Panna młoda odc. 181: Hancer nową prezeską fundacji! Beyza jest zdruzgotana!

Hancer i Sinem odwracają głowy. Hancer uśmiecha się lekko, a Sinem jest zszokowana.

„Panna młoda” Odc. 181 — streszczenie

Wieczorem w salonie panował spokój. Za oknami powoli zapadał zmierzch, a ciepłe światło lamp nadawało wnętrzu przytulny charakter. Sila siedziała na różowej kanapie z teczką na kolanach. Z zaciekawieniem przeglądała dokumenty, które Engin zostawił rano dla Hancer.

Usłyszała kroki i podniosła wzrok.

Do salonu weszli Hancer i Melih. Oboje usiedli naprzeciwko niej. Na twarzy Sili pojawiło się lekkie zakłopotanie.

Natychmiast zamknęła teczkę.

— Przepraszam — powiedziała szybko. — Leżała tutaj i… po prostu zajrzałam do środka. Nie pomyśl sobie, że grzebię w twoich rzeczach, siostro.

Hancer uśmiechnęła się łagodnie.

— Nie przejmuj się. To nic tajnego.

Sila spojrzała na nią z niedowierzaniem.

— Nic tajnego? Przecież te dokumenty dotyczą wyboru nowego prezesa fundacji. W dodatku kilka razy pojawia się tam twoje imię. Dla mnie to wygląda na coś bardzo ważnego.

Hancer na moment zamilkła. Potem splotła dłonie na kolanach.

— Engin miał siostrę. Nazywała się Yasemin.

— W szpitalu wspominał, że stracił kogoś bardzo bliskiego — przypomniała sobie Sila. — To o niej mówił?

Hancer skinęła głową.

— Tak. Yasemin była lekarką. Poświęciła całe życie pomaganiu innym ludziom. Oprócz pracy w szpitalu prowadziła także fundację „Jedno Życie”.

W jej głosie pojawiła się nuta wzruszenia.

— Była wyjątkową osobą. Naprawdę miała złote serce.

Melih słuchał w milczeniu.

— Przed śmiercią sporządziła testament — ciągnęła Hancer. — Napisała w nim, że jeśli jej zabraknie, chciałaby, żebym to ja przejęła fundację i kontynuowała jej dzieło.

Sila spojrzała na nią zaskoczona.

— Ty?

— Tak.

— I odmówiłaś?

— Odmówiłam.

Na twarzy dziewczyny pojawiło się szczere zdumienie.

— Dlaczego?

Hancer westchnęła.

— Bo nie jestem odpowiednią osobą. Skończyłam tylko szkołę średnią. Nie mam wykształcenia ani doświadczenia potrzebnego do prowadzenia takiej instytucji.

Melih od razu pokręcił głową.

— A ja nadal uważam, że się mylisz.

Obie kobiety spojrzały na niego.

— Prowadzenie fundacji nie zaczyna się od dyplomu — powiedział spokojnie. — Zaczyna się od serca. Od umiejętności dostrzegania ludzi, którzy potrzebują pomocy.

Spojrzał znacząco na Hancer.

— Fundacja istnieje po to, żeby wspierać słabszych. A ty robisz to każdego dnia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Sila uśmiechnęła się lekko.

— Ma rację.

Przez chwilę obracała teczkę w dłoniach.

— Fundacje pomagają ludziom takim jak ja, prawda? Bezdomnym, samotnym, zagubionym. Dają jedzenie, schronienie, pomagają znaleźć pracę i stanąć na nogi.

— Fundacja „Jedno życie” pomaga przede wszystkim osieroconym dzieciom i kobietom w trudnej sytuacji życiowej — wyjaśniła Hancer.

Sila spojrzała jej prosto w oczy.

— Czyli takim jak ja.

Hancer milczała.

— Przyjęłaś mnie pod swój dach, choć praktycznie mnie nie znałaś — ciągnęła dziewczyna. — Nie obawiałaś się, że mogę cię okraść albo oszukać. Otworzyłaś drzwi tylko dlatego, że powiedziałam, że potrzebuję pomocy.

— To przecież normalne — odparła Hancer, wzruszając ramionami.

Sila pokręciła głową. Na jej twarzy pojawił się smutny uśmiech.

— Nie, siostro. To wcale nie jest normalne.

W salonie zapadła cisza.

— Życie nauczyło mnie czegoś zupełnie innego — powiedziała cicho. — Kiedy nie masz nikogo, bardzo szybko przekonujesz się, jak wygląda świat. Wieczorem ludzie zamykają drzwi, zasłaniają okna i odwracają wzrok. Nikt nie chce cudzych problemów.

Jej spojrzenie uciekło gdzieś w bok.

— Jeśli upadniesz, większość przejdzie obok ciebie obojętnie.

Melih i Hancer słuchali w milczeniu.

— Dlatego jestem pewna, że siostra prawnika była mądrą kobietą — dodała po chwili. — Skoro chciała właśnie ciebie na swoim miejscu, musiała wiedzieć, co robi.

Melih uśmiechnął się pod nosem.

— W końcu ktoś rozsądny powiedział to głośno.

Sila odwzajemniła uśmiech. Po chwili spojrzała na dokumenty leżące obok Hancer.

— Jest jeszcze jedna rzecz.

— Jaka?

— W tych papierach widziałam imię Beyzy.

Na twarzy Hancer natychmiast pojawiło się napięcie.

— To prawda.

— Czy to oznacza, że ona również kandyduje?

— Tak.

Sila zmarszczyła brwi.

— Więc jeśli ty nie wystartujesz, istnieje szansa, że fundacją pokieruje właśnie ona?

— Tak.

Dziewczyna wymieniła spojrzenie z Melihem.

— Ta sama Beyza, którą poznałam?

— Ta sama.

Sila pokręciła głową z niedowierzaniem.

— Naprawdę chcesz oddać fundację kobiecie, która nie potrafi zapanować nawet nad własnymi emocjami?

Melih natychmiast podchwycił temat.

— Doskonałe pytanie.

Odwrócił się do Hancer.

— Pani Hancer, proszę odpowiedzieć. Czy Beyza jest osobą, której bez wahania powierzyłabyś los potrzebujących kobiet i dzieci?

Hancer otworzyła usta, ale nie odpowiedziała. Spojrzała najpierw na Meliha, potem na Silę. Nie była już tak pewna swojej decyzji o wycofaniu się z wyborów jak wcześniej.

***

Nazajutrz w przestronnej sali konferencyjnej firmy Develioglu panowała atmosfera wyczekiwania. Przy długim stole kolejno zajmowali miejsca uczestnicy zebrania. Najpierw pojawili się Cihan i Engin, później Nusret z Beyzą, następnie Mukadder. Jako ostatnia weszła Sinem, cicho zajmując miejsce obok pozostałych.

Na stole ustawiono butelki z wodą, filiżanki i dokumenty. Jednak nikt nie zwracał na nie uwagi. Wszyscy wiedzieli, że dzisiejsze spotkanie zadecyduje o przyszłości fundacji „Jedno Życie”.

Beyza rozejrzała się po sali i poprawiła marynarkę.

— Wygląda na to, że rodzina jest już w komplecie — powiedziała z lekkim uśmiechem. — Możemy zaczynać, czy poczekamy jeszcze na panią Deniz?

— Pani Deniz nie bierze udziału w głosowaniu, ponieważ sama jest kandydatką — wyjaśnił spokojnie Engin. — O wyniku zostanie poinformowana później.

Zamknął teczkę i spojrzał w stronę drzwi.

— Poza tym… tak naprawdę czekamy jeszcze na jedną osobę.

Przy stole zapadła cisza. Beyza zmarszczyła brwi.

— Na kogo?

Engin nie odpowiedział.

Kilka sekund później na korytarzu rozległ się rytmiczny stukot obcasów odbijający się echem od posadzki.

Wszyscy odwrócili głowy.

W drzwiach pojawiła się młoda kobieta w błękitnej marynarce.

Hancer.

Zaskoczenie natychmiast odmalowało się na twarzach zebranych. Na ustach Engina pojawił się dyskretny uśmiech.

— Właśnie na nią czekaliśmy.

Wstał i podszedł kilka kroków w jej stronę.

— Witaj, Hancer. Proszę, usiądź tutaj.

Wskazał wolne miejsce obok siebie. Hancer podziękowała skinieniem głowy i zajęła wskazane krzesło.

Po drugiej stronie stołu Beyza zacisnęła szczęki. Nachyliła się do ojca.

— Co ona tutaj robi? — syknęła.

Nusret nawet nie spojrzał w stronę Hancer.

— Nie przejmuj się nią — odparł cicho. — Przyszła urządzić małe przedstawienie. Za kilka minut wszystko się skończy, a ty zostaniesz prezeską fundacji.

Beyza uspokoiła się tylko na pozór.

Cihan postukał palcami w blat.

— Skoro wszyscy już są, rozpocznijmy zebranie. Zagłosujmy i zakończmy tę sprawę.

Nagle Hancer podniosła głowę.

— Nie przyszłam tutaj głosować.

Wszystkie spojrzenia natychmiast skierowały się na nią.

— Przyszłam spełnić ostatnią wolę Yasemin. Zgłaszam swoją kandydaturę na stanowisko prezesa fundacji „Jedno Życie”.

Przez salę przetoczył się szmer.

Tylko Engin nie wyglądał na zaskoczonego.

Wręcz przeciwnie — sprawiał wrażenie człowieka, który właśnie usłyszał dokładnie to, czego się spodziewał.

Beyza aż wyprostowała się na krześle.

— Co?!

Nusret zmrużył oczy. Mukadder spojrzała na Hancer z nieukrywanym niezadowoleniem. Cihan również nie krył zdziwienia.

— Kandydaci zostali już wcześniej ustaleni — powiedział chłodno. — Nie możesz pojawić się w ostatniej chwili i zmieniać zasad.

— Właściwie może — odezwał się Engin. — Spotkanie jeszcze formalnie się nie rozpoczęło. Hancer ma takie samo prawo kandydować jak pozostali.

Cihan przez chwilę mierzył go wzrokiem. W końcu wzruszył ramionami.

— Dobrze. Skoro tak bardzo wam na tym zależy, niech będzie.

Odwrócił się do pozostałych.

— Pani Hancer również zostaje kandydatką. Zobaczymy, jakie otrzyma poparcie.

Wziął kartę do głosowania.

— Mój głos otrzymuje pani Deniz.

Następnie spojrzał na matkę. Mukadder nie wahała się ani sekundy.

— Beyza.

Na twarzy Beyzy pojawił się triumfalny uśmiech. Sama jako kandydatka nie mogła głosować, więc głos zabrał Nusret.

— Popieram kandydaturę Beyzy Develioglu.

Teraz przyszła kolej na Sinem. Kobieta poczuła na sobie wzrok Beyzy. Doskonale pamiętała jej groźbę. Jeśli nie odda na nią głosu, Cihan dowie się o jej relacji z Melihem.

Przez chwilę w sali panowała absolutna cisza. Beyza była pewna zwycięstwa.

Sinem podniosła wzrok.

— Pani Deniz.

Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Beyzy.

— Co?!

— Taki jest mój głos — odpowiedziała spokojnie Sinem.

Nusret spojrzał na nią z niedowierzaniem. Engin natomiast nawet nie próbował ukryć satysfakcji.

— Mój głos już znacie — powiedział. — Hancer.

Przy stole zapadła chwila milczenia. Nusret powoli oparł dłonie na blacie.

— W takim razie Hancer odpada — oznajmił. — Pozostają Beyza i pani Deniz. Możemy przeprowadzić drugą turę albo zwykłe losowanie. Co o tym sądzisz, prawniku?

Engin uniósł brew.

— Głosowanie jeszcze się nie zakończyło, panie Nusrecie.

Tym razem wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.

— Jak to się nie zakończyło? — zapytał Cihan. — Przecież wszyscy oddali głosy.

— Nie wszyscy.

— O czym ty mówisz?

Engin spokojnie poprawił mankiet koszuli.

— Wola mojej siostry również ma znaczenie. Yasemin jasno wskazała osobę, którą chciała widzieć na czele fundacji. Jej głos powinien zostać zapisany na konto Hancer.

— To absurd! — oburzyła się Beyza. — Yasemin nie była udziałowcem. Nie miała prawa głosu.

— Miała — odezwał się Cihan.

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Fundacja posiada symboliczny jeden procent udziałów. Yasemin reprezentowała ten udział jako jej przewodnicząca.

Na twarzy Beyzy pojawiło się niedowierzanie. Engin skinął głową.

— Dokładnie tak.

Spojrzał na zgromadzonych.

— Oznacza to, że wszyscy kandydaci mają obecnie taką samą liczbę głosów.

Nusret westchnął ciężko.

— A więc znaleźliśmy się w impasie.

— Tylko pozornie — odparł Engin.

Przesunął spojrzeniem po twarzach obecnych.

— Istnieje sposób, by go rozwiązać. O wyniku zdecyduje głos nowego akcjonariusza.

Przy stole rozległy się zdziwione szepty. Cihan zmarszczył brwi.

— Jakiego nowego akcjonariusza? Nie ma żadnego nowego akcjonariusza.

Na ustach Engina pojawił się tajemniczy uśmiech.

— Owszem, jest.

Wstał od stołu i ruszył w stronę drzwi.

W sali zapanowało napięcie tak gęste, że można było je niemal dotknąć.

Engin otworzył drzwi.

— Proszę wejść.

Po chwili w progu pojawił się mężczyzna w eleganckim garniturze.

Melih.

Pewnym krokiem wszedł do środka i zatrzymał się obok Engina.

Na twarzach obecnych odmalował się szok. Mukadder zamarła. Beyza i Sinem otworzyły usta ze zdumienia.

Nusret gwałtownie wyprostował się na krześle.

Nawet Cihan przez moment nie potrafił ukryć zaskoczenia.

W sali konferencyjnej zapadła cisza. Ciężka, pełna niedowierzania cisza.

Nikt nie spodziewał się zobaczyć tutaj Meliha. A już na pewno nie w roli człowieka, którego głos miał przesądzić o wszystkim. 

***

Retrospekcja.

Melih stał na piętrze starego domu, oparty o balustradę. W jednej ręce trzymał kubek gorącej kawy, z którego leniwie unosiła się para. Dom był jeszcze cichy. Z dołu nie dobiegał żaden dźwięk, a przez okna wpadało blade światło poranka.

Właśnie miał upić kolejny łyk, gdy jego telefon zawibrował.

Spojrzał na ekran. Nieznany numer.

Zmarszczył lekko brwi, ale odebrał.

— Halo?

— Cześć, tu Engin.

Melih od razu wyprostował się nieco.

— Engin? Wszystko w porządku?

— Tak. A przynajmniej będzie, jeśli zgodzisz się mi pomóc.

Melih odłożył kubek na poręcz schodów.

— Słucham. Jeśli mogę coś zrobić, z przyjemnością pomogę.

Po drugiej stronie zapadła chwila ciszy, jakby Engin zastanawiał się, od czego zacząć.

— Muszę wyjaśnić ci pewną sprawę. Dotyczy fundacji i głosowania.

Twarz Meliha spoważniała.

— Słucham uważnie.

— Moja siostra, Yasemin, posiadała symboliczny jeden procent udziałów w firmie. Niewielki pakiet, ale wystarczający, by przysługiwało jej prawo głosu podczas wyboru prezesa fundacji. Nikt o tym nie wie, ale ten głos nadal istnieje.

Melih milczał.

— Jeśli uda nam się przekonać Hancer, żeby kandydowała — kontynuował Engin — będzie miała mój głos i głos mojej siostry.

— To nadal tylko dwa głosy — zauważył Melih. — A Beyza ma za sobą całą rodzinę.

— W normalnych okolicznościach miałbyś rację.

W głosie Engina pojawiła się nuta determinacji.

— Dlatego potrzebuję także ciebie.

Melih odsunął telefon od ucha i spojrzał na ekran, jakby chciał upewnić się, że dobrze usłyszał.

— Mnie?

— Tak. Chcę, żeby Hancer przepisała na ciebie swoje udziały. 

Zapadła cisza.

— Co?

— Hancer jako kandydatka nie będzie mogła głosować sama na siebie. Ale jeśli zostaniesz akcjonariuszem, ty oddasz na nią głos. 

Melih natychmiast pokręcił głową.

— Nie, Enginie. To niemożliwe.

— Dlaczego?

— Bo nie mogę przyjąć żadnych udziałów od Hancer. Nie chcę, żeby wyglądało to tak, jakbym próbował coś na tym zyskać.

— To nie jest kwestia zysku.

— Dla mnie jest. Hancer już wystarczająco dużo przeszła. Nie chcę stawiać jej w niezręcznej sytuacji.

Engin westchnął ciężko. Siedząc za biurkiem, spojrzał na fotografię Yasemin stojącą między segregatorami.

— Melihu, posłuchaj mnie.

Jego głos złagodniał.

— Nie proszę cię o to dla siebie. Nie robię tego również dla fundacji.

Przerwał na moment.

— Robię to dla mojej siostry.

Melih zamilkł.

— Yasemin wierzyła w Hancer bardziej niż ktokolwiek inny. Była przekonana, że właśnie ona powinna kontynuować jej dzieło. Jeśli Beyza obejmie stanowisko prezesa, wszystko, co moja siostra budowała przez lata, zostanie zniszczone.

Melih powoli usiadł na stopniu schodów.

— Rozumiem…

— Dlatego proszę cię o pomoc. Dla Hancer. Dla mnie. I dla Yasemin, której nie ma już między nami.

***

Teraźniejszość.

Melih spokojnym krokiem podszedł do stołu i zajął wolne miejsce obok Sinem. Kobieta natychmiast odwróciła głowę w przeciwną stronę. Jej szczęka zacisnęła się nerwowo, a brwi zmarszczyły się z niechęcią. Mimo upływu czasu wciąż nie potrafiła wybaczyć mu tego, co wydarzyło się między nimi.

Przy stole panowała cisza. Wszyscy czekali na wyjaśnienia.

Engin spojrzał na zgromadzonych i odezwał się spokojnym, rzeczowym tonem:

— Hancer przekazała swoje udziały Melihowi.

Po tych słowach spojrzenia wszystkich natychmiast skierowały się na Meliha.

Ten nawet nie próbował ukrywać zadowolenia.

— A skoro jestem już akcjonariuszem — powiedział z lekkim uśmiechem — swój głos oddaję na Hancer.

Na twarzy Hancer pojawił się ciepły, pełen wdzięczności uśmiech.

Beyza natomiast wyglądała tak, jakby za chwilę miała eksplodować. Jej policzki oblały się czerwienią, a w oczach zapłonął gniew.

Nusret uderzył dłonią w stół.

— Co to ma znaczyć?! — wybuchł. — Zrobiłeś z tego przedstawienie, Enginie! To jakieś żarty?

— To oszustwo! — niemal krzyknęła Beyza. — I ty jeszcze to popierasz!

Engin pozostał niewzruszony.

— Wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

Cihan siedział nieruchomo, przyglądając się Melihowi z zimną niechęcią.

— Jestem naprawdę ciekaw jednej rzeczy — powiedział po chwili. — Jak człowiek, który jeszcze niedawno pracował jako kierowca, nagle stał się akcjonariuszem firmy?

Melih oparł się wygodniej na krześle.

— Powiedzmy, że los w końcu się do mnie uśmiechnął — odparł z rozbrajającym spokojem. — Albo, jeśli wolisz, Bóg postanowił mi pobłogosławić.

Na twarzy Cihana pojawił się cień ironicznego uśmiechu.

Mukadder rozejrzała się po sali, jakby próbowała zrozumieć, co właściwie się wydarzyło.

— Czy ktoś może mi wyjaśnić, w jaką grę właśnie zostaliśmy wciągnięci?

— To nie jest żadna gra, pani Mukadder — odpowiedział Engin. — Wszystkie zasady zostały opisane w dokumentach, które otrzymaliście przed spotkaniem.

Sięgnął po teczkę leżącą przed nim.

— Kandydaci nie mogą głosować sami na siebie. Hancer została legalnie zgłoszona jako kandydatka. Wcześniej, zgodnie z prawem, przekazała swoje udziały mężowi. Melih uzyskał prawo głosu jako akcjonariusz. Nie ma w tym nic nielegalnego.

— To nadal oszustwo! — upierała się Beyza.

— Nie — odezwał się spokojnie Melih. — To po prostu wykorzystanie możliwości, którą miałaś również ty.

Beyza spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Tylko tyle, że mogłaś zrobić dokładnie to samo. Skoro tego nie zrobiłaś, widocznie nie znalazłaś osoby, której ufałabyś na tyle, by powierzyć jej swoje udziały.

To był cios. Beyza zerwała się na równe nogi.

Krzesło z głośnym zgrzytem odsunęło się od stołu.

— Ty podła żmijo! — syknęła, patrząc prosto na Hancer. — To wszystko było od początku zaplanowane!

Hancer nie odpowiedziała. Spokojnie wytrzymała jej spojrzenie.

— Beyzo, usiądź.

Głos Cihana zabrzmiał stanowczo.

Beyza spojrzała na męża, a potem niechętnie opadła z powrotem na krzesło.

Oddychała szybko, próbując opanować narastającą wściekłość.

— Czy uważasz, że wybory nie były uczciwe? — zapytał.

— Oczywiście, że nie! Znaleźli lukę w przepisach, a Engin im w tym pomógł. A ten cały głos Yasemin? Od kiedy zmarli mogą uczestniczyć w głosowaniach?

— Wszystko odbyło się zgodnie z prawem — odpowiedział spokojnie Engin. — Możesz się z tym nie zgadzać, ale nie możesz nazwać tego oszustwem.

Beyza przeniosła na niego oskarżycielskie spojrzenie.

— Zrobiłeś to specjalnie. Nie chciałeś dopuścić do mojego wyboru.

Engin nie zdążył odpowiedzieć.

— Wystarczy.

Głos Cihana przeciął salę niczym ostrze.

Wszyscy zamilkli.

Cihan powoli splótł dłonie na stole.

— Skoro pojawiły się wątpliwości, rozwieję je raz na zawsze.

Spojrzał kolejno na Beyzę, Engina, Hancer i Meliha. Napięcie w pomieszczeniu stało się niemal namacalne.

— Zmieniam swój głos.

Beyza wstrzymała oddech.

Nusret wyprostował się na krześle.

Nawet Hancer poczuła, jak serce zaczyna bić jej szybciej.

Cihan zrobił krótką pauzę.

Ale w tych warunkach wydawało się, że trwa całą wieczność.

— Swój głos oddaję na Hancer.

Zapadła cisza. Prawdziwa, ogłuszająca cisza.

Beyza zamarła. Jeszcze przed chwilą jej twarz płonęła gniewem. Teraz krew odpłynęła z niej całkowicie.

Patrzyła na Cihana, jakby właśnie usłyszała coś niemożliwego.

Nie mogła uwierzyć.

Jej własny mąż.

Człowiek, który powinien był stanąć po jej stronie.

Człowiek, którego poślubiła.

Zagłosował na Hancer.

Na swoją byłą żonę.

I zrobił to na oczach wszystkich.

To bolało bardziej niż każda porażka.

Bardziej niż utrata stanowiska.

Było publicznym upokorzeniem.

Cihan spojrzał na nią chłodno.

— Hancer została wybrana zgodnie z zasadami. Bez oszustw i bez manipulacji.

Po chwili dodał:

— Czy teraz jesteś usatysfakcjonowana, Beyzo?

Beyza nie odpowiedziała.

Nie potrafiła.

W jej gardle utknęły wszystkie słowa.

Potrząsnęła jedynie głową, próbując powstrzymać łzy upokorzenia.

Cihan wstał od stołu.

— Spotkanie uważam za zakończone.

Bez słowa ruszył do wyjścia.

Nusret podniósł się niemal natychmiast. Jego spojrzenie było lodowate.

— Nie myśl, że wygrałaś — powiedział do Hancer cicho, ale groźnie. — To jeszcze nie koniec.

Następnie odwrócił się do Engina. W jego oczach pojawiła się nieukrywana wrogość.

— A ty…

Przez chwilę mierzył go wzrokiem.

— Dzisiaj wreszcie zobaczyłem twoją prawdziwą twarz.

Zacisnął szczęki.

— I uwierz mi, Enginie… jeszcze się za to rozliczymy.

Po tych słowach odwrócił się i wyszedł z sali, pozostawiając za sobą ciężką atmosferę, w której mieszały się triumf, szok, zazdrość i zapowiedź kolejnej wojny.

***

Sinem siedziała nieruchomo na brzegu łóżka. Jedną dłonią kurczowo ściskała narzutę, aż pobielały jej knykcie. Wciąż miała przed oczami wydarzenia z sali konferencyjnej.

Widziała Meliha przekraczającego próg.

Pewnego siebie, ubranego w elegancki garnitur.

Potem jego spokojny uśmiech, gdy zajął miejsce tuż obok niej.

Meliha.

Mężczyznę, którego kiedyś kochała całym sercem.

Mężczyznę, dla którego gotowa była poświęcić wszystko.

I tego samego człowieka, który złamał jej serce tak boleśnie, że do dziś nie potrafiła pozbierać jego kawałków.

Poczuła znajome ukłucie w piersi i zamknęła oczy.

Wtedy drzwi do pokoju otworzyły się z hukiem.

Sinem drgnęła.

Do środka wpadła Beyza.

Jej twarz była napięta z furii, a oczy błyszczały niebezpiecznie. Kobieta zatrzymała się tuż przed łóżkiem i spojrzała na Sinem z taką nienawiścią, jakby chciała ją zmieść samym wzrokiem.

— Wiesz, że jesteś skończona, prawda? — wycedziła.

Sinem milczała.

— Przyszłam do ciebie po dobroci. Rozmawiałam z tobą jak człowiek. Prosiłam tylko o jeden głos. Jeden jedyny głos! — głos Beyzy stawał się coraz głośniejszy. — Ale ty postanowiłaś mnie zlekceważyć.

Zrobiła krok bliżej.

— Gdyby był remis, Cihan zagłosowałby na mnie. Na mnie! Rozumiesz?! To stanowisko było moje!

Jej palec wystrzelił w stronę Sinem niczym oskarżycielski sztylet.

— Straciłam wszystko przez ciebie!

Sinem nadal siedziała nieruchomo.

— I zapłacisz mi za to — syknęła Beyza. — Niech tylko Cihan wróci do domu. Wtedy zacznie się prawdziwy chaos. Powiem mu wszystko. Chwyci cię za włosy i wyrzuci z tej rezydencji jak śmiecia.

Na ustach Beyzy pojawił się okrutny uśmiech.

— A wtedy już nigdy więcej nie zobaczysz swojej córki.

Te słowa trafiły w Sinem niczym policzek.  Jej spojrzenie momentalnie się zmieniło. Zniknęły smutek i przygnębienie. Pozostała czysta furia.

Powoli podniosła wzrok.

Beyza nie zdążyła nawet zareagować.

Sinem zerwała się z łóżka tak gwałtownie, że kobieta odruchowo cofnęła się o krok. Chwilę później poczuła silny chwyt na swoim ramieniu.

— Co ty…

Nie dokończyła. Sinem z całej siły pchnęła ją na łóżko.

Beyza upadła na materac z okrzykiem zaskoczenia.

W następnej sekundzie Sinem była już nad nią. Jedną dłonią chwyciła ją za włosy i brutalnie odciągnęła jej głowę do tyłu.

— Aaah! — krzyknęła Beyza.

Jej oczy rozszerzyły się z bólu. Ale Sinem nie puściła. Patrzyła na nią z taką wściekłością, że trudno było uwierzyć, że to ta sama cicha i nieśmiała kobieta, którą wszyscy znali.

Nie było w niej ani śladu dawnej uległości.

Ani strachu.

Ani wahania.

— Myślisz, że jestem bezradna, bo milczę? — wycedziła przez zaciśnięte zęby i jeszcze mocniej szarpnęła jej włosy.

Beyza jęknęła.

— Myślisz, że skoro nie krzyczę, niczego nie widzę?

Sinem pochyliła się niżej.

— Że jestem ślepa?

Jej głos drżał od tłumionego gniewu.

— Głucha?

Kolejne szarpnięcie.

— Głupia?

Beyza próbowała się wyrwać, ale bezskutecznie.

— Myślisz, że niczego nie rozumiem?

Sinem patrzyła jej prosto w oczy.

— Myślisz, że nie wiem, co zrobiłaś?

Po raz pierwszy w głosie Beyzy zabrzmiała niepewność.

— O czym ty mówisz?

— Doskonale wiesz, o czym.

Sinem nachyliła się jeszcze bliżej.

— Myślisz, że nie wiem, jak odebrałaś mamie Mukadder rezydencję?

Beyza zesztywniała.

— Co…

— Myślisz, że nie wiem, jak manipulujesz wszystkimi wokół?

W oczach Sinem płonął gniew gromadzony przez długie miesiące.

— Przez cały czas obserwowałam cię i słuchałam. Widziałam więcej, niż ci się wydaje.

Beyza patrzyła na nią w osłupieniu. Po raz pierwszy naprawdę się bała.

Nie tej cichej kobiety, którą zawsze mogła zastraszyć. Nie samotnej matki, którą uważała za słabą.

Bała się kobiety, która właśnie stała nad nią i która najwyraźniej przestała się bać kogokolwiek.

W pokoju zapadła ciężka cisza.

Słychać było jedynie przyspieszone oddechy obu kobiet.

A Beyza po raz pierwszy uświadomiła sobie, że Sinem nie jest już tą samą osobą, którą tak łatwo można było podporządkować sobie groźbami.

Sinem przyciska Beyzę do łóżka i ciągnie ją za włosy.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 133.Bölüm i Gelin 134.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy