jej głos stwardniał – chcę wnuka. Ale nie od ciebie.

Wyjęła coś z torebki i bezceremonialnie wcisnęła Hancer w dłoń niewielkie opakowanie.

– Bierz je. Regularnie.

Hancer spojrzała w dół. Tabletki antykoncepcyjne. Jej palce zacisnęły się mimowolnie.

– Nie pozwolę, żebyś związała mojego syna dzieckiem.

Mukadder odwróciła się gwałtownie i ruszyła do drzwi. Jej obcasy uderzały o podłogę ostrym, nerwowym rytmem. Nie obejrzała się ani razu. Drzwi zamknęły się za nią z głuchym trzaskiem.

Cisza, która po niej została, była niemal ogłuszająca.

Hancer stała jeszcze chwilę nieruchomo, jakby nie była w stanie się poruszyć. Potem powoli usiadła na łóżku, wciąż ściskając opakowanie w dłoni.

Chwilę później drzwi uchyliły się ponownie — tym razem ostrożnie.

Sinem weszła cicho do środka. Jej spojrzenie natychmiast zatrzymało się na twarzy przyjaciółki.

– Hancer… wszystko w porządku? – zapytała miękko, siadając obok niej. – Czy mama Mukadder coś ci powiedziała?

Hancer uśmiechnęła się słabo — uśmiechem, który nie miał w sobie ani odrobiny radości.

– Nic nowego – odpowiedziała spokojnie. – Po prostu przypomniała mi, gdzie jest moje miejsce.

Sinem zmarszczyła brwi i położyła dłoń na jej ręce.

– Nie mów tak. Proszę.

Hancer spuściła wzrok.

– Ona mnie nie chce. Uważa, że nie jestem godna Cihana. – Urwała na moment. – I może ma rację.

Sinem pokręciła głową, ale Hancer mówiła dalej, jakby wreszcie pozwoliła słowom wypłynąć.

– Od początku to czułam. Sama pamiętasz… sposób, w jaki na mnie patrzył. Jakbyśmy byli z dwóch różnych światów. – Jej głos zadrżał. – A potem wydarzył się cud. Wszystko się zmieniło. On się zmienił…

Na jej twarzy pojawił się cień dawnego uczucia.

– Zniknęła ta lodowa ściana. Zobaczyłam w nim kogoś… ciepłego, troskliwego. Kogoś, kto był gotów walczyć o mnie.

Zamilkła na chwilę.

– Ale to nie była prawda – dodała ciszej. – Zakochałam się… w swoim kacie.

Sinem ścisnęła jej dłoń.

– Mówiłam ci na początku – powiedziała łagodnie. – Cihan jest skomplikowany. Ale to dobry człowiek. Po prostu… musisz być cierpliwa. I nie słuchać innych. Liczy się tylko to, co mówi on.

Hancer uniosła na nią spojrzenie. W jej oczach czaił się ból.

– Właśnie to mnie boli najbardziej.

– Co takiego?

– Jego słowa.

Sinem zesztywniała.

– Co ci powiedział?

Hancer zawahała się, jakby każde kolejne słowo było ciężarem.

– Nie powiedział tego do mnie… – zaczęła powoli. – Słyszałam, jak rozmawiał z matką.

Jej palce zacisnęły się na materiale sukienki.

– Powiedział… że nie jestem na jego poziomie.

Słowa zawisły w powietrzu.

I tym razem nie było już żadnych złudzeń.

***

Salon w domu Nusreta był przestronny i elegancki — jasne sofy, szklany stolik, starannie dobrane dekoracje i nowoczesna kuchnia w tle tworzyły obraz uporządkowanego, dostatniego życia. W tej sterylnej harmonii wyraźnie odcinało się napięcie, które wisiało w powietrzu.

Yonca siedziała sztywno na kanapie, z dłońmi splecionymi na kolanach. Jej spojrzenie było niespokojne, wciąż pełne niedowierzania po tym, co wydarzyło się w klinice. Obok niej Beyza zachowywała się inaczej — była opanowana, niemal chłodna, jakby wszystko miała już dokładnie zaplanowane.

– Beyzo… co się dzieje? – zapytała Yonca cicho, z trudem powstrzymując drżenie głosu. – Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłaś?

Beyza nie spojrzała na nią od razu. Przez chwilę milczała, jakby ważyła każde słowo.

– Porozmawiamy, kiedy tata wróci – odpowiedziała spokojnie. – To sprawa, którą musimy omówić razem.

Yonca zmarszczyła brwi, jeszcze bardziej zdezorientowana.

W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się i do środka wszedł Nusret. Zdjął płaszcz, rzucił szybkie spojrzenie w stronę salonu i podszedł do nich.

– Dzień dobry – powiedział, zajmując miejsce naprzeciwko.

Yonca spróbowała się uśmiechnąć, choć było to raczej echo dawnej swobody niż prawdziwa radość.

– Cieszę się, że cię widzę.

Nusret skinął głową, ale jego twarz pozostała poważna.

– Nie rozstaliśmy się w najlepszych okolicznościach – przyznał. – To dziecko nas podzieliło. Ale dziś… znowu nas łączy.

Słowa zawisły w powietrzu. Yonca opuściła wzrok.

– Chciałam… przerwać ciążę – powiedziała cicho. – Beyza mnie powstrzymała.

Nusret spojrzał na nią uważnie.

– I dobrze, że to zrobiła.

Yonca uniosła głowę, zaskoczona.

– Co masz na myśli? – zapytała niepewnie. – Czy ty naprawdę chcesz, żebym… – położyła dłonie na brzuchu – urodziła to dziecko?

– Tak – odpowiedział bez wahania.

Zanim Yonca zdążyła coś powiedzieć, Beyza nachyliła się w jej stronę, a jej oczy błysnęły chłodną determinacją.

– To dziecko jest dla mnie szansą – powiedziała cicho, ale stanowczo. – Moim biletem powrotnym do rezydencji.

Yonca patrzyła na nią, nie rozumiejąc.

– Jak to…?

– To proste – ciągnęła Beyza. – Ty donosisz ciążę i urodzisz dziecko, a ja w tym czasie będę udawać, że jestem w ciąży.

Yonca zamarła.

– Co?! – wyrwało jej się. – Ale… jak? Przecież to się wyda!

Beyza pokręciła głową, jakby przewidziała tę reakcję.

– Nie, jeśli wszystko dobrze rozegramy. Nie zbliżę się do Cihana. Nikt nie będzie miał powodów, by coś podejrzewać.

– A poród? – Yonca była coraz bardziej zdenerwowana. – Co wtedy?

– Do tego czasu znajdziemy rozwiązanie – wtrącił spokojnie Nusret. – Najważniejsze, żebyś teraz podjęła właściwą decyzję.

Beyza uśmiechnęła się lekko, niemal triumfalnie.

– To korzystny układ dla nas wszystkich – dodała. – Urodzisz syna, który zostanie dziedzicem rodu Develioglu.

Yonca wpatrywała się w nich oboje, czując, jak grunt usuwa się jej spod nóg.

– A ja? – zapytała szeptem.

Nusret pochylił się nieco w jej stronę. Jego głos złagodniał.

– Będziesz bezpieczna. Pod moją ochroną. Tak długo, jak będziesz tego potrzebować.

Zapadła cisza.

W eleganckim salonie, wśród miękkich sof i ciepłego światła, zapadła decyzja, która mogła zmienić wszystko — i dla każdego z nich oznaczała coś zupełnie innego.

***

Salon pogrążył się w ciszy, gdy Beyza wyszła, zostawiając Yoncę i Nusreta sam na sam. Miękkie światło lampy odbijało się od jasnej tapicerki kanapy, a wielki bukiet kwiatów w tle wydawał się niemal groteskowo radosny wobec napięcia, które wypełniało przestrzeń między nimi.

Yonca siedziała na brzegu sofy, pochylona lekko do przodu. Jej dłonie zacisnęły się na kolanach, jakby próbowała utrzymać w ryzach własne emocje.

– Zgodziłam się… – zaczęła cicho, nie podnosząc wzroku. – Ale to wcale nie znaczy, że jestem spokojna.

Nusret opierał się wygodnie o oparcie kanapy, z pozoru opanowany, niemal obojętny. Jego spojrzenie było jednak czujne, chłodne.

– Powiedziałem ci już – odparł rzeczowo. – Zapewnię ci wszystko. Wygodne życie, dom i pieniądze, które pozwolą ci zapomnieć o wszystkich problemach. Nie będziesz musiała się o nic martwić.

Yonca uniosła głowę i spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Naprawdę myślisz, że to mnie obchodzi? – jej głos zadrżał. – Że pieniądze mogą coś zmienić?

Zrobiła krótką pauzę, jakby zbierała się na odwagę.

– Zależy mi tylko na tobie, Nusrecie. Chciałam… żebyśmy wrócili do tego, co było. Żebyś znów patrzył na mnie tak jak kiedyś. Żebyś mnie kochał.

Na moment ich spojrzenia się spotkały. W oczach Nusreta nie było już jednak ciepła.

– Ten rozdział jest zamknięty – powiedział spokojnie, ale stanowczo. – Sama do tego doprowadziłaś. Zawiodłaś moje zaufanie.

Yonca zacisnęła usta.

– Od początku mówiłem jasno – kontynuował. – Mogę wybaczyć wiele. Ale nie kłamstwo.

– Nusrecie… – jej głos złagodniał. Stał się niemal błagalny. – Wiem, że popełniłam błąd. Ale każdy zasługuje na drugą szansę.

– To, co ty nazywasz błędem – przerwał jej – dla mnie jest czymś, czego nie da się wymazać.

Zapadła cisza.

– Mogę ci dać tylko to, o czym mówiłem – dodał po chwili. – Nic więcej. Reszta zależy od ciebie. Jeśli się nie zgadzasz… – wzruszył lekko ramionami – każde z nas pójdzie swoją drogą.

Yonca zamilkła.

Te kilka sekund ciszy ciągnęło się w nieskończoność. W jej oczach pojawiło się coś na kształt walki — między tym, czego pragnęła, a tym, co było możliwe.

W końcu opuściła wzrok.

– W porządku… – powiedziała cicho. – Zgadzam się.

W tym samym momencie na schodach rozległy się kroki. Beyza wróciła do salonu, jakby tylko czekała na ten moment. Na jej ustach pojawił się lekki, zadowolony uśmiech.

Usiadła obok Yoncy i położyła dłoń na jej ramieniu.

– Podjęłaś właściwą decyzję – powiedziała miękko, z cieniem satysfakcji w głosie. – To dziecko będzie naszym zbawieniem.

Na jej ustach pojawił się powolny, pewny uśmiech.

– Opuściłam rezydencję w ciszy… – dodała po chwili, a jej spojrzenie stwardniało – ale wrócę z hukiem. I to takim, którego nikt się nie spodziewa. Zemszczę się na nich w sposób, który zapamiętają do końca życia. Będą w szoku… zwali ich to z nóg.

Nusret uniósł lekko brew, przyglądając się córce z chłodnym dystansem.

– Za bardzo się ekscytujesz, córko – powiedział spokojnie.

Beyza odwróciła się w jego stronę, wciąż uśmiechnięta, ale w jej oczach błyszczała ambicja.

– Ekscytuję się szansą, którą właśnie dostałam – odparła. – Przecież oni… – zawahała się na moment, jakby smakowała te słowa – ciocia i Cihan… od lat czekają na dziecko. Marzą o tym. I w końcu się doczekają.

Nachyliła się lekko do przodu.

– Tylko że nie od Hancer, a ode mnie. Od Beyzy, którą tak bezlitośnie wyrzucili z domu.

Zaśmiała się cicho.

– Zrobię taki powrót, że szczęki im opadną. Pożałują każdej chwili, w której mnie upokorzyli.

Nagle jakby coś sobie przypomniała.

– Zamówiłam już nawet smoczek – dodała z nutą dumy. – Yonca… masz zdjęcie USG?

Yonca skinęła głową, choć wciąż wyglądała na przytłoczoną całą sytuacją.

– Mam, oczywiście.

Nusret oparł się wygodniej, splatając dłonie.

– Jestem naprawdę ciekaw, jak zakończy się to twoje… widowisko – rzucił półgłosem.

Beyza natychmiast podchwyciła temat.

– Pójdę do rezydencji – zaczęła z zapałem. – Wejdę tam i pokażę im zdjęcie USG. Wyobrażasz to sobie? Te ich miny, to zdumienie…

Jej oczy rozbłysły.

– A potem powiem im, że dziecko jest już w drodze. Że ja i Cihan zostaniemy rodzicami.

Zacisnęła lekko dłoń.

– Zrzucę na nich bombę.

Nusret pokręcił głową z lekkim rozbawieniem, ale i dezaprobatą.

– Córko… – powiedział spokojnie, lecz stanowczo – takimi tanimi sztuczkami nie osiągniesz tego, czego naprawdę chcesz.

Beyza zamilkła, zaskoczona jego tonem.

– Jeśli chcesz wygrać tę grę – kontynuował – musisz przestać reagować i zacząć kontrolować. Niech to oni zaczną zabiegać o ciebie.

Nachylił się lekko w jej stronę.

– To nie ty masz do nich wracać. To oni mają błagać, żebyś wróciła.

W salonie zrobiło się cicho.

– Pan Cihan – dodał z naciskiem – powinien paść do twoich stóp. Prosić. Błagać, żebyś znów była częścią jego życia.

Beyza patrzyła na ojca w skupieniu. Jej wcześniejszy entuzjazm ustąpił miejsca czystej kalkulacji.

– Jak to zrobimy? – zapytała ciszej, ale z wyraźnym zainteresowaniem.

Nusret uśmiechnął się lekko.

– Będziemy prowadzić tę grę powoli. Ostrożnie. Tak, żeby Cihan niczego nie podejrzewał.

Na moment jego spojrzenie stwardniało.

– Nie lubię go, ale muszę przyznać jedno. Jest sprytny. Przebiegły jak lis. Wystarczy najmniejszy błąd, a przejrzy wszystko.

Zrobił krótką pauzę.

– A jeśli zrozumie, że to gra… obróci ją przeciwko nam.

Beyza wciągnęła powoli powietrze.

– Jeśli naprawdę chcesz wrócić do rezydencji – dokończył Nusret – i odzyskać swoją pozycję, będziesz robić dokładnie to, co ci powiem. Jasne?

Beyza przez chwilę milczała. Potem skinęła głową.

– Jasne.

Na jej twarzy pojawił się nowy uśmiech — spokojniejszy, bardziej wyrachowany. Yonca spojrzała na nią niepewnie, ale po chwili także spróbowała się uśmiechnąć.

W tej ciszy rodził się plan.

Niebezpieczny. I bezlitosny.

***

W sypialni panowała cicha, niemal napięta atmosfera. Hancer siedziała na łóżku, oparta o miękkie poduszki, pogrążona w swoich myślach. Jej wzrok był nieobecny, jakby błądził gdzieś daleko, poza tym pokojem, poza teraźniejszością. W tej ciszy nagle poruszyła się klamka.

Drzwi uchyliły się powoli i do środka wszedł Cihan. Zatrzymał się na moment przy progu, jakby chciał upewnić się, że nie zakłóca czegoś kruchego. W jednej ręce, ukrytej za plecami, trzymał coś, czego jeszcze nie chciał zdradzić. Jego spojrzenie natychmiast spoczęło na Hancer — uważne, ciepłe, ale podszyte niepokojem.

Podszedł bliżej i bez słowa usiadł obok niej na łóżku. Materac ugiął się lekko pod jego ciężarem. Dopiero wtedy, z delikatnym gestem, wyciągnął zza pleców bukiet czerwonych róż, przełamanych zielenią drobnych gałązek.

– Pomyślałem – zaczął cicho – że może one sprawią, że znowu się uśmiechniesz.

Hancer spojrzała na kwiaty. Przez chwilę milczała, jakby nie była pewna, czy powinna pozwolić sobie na tę drobną radość. W końcu jej usta drgnęły — ledwie zauważalnie.

– Dziękuję – powiedziała cicho.

Cihan nie cofnął się. Przeciwnie — nachylił się bliżej. Delikatnie uniósł jej podbródek, zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy.

– Nie odwracaj wzroku, proszę – szepnął.

Jego kciuk przesunął się po jej policzku w czułym, powolnym geście.

– Zawsze się uśmiechaj. Twój uśmiech… – zawahał się na moment, jakby szukał właściwych słów – rozgrzewa moje serce. Odpędza wszystko, co we mnie mroczne.

Ujął jej dłoń w swoje ręce, splatając palce z ostrożnością, jakby bał się, że ten moment może się rozpaść.

– Jestem szczęściarzem, Hancer. Naprawdę. – Jego głos stał się głębszy, bardziej stanowczy. – Wiem, że to trudny czas. Że wiele rzeczy nas przerasta… ale obiecuję ci, że wszystko naprawię. Znajdę rozwiązanie. Dla nas.

Zatrzymał na niej spojrzenie.

– Stworzymy rodzinę. Prawdziwą. Spokojną. – Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu. – I nasze dziecko… nie mogę się doczekać, aż wezmę je w ramiona.

Powoli pochylił się ku niej, jakby chciał przypieczętować te słowa czułym pocałunkiem.

W tej samej chwili coś w Hancer pękło.

Jej ciało zesztywniało, a potem gwałtownie się odsunęła. Wstała z łóżka tak nagle, że bukiet lekko zsunął się z jej dłoni.

– Muszę… do łazienki – powiedziała szybko, unikając jego spojrzenia.

Odłożyła kwiaty na szafkę nocną niemal mechanicznie, jakby były czymś zbyt ciężkim, by dłużej je trzymać, po czym odwróciła się i niemal uciekła w stronę drzwi.

Cihan został sam. Wpatrywał się w zamknięte drzwi łazienki.

***

W łazience panowała cisza, przerywana jedynie ledwie słyszalnym szumem wody w rurach. Hancer stała przed dużym lustrem w złoconej ramie. Jej odbicie wydawało się obce — twarz blada, a spojrzenie rozproszone, jakby nie należała już do samej siebie.

W dłoniach trzymała opakowanie tabletek antykoncepcyjnych. Palce zaciskały się na nim mocniej, niż powinny, jakby to nie był cienki blister, lecz coś ciężkiego — decyzja, której nie potrafiła unieść.

W jej głowie wciąż rozbrzmiewał głos Mukadder:

„Nie pozwolę, żebyś związała mojego syna dzieckiem.”

Hancer zamknęła oczy na krótką chwilę, jakby próbowała odgonić te słowa, ale wracały uparcie, odbijając się echem.

Powoli, niemal mechanicznie, wypchnęła jedną tabletkę z blistra. Mała, niepozorna. Wystarczyło ją połknąć.

Podniosła ją do ust.

I wtedy drzwi się otworzyły.

Hancer drgnęła, jak przyłapana na czymś zakazanym. Szybko cofnęła rękę, zaciskając palce wokół opakowania. W progu stał Cihan — jego twarz zdradzała niepokój, a spojrzenie natychmiast zatrzymało się na niej.

– Jakie lekarstwo wzięłaś? – zapytał, marszcząc lekko brwi.

Jego głos był spokojny, ale czujny.

Hancer zareagowała natychmiast, zbyt szybko.

– To… witaminy – odpowiedziała, odwracając wzrok. – Nie czuję się najlepiej. Jestem trochę osłabiona.

Zanim zdążył podejść bliżej, otworzyła szafkę i niemal nerwowo wrzuciła do niej opakowanie, zamykając drzwiczki jednym, szybkim ruchem.

Cihan przyglądał się jej uważnie.

– Rzeczywiście jesteś blada – powiedział ciszej, już bez podejrzliwości, za to z wyraźną troską. – Jeśli źle się czujesz, zawiozę cię do szpitala.

Hancer pokręciła głową.

– Dziękuję… ale nie trzeba. To nic poważnego.

Minęła go, jakby chciała jak najszybciej opuścić to pomieszczenie. Cihan odwrócił się i ruszył za nią bez wahania.

W sypialni zatrzymał ją delikatnie, kładąc dłoń na jej ramieniu.

– Moja piękna żona jest przeziębiona? – zapytał z lekkim uśmiechem, próbując rozładować napięcie. – Usiądź, proszę.

Poprowadził ją w stronę łóżka i usiadł obok. Jego obecność była ciepła, bliska — może zbyt bliska.

Pochylił się ku niej, chcąc ją pocałować.

Hancer natychmiast się cofnęła. Zerwała się z miejsca tak gwałtownie, jakby jego dotyk ją oparzył.

Cihan zamarł, zaskoczony.

– Wystarczy, że powiesz, że nie chcesz – powiedział, patrząc na nią uważnie. – Nie będę cię zmuszał.

Hancer odwróciła wzrok.

– Przepraszam… – zaczęła cicho. – Jestem trochę przeziębiona. Kiedy się do mnie zbliżyłeś, odsunęłam się instynktownie. Nie chcę cię zarazić.

Zapadła chwila ciszy.

Cihan zmrużył lekko oczy.

– Hancer, znam cię wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, kiedy mówisz prawdę, a kiedy się zasłaniasz – powiedział spokojnie, ale z wyczuwalnym napięciem. – To nie jest w porządku. Nie szukaj wymówek.

Hancer podniosła na niego wzrok.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Doskonale wiesz co – odpowiedział, prostując się. – Rozsądna kobieta nie traktuje w ten sposób swojego męża.

W jej oczach pojawił się błysk bólu.

– A ty? – odparła natychmiast. – Jak ty mnie traktujesz?

Zaskoczyła go.

– Nieważne, co robię, nigdy nie traktujesz mnie jak członka rodziny.

Cihan zmarszczył brwi.

– Nie traktuję cię jak członka rodziny?

– Widzisz? Nawet tego nie zauważasz. – Jej głos lekko zadrżał, ale nie cofnęła się. – „Nie wtrącaj się w sprawy rodzinne, to nasz problem…” – powtórzyła jego słowa. – Tak powiedziałeś.

Zrobiła krok w jego stronę.

– Dla ciebie jestem kimś obcym. Może… – zawahała się – może po prostu ukrywasz swoje prawdziwe uczucia.

Cihan wziął głęboki oddech. W jego spojrzeniu pojawiła się frustracja.

– Hancer, dość.

Jego głos był twardszy niż wcześniej.

– Może to dla ciebie nowość, ale ja mam za sobą siedem lat cierpienia. Siedem lat, po których próbuję w końcu stanąć na nogi.

Odwrócił się.

– Nie każ mi tego żałować.

Nie spojrzał już na nią. Ruszył w stronę drzwi i wyszedł, zamykając je za sobą z wyraźnym trzaskiem.

W pokoju znów zapadła cisza.

***

W sypialni znów zapanowała cisza, lecz tym razem nie była już tylko ciężka — była przytłaczająca. Hancer siedziała na łóżku, oparta o poduszki, z dłonią przy skroni, jakby próbowała uciszyć własne myśli. Jej wzrok był nieobecny, wbity gdzieś w przestrzeń przed sobą. Słowa Cihana wciąż odbijały się echem w jej głowie, mieszając się z głosem Mukadder i własnymi wątpliwościami.

Nagle ciszę przeciął dźwięk telefonu.

Hancer drgnęła lekko, jakby wyrwana z głębokiego zamyślenia. Sięgnęła po aparat i spojrzała na ekran. Przez ułamek sekundy zawahała się, po czym odebrała.

– Słucham, bratowo – powiedziała cicho, pociągając nosem. – Co się stało?

Po drugiej stronie rozległ się głos Deryi — napięty, ale podszyty czymś więcej niż tylko irytacją.

– Mam znowu problemy z twoim bratem. Coraz bardziej doprowadza mnie do szału – westchnęła. – Ale nieważne. Nie dlatego dzwonię. Martwię się o ciebie. O czym rozmawiałaś ze szwagrem?

Hancer zmarszczyła lekko brwi.

– Co masz na myśli?

– Nie udawaj – ucięła Derya. – Zatrzymał cię w firmie, żeby z tobą porozmawiać. O to pytam.

Hancer odwróciła wzrok, jakby rozmówczyni mogła ją zobaczyć.

– Zostaw to, bratowo…

– Skoro tak mówisz, to znaczy, że coś jest na rzeczy – odpowiedziała natychmiast. – Powiedz mi.

Hancer przez chwilę milczała. W końcu wypuściła powoli powietrze.

– Tym razem… jest naprawdę źle – wyszeptała. – Myślę… że się rozwiedziemy.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, po czym głos Deryi natychmiast się wyostrzył.

– Jaki rozwód?! Co ty mówisz? Co się stało?

– Pokłóciliśmy się… – Hancer zamknęła oczy. – Powiedział, że zaczyna żałować. I wyszedł.

– Co ty mu powiedziałaś, że tak wybuchł? – w głosie Deryi pojawiła się wyraźna irytacja. – Ten człowiek robi dla ciebie wszystko, a ty go prowokujesz i wyprowadzasz z równowagi!

Hancer wyprostowała się nagle.

– A co on powiedział o mnie? – odpowiedziała ostrzej. – Słyszałam to na własne uszy. Rozmawiał ze swoją matką. Nie powiedziałam mu tego, bo było mi wstyd. Ale jeśli będzie dalej na mnie naciskał, powiem.

– Mówisz to od wczoraj – westchnęła Derya. – Co dokładnie usłyszałaś?

Hancer zacisnęła palce na pościeli.

– Że… nie jestem na jego poziomie.

Zapadła cisza. Tym razem jednak nie była pełna współczucia.

– Czy to kłamstwo? – zapytała Derya chłodno. – No… nie jesteś na jego poziomie – dodała bez wahania. – I z tego powodu robisz taką aferę?

– Co ty mówisz, bratowo? – głos Hancer załamał się. – Jak mógł tak powiedzieć?

– Dziewczyno, zejdź na ziemię – odparła. – To wielki Cihan Develioglu. Ma pieniądze, pozycję, nazwisko… A ty? Oczywiście, że nie jesteś na jego poziomie.

Te słowa uderzyły mocniej, niż Hancer się spodziewała.

– W porządku… nie jestem… – przyznała cicho, ocierając łzę.

– Twój brat też nie jest na moim poziomie, a jednak z nim jestem – ciągnęła Derya już spokojniej. – Dlaczego? Bo go kocham. Powiedz mi jedno — czy Cihan powiedział, że cię nie kocha?

Hancer zawahała się.

– Nie… nie powiedział tego.

– No właśnie. – W głosie Deryi pojawiła się nuta triumfu. – To teraz odpowiedz mi szczerze. Czy on jest wobec ciebie obojętny? Odsuwa się od ciebie? Czy może…

Zawiesiła głos.

– …próbował się do ciebie zbliżyć?

Hancer poczuła, jak robi jej się gorąco.

– Próbował – przyznała niechętnie. – Ale… nie pozwoliłam mu.

Po drugiej stronie zapadła cisza, po czym Derya westchnęła ciężko.

– Brawo, Hancer. Naprawdę świetnie. Rób tak dalej, a w końcu całkiem go od siebie odepchniesz.

– On się mną nie interesuje… – zaprotestowała słabo. – Wszystko robi ze względu na pragnienie dziecka, nie mnie.

– Gdyby chodziło tylko o dziecko, czy sprzeciwiłby się swojej matce? – odbiła natychmiast Derya. – Pamiętasz, jak cię wprowadził do domu? Nadal w niego wątpisz?

Hancer nie odpowiedziała.

– Stracisz go – dodała Derya ciszej, ale stanowczo – jeśli dalej będziesz się tak zachowywać. Zadbaj o niego. Daj mu coś od siebie. Choćby drobną czułość.

Po tych słowach rozmowa nagle się urwała.

Hancer jeszcze przez chwilę trzymała telefon przy uchu, jakby nie do końca wierzyła, że to już koniec. W końcu powoli opuściła rękę.

Spojrzała przed siebie.

W ciszy, która znów wypełniła pokój, słowa Deryi zaczęły układać się w coś znacznie trudniejszego niż wcześniejsze kłótnie.

W wybór.

***

W sypialni panował półmrok, rozproszony jedynie miękkim światłem lampy stojącej przy ścianie. Fioletowe, bogato zdobione tapety zdawały się przytłaczać ciszę, która zapadła po burzy słów i emocji.

Hancer leżała na łóżku, oparta na łokciu, z twarzą wspartą na dłoni. Jej spojrzenie było nieruchome, jakby utknęło gdzieś pomiędzy przeszłością a tym, co dopiero miało nadejść. Myśli nie dawały jej spokoju — krążyły uparcie wokół Cihana, jego słów, jego spojrzenia… i tego, czego nie potrafiła zrozumieć.

Westchnęła cicho i przymknęła oczy, ale sen nie przychodził.

Nagle — ledwie słyszalny dźwięk kroków za drzwiami.

Zamarła.

Serce zabiło jej szybciej, jakby ciało rozpoznało go szybciej niż rozum. W jednej chwili odsunęła się lekko, ułożyła na boku i wsunęła dłonie pod policzek. Zamknęła oczy, starając się wyrównać oddech.

Udawała, że śpi.

Drzwi otworzyły się cicho.

Nie musiała patrzeć, by wiedzieć.

To był on.

Czuła jego obecność niemal fizycznie — ciężar jego milczenia, powolność kroków, zawahanie, którego nie potrafił ukryć. Przez krótką chwilę stał w miejscu.

Patrzył na nią.

Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy, miękkiej w pozornym śnie, spokojnej… zbyt spokojnej jak na to, co działo się między nimi jeszcze chwilę temu.

Cihan przysunął się bliżej łóżka. Usiadł ostrożnie, jakby nie chciał jej obudzić. Przez moment trwał w bezruchu, przyglądając się jej uważnie — jakby próbował odczytać coś z delikatnego drżenia rzęs, z napięcia ukrytego w jej ciele.

Wyciągnął dłoń. Zawahał się.

Jego palce zatrzymały się w powietrzu, o włos od jej ramienia… po czym powoli opadły. Cofnął rękę, jakby przypomniał sobie granicę, której nie wolno mu było przekroczyć.

Cicho odetchnął.

Położył się na wolnej stronie łóżka, zostawiając między nimi wyraźny dystans. Oparł głowę o wezgłowie, splótł dłonie na brzuchu i przymknął oczy.

Ale sen nie przyszedł także do niego.

W ciszy, która znów ich otoczyła, byli tak blisko… a jednocześnie dalej od siebie niż kiedykolwiek.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 56.Bölüm i Gelin 57.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy

  • Panna młoda odc. 24: Cihan myśli, że Hancer zdradza go z Enginem!

    Hancer wraz z Enginem przyjeżdża na komisariat, gdzie dowiaduje się, że Cemil został zatrzymany z powodu długów. Dochodzi do ostrej konfrontacji z Deryą, która oskarża Hancer o brak pieniędzy i obojętność wobec losu brata. Engin decyduje się pomóc, proponując negocjacje z wierzycielami i odroczenie spłat, bez informowania Cihana. Tymczasem w starym domu Beyza odkrywa, że Hancer zostawiła czarną torbę, a następnie ukrywa się przed Fadime. Później Beyza odbiera telefon od Yoncy, która domaga się spłaty kolejnego długu. Cihan otrzymuje zdjęcie Hancer z Enginem pod komisariatem i uznaje to za zdradę. Cemil wychodzi na wolność, nieświadomy, że jego problemy nie zostały rozwiązane, a Hancer staje przed presją powrotu do męża, mimo że czuje, iż ten dom nie jest już dla niej bezpieczny.

  • Panna młoda odc. 32: Cihan przerywa operację i ratuje Hancer!

    Cihan kontaktuje się z Yasemin, by upewnić się co do wyboru doktor Fusun Kaby, jednak ignoruje jej ostrzeżenia i nie rezygnuje z procedury in vitro. Sinem, działając na polecenie Mukadder, pomaga Hancer wykonać pierwszy zastrzyk hormonalny, przełamując jej paniczny lęk. Beyza szantażuje Fusun dowodami nielegalnej aborcji z przeszłości, zmuszając ją do posłuszeństwa. Gdy Hancer trafia do szpitala na zabieg, Cihan spotyka się z byłą asystentką Fusun i poznaje prawdę o jej nieetycznych praktykach. W ostatniej chwili wpada na salę operacyjną, przerywa procedurę i wynosi Hancer z kliniki. Plan Beyzy załamuje się, a ona dowiaduje się, że operacja nie doszła do skutku.

  • Panna młoda odc. 31: Lekarstwa i zastrzyki! Hancer pod pełną kontrolą!

    Beyza, przekonana, że jej plan z udziałem lekarki przebiega zgodnie z założeniami, uspokaja czujność Mukadder i zyskuje jej pełne poparcie. Hancer, przygotowująca się do procedury in vitro, nie potrafi wykonać pierwszego zastrzyku hormonalnego i zmaga się z narastającym lękiem. Fadime próbuje zmusić ją do jedzenia, obawiając się reakcji Mukadder. Gdy ta odkrywa, że Hancer nie przyjęła leków, reaguje gniewem i groźbą hospitalizacji. Ostatecznie nakazuje Sinem przejąć pełną kontrolę nad leczeniem Hancer i osobiście podawać jej zastrzyki.

  • Panna młoda odc. 22: Hancer ucieka od Develioglu!

    Późnym wieczorem Cihan przyjeżdża do starego domu. Wręcza Hancer torbę z milionem w gotówce i domaga się, by dotrzymała zawartej umowy. Dochodzi do gwałtownej konfrontacji, podczas której Hancer odrzuca pieniądze i sprzeciwia się Cihanowi. Mężczyzna wycofuje się, zapowiadając wyjazd do kliniki i opuszcza dom. Z ukrycia sytuację obserwuje Beyza, przekonana, że jej intryga z zegarkiem zadziałała. W rezydencji Cihan w ostrym tonie stawia granice Mukadder i informuje ją, że dziecko zostanie poczęte metodą in vitro. Następnego ranka okazuje się, że Hancer zniknęła — spakowała walizkę i opuściła stary dom. Cihan przejmuje sprawę, zakazuje matce ingerencji i uruchamia obserwację żony. Trop prowadzi na wybrzeże, gdzie Hancer siedzi samotnie nad morzem. Kontaktuje się z nią dr Yasemin z kliniki, oferując pomoc i osobiste spotkanie, co daje Hancer pierwszą od dawna nadzieję na wsparcie.

  • Panna młoda odc. 43: Cihan staje w obronie Hancer!

    Cihan wciąż nie wraca do rezydencji, zamierzając spędzić kolejną noc w antykwariacie Ertugrula. Wieczorem zjawia się tam Hancer, zdecydowana porozmawiać i zakończyć rodzinny konflikt. Prosi Cihana, by wrócił do domu i nie żądał od Mukadder przeprosin, jednak on pozostaje nieugięty. Ostatecznie Hancer przekonuje go do powrotu, gdy stan Mukadder ponownie się pogarsza. Cihan odwiedza matkę, jasno stawiając granice i podkreślając, że Hancer jest jego żoną. W rezydencji dochodzi do ostrej konfrontacji z Nusretem, który obraża Hancer i podważa sens ich małżeństwa. Cihan stanowczo staje w jej obronie. Hancer słyszy część rozmowy i zmaga się z bólem związanym z umową małżeńską, ale jednocześnie uświadamia sobie, że Cihan bez wahania jest po jej stronie.

  • Panna młoda odc. 16: Cihan przeprasza! Hancer przyparta do muru!

    Hancer wdziera się do firmy Develioglu i publicznie konfrontuje Cihana, oskarżając go o skrzywdzenie jej brata po wybuchu medialnego skandalu. Dochodzi do ostrej wymiany zdań, podczas której Hancer grozi, że zniszczy jego świat, jeśli Cemilowi stanie się krzywda. Wkrótce przybywa do szpitala, gdzie dowiaduje się, że stan brata chwilowo się ustabilizował, lecz choroba postępuje. Derya naciska, by Hancer nie rezygnowała ze ślubu, bo to jedyna szansa na ratunek. Tymczasem Cihan, dręczony wyrzutami sumienia, przyjeżdża do szpitala i przeprasza Cemila za swoje zachowanie. Gdy Hancer postanawia zerwać zaręczyny, pojawiają się wierzyciele, grożący więzieniem choremu mężczyźnie. Cihan oznajmia Hancer, że nazajutrz mają stawić się w urzędzie, zmuszając ją do decyzji, od której nie ma już ucieczki.