Panna młoda odc. 211: Beyza przykuta do rury! Cihan zamyka ją w kotłowni!

Beyza siedzi na wiklinowym krześle w kotłowni. Na jej nadgarstku zamknięta jest obręcz kajdanki. Przed nią kuca Cihan.

„Panna młoda” Odc. 211 — streszczenie

Nusret i Beyza odzyskali wolność. Wyszli z budynku komisariatu razem, ale nie było w tym ani ulgi, ani spokoju. Za ich plecami wciąż kręcili się policjanci, a przed wejściem stały radiowozy z niebieskimi pasami. Szary gmach posterunku, chłodne powietrze i puste spojrzenia mijanych funkcjonariuszy przypominały im, że nie wyszli stamtąd jako niewinni ludzie, lecz jako ci, którym jedynie na chwilę poluzowano kajdany.

Beyza szła obok ojca spięta i blada. W dłoni ściskała niewielką torebkę, jakby to była ostatnia rzecz, nad którą miała jeszcze jakąkolwiek kontrolę. Nusret mówił szybko, półgłosem, nie przestając rozglądać się na boki.

– Nasze walizki są już w samochodzie. Możemy od razu jechać – oznajmił. – Prawnik wyczarterował samolot na fałszywe nazwisko. Wystarczy, że przekroczymy granicę, a potem wszystko pójdzie gładko.

Przeszli przez plac przed komisariatem. Beyza dopiero po chwili dostrzegła samochód zaparkowany nieopodal. A obok niego Cihana.

Stał spokojnie, w czarnym płaszczu, z twarzą tak zimną i nieprzeniknioną, że Beyzie na moment zabrakło tchu. Nie wyglądał jak mąż, który przyszedł po żonę. Wyglądał jak człowiek, który sam wydał już wyrok.

– Wypuścili was, więc przyszedłem was powitać – powiedział bez cienia uśmiechu. Potem przeniósł wzrok na Beyzę. – Wsiadaj do samochodu.

Jego głos był twardy, suchy, nieznoszący sprzeciwu. Beyza patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Co?

– Od tej chwili trafisz do nowego więzienia – oznajmił Cihan. – A ja będę twoim strażnikiem.

Nusret natychmiast zrobił krok do przodu.

– O czym ty mówisz? – warknął. – Najpierw wsadziłeś nas do aresztu, a teraz chcesz zabrać moją córkę do swojego domu? Nie tak szybko, panie Cihanie. Nie oddam ci jej. Chodź, Beyza. Idziemy.

– Nigdzie nie idziecie.

Cihan chwycił Beyzę za ramię i zatrzymał ją przy sobie. Dziewczyna zamarła, a Nusret spojrzał na niego z narastającą wściekłością.

– Co się stało, wujku? – zapytał Cihan chłodno. – Myślałeś, że uciekniesz z Beyzą, zanim zostaną ogłoszone wyniki badań?

– Nie jesteśmy winni. Dlaczego mielibyśmy uciekać? – odparł Nusret, natychmiast przybierając ton człowieka skrzywdzonego i niesłusznie oskarżonego. – Posłuchaj mnie. Hancer wymyśliła to wszystko tylko po to, żeby do ciebie wrócić. Oczerniła nas, wciągnęła w to nawet Engina. Chce zniszczyć dom mojej córki swoimi kłamstwami. Jesteś mądrym człowiekiem, nie wpadaj w jej pułapkę.

Cihan nawet nie drgnął. W jego oczach pojawiło się jedynie zmęczenie i pogarda.

– Wujku, nie próbuj udawać sprytniejszego, niż jesteś. Wiem, co robię. Beyza zostanie w rezydencji do czasu ogłoszenia wyników. Później sędzia zdecyduje, gdzie trafi.

– Kiedy tylko przyjdą wyniki, zapłacisz mi za wszystko! – zagroził Nusret, unosząc palec.

– Jeszcze nic ci nie zrobiłem – odparł Cihan. – Wyszliście na wolność tylko dlatego, że wpłaciłem za was kaucję.

Nusret zamilkł na sekundę. Na jego twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie.

