„Panna młoda” Odc. 172 – streszczenie
Hancer jeszcze nie zdążyła na dobre otrząsnąć się ze snu. Leżała zwinięta pod kołdrą, gdy ciszę poranka rozdarło gwałtowne walenie do drzwi. Chwilę później usłyszała podniesiony, pełen furii głos Cihana.
— Otwórz te drzwi! Nie zmuszaj mnie, żebym je wyważył! Otwórz albo je rozwalę!
Westchnęła ciężko. Już po samym tonie wiedziała, że nie przyszedł tu po spokojną rozmowę.
Narzuciła na piżamę szlafrok, przeczesała dłonią rozczochrane włosy i zeszła na dół. Kiedy otworzyła drzwi, Cihan niemal od razu przekroczył próg werandy.
Jego twarz była napięta, a oczy ciemne od niewyspania i gniewu.
— Czego chcesz, Cihanie? — zapytała znużonym głosem. — Dlaczego nie pozwalasz mi w spokoju żyć?
Nie odpowiedział na jej pytanie.
— Gdzie jest ten łajdak? — rzucił lodowato.
Hancer natychmiast zesztywniała.
— Uważaj na słowa.
— Co się stało? Uraziłem cię? — zakpił. — W tej chwili go przyprowadź.
— Stoję przed tobą. Powiedz mi, czego chcesz.
— Wczoraj sam powiedział, żebym z nim porozmawiał. Co się teraz zmieniło? Schował się za tobą? — prychnął. — To bardzo do niego podobne.
— Melih taki nie jest. I nie ma go tutaj.
— Ale wróci.
Cihan zrobił krok naprzód.
— Powiedz mu, że ma czas do wieczora. Spakujecie swoje rzeczy i wyniesiecie się z mojego domu.
Hancer aż uniosła podbródek.
— Nigdzie się nie wybieram.
Wbiła w niego twarde spojrzenie.
— To mój dom.
Odwróciła się, chcąc zamknąć drzwi, lecz Cihan błyskawicznie wsunął rękę między framugę a skrzydło. Nim zdążyła zareagować, chwycił ją za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
Po chwili stała oparta plecami o ścianę werandy.
Cihan oparł dłonie po obu stronach jej głowy, odcinając jej drogę ucieczki.
Był tak blisko, że czuła jego przyspieszony oddech.
Przez krótką chwilę patrzyli sobie prosto w oczy.
Hancer próbowała zachować spokój, lecz serce zaczęło bić jej szybciej.
— Jeśli ktoś nie chce mnie widzieć, nie kręci się bez przerwy wokół mnie — powiedział cicho, ale niebezpiecznie. — Powiedz swojemu mężowi, żeby zaczął zachowywać się jak mężczyzna. Niech zadba o własną żonę i wynajmie wam dom zamiast mieszkać tutaj.
Właśnie wtedy na podjeździe rozległ się dźwięk kroków.
Oboje odwrócili głowy.
Melih wracał ze sklepu. W jednej ręce trzymał reklamówkę wypchaną świeżym pieczywem, a pod pachą gazetę. Widząc Cihana stojącego tak blisko Hancer, zatrzymał się na moment, po czym spokojnie ruszył dalej.
— Jesteśmy bardzo zadowoleni z obecnej sytuacji — oznajmił, stając obok nich. — Ale jeśli tobie przeszkadza ten dom, mogę pomóc ci znaleźć inny.
Hancer niemal parsknęła śmiechem, choć sytuacja była daleka od zabawnej.
Cihan powoli odwrócił się do rywala.
— Czy ty próbujesz mnie sprowokować?
— Nie. Martwię się o ciebie.
— O mnie?
— Oczywiście.
Melih wzruszył ramionami.
— W końcu to ty codziennie przychodzisz tutaj zdenerwowany. Jeśli ten dom tak bardzo cię męczy, znajdziemy ci coś spokojniejszego. Z widokiem na morze, może nawet z ogrodem.
Hancer ukryła uśmiech. Twarz Cihana pociemniała jeszcze bardziej.
— Coś knujesz — wycedził. — Żaden normalny mężczyzna nie pozwoliłby, żeby jego żona mieszkała obok byłego męża. Jaki jest twój plan? Co próbujesz osiągnąć?
Melih spojrzał na niego ze spokojem, który tylko bardziej go drażnił.
— Nie mam żadnego planu.
— Nie wierzę ci.
— To twój problem.
Zapadła krótka cisza.
— Może po prostu różnimy się od siebie — dodał Melih. — Ja nie zmuszam Hancer do niczego. Szanuję jej decyzje. Jeśli chce mieszkać tutaj, mieszka tutaj. Jeśli kiedyś będzie chciała odejść, to też będzie jej wybór.
Cihan zaśmiał się krótko.
— Rozumiem. Teraz bezwstydność nazywa się szacunkiem.
Pokiwał głową z udawanym uznaniem.
— Może jeszcze przyjdziesz do rezydencji na kolację?
Jego spojrzenie przesunęło się po znoszonej kurtce Meliha.
— To w końcu jedyna kolacja, na jaką cię stać.
Przez twarz Hancer przemknął cień zażenowania. Melih pozostał jednak niewzruszony.
Cihan przez kilka sekund mierzył go wzrokiem. Potem spojrzał jeszcze na Hancer.
W jego oczach błysnęło coś więcej niż gniew.
Rozczarowanie.
Ból.
A może zazdrość.
Nie powiedział jednak ani słowa. Odwrócił się gwałtownie i odszedł.
Przez chwilę panowała cisza.
Melih westchnął, po czym podał Hancer reklamówkę.
— Kupiłem świeży chleb i simity. Zjedz, póki są ciepłe.
Już miał ruszyć w stronę samochodu, gdy Hancer zatrzymała go gestem.
— A ty?
— Co ja?
— Dokąd idziesz?
— Nie martw się, nie będę go gonił — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Dzwonili ze stacji. Potrzebują kierowcy na kilka godzin. Wrócę przed wieczorem. I jeszcze jedno… nie gotuj dziś kolacji.
Zmarszczyła brwi.
— Dlaczego?
— Bo zjemy na mieście.
— Na mieście?
— Tak.
— Melihu, o czym ty mówisz?
Tajemniczy uśmiech pojawił się na jego ustach.
— Przekonasz się wieczorem.
Po tych słowach odwrócił się i odszedł.


***
Melih był już przy bramie, gdy drogę zastąpiła mu Gulsum.
Kobieta najwyraźniej czekała na niego. Stała pośrodku podjazdu z rękami założonymi na piersi i obserwowała go z trudnym do zniesienia, szyderczym uśmiechem.
— Dzień dobry, panie młody — rzuciła. — Dokąd się tak spieszysz?
Melih zatrzymał się i spojrzał na nią pytająco.
— Do pracy.
— W takim razie nie zajmę ci dużo czasu. Chcę tylko zadać jedno pytanie.
Uśmiech Gulsum jeszcze się poszerzył.
— Czy to dlatego, że nie mam pieniędzy?
Melih zmarszczył brwi.
— Słucham?
— Nie udawaj, że nie rozumiesz.
Kobieta zrobiła krok w jego stronę.
— Właśnie dlatego zainteresowałeś się Sinem, prawda? Młoda wdowa z bogatego domu. Kobieta, która odziedziczyła fortunę po mężu.
Jej głos ociekał jadem.
— A potem pojawiła się Hancer. Udziały w firmie i stary dom… Wszyscy wiedzą, co dostała po rozwodzie.
Melih patrzył na nią bez słowa.
To tylko zachęciło ją do dalszego ataku.
— Muszę przyznać, że jesteś sprytny. Naprawdę sprytny.
Zaśmiała się krótko.
— W końcu polowanie na bogate wdowy i rozwódki jest znacznie bardziej opłacalne niż kręcenie kierownicą taksówki przez cały dzień.
Na jej twarzy pojawił się triumfujący wyraz.
— Gratuluję. Naprawdę ci gratuluję.
Unosząc dłonie, zaczęła bić brawo tuż przed jego twarzą.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Dźwięk klaśnięć odbił się echem od kamiennego podjazdu.
Melih przez chwilę tylko się jej przyglądał.
Spokojnie. Uważnie.
Jak człowiek, który zastanawia się, czy rozmowa ma jeszcze jakikolwiek sens.
W końcu zrobił krok bliżej. Jego głos pozostał cichy, ale spojrzenie nagle stwardniało.
— Gdybyś była mężczyzną, wiedziałbym dobrze, jak zareagować na takie słowa.
Gulsum uniosła podbródek wyzywająco.
— Ale jesteś kobietą — ciągnął. — Dlatego powiem tylko jedno.
Pochylił się lekko w jej stronę.
— Nawet gdybyś miała cały majątek tego świata, nadal byłabyś nie do zniesienia.
Uśmiech zniknął z twarzy Gulsum. Przez moment wyglądała tak, jakby ktoś wymierzył jej policzek.
Melih nie czekał na odpowiedź. Minął ją i ruszył w stronę ulicy.
Kobieta patrzyła za nim z coraz większą wściekłością. Jej dłonie zacisnęły się w pięści.
Jeszcze przed chwilą była pewna, że go upokorzy. Tymczasem to ona została sama pośrodku podjazdu, z twarzą rozgrzaną od gniewu i słowami, których nie potrafiła zapomnieć.



***
Derya pojawiła się w domu Tayyara późnym popołudniem. Gdy tylko przekroczyła próg salonu, Yonca poderwała się z kanapy i rzuciła się jej w ramiona.
Przez chwilę stały tak bez słowa, przytulone do siebie jak dwie przyjaciółki, które nie widziały się całe miesiące, a nie zaledwie kilka dni.
— W końcu jesteś — westchnęła Yonca, odsuwając się niechętnie. — Gdzie byłaś? Czekałam na ciebie tak długo.
— Nawet nie pytaj. — Derya pokręciła głową. — Ostatnio tyle się dzieje, że sama nie nadążam. Dlatego nie mogłam przyjść wcześniej.
Uśmiechnęła się lekko i uniosła reklamówkę.
— Ale zobacz. W końcu jestem. I nie przyszłam z pustymi rękami.
Usiadła na turkusowej kanapie i postawiła torbę na stoliku.
— Przyniosłam ci świeże owoce.
— Nie musiałaś.
— Musiałam. Wyglądasz, jakbyś od tygodnia nic nie jadła.
Yonca uśmiechnęła się blado.
W tym momencie w drzwiach pojawił się Tayyar. Spojrzał na obie kobiety, po czym poprawił marynarkę.
— Skoro macie swoje babskie pogaduszki, ja wyjdę.
— Dokąd? — zapytała Yonca.
— Do pubu. Wrócę później.
Po chwili drzwi wejściowe zamknęły się za nim. Derya odprowadziła go wzrokiem.
— Czy on jest przy tobie przez cały czas?
Yonca wzruszyła ramionami.
— Prawie.
— Coś się między wami wydarzyło?
— Nie.
— Yonca…
— Naprawdę nic.
— W takim razie dlaczego zachowujecie się tak dziwnie?
Przez moment Yonca milczała. Potem sięgnęła za kanapę i wyciągnęła niewielki laktator.
Derya natychmiast spoważniała.
— Co to jest?
— Wiesz doskonale.
— Czy to urządzenie do odciągania mleka?
Yonca skinęła głową.
— Widziałam swoje dziecko.
Derya zamarła.
— Co?!
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
— Co ty powiedziałaś?
— Widziałam mojego syna.
— Gdzie?
— W miejscu, w którym mieszka…
— Boże…
Derya aż poderwała się z miejsca.
— Nie mów mi, że poszłaś tam sama.
— Poszłam.
— Czy ty oszalałaś?
— Musiałam.
W oczach Yoncy pojawił się znajomy ból.
— Tak bardzo za nim tęskniłam, że nie mogłam już wytrzymać.
— A gdyby ktoś cię zobaczył?
— Nie obchodziło mnie to.
Derya usiadła z powrotem.
— Opowiedz mi wszystko.
Yonca zacisnęła dłonie na laktatorze.
— Poszłam tam nocą. Wszyscy byli już w swoich pokojach. Weszłam po cichu do środka…
Na moment zadrżał jej głos.
— I zobaczyłam go.
Przed oczami znów stanęła jej maleńka twarz.
— Był taki malutki.
Po policzku spłynęła jej łza.
— Wiesz, że on ciągle płacze?
Derya zmarszczyła brwi.
— Co masz na myśli?
— Płacze bez przerwy. Nie chce jeść. Jest niespokojny.
— Boże…
— Dziecko bez matki jest samotne, nawet jeśli otaczają je ludzie.
Yonca otarła policzek.
— Ale kiedy wzięłam go na ręce…
Jej głos złagodniał.
— Rozpoznał mnie.
— Skąd możesz to wiedzieć?
— Bo od razu się uspokoił.
W jej oczach pojawiło się wzruszenie.
— Wtulił się we mnie i przestał płakać.
Derya przez chwilę nic nie mówiła.
— A potem?
— Nakarmiłam go.
— Co?
— Nakarmiłam własnego syna.
— Yonca…
— Następnej nocy wróciłam tam znowu.
— Zwariowałaś.
— Może.
— To cud, że nikt cię nie złapał.
— Wiem.
— Weszłaś tam jak złodziejka.
— Jeśli trzeba było zostać złodziejką, żeby przytulić własne dziecko, to nią zostałam.
Derya przejechała dłonią po przedramieniu.
— Przysięgam, aż mam gęsią skórkę.
Yonca spojrzała na laktator.
— Teraz odciągam mleko, żeby go nie stracić.
Derya westchnęła ciężko.
— Rozumiem. Tayyar zobaczył to. Jest mężczyzną, ale nie jest głupi. Na pewno połączył fakty.
Yonca spuściła wzrok.
— Nie dam rady tak żyć.
— Yonca…
— Nie dam rady być z dala od niego.
W jej głosie pojawiła się desperacja.
— Muszę odzyskać mojego syna.
Derya chwyciła ją za ręce.
— Nie możesz. Uratowałam ci życie. Wiesz, ile ryzykowałam?
— Wiem.
— Więc nie pakuj się znowu w kłopoty.
— Nie rozumiesz…
— Rozumiem więcej, niż myślisz.
Derya wstała gwałtownie.
— Ale nie pomogę ci w tym.
Sięgnęła po torebkę.
— Nie będę uczestniczyć w kolejnym szaleństwie.
— Deryo…
— Nie.
Bez słowa więcej ruszyła do wyjścia. Po chwili w domu zapanowała cisza.
Yonca została sama. Powoli podciągnęła nogi na kanapę i objęła kolana ramionami. Oparła skroń o dłoń, jakby nagle zabrakło jej sił, by utrzymać głowę prosto.
Patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.
Jej oczy były zaczerwienione i pełne łez, ale nie płakała. Wyglądała raczej na kogoś całkowicie wyczerpanego walką, która nie miała końca.
Na jej twarzy malował się smutek, tęsknota i bezradność.
Miała wrażenie, że cały świat oczekuje od niej cierpliwości, podczas gdy ona z każdym dniem coraz bardziej tęskniła za własnym dzieckiem.
I właśnie ta tęsknota bolała najbardziej.

***
Melih wrócił do starego domu wieczorem. Wszedł na piętro z dużą papierową torbą w ręce. Wyglądał na zadowolonego z siebie, jakby właśnie dopiął na ostatni guzik jakiś plan.
Hancer stała przy różowej sofie ustawionej pod wysokimi oknami. Wciąż była ubrana w domowy strój i miękkie kapcie. Wyraźnie nie miała zamiaru nigdzie wychodzić.
Melih zatrzymał się na środku pokoju i spojrzał na nią ze zdziwieniem.
— Dlaczego nie jesteś jeszcze gotowa?
— Do czego?
— Jak to do czego? — uniósł brwi. — Powiedziałem ci rano, że wieczorem wychodzimy na kolację.
Hancer westchnęła ciężko.
— Melihu, nie musimy wydawać pieniędzy na restauracje. Przygotowałam kolację w domu.
— Ale to byłoby bardzo niegrzecznie z naszej strony odmówić zaproszenia.
Hancer spojrzała na niego podejrzliwie.
— Jakiego zaproszenia?
— Pana Cihana.
Przez chwilę w pokoju panowała cisza.
— Słucham?
— Sama słyszałaś. Zaprosił nas na kolację.
Hancer pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Ten żart naprawdę nie jest śmieszny.
— Ale ja nie żartuję.
Uniósł torbę.
— Kupiłem nawet ciasto. Nie wypada przecież iść z pustymi rękami.
Na twarzy Hancer pojawił się wyraz kompletnego osłupienia.
— Czy ty oszalałeś?
— Jeszcze nie.
— Nie zamierzam iść do rezydencji.
— Dlaczego?
— Naprawdę pytasz dlaczego?
Odwróciła się i zrobiła kilka kroków w stronę kanapy.
— Po wszystkim, co się wydarzyło?
— Właśnie dlatego.
— Nie.
Usiadła demonstracyjnie na sofie i założyła ręce na piersi.
— Nigdzie nie idę.
Melih przyglądał jej się przez chwilę, po czym odłożył torbę i spokojnie usiadł obok niej.
— Musimy to zrobić.
— Nie musimy.
— Musimy. Cihan zaczyna coś podejrzewać.
Słysząc to, natychmiast spoważniała.
— O czym mówisz?
— O nas.
— Przecież niczego nie wie.
— Jeszcze nie.
Melih oparł łokcie na kolanach.
— Ale zauważył, że coś się nie zgadza.
Przypomniał sobie poranną wizytę Cihana.
Jego gniew. Pytania. Rosnącą podejrzliwość.
— Dziś przyszedł tutaj i otwarcie nam zagroził. Nie zrobił tego dlatego, że chce odzyskać dom.
Hancer milczała.
— Zrobił to, bo szuka odpowiedzi.
— Melihu…
— Posłuchaj mnie.
Odwrócił się w jej stronę.
— Jeśli teraz zaczniemy się chować, unikać go i uciekać od każdej konfrontacji, tylko utwierdzimy go w przekonaniu, że coś ukrywamy.
Hancer spuściła wzrok. W głębi duszy wiedziała, że ma rację.
— A jeśli pójdziemy?
— Wtedy pokażemy mu, że niczego się nie boimy.
— Niczego?
W jej głosie pobrzmiewała gorycz.
— Ja boję się bardzo wielu rzeczy.
Melih złagodniał.
— Wiem.
Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.
— Ale właśnie dlatego nie możemy się wycofać.
Hancer zacisnęła dłonie.
— Nie chcę go widzieć.
— Ja też nie mam na to ochoty.
Na jego ustach pojawił się blady uśmiech.
— Uwierz mi, istnieje wiele przyjemniejszych sposobów spędzania wieczoru.
Mimo napięcia Hancer parsknęła cicho.
— Więc dlaczego to robimy?
— Bo to może być nasza jedyna szansa.
— Szansa na co?
— Żeby przekonać wszystkich, że jesteśmy gotowi na wszystko.
Wstał i podał jej rękę.
— Jeśli nie zrobimy tego teraz, później może być za późno.
Hancer spojrzała na wyciągniętą dłoń, a potem na jego twarz.
Wciąż miała wątpliwości. Wciąż czuła strach.
Ale wiedziała, że jeśli chcą utrzymać ich misternie zbudowane kłamstwo, być może rzeczywiście muszą wejść prosto do paszczy lwa.

***
Melih i Hancer stanęli przed drzwiami rezydencji.
Wieczorne światła sączące się przez ozdobne szyby rzucały ciepły blask na marmurowy hol po drugiej stronie. Dla Hancer ten widok był jednocześnie znajomy i obcy. Jeszcze kilka miesięcy temu była pełnoprawną mieszkanką tego miejsca. Teraz stała przed wejściem jak gość, a może nawet intruz.
Nerwowo ścisnęła pasek czarnej torebki przewieszonej przez ramię.
— Wciąż możemy wrócić — szepnęła.
Melih spojrzał na nią z ukosa.
— Nie możemy.
W jego głosie nie było wahania.
— Przykro mi, Hancer, ale musimy to zrobić.
Delikatnie ujął jej dłoń. Jej palce były zimne.
— Jestem przy tobie.
Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. Hancer nabrała głęboko powietrza i skinęła głową.
Melih wyciągnął rękę do ciężkiej, srebrnej kołatki i kilka razy uderzył nią o drzwi.
Dźwięk rozniósł się po całym domu.
Po chwili drzwi otworzyły się.
W progu stanął Cihan.
Elegancki garnitur, nienaganna fryzura i chłodny wyraz twarzy sprawiały, że wyglądał jak gospodarz przyjmujący ważnych gości. Jednak wystarczył jeden moment, by cała ta pewność siebie pękła.
Zobaczył Hancer.
Potem Meliha.
A na końcu ich splecione dłonie.
Zamarł.
Przez kilka długich sekund nie powiedział ani słowa.
Jego wzrok przesuwał się między ich twarzami, jakby próbował upewnić się, że naprawdę widzi to, co widzi. Mięśnie szczęki napięły się niebezpiecznie, a w oczach pojawił się błysk niedowierzania.
Hancer poczuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej.
Cihan wyglądał tak, jakby ktoś właśnie wymierzył mu policzek. Wreszcie odzyskał głos.
— Wy…
Nie zdążył jednak dokończyć.
Z głębi domu niemal natychmiast nadbiegła Fadime. Gdy tylko dostrzegła stojącą w drzwiach parę, jej twarz pobladła, a potem poczerwieniała z oburzenia.
— Co wy tutaj robicie?!
Jej głos odbił się echem od ścian holu.
— Jak śmiesz tu przychodzić?!
Utkwiła gniewne spojrzenie w synu, jakby to on był głównym źródłem nieszczęścia.
Melih jednak ani drgnął. Trzymając torbę z ciastem, odpowiedział z uprzejmym spokojem:
— Pan Cihan zaprosił nas na kolację.
Uniósł lekko papierową torbę.
— Przyszliśmy zgodnie z zaproszeniem. Przynieśliśmy też deser.
Na twarzy Fadime pojawił się wyraz absolutnego niedowierzania.
Tymczasem Cihan nadal patrzył na nich w milczeniu.
Na ich splecione dłonie.
Na spokojną twarz Meliha.
Na Hancer stojącą u jego boku.
W końcu gorzki uśmiech wykrzywił jego usta.
— Niewiarygodne…
Pokręcił głową.
— Naprawdę jesteście bezczelni.
Melih wzruszył lekko ramionami.
— Odpowiedzieliśmy tylko na twoje zaproszenie.
Przez chwilę wydawało się, że Cihan wyrzuci ich za drzwi. W jego oczach buzowała złość.
Jednak właśnie dlatego nie mógł tego zrobić.
Melih doskonale o tym wiedział.
Jeśli teraz odmówiłby wejścia, wyglądałoby to tak, jakby sam nie panował nad sytuacją.
Cihan zacisnął szczęki.
— Skoro już tu jesteście…
Zrobił krok w bok.
— Wejdźcie.
Fadime odwróciła się do niego gwałtownie.
— Panie Cihanie!
Nie mogła uwierzyć własnym uszom.
— Chcesz ich wpuścić do domu?
— Oczywiście.
W jego głosie pojawił się chłód, od którego nawet ona umilkła.
Cihan nie spuszczał wzroku z Meliha.
— Skoro nasi goście zadali sobie tyle trudu, żeby przyjść, zjedzmy razem kolację.
Między dwoma mężczyznami zawisło napięcie tak gęste, że niemal można było je dotknąć.
Melih odpowiedział mu spokojnym spojrzeniem. Ani na moment nie odwrócił wzroku.
Hancer miała wrażenie, że właśnie rozpoczęła się kolejna bitwa. Tyle że tym razem polem walki miał być stół w jadalni.
Razem z Melihem przekroczyła próg rezydencji.
Fadime obserwowała ich z szeroko otwartymi oczami, jakby oglądała najgorszy możliwy koszmar.
— Ale panie Cihanie…
— Fadime.
Ton jego głosu nie pozostawiał miejsca na sprzeciw.
— Przygotuj jeszcze dwa nakrycia.
Kobieta zamilkła.
A Hancer poczuła, że najtrudniejsza część tego wieczoru dopiero się zaczyna.



***
Przy długim stole nakrytym do kolacji siedzieli już Mukadder, Nusret i Beyza. Na środku stały półmiski z potrawami, karafki z wodą i talerze przygotowane dla domowników. Atmosfera była spokojna — przynajmniej do chwili, gdy w pomieszczeniu pojawiła się nieoczekiwana para.
Beyza właśnie podniosła się z krzesła, zaciekawiona zamieszaniem przy wejściu. Kiedy zobaczyła Hancer i Meliha, dosłownie zamarła.
Jej twarz pobladła. Przez moment wyglądała tak, jakby przestała rozumieć, co dzieje się wokół niej.
Nusret i Mukadder również dostrzegli niespodziewanych gości. Oboje śledzili ich wzrokiem, nie kryjąc zaskoczenia.
Przy stole zapadła ciężka cisza.
— Dobry wieczór — odezwał się Melih z uprzejmym spokojem.
Nikt nie odpowiedział.
Pierwszy odzyskał głos Nusret. Z hukiem odłożył sztućce.
— Co za bezczelność! — grzmotnął. — Co wy tutaj robicie? Jakim prawem przyszliście do tego domu?
— Pan Cihan nas zaprosił — odparł Melih.
Beyza natychmiast odwróciła się do męża.
— Cihanie… to prawda?
W jej głosie pobrzmiewało niedowierzanie.
Cihan stał kilka kroków za gośćmi, oparty dłonią o oparcie krzesła.
— Tak — odpowiedział chłodno. — Zaprosiłem ich na kolację.
— Oszalałeś?!
Mukadder gwałtownie wyprostowała się na krześle. Choć po udarze mówiła wolniej niż dawniej, w jej głosie nadal pobrzmiewała dawna stanowczość.
— Synu, czy ty naprawdę postradałeś rozum? Co oni robią w naszym domu? Nie zamierzam siedzieć przy jednym stole z tymi ludźmi!
Beyza spojrzała na Hancer z mieszaniną gniewu i pogardy.
— Wiedziałam, że jesteś fałszywa — powiedziała lodowatym tonem. — Wiedziałam, że potrafisz zranić człowieka. Ale nie przypuszczałam, że możesz upaść aż tak nisko.
Jej usta drgnęły w gorzkim uśmiechu.
— Nie mam ci już nic do powiedzenia. Jesteś po prostu żałosna.
Hancer poczuła, jak zaciskają się jej szczęki, ale milczała.
Melih natomiast nawet nie zmienił wyrazu twarzy. Uniósł papierową torbę.
— Przynieśliśmy deser. Nie chcieliśmy przychodzić z pustymi rękami.
Fadime, która właśnie weszła do jadalni, niemal wyrwała mu torbę z dłoni. Odwróciła się na pięcie i zniknęła w kuchni.
Beyza nadal nie mogła oderwać wzroku od męża.
— Co to ma znaczyć, Cihanie? — zapytała. — Kogo zapytałeś o zdanie, zanim ich zaprosiłeś? Myślisz, że mam ochotę gościć twoją byłą żonę i jej nowego męża?
— Nikt cię do tego nie zmusza — odpowiedział chłodno.
Jego ton był tak zimny, że nawet Mukadder spojrzała na niego z zaskoczeniem.
— Jeśli ci się nie podoba, możesz zjeść kolację w swoim pokoju.
Beyza otworzyła usta, ale zabrakło jej słów.
Cihan odsunął krzesło i usiadł. Dopiero wtedy Melih i Hancer zajęli miejsca po przeciwnej stronie stołu.
Nikt ich nie zaprosił. Nikt nie wskazał im krzeseł.
A jednak usiedli tak, jakby mieli do tego pełne prawo.
Przy stole ponownie zapadła cisza.
Cihan siedział nieruchomo, wpatrując się w talerz. Ale jego myśli były daleko stąd.
Otworzyłem przed tobą serce.
Oddałem ci wszystko.
I co dostałem w zamian?
Powoli podniósł wzrok na Hancer.
Czy wbicie mi noża w plecy nie wystarczyło?
Będziesz zadowolona dopiero wtedy, kiedy całkowicie mnie zniszczysz?
— Mam nadzieję, że nie zajęliśmy niczyjego miejsca — odezwał się nagle Melih.
Jego głos wyrwał wszystkich z milczenia.
Beyza zaśmiała się krótko.
Był to śmiech pozbawiony choćby odrobiny rozbawienia.
— Nie martw się.
Spojrzała wymownie na Hancer.
— Hancer doskonale wie, kto gdzie siedzi przy tym stole.
Przytyk był oczywisty.
Hancer spuściła wzrok. Przez krótką chwilę wróciły wspomnienia.
Dziesiątki wspólnych posiłków z Cihanem. Rozmowy. Śmiech. Marzenia o przyszłości.
Wszystko należało już do przeszłości.
— Dość tego!
Nusret uderzył dłonią w stół.
— To wszystko przekracza granice!
Odwrócił się do Cihana.
— Zaprosiłeś do domu swoją byłą żonę i jej męża, podczas gdy pod tym samym dachem mieszka twoja obecna żona i wasze dziecko! Sam widzisz, jak to wygląda!
— Wujku — odezwał się Cihan lodowato — jesteś tutaj gościem. Pamiętaj o tym i waż słowa.
Nusret prychnął.
— Jeśli ktoś powinien nauczyć się właściwego zachowania, to na pewno nie ja.
Powoli odsunął się od stołu.
— Nie zamierzam dłużej oglądać tego przedstawienia.
Wtedy odezwała się Hancer. Jej głos był spokojny, ale kryła się w nim nagromadzona przez wiele miesięcy gorycz.
— Przedstawienia?
Wszyscy spojrzeli w jej stronę.
— Ja przez miesiące oglądałam wasze przedstawienie.
Nusret zesztywniał.
— Wszyscy odegraliście swoje role perfekcyjnie.
Jej wzrok zatrzymał się na Beyzie.
— Ty weszłaś do mojego domu jako kuzynka Cihana.
Beyza pobladła.
— A wszyscy tutaj doskonale wiedzieli, kim naprawdę jesteś.
Następnie spojrzała na Nusreta.
— Pamiętasz dzień zaręczyn?
Mężczyzna odwrócił wzrok.
— Założyłeś mi pierścionek na palec. Uśmiechałeś się. Składałeś życzenia. Udawałeś człowieka, który dobrze mi życzy.
Nusret zacisnął szczęki.
— Twój występ był naprawdę godny podziwu.
Przy stole zapadła grobowa cisza.
— Dlatego nie masz prawa patrzeć na kogokolwiek z góry.
Melih ukrył uśmiech. Patrzył na Hancer z rosnącą dumą.
Właśnie tak.
Nie pozwól im się zastraszyć.
Nie jesteś już sama.
Nusret w końcu westchnął ciężko.
— Wygląda na to, że przyszłaś tutaj, żeby zakłócić spokój naszej rodziny.
— Waszej rodziny? — powtórzyła Hancer.
— Tak. Naszej rodziny.
W jego głosie zabrzmiała wyższość.
— Ale nie damy ci tej satysfakcji. Wręcz przeciwnie. Będziemy siedzieć przy tym stole razem. Jak rodzina.
Spojrzał na nią twardo.
— A ty z każdym kolejnym kęsem będziesz coraz lepiej rozumiała, że nigdy nie byłaś godna tego miejsca.
Po tych słowach przy stole znów zapadła cisza.


***
Derya i Tayyar stali naprzeciwko siebie na spokojnej, osiedlowej ulicy. Wokół panowała cisza. Nad dachami domów wisiały ciężkie, ołowiane chmury, a chłodny wiatr poruszał gałęziami niemal nagich drzew. W oddali nie było widać żywej duszy.
— Dlaczego tak na mnie patrzysz? — zapytała, marszcząc brwi. — Czy Nusret nie jest ojcem tego dziecka? Jeśli Yonca jest jego matką, a Nusret ojcem, to nie uważasz, że rozdzielenie ich jest okrutne?
Tayyar spojrzał na nią uważnie.
— Yonca ci to powiedziała?
Derya skinęła głową. Na twarzy Tayyara pojawił się gorzki uśmiech.
— Wydawałaś się mądrą kobietą, a jednak dałaś się nabrać.
— W takim razie przestań mówić zagadkami i powiedz mi prawdę.
Mężczyzna zrobił krok bliżej i ściszył głos, jakby obawiał się, że ktoś może ich usłyszeć.
— Dziecko nie jest Nusreta.
Derya zamarła.
— Co?
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
— Nie jest jego? To dlaczego ściga Yoncę? Dlaczego zabrał jej dziecko?
Tayyar westchnął ciężko.
— Bo go potrzebuje. Nie dla siebie, ale dla swojej córki. Beyza jest żoną bogatego człowieka, ale nie może mieć dzieci. Dlatego razem z Nusretem wymyślili plan.
Derya patrzyła na niego w milczeniu.
— Jaki plan?
— Miesiącami udawała ciążę. Oszukiwała wszystkich dookoła. A kiedy Yonca urodziła dziecko, zabrali jej syna i przedstawili go jako własne dziecko Beyzy.
Przez chwilę słychać było jedynie szum wiatru.
— Nie… — wyszeptała Derya. — To niemożliwe.
— A jednak. To właśnie zrobili.
Derya cofnęła się o krok, jakby słowa Tayyara uderzyły ją fizycznie.
— C-co ty mówisz?
— Ojciec i córka postanowili zrobić z tego chłopca dziedzica rodziny Develioglu. Na pewno słyszałaś o tym nazwisku.
Derya automatycznie pokręciła głową.
— Nie… nigdy.
Ale jej myśli pędziły już w zupełnie innym kierunku.
Więc syn Yoncy jest teraz w rękach Develioglu…
Czy naprawdę zamierzają uczynić swoim dziedzicem dziecko, które nie ma z nimi żadnych więzów krwi?
Rozumiem, że dla Beyzy nie ma to znaczenia, ale Mukadder? Jak mogła się na to zgodzić?
— Teraz rozumiesz? — odezwał się ponownie Tayyar.
Jego twarz stwardniała.
— Sama widziałaś, do czego są zdolni. Dla realizacji swojego planu owinęli Yoncę w dywan i zakopali ją żywcem.
Derya pobladła.
— Boże…
— Dlatego mówię ci, żebyś była ostrożna. Jeśli Yonca popełni choć najmniejszy błąd, oni jej nie oszczędzą. A jeśli my znajdziemy się na ich drodze…
Urwał i spojrzał jej prosto w oczy.
— My też będziemy skończeni.
Słowa zawisły między nimi niczym groźba. Derya poczuła, jak po plecach przebiega jej zimny dreszcz. Po raz pierwszy uświadomiła sobie, że historia Yoncy nie jest tylko osobistym dramatem.
To była wojna z ludźmi, którzy nie cofną się przed niczym.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 126.Bölüm i Gelin 127.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