– Co ty wygadujesz? Mój prawnik się tym zajął.

– Twój prawnik nie zrobił nic. Gdybym nie zapłacił, nadal gnilibyście w środku.

Beyza zamarła. W spojrzeniu Cihana nie było ani troski, ani współczucia. Była tylko zimna pewność człowieka, który postanowił od tej chwili kontrolować każdy jej krok.

– Powiedziałem sobie, że na moją żonę czeka dziecko, którym musi się zająć. Niedawno urodziłaś, prawda? – Jego głos stał się jeszcze ostrzejszy. – Czy w ogóle o nim pomyślałaś? Yonca przewróciła cały komisariat do góry nogami z powodu dziecka. Ty nawet o nie nie zapytałaś.

Beyza nie odpowiedziała. Jej milczenie było głośniejsze niż każde kłamstwo, które mogłaby teraz wymyślić.

– Komu mam wierzyć? – ciągnął Cihan. – Kto jest jego prawdziwą matką? Ty czy Yonca?

Przez chwilę nikt się nie odezwał. W oddali policjanci rozmawiali przy radiowozie, ktoś przechodził przez plac, ale dla nich czas jakby stanął w miejscu.

– Gra skończona – powiedział Cihan. Pociągnął Beyzę w stronę samochodu. – Od teraz będziesz w rezydencji pod moim nadzorem. Jasne? A jeśli nie chcesz zostawiać córki samej, wujku, możesz przyjechać razem z nami. Mamy wystarczająco dużo wolnych pokoi.

Beyza, przestraszona i całkowicie wytrącona z równowagi, wsiadła na tylną kanapę. Cihan zajął miejsce po drugiej stronie. Drzwi samochodu zamknęły się ciężko, jak kraty celi.

Kierowca uruchomił silnik i auto odjechało sprzed komisariatu.

Nusret został sam na parkingu. Patrzył za samochodem, który zabierał jego córkę, i zaciskał szczęki. Po raz pierwszy od dawna nie był pewien, jaki powinien wykonać następny ruch. Mógł uciec i ratować własną skórę. Mógł też spróbować znaleźć sposób, by ocalić ich oboje.

Jedno było pewne: Cihan nie zamierzał już wierzyć w ani jedno ich słowo.

***

W starym domu rozległ się dzwonek do drzwi.

Hancer, która od dłuższej chwili nie potrafiła znaleźć sobie miejsca, zbiegła szybko na dół. Serce zabiło jej mocniej, zanim jeszcze nacisnęła klamkę. Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła Cihana stojącego na progu. Miał na sobie długi, beżowy płaszcz, dłonie trzymał wsunięte w kieszenie, a na jego twarzy malowało się napięcie, którego nie umiał ukryć.

— Co się stało? — zapytała od razu, niemal bez tchu. — Wyniki już przyszły?

Cihan przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. Dopiero po kilku sekundach podniósł wzrok.

— Porozmawiajmy na górze.

Weszli do salonu. Jasne światło sączyło się przez firanki, padając na różową kanapę i jasną podłogę. Hancer zatrzymała się naprzeciwko niego. Nerwowo splatała i rozplatała palce, jakby od tego zależało, czy zdoła utrzymać się na nogach.

— Otrzymałeś wyniki? — zapytała ponownie. Nie potrafiła dłużej czekać.

Cihan patrzył na nią jeszcze przez chwilę, a potem powiedział cicho:

— Dziecko nie jest dzieckiem Beyzy. Nic już mnie z nią nie łączy. Ten koszmar się skończył. Cokolwiek mi teraz powiesz, uwierzę. Powiedz tylko, że między tobą a Melihem nic nie ma.

Hancer wypuściła powietrze z płuc, jakby przez wiele dni wstrzymywała oddech.

— Między nami nic nie ma. Nigdy nie było — wyznała z drżeniem w głosie. — Melih ożenił się ze mną tylko po to, żeby mi pomóc.

Cihan zrobił krok w jej stronę. Powoli, z ogromną ostrożnością, położył dłoń na jej zaokrąglonym brzuchu.

— Skoro tak, to dziecko…

Oczy Hancer napełniły się łzami.

— Jest nasze. Moje i twoje. Otworzyłam oczy przy tobie i zamknę je przy tobie. To ty jesteś właścicielem mojego serca.

Na twarzy Cihana pojawił się uśmiech, którego Hancer tak dawno u niego nie widziała. W jego oczach zakręciły się łzy.

— Hancer, moja ukochana… — wyszeptał. — Nie wiesz, jak bardzo mnie uszczęśliwiłaś.

Objął ją mocno, a potem uniósł w ramionach i obrócił z radości. Przez krótką chwilę wszystko wydawało się jasne, proste i uratowane. Jakby cały ból, wszystkie kłamstwa i rozstania zostały daleko za nimi.

Wtedy na schodach rozległy się kroki.

Do salonu weszła Beyza. Nie pasowała do tego obrazu szczęścia. Była jak cień, który nagle padł na jasny dzień. W jej oczach nie było już dumy ani maskowanej pewności siebie. Była tylko nienawiść.

Za plecami ściskała długi nóż.

— Myślałeś, że po prostu mnie zostawisz i będziesz z nią szczęśliwy? — zapytała, patrząc prosto na Cihana.

Pokręciła głową, jakby nie mogła pogodzić się z tym, co widzi. W następnej sekundzie rzuciła się naprzód.

Ostrze wbiło się w brzuch Hancer.

Kobieta zachwiała się i osunęła na kanapę. Jej twarz w jednej chwili pobladła.

— Moje dziecko… — wyszeptała, chwytając się za brzuch. — Moje dziecko…

***

— Hancer… Otwórz oczy. Jestem tutaj. Obudź się, Hancer.

Głos dochodził do niej jak z bardzo daleka.

Nagle poderwała się z kanapy.

— Moje dziecko! — krzyknęła przerażona.

Oddychała szybko i płytko. Czoło miała mokre od potu, a oczy szeroko otwarte ze strachu. Drżącą dłonią natychmiast dotknęła brzucha.

Nie było noża. Nie było krwi. Nie było Beyzy.

Był tylko Melih, który klęczał przy niej i patrzył z niepokojem.

— Nic ci nie jest — powiedział łagodnie. — Wszystko dobrze. To był tylko zły sen.

Hancer powoli rozejrzała się po salonie. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nadal znajduje się w starym domu. Serce jednak wciąż biło jej tak mocno, jakby koszmar naprawdę wydarzył się przed chwilą.

Podniosła się i usiadła. Melih zajął miejsce obok niej.

— Boże… — wyszeptała. — To było takie realne. Powiedziałam wszystko Cihanowi. Powiedziałam mu, że dziecko jest jego. Byliśmy szczęśliwi. Naprawdę szczęśliwi. A potem przyszła Beyza… Miała nóż. Wbiła mi go w brzuch. Bałam się, że coś stało się dziecku.

Głos jej się załamał. Położyła obie dłonie na brzuchu, jakby chciała osłonić swoje nienarodzone dziecko przed całym światem.

— Boże, proszę… Niech ten koszmar wreszcie się skończy.

Melih patrzył na nią z troską.

— Wytrzymaj jeszcze trochę. Wkrótce wszystko się wyjaśni. Ty i Cihan będziecie mogli wspólnie wychowywać wasze dziecko. Idź do pokoju i spróbuj odpocząć.

Hancer pokręciła głową.

— Nie ma mowy, żebym zasnęła, dopóki wyniki nie będą znane.

— Nie martw się. Yonca wszystko wyznała. Engin też pilnuje sprawy. Wkrótce nie będzie już żadnej przeszkody między tobą a Cihanem.

— Boję się, że coś pójdzie nie tak — przyznała cicho. — Nie ufam ojcu Beyzy. Obawiam się, że znajdzie sposób, żeby nas rozdzielić.

Melih sięgnął po dzbanek i nalał wodę do szklanki. Chciał jej ją podać, ale nagle zamarł. Jego spojrzenie powędrowało ku oknu.

Przez firankę dostrzegł podjazd rezydencji. Przed wejściem zatrzymał się samochód Cihana. Mężczyzna wysiadł, obszedł auto i otworzył tylne drzwi. Chwilę później pojawiła się Beyza. Melih odwrócił się do Hancer.

— Spójrz.

Hancer podeszła do okna. Zobaczyła, jak Cihan prowadzi Beyzę w stronę rezydencji. Trzymał ją blisko siebie, zdecydowanie, jak ktoś, kto nie zamierza już ufać przypadkowi.

— Tym razem nie będzie jej łatwo — powiedział Melih. — Cihan przywiózł Beyzę do rezydencji, żeby mieć ją na oku. Nie zamierza zostawić jej żadnej swobody.

***

Cihan nie pozwolił Beyzie wrócić do pokoju, który do tej pory zajmowała w rezydencji. Gdy tylko przekroczyli próg domu, chwycił ją mocno za ramię i bez słowa poprowadził na dół.

Do kotłowni.

Beyza szła obok niego niepewnie, coraz bardziej zaniepokojona. Dopiero gdy znaleźli się w chłodnym, jasnym pomieszczeniu technicznym, zrozumiała, że nie był to przypadkowy przystanek. Wzdłuż ścian ciągnęły się grube, ciemne rury. Stały tam duże niebieskie zbiorniki, pompy, zawory i przewody, a pośrodku, absurdalnie niepasujący do tego miejsca, znajdował się wiklinowy fotel. Kotłownia wyglądała surowo, zimno i bezlitośnie — bardziej jak tymczasowa cela niż część luksusowej rezydencji.

— Dlaczego mnie tu przyprowadziłeś? — zapytała Beyza, rozglądając się z rosnącym niepokojem. — Pójdę do Cihana Gurura. Na pewno stęsknił się za mamą.

Cihan znów zacisnął dłoń na jej ramieniu. Mocniej niż wcześniej.

— Wczoraj w ogóle się nim nie przejmowałaś — powiedział lodowatym głosem. — A poprzedniej nocy byłaś u swojego ojca. Teraz nagle przypomniało ci się, że dziecko potrzebuje matki?

Patrzył na nią z odrazą. W jego spojrzeniu nie było już ani cienia dawnego zaufania. Beyza stała przed nim jak uosobienie wszystkich kłamstw, które zniszczyły mu życie.

— Dlaczego mnie obwiniasz? — zapytała, próbując zachować pewność siebie. — Dziecko potrzebuje matki. Idę do niego.

Nie pozwolił jej zrobić nawet kroku.

— Powiedziałem, że nigdzie nie pójdziesz. Fadime opiekuje się Cihanem Gürürem. Będzie go strzec jak oka w głowie aż do ogłoszenia wyników. A ty zostaniesz tutaj. W swoim więzieniu.

Beyza otworzyła usta ze zdumienia.

— Co? Będziesz mnie tu trzymał? Dlaczego traktujesz mnie jak najgorszą przestępczynię? Nie masz prawa tego robić! Czy ciocia wie, że tu jestem?

— Nikogo o nic nie pytałem — odparł Cihan twardo. — Wreszcie robię to, co powinienem był zrobić od samego początku. Nie powinienem był słuchać nikogo.

— Co zrobisz? — spytała z kpiną podszytą strachem. — Będziesz trzymał mnie w zamknięciu przez kilka dni, tak jak kiedyś Hancer?

Cihan zaśmiał się krótko, bez cienia wesołości.

— Nie. Tym razem zmieniłem taktykę. Zrozumiałem, że tamta metoda była bezużyteczna. Teraz nadszedł czas, żebyś zapłaciła za wszystko. I uwierz mi, już niedługo będziesz błagała, żeby wrócić właśnie tutaj. Tam, dokąd trafisz później, będzie o wiele gorzej.

Pchnął ją na wiklinowy fotel. Beyza opadła na siedzisko i spojrzała na niego z mieszaniną gniewu oraz przerażenia.

— Dlaczego mnie tak dręczysz? — wyrzuciła z siebie. — Jestem twoją żoną! Matką twojego dziecka!

— To się dopiero okaże.

Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął kajdanki. Zanim Beyza zdążyła zareagować, zapiął jedną obręcz na jej nadgarstku, a drugą na rurze biegnącej przy ścianie.

Metal szczęknął głucho.

— Zwariowałeś?! — krzyknęła, szarpiąc ręką. — Natychmiast mi to zdejmij! Słyszysz? Zdejmij!

Cihan kucnął przed nią spokojnie. Spojrzał jej prosto w oczy.

— Potraktuj to jak przygotowanie. Dzięki temu łatwiej zniesiesz prawdziwe więzienie.

Wstał i wyszedł, nie reagując na jej krzyki.

Na korytarzu prowadzącym do kotłowni czekały już Mukadder, Sinem i pokojówki. Wszystkie patrzyły na niego z niedowierzaniem.

— Synu, co się dzieje? — zapytała Mukadder. — Co Beyza tam robi?

— Cihanie, co ty wyprawiasz? — odezwała się Sinem, wyraźnie wstrząśnięta. — Zamierzasz trzymać Beyzę w kotłowni?

Cihan spojrzał na zebrane kobiety. Jego twarz pozostała nieprzenikniona.

— Nikt nie ma prawa ingerować w moje decyzje. Beyza zostanie tutaj. Tylko Gülsüm może do niej wchodzić. Zostawi jedzenie i natychmiast wyjdzie. Beyza zostanie w kotłowni do czasu ogłoszenia wyników.

— Ciociu! — zza drzwi dobiegł rozpaczliwy krzyk Beyzy. — Ciociu, jesteś tam?! Uratuj mnie! Proszę!

Cihan odwrócił się i odszedł bez słowa.

Mukadder kazała pozostałym kobietom się rozejść, po czym sama weszła do środka. Beyza siedziała na fotelu, przykuta do rury. Jej oczy płonęły strachem i wściekłością.

— Ciociu, proszę, zdejmij mi to — powiedziała, potrząsając kajdankami. — Musimy stąd uciec, zanim Cihan pozna prawdę. Kiedy przyjdą wyniki, ty też się przed nim nie uratujesz. No dalej, na co czekasz? Daj mi kluczyk.

— Nie mam klucza. Cihan zabrał go ze sobą.

— Chyba nie rozumiesz, jak poważna jest sytuacja! — syknęła Beyza. — Jak zamierzasz uratować się przed Cihanem? On zabije mnie, tatę, nas wszystkich!

— Mój syn nie jest mordercą — odpowiedziała Mukadder stanowczo. — Choć powinien się ciebie pozbyć, nie zrobi tego.

Beyza parsknęła gorzkim śmiechem.

— Ach, już rozumiem. Chcesz zrzucić całą winę na nas i udawać niewinną? To nie będzie takie proste, ciociu. Jesteś w tym po uszy, tak samo jak my. Wiedziałaś, że dziecko jest Yoncy, a mimo to pozwoliłaś Cihanowi nazywać je swoim synem. Czy kłamię? Jak chcesz się teraz z tego wywinąć?

Twarz Mukadder stężała.

— Powiem mu, że mi groziliście. Że nie mogłam pozwolić sobie na utratę kolejnego dziecka.

— Bądź przeklęta — wyszeptała Beyza z nienawiścią. — Na szczęście mam jeszcze tatę. On mnie nie zostawi.

— Czyżby? — Mukadder uniosła brwi. — A gdzie twój ojciec jest teraz? Dlaczego jeszcze tu nie przyjechał? Ten ojciec, któremu tak bardzo ufasz, niedawno do mnie zadzwonił. Chce porozmawiać. Jestem pewna, że planuje ucieczkę.

Beyza znieruchomiała.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— To, że twój ojciec nie myśli o tobie. Prawdopodobnie poprosi mnie o pieniądze. To jego ostatnia szansa, żeby zebrać środki i ratować własną skórę.

Mukadder spojrzała na nią z chłodną satysfakcją.

— Dotarłaś do końca drogi, Beyzo. Lepiej zacznij przyzwyczajać się do życia w więzieniu. Od teraz to twoja przyszłość.

Odwróciła się i wyszła.

Beyza została sama w zimnej kotłowni, przykuta do rury, otoczona szumem instalacji i błękitem wielkich zbiorników. Przez chwilę jeszcze próbowała oddychać spokojnie, ale w końcu opadła na fotel i wybuchła spazmatycznym płaczem.

Po raz pierwszy w życiu naprawdę poczuła, że nie ma dokąd uciec.

***

Mukadder weszła do mieszkania brata. Już w progu zatrzymała wzrok na dwóch walizkach stojących pod ścianą — ciemnej i granatowej, z jaskrawożółtym zamkiem, jakby Nusret nie zamierzał tracić ani chwili. W salonie panował pozorny porządek: jasne kanapy, czarna kuchnia w głębi, kwiaty na stoliku. Tylko te walizki zdradzały prawdę.

— Tak jak przypuszczałam — powiedziała chłodno. — Spakowałeś się. A więc szykujesz się do ucieczki.

Nusret odwrócił się w jej stronę. Na jego twarzy widać było zmęczenie, ale i złość człowieka przypieranego do muru.

— A co mam zrobić? — zapytał. — Twój syn nie zostawił mi wyboru. Mam zostać tutaj i czekać, aż wsadzą mnie do więzienia?

Mukadder pokiwała głową z gorzkim uśmiechem.

— Więc według ciebie najlepiej ratować własną skórę, tak? A Beyza? Kto by się nią przejmował…

Twarz Nusreta natychmiast stężała.

— Myślisz, że o niej nie myślę? Wyjeżdżam właśnie ze względu na nią. Jeśli mnie też zamkną, nie będę mógł nic zrobić. A tak przynajmniej będę działał z daleka. Wynajmę adwokata, znajdę sposób, żeby ją stamtąd wyciągnąć. — Urwał na chwilę, po czym zapytał ciszej: — Co z Beyzą? Cihan nie traktuje jej źle, prawda?

— Mój syn nie jest potworem — odparła Mukadder. — Z Beyzą wszystko w porządku. Wciąż pokłada w tobie nadzieję. Mówi, że jej nie zostawisz. Że nigdy byś tego nie zrobił. — Zmrużyła oczy. — No cóż… czeka ją bolesne rozczarowanie. Nawet własny ojciec ją opuszcza.

— Siostro, dlaczego to robisz? — Nusret zrobił krok w jej stronę. — Czy nie jesteśmy wszyscy w tej samej sytuacji? Czy nie płyniemy jednym statkiem? Nie powinnaś jej chronić? Pozwolisz, żeby twoja bratanica zgniła w więzieniu?

— Oczywiście, że tego nie chcę — odpowiedziała spokojnie. — Dlatego tu przyszłam.

Nusret spojrzał na nią uważniej.

— Po co?

— Skoro uciekasz, pomyślałam, że możesz potrzebować pieniędzy.

W jego oczach pojawił się błysk ulgi.

— Miałem trochę oszczędności, ale wszystko zainwestowałem w akcje.

— Masz na myśli akcje, które przejąłeś od Cihana? — zapytała Mukadder z lodowatym spokojem. — Te, które kupiłeś za grosze, kiedy przechodziliśmy przez najtrudniejszy okres?

Nusret zacisnął szczęki.

— Nie przyszłaś tu chyba rozliczać mnie z przeszłości.

— Nie — przyznała. — Nie przyszłam rozgrzebywać dawnych spraw. Przyszłam zapytać, czy czegoś ci nie trzeba.

Na twarzy Nusreta pojawiła się nadzieja.

— Dziękuję, siostro. Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

Mukadder poprawiła pasek czarnej torebki i spojrzała mu prosto w oczy.

— Nie mam serca zostawić brata bez grosza, kiedy jest w kłopotach. Sprzedaj mi akcje i weź pieniądze.

Nusret znieruchomiał. Przez krótką chwilę wyglądał tak, jakby nie zrozumiał jej słów. Liczył na bezinteresowną pomoc, na rodzinny odruch litości, a dostał chłodną propozycję handlową.

Mukadder patrzyła na niego bez mrugnięcia. W jej spojrzeniu nie było ani czułości, ani współczucia. Była tylko pewność kobiety, która wiedziała, że jej brat znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 156.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy