Panna młoda odc. 185: Melih znajduje pistolet Sili! Sinem poznaje sekret Hancer i Meliha!

Sila zbliża się do pokoju, w którym za ścianą chowa się Melih.

„Panna młoda” Odc. 185 — streszczenie

Znajdująca się w gabinecie Engina Hancer odebrała telefon od Meliha. Nadal siedziała na krześle naprzeciwko biurka prawnika, próbując zebrać myśli po trudnej rozmowie o fundacji. W jej oczach wciąż było widać napięcie, ale gdy na ekranie telefonu zobaczyła imię Meliha, jej twarz odrobinę złagodniała.

— Słucham? — odezwała się cicho.

Po drugiej stronie usłyszała jego ciepły, pogodny głos.

— Wysłałem ci kwiaty. Odebrałaś je?

Hancer zamrugała zaskoczona.

— Jakie kwiaty?

— Chciałem ci pogratulować nowej funkcji — wyjaśnił Melih. — Dostałem powiadomienie, że przesyłka została dostarczona. Nie trafiły do ciebie?

Hancer rozejrzała się po gabinecie Engina, jakby bukiet mógł nagle pojawić się gdzieś między segregatorami i dokumentami.

— Jestem teraz u Engina. Pewnie postawiono je na moim biurku. — Na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. — Jesteś cudowny, Melihu. Naprawdę dziękuję.

— Chciałem, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama — powiedział spokojnie. — Czasem wystarczy jeden gest, żeby przyjaciel odzyskał siłę, a wróg zrozumiał, że nie może atakować bezkarnie.

Hancer przymknęła oczy. Te słowa trafiły w samo serce jej niepokoju.

— Nie masz pojęcia, jak bardzo potrzebowałam dziś takiego wsparcia — przyznała. — Wysłałeś je dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Melih przez chwilę milczał, jakby uważnie wsłuchiwał się w jej głos.

— Czy pan Cihan nadal daje ci się we znaki? — zapytał już poważniej. — Powiedz tylko słowo, a zaraz tam przyjadę.

— Nie — odpowiedziała szybko. — To nie ma z nim bezpośredniego związku. Mamy inne problemy w fundacji. Opowiem ci wszystko wieczorem.

— Taki właśnie jest świat biznesu, Hancer. Pełen przeszkód, zasadzek i ludzi, którzy czekają, aż się potkniesz. Ale ty sobie poradzisz. Wierzę w ciebie.

Hancer lekko spuściła wzrok. W tym prostym zdaniu było więcej siły niż w wielu oficjalnych przemowach.

— Dziękuję — wyszeptała.

— Do kwiatów dołączyłem wiadomość — dodał Melih. — Przeczytaj ją, kiedy poczujesz, że brakuje ci odwagi.

— Właśnie teraz bardzo potrzebuję motywującej wiadomości — przyznała. — Zrobię to, jak tylko wrócę do swojego biurka.

— A jeśli kwiaty naprawdę gdzieś zaginęły, daj mi znać. Autor wiadomości jest do twojej dyspozycji i może ją powtórzyć osobiście.

Hancer roześmiała się cicho po raz pierwszy tego dnia.

— Jesteś bardzo miły i troskliwy. Mam nadzieję, że kiedyś spotkasz swoją bratnią duszę.

Po zakończeniu rozmowy Hancer przez chwilę trzymała telefon w dłoni. Jej spojrzenie było już spokojniejsze. Nie rozwiązał się żaden problem, nie wrócili darczyńcy, a fundacja wciąż wisiała nad przepaścią, lecz świadomość, że ktoś w nią wierzy, pozwoliła jej zaczerpnąć powietrza.

***

W tym samym czasie Cihan siedział przy swoim biurku w gabinecie. Przed nim leżały dokumenty, ale od dłuższej chwili nie przeczytał ani jednego zdania. Jego wzrok uparcie wracał do biurka Hancer, ustawionego przy przeciwległej ścianie. 

Stał tam bukiet.

Nie był przesadnie wystawny ani krzykliwy, a jednak od razu przyciągał uwagę. W przezroczystym szklanym wazonie umieszczono drobne białe kwiaty o żółtozielonych środkach, przypominające stokrotki lub małe margerytki. Między nimi wystawały gałązki eukaliptusa i świeżej zieleni, które nadawały kompozycji lekkości. Wazon przewiązano szeroką, półprzezroczystą białą wstążką, a do niej przypięto małą czarną karteczkę z imieniem Hancer. Bukiet wyglądał skromnie, elegancko i czysto — bardziej jak cichy gest wsparcia niż pokaz bogactwa.

I właśnie to drażniło Cihana najbardziej.

Gdyby kwiaty były ogromne, przesadne, ostentacyjne, mógłby nimi pogardzić. Mógłby uznać je za tani popis. Ale ten bukiet był inny. Delikatny. Przemyślany. Osobisty.

Cihan zacisnął szczękę. Przez kilka minut próbował wrócić do pracy, lecz spojrzenie wciąż uciekało mu w stronę białych kwiatów. W końcu odsunął fotel, wstał i podszedł do biurka Hancer.

Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc na karteczkę przypiętą do wstążki. Wiedział, że nie powinien jej dotykać. Wiedział, że nie była przeznaczona dla niego. Mimo to gniew, zazdrość i podejrzliwość okazały się silniejsze.

Oderwał małą kopertę od wazonu i wyjął z niej odręcznie zapisaną karteczkę.

Czytał powoli, a z każdym kolejnym słowem jego twarz stawała się coraz bardziej napięta.

Wiem, że pokonasz każdą przeszkodę. Nawet jeśli się potkniesz, nie poddawaj się. Nie bój się zgubić na nieznanych ścieżkach, Hancer. Jedna gwiazda przewodnia świeci na niebie, a druga znajduje się w oczach dziecka, które nosisz pod sercem. Przytul to dziecko i pamiętaj, że masz w sobie więcej siły, niż sądzisz.

Melih Çınar.

Cihan zgniótł karteczkę w dłoni.

Słowa o dziecku uderzyły w niego najmocniej. Melih pisał do niej tak, jakby miał prawo dotykać najczulszych miejsc jej duszy. Jakby naprawdę był przy niej. Jakby znał jej lęki, jej wahania, jej słabości.

Jakby zajmował miejsce, którego Cihan nie potrafił ani odzyskać, ani wyrzucić z pamięci.

Rzucił zmiętą karteczkę na biurko Hancer i wrócił do swojego fotela. Usiadł gwałtownie, ale po sekundzie poderwał się znowu. Nie mógł znaleźć sobie miejsca. W końcu uderzył dłonią w blat. Raz. Drugi. Trzeci.

— Tego człowieka interesują tylko twoje pieniądze, Hancer! — warknął przez zaciśnięte zęby. — Jak możesz tego nie widzieć? Jak możesz być tak ślepa?

W gabinecie zapadła ciężka cisza. Białe kwiaty stały niewinnie na biurku, jakby nie miały pojęcia, jaką burzę wywołały.

W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.

Do środka ostrożnie zajrzała sekretarka.

— Panie Cihanie, przyszedł agent nieruchomości. Mówi, że musi z panem porozmawiać.

Cihan nawet na nią nie spojrzał.

— Nie chcę z nikim rozmawiać. Powiedz mu, żeby sobie poszedł.

Sekretarka zawahała się, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, zza jej pleców wysunął się mężczyzna w czarnym garniturze. Widać było, że jest speszony, lecz jednocześnie zdeterminowany.

— Panie Cihanie, przepraszam, że nalegam — powiedział, nerwowo zapinając marynarkę. — Ale to naprawdę ważne. W innym wypadku nie odważyłbym się panu przeszkadzać.

Cihan spojrzał na niego niechętnie.

— Dobrze. Wejdź.

Agent wszedł do gabinetu i usiadł na wskazanym miejscu. Przez moment milczał, jakby zastanawiał się, od czego zacząć.

— Czy ta rozmowa może zostać między nami? — zapytał wreszcie. — Proszę nie mówić pani Mukadder, że do pana przyszedłem.

Cihan zmarszczył brwi. Dopiero teraz w jego spojrzeniu pojawiło się prawdziwe zainteresowanie.

— Mów.

— Pani Mukadder zadzwoniła dziś do mnie — zaczął agent. — Poprosiła, żebym zbadał sytuację na rynku gruntów w Isparcie.

Cihan znieruchomiał.

— W Isparcie? Po co?

— Chce sprzedać część swoich ziem. I zależy jej na czasie. Bardzo.

Cihan odchylił się powoli na oparcie fotela.

— To niemożliwe. Mama nigdy nie podjęłaby takiej decyzji bez rozmowy ze mną.

Agent spuścił wzrok.

— Właśnie dlatego przyszedłem. Powiedziała mi wyraźnie, że pan nie może się o tym dowiedzieć.

W gabinecie zapadła cisza.

— Ostrzegłem ją — kontynuował mężczyzna ostrożnie. — Obecna sytuacja na rynku nie jest dobra. Jeśli będzie chciała sprzedać ziemię natychmiast, będzie musiała zejść z ceny. I to znacząco. Ale nie chciała słuchać. Kazała mi działać jak najszybciej.

Cihan przetarł dłonią twarz.

— Czy powiedziała, dlaczego potrzebuje pieniędzy?

— Nie. Kiedy zapytałem, zdenerwowała się. Zagroziła mi, żebym zachował dyskrecję. Ale po ostatnim kryzysie zdrowotnym pani Mukadder… — Agent zawahał się. — Pomyślałem, że może nie powinna podejmować tak ważnej decyzji w tajemnicy przed rodziną.

Cihan przez dłuższą chwilę patrzył na blat biurka. Jeszcze przed momentem cały jego gniew skupiał się na kwiatach od Meliha. Teraz zazdrość ustąpiła miejsca niepokojowi.

— Dobrze zrobiłeś, że przyszedłeś — powiedział w końcu. — Na razie niczego nie sprzedawaj. Porozmawiam z mamą i dam ci znać.

Agent odetchnął z ulgą.

— Oczywiście, panie Cihanie.

Wstał, skinął głową i wyszedł z gabinetu.

Cihan został sam. Spojrzał w stronę biurka Hancer. Bukiet nadal stał tam spokojnie, biały i delikatny, jakby należał do zupełnie innego świata niż ten, w którym właśnie zaczynały pękać kolejne tajemnice.

Mężczyzna zacisnął palce na poręczy fotela.

— Co ty robisz za moimi plecami, Mukadder Develioglu? — wyszeptał.

***

Nie mogąc nigdzie znaleźć Mine, Sinem wyszła z rezydencji coraz bardziej zdenerwowana. Przystanęła na chwilę na dziedzińcu i skierowała wzrok ku staremu domowi. W jej oczach od razu pojawiła się surowość. Nie potrzebowała już żadnego potwierdzenia. W głębi serca czuła, że córka poszła właśnie tam.

Szybkim krokiem ruszyła w stronę drzwi. Nawet nie próbowała ukryć gniewu. Nacisnęła dzwonek raz, drugi, trzeci, a gdy nikt od razu nie otworzył, zaczęła uderzać otwartą dłonią w ciemne drewno.

— Otwórzcie! — zawołała, coraz mocniej zaciskając usta.

Po chwili drzwi się uchyliły. W progu stanęła Sila. Miała na sobie luźną, błękitną koszulę z falbanami i jasną chustę, a jej twarz wyrażała raczej zdziwienie niż poczucie winy.

— Sąsiadko, spokojnie — powiedziała, unosząc brwi. — Jeszcze chwila i naprawdę wyważysz nam drzwi.

Sinem nie odpowiedziała. Jej wzrok natychmiast przesunął się za plecy Sili.

Wtedy z wnętrza domu wyłoniła się Mine. Dziewczynka stanęła niepewnie w progu, w jasnej kamizelce i ogrodniczkach, ze spuszczonymi ramionami. Wystarczyło jedno spojrzenie na twarz matki, by zrozumiała, że przekroczyła granicę.

— Mine — powiedziała Sinem głosem cichym, ale ostrym jak nóż. — Co ja ci mówiłam? Dlaczego mnie nie słuchasz?

Dziewczynka spuściła wzrok.

— Mamo, ja tylko…

— Nie zrobiła nic złego — wtrąciła Sila spokojnie, ale stanowczo. — Nudziło jej się. Przyszła, porozmawiałyśmy, dałam jej coś słodkiego. To wszystko.

Sinem powoli przeniosła spojrzenie na Silę.

— O czym ty możesz rozmawiać z dzieckiem? — zapytała chłodno. — Mine jest jeszcze mała. Nie wie, komu może ufać, a od kogo powinna trzymać się z daleka.

— Nie jestem jej wrogiem.

— Ja zdecyduję, kto jest blisko mojej córki. Następnym razem, jeśli zapuka do tych drzwi, nie otwieraj. Czy wyraziłam się jasno?

Sila patrzyła na nią przez chwilę w milczeniu. Nie rozumiała tej gwałtowności, ale wyczuła, że dalsza rozmowa tylko zaostrzy sytuację.

Sinem chwyciła Mine za rękę.

— Idziemy.

Dziewczynka posłusznie ruszyła za matką. Sila została w progu i odprowadziła je wzrokiem, kręcąc głową z niedowierzaniem.

— Co za kobieta… — mruknęła pod nosem. — Jakby dziecko przyszło do jaskini lwa, a nie do sąsiadów.

***

W pokoju Mine panowała cisza. Jasne ściany, różowe meble, dziecięce rysunki i miękka pościel z kolorowym wzorem tylko mocniej podkreślały napięcie, które zawisło między matką a córką.

Mine siedziała na brzegu łóżka ze splecionymi palcami. Co chwilę zerkała na Sinem, po czym natychmiast spuszczała wzrok. Sinem stała przed nią z założonymi rękami, wyprostowana i surowa. Wciąż nie mogła uspokoić oddechu.

— Mine, chcę usłyszeć prawdę — powiedziała w końcu. — Poszłaś tam sama, czy ta dziewczyna cię zawołała?

Dziewczynka poruszyła ustami, ale przez moment nie wydobyła z siebie głosu. Jej oczy zaszkliły się od łez.

— Sama poszłam — wyszeptała. — Naprawdę sama. Sila mnie nie wołała.

— Więc dlaczego weszłaś do środka?

— Zapytała, czy chcę ciasto… A potem pokazała mi dom. Tylko tyle, mamo. Nic złego nie zrobiłam.

Sinem usiadła obok córki. Jej twarz nadal była napięta, lecz głos odrobinę złagodniał.

— Co dokładnie zobaczyłaś?

Mine nerwowo przesunęła palcem po materiale ogrodniczek.

— Pokój Meliha… i pokój Hancer.

Sinem znieruchomiała. Powoli odwróciła głowę w stronę córki.

— Pokój Meliha i pokój Hancer? — powtórzyła z niedowierzaniem.

Mine skinęła głową.

— Tak. Mają oddzielne pokoje.

Przez kilka sekund Sinem nie powiedziała ani słowa. Jej oczy rozszerzyły się, a gniew ustąpił miejsca zaskoczeniu. Informacja, którą usłyszała, była zbyt ważna, by ją zignorować.

— Jesteś pewna?

— Tak, mamo. Jeden pokój był jego, a drugi jej. Sila tak powiedziała.

Sinem wstała powoli i podeszła do okna. Spojrzała w stronę starego domu, jakby jego ściany mogły zdradzić jej wszystkie sekrety.

— Idź umyć ręce i przebierz się — powiedziała po chwili, nie odwracając się. — Nie możesz usiąść przy stole w tym ubraniu.

Mine podniosła się z łóżka.

— Nie gniewasz się już?

Sinem dopiero wtedy spojrzała na córkę. W jej twarzy wciąż było napięcie, ale nie chciała bardziej jej przestraszyć.

— Gniewam się, bo mnie nie posłuchałaś. Ale teraz idź.

Dziewczynka posłusznie udała się do łazienki.

Sinem została sama. Oparła dłonie na parapecie i wpatrywała się w stary dom z narastającym niepokojem.

Melih i Hancer spali osobno.

Czyżby ich małżeństwo nie wyglądało tak, jak wszyscy sądzili?

W głowie Sinem zaczęły kłębić się pytania. Dlaczego mąż i żona mieliby mieć oddzielne pokoje? Czy to małżeństwo było tylko pozorem? Czy Hancer ukrywała coś przed wszystkimi? A może Melih nigdy naprawdę nie stał się jej mężem?

Sinem zacisnęła palce na zasłonie.

To odkrycie mogło zmienić bardzo wiele.

***

Derya od dłuższego czasu siedziała sama w salonie. Niby patrzyła przed siebie, na stolik i stojącą nieopodal lampę, ale w rzeczywistości jej myśli krążyły wyłącznie wokół jednego: pieniędzy.

Potrzebowała ich szybko.

Właścicielka salonu piękności zażądała zaliczki, tłumacząc, że pojawiła się inna osoba zainteresowana kupnem lokalu. Była to oczywiście sprytna sztuczka, obliczona na wywołanie presji i strachu przed utratą okazji, ale Derya nie potrafiła tego dostrzec. W jej wyobraźni salon był już jej własnością. Widziała siebie w eleganckim stroju, z podniesioną głową, przyjmującą klientki i liczącą zyski. Widziała pieniądze, niezależność, podziw innych kobiet.

Ta wizja całkowicie odebrała jej ostrożność.

— Skoro ona chce ode mnie zaliczkę, ja poproszę o zaliczkę Mukadder — mruknęła do siebie, prostując się na kanapie. — Proste. Genialne. Deryo, ty naprawdę masz głowę do interesów.

Uśmiechnęła się z zadowoleniem, jakby właśnie rozwiązała problem, nad którym inni głowiliby się tygodniami.

Sięgnęła po telefon. Przez chwilę obracała go w dłoniach, po czym rozejrzała się po pokoju. Wzięła materiałową chusteczkę i owinęła nią dolną część aparatu, dokładnie tam, gdzie znajdował się mikrofon. Przygładziła materiał palcami, wybrała numer i przyłożyła telefon do ucha.

Po kilku sygnałach po drugiej stronie odezwał się lodowaty głos Mukadder.

— Dlaczego znowu do mnie dzwonisz?

Derya zmieniła ton. Mówiła wolniej, twardziej, starając się brzmieć jak ktoś, kto ma pełną kontrolę nad sytuacją.

— Powiedziałaś, że potrzebujesz czasu, żeby zebrać całą kwotę. Ja natomiast nie należę do cierpliwych osób. Dlatego znalazłam rozwiązanie dobre dla nas obu.

Mukadder, siedząca w swojej sypialni z telefonem przy uchu, zmarszczyła brwi.

— Jakie rozwiązanie?

— Zaliczka — odparła Derya bez wahania. — Dasz mi część teraz. Ja przestanę naciskać, a ty zyskasz trochę czasu. Widzisz? Potrafię być rozsądna, kiedy ktoś mnie nie zmusza do ostrzejszych kroków.

— Powiedziałam ci już, że nie mam teraz takich pieniędzy.

— Nie próbuj mnie oszukiwać — syknęła Derya. — Jesteś Mukadder Develioglu. Chcesz mi powiedzieć, że w całej tej rezydencji nie znajdziesz nawet kilku złotych bransoletek?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

Mukadder przymknęła oczy. Słowo „bransoletki” wyraźnie ją zastanowiło. Nie była kobietą naiwną. Wiedziała, że czasem najdrobniejszy szczegół potrafi zdradzić więcej niż długie wyznanie.

— Bransoletki? — powtórzyła powoli.

Derya na moment zamarła, ale szybko odzyskała rezon.

— Tak, bransoletki. Chyba wiesz, co to jest? Nie każ mi tłumaczyć oczywistych rzeczy. Potraktuj to jako dowód dobrej woli. Przyniesiesz je jutro do najbliższego parku.

— A jeśli odmówię?

— Wtedy prawda trafi tam, gdzie powinna trafić już dawno temu — odparła Derya chłodno. — Do twojego syna.

Mukadder zacisnęła palce na telefonie.

— Dobrze — powiedziała w końcu. — Przyniosę.

— Właśnie takiej odpowiedzi oczekiwałam. I pamiętaj, pani Mukadder. Żadnych sztuczek.

Derya rozłączyła się, zanim kobieta zdążyła odpowiedzieć. Przez chwilę siedziała nieruchomo, nasłuchując własnego przyspieszonego oddechu. Dopiero po kilku sekundach ściągnęła chusteczkę z telefonu i odetchnęła z ulgą.

— Udało się — wyszeptała z triumfem. — Mam zaliczkę na salon.

Jej uśmiech jednak szybko przygasł. Spojrzała na telefon, potem na pustą przestrzeń przed sobą.

— Tylko jak ja odbiorę te bransoletki? — mruknęła, marszcząc czoło.

Zamyśliła się głęboko, nieświadoma, że popełniła właśnie błąd. Prosząc o złote bransoletki, mogła niechcący zostawić Mukadder ślad. Małą wskazówkę, która — jeśli kobieta dobrze ją odczyta — mogła doprowadzić ją prosto do prawdy.

***

Sila stała przy łóżku, ściskając w dłoniach białe zawiniątko. Materiał był miękki, niemal niewinny, ale ukryty w nim ciężar przypominał jej, że nosi przy sobie coś, co mogło zniszczyć wszystko.

— Tylko na chwilę — szepnęła do siebie, jakby próbowała uspokoić własne sumienie. — Nikt tu nie wejdzie. Nikt niczego nie znajdzie.

Podniosła poduszkę i wsunęła pod nią zawinięty w tkaninę rewolwer. Przez moment jeszcze patrzyła na łóżko, jakby chciała upewnić się, że broń naprawdę zniknęła z oczu. Dopiero potem wzięła torebkę i wyszła z pokoju.

***

Gdy wróciła do domu, od razu poczuła niepokój. Na górze paliło się światło.

Zatrzymała się u podnóża schodów.

— Czyżbym go nie zgasiła? — mruknęła, ale sama nie uwierzyła w to wyjaśnienie.

Serce zabiło jej mocniej. Ruszyła powoli na górę, coraz mocniej zaciskając palce na pasku torebki. Każdy krok wydawał się zbyt głośny. Każdy oddech za ciężki.

Kiedy stanęła w progu pokoju, zamarła.

Melih był w środku.

Stał obok łóżka, nieruchomy, z twarzą napiętą i ciemną od gniewu. W jednej dłoni trzymał białą tkaninę. W drugiej — rewolwer, który właśnie z niej wyjął.

Sila poczuła, jak odpływa jej krew z twarzy.

Sila zbliża się do pokoju, w którym za ścianą chowa się Melih.

Melih podniósł na nią wzrok. Nie krzyczał. I właśnie to było najgorsze. Jego głos, gdy się odezwał, był niski, opanowany i niebezpiecznie spokojny.

— Sila… — powiedział powoli. — Co ten pistolet robi u ciebie?

Dziewczyna przełknęła ślinę. Przez sekundę wyglądała tak, jakby chciała uciec, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

— Bracie Melihu, posłuchaj mnie…

— Pytam, co to jest. — Zrobił krok w jej stronę. — I dlaczego ukryłaś to pod poduszką.

Sila spuściła wzrok. Jej palce drżały, choć starała się nad nimi zapanować.

— To nie jest tak, jak myślisz.

— A jak? — zapytał ostro. — Jak mam to rozumieć? Przyjmujemy cię pod dach, ufamy ci, a ja znajduję w twoim pokoju broń. Kim ty jesteś, dziewczyno? Co przed nami ukrywasz?

— Nie jestem złą osobą — wyrwało jej się. Głos jej zadrżał, ale zaraz uniosła głowę, jakby za wszelką cenę chciała zachować resztki godności. — Przysięgam, nie jestem.

— Więc powiedz prawdę.

Sila zrobiła gwałtowny ruch. Nim Melih zdążył zareagować, wyrwała mu rewolwer z dłoni i cofnęła się pod ścianę. Schowała broń za plecami, oddychając szybko, urywanie.

Melih natychmiast spoważniał jeszcze bardziej.

— Sila, oddaj mi to.

— Nie mogę.

— Możesz. I zrobisz to teraz.

— Nie! — zaprotestowała, potrząsając głową. — Nie rozumiesz. Nie mogę go oddać. Nie mogę zostać bez ochrony.

Melih zmrużył oczy.

— Ochrony przed kim?

Sila zamilkła.

To milczenie powiedziało mu więcej niż jakakolwiek odpowiedź.

— Ktoś ci zagraża? — zapytał już ciszej. — Dlatego masz broń?

Dziewczyna zacisnęła usta. W jej oczach pojawił się strach, którego nie potrafiła ukryć. Przez moment wyglądała jak ktoś, kto od dawna ucieka i nagle zrozumiał, że zabrakło mu drogi.

— Nie pytaj mnie o to — wyszeptała.

— Sila…

— Powiedziałam, żebyś nie pytał! — podniosła głos. — Nie mogę mówić. Nie mogę nikogo w to mieszać.

— Już nas wmieszałaś — odparł Melih. — Mnie, Hancer, cały ten dom. Broń pod naszym dachem to nie jest drobiazg, który można przemilczeć.

— W takim razie odejdę.

Ruszyła w stronę drzwi, ale Melih zastąpił jej drogę.

— Nie wyjdziesz stąd z pistoletem.

— Odsuń się.

— Najpierw oddasz broń. Potem usiądziemy i porozmawiamy spokojnie.

Sila roześmiała się nerwowo, lecz w tym śmiechu nie było ani odrobiny wesołości.

— Nie masz prawa mnie zatrzymywać.

— Mam prawo chronić ludzi, których kocham. Mam prawo chronić ten dom. I mam prawo wezwać policję, jeśli nie zostawisz mi wyboru.

Sila zesztywniała.

— Nie dzwoń na policję — powiedziała szybko. — Proszę.

Melih uważnie przyjrzał się jej twarzy. Zobaczył panikę, ale także coś więcej: rozpaczliwą determinację człowieka, który wie, że każde słowo może kosztować go zbyt wiele.

— Więc mi pomóż — powiedział. — Powiedz prawdę.

— Nie mogę.

— W takim razie nie zostawiasz mi wyboru.

Sila chwyciła torebkę i spróbowała go wyminąć. Melih złapał ją za ramię, stanowczo, ale nie brutalnie. Zatrzymał ją w miejscu.

— Sila, albo porozmawiamy jak ludzie, albo zostaniesz tutaj, dopóki się nie uspokoisz.

— Puść mnie!

— Nie.

— Kim ty jesteś, żebym musiała ci się tłumaczyć?! — krzyknęła, próbując wyrwać rękę. — Nie jestem twoją rodziną. Nie jestem nikim dla ciebie!

Melih puścił ją powoli.

— Może nie jesteś moją rodziną — powiedział chłodno. — Ale mieszkasz pod moim dachem. A dopóki tak jest, nie pozwolę, żeby przez twoje sekrety komukolwiek stała się krzywda.

Sila stała pod ścianą, blada, roztrzęsiona, z rewolwerem wciąż ukrytym za plecami.

— Pozwól mi odejść — poprosiła ciszej. — To się źle skończy.

— Właśnie dlatego nie pozwolę ci odejść teraz.

Melih cofnął się do drzwi. Przez chwilę patrzył na nią surowo, jakby próbował zrozumieć, kim naprawdę jest dziewczyna, którą wpuścili do swojego życia.

— Uspokój się — powiedział. — Potem porozmawiamy. Robię to dla twojego dobra.

Sila nie odpowiedziała.

Melih wyszedł z pokoju.

I zamknął drzwi na klucz.

***

Godzinę później do starego domu wróciła Hancer. Była zmęczona po długim i trudnym dniu, ale już od progu wyczuła, że coś jest nie tak. W salonie, między różową kanapą a szarym narożnikiem, stał Melih. Nie wyglądał jak ktoś, kto tylko na chwilę wpadł do domu. Miał napiętą twarz, ciemne spojrzenie i milczenie, które od razu wzbudziło w niej niepokój.

Hancer zatrzymała się kilka kroków od niego. W białym, eleganckim komplecie, z włosami gładko zaczesanymi do tyłu i zielonymi kolczykami błyszczącymi przy twarzy, wyglądała spokojnie, ale jej oczy szybko zdradziły narastające zdenerwowanie.

— Nie mówiłeś, że idziesz do pracy? — zapytała ostrożnie. — Dlaczego jesteś w domu?

Melih przez chwilę nie odpowiadał. Spuścił wzrok, jakby szukał słów, które nie zabrzmią zbyt brutalnie.

— Przyjechałem po kurtkę — powiedział w końcu.

Hancer zmarszczyła brwi. Coś w jego głosie nie pasowało do zwykłego wyjaśnienia.

— A gdzie Sila? — zapytała, rozglądając się po pomieszczeniu. — Nie ma jej w domu?

— Jest — odparł krótko Melih. — W swoim pokoju.

Hancer zrobiła krok w stronę schodów, ale zatrzymała się, gdy zobaczyła, że Melih nadal stoi nieruchomo i śledzi ją wzrokiem.

— Co ci jest? — spytała ciszej. — Dlaczego jesteś taki dziwny?

Melih zacisnął szczękę.

— To nie ze mną jest problem. To Sila jest problemem.

Hancer pobladła.

— Co to znaczy?

Nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę pokoju dziewczyny. Melih natychmiast zastąpił jej drogę.

— Nie idź tam.

— Dlaczego?

— Zamknąłem drzwi na klucz.

Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Co zrobiłeś? Melihu, dlaczego zamknąłeś Silę w pokoju?

Przez chwilę w domu panowała ciężka cisza. Melih odwrócił wzrok w stronę korytarza, po czym wypowiedział słowa, które zabrzmiały jak uderzenie.

— Bo ma pistolet.

Hancer zamarła. Jej oczy rozszerzyły się gwałtownie.

— Pistolet? — powtórzyła niemal szeptem. — O czym ty mówisz?

— Wróciłem po kurtkę — zaczął Melih, starając się mówić spokojnie, choć napięcie w jego głosie było wyraźne. — Na górze paliło się światło. Poszedłem sprawdzić i znalazłem broń ukrytą pod jej poduszką. Zawiniętą w kawałek materiału.

Hancer odruchowo cofnęła się o pół kroku.

— To niemożliwe…

— Sam ją widziałem, Hancer. Trzymałem ją w ręku. Chciałem, żeby Sila mi wszystko wyjaśniła, ale zaczęła panikować. Wyrwała mi broń i próbowała wyjść z pokoju. Nie mogłem pozwolić, żeby wybiegła z domu z pistoletem.

— Ale zamknąłeś ją? — W głosie Hancer zabrzmiał lęk i wyrzut. — Melihu, ona jest przerażona. Co, jeśli zrobi sobie krzywdę?

— Nie zrobi — odpowiedział stanowczo. — Obserwowałem ją. Jest przestraszona, ale nie wygląda na kogoś, kto chce komukolwiek coś zrobić. Bardziej jak ktoś, kto przed czymś ucieka.

Hancer spojrzała w stronę korytarza prowadzącego do pokoju Sili. W jej twarzy mieszały się strach, współczucie i dezorientacja.

— Dlaczego miałaby mieć broń? Przecież ona… ona była taka cicha. Zamknięta w sobie, ale nie niebezpieczna.

— Właśnie dlatego nie wezwałem policji od razu — powiedział Melih. — Chciałem poczekać na ciebie. Nie wiem, kim ona naprawdę jest ani co przed nami ukrywa, ale wiem jedno: nie możemy udawać, że nic się nie stało.

Hancer spuściła wzrok. Czuła, jak serce bije jej coraz szybciej. Od dnia, w którym Sila pojawiła się w ich życiu, miała w sobie coś kruchego, coś poranionego. Ale broń zmieniała wszystko.

— Czy powiedziała ci cokolwiek? — zapytała.

— Tylko tyle, że nie jest złą osobą. I że nie może nam powiedzieć prawdy.

Hancer zacisnęła palce na materiale spodni.

— Czyli naprawdę się czegoś boi.

— Albo kogoś — dodał Melih.

Przez moment oboje milczeli. Zza drzwi nie dochodził żaden dźwięk, ale świadomość, że Sila znajduje się po ich drugiej stronie z pistoletem, ciążyła im obojgu.

Hancer uniosła wzrok na Meliha.

— Nie możemy jej przestraszyć jeszcze bardziej. Jeśli teraz zaczniemy krzyczeć, ucieknie albo zrobi coś nierozważnego.

— Dlatego czekałem na ciebie — powiedział Melih. — Musimy zdecydować razem. Albo przekonamy ją, żeby oddała broń i powiedziała prawdę, albo nie będziemy mieli wyjścia.

***

Za zamkniętymi drzwiami Sila stała przy ścianie, blada jak papier. W jednej dłoni ściskała torebkę, w drugiej trzymała białe zawiniątko. Oddychała płytko, nasłuchując głosów dobiegających z korytarza.

Nie rozumiała wszystkiego, ale wystarczyło jej jedno słowo.

Policja.

Zacisnęła powieki, a po jej twarzy przemknął cień paniki.

— Co oni ze mną zrobią? — wyszeptała. — Jeśli oddadzą mnie policji, będę skończona.

Oparła się plecami o ścianę i spojrzała na zamknięte drzwi. Wiedziała, że tajemnica, którą tak długo ukrywała, właśnie zaczęła wymykać się spod kontroli.

***

Cihan wrócił do rezydencji późnym wieczorem. Wszedł po schodach ciężkim krokiem, wciąż mając przed oczami dokumenty fundacji, wycofujących się darczyńców i zaskoczoną twarz Hancer, która dopiero zaczynała rozumieć, że już pierwszego dnia ktoś podciął jej skrzydła.

Na piętrze, tuż przy złotych drzwiach windy, czekała na niego Beyza.

Stała wyprostowana, jakby przypadkiem znalazła się akurat w tym miejscu, lecz Cihan znał ją zbyt dobrze, by uwierzyć w podobny zbieg okoliczności. Miała na sobie elegancką szarą bluzkę i czarną spódnicę, a jej dłonie były splecione przed sobą z pozornym spokojem. Na twarzy próbowała utrzymać łagodny uśmiech, ten sam, którym zwykle przykrywała złość, zazdrość i nieczyste zamiary.

— Witaj, kochanie — odezwała się miękko. — Wyglądasz na zmęczonego. To był ciężki dzień, prawda? Jak się czujesz?

Cihan zatrzymał się przed nią. Przez chwilę tylko patrzył na jej twarz. Na wymuszony spokój, na sztuczną troskę w oczach, na uśmiech, który nie miał w sobie ani odrobiny szczerości.

— Nie sądzę, żeby naprawdę cię to obchodziło — odpowiedział chłodno.

Uśmiech Beyzy nieco zbladł, ale nie zniknął całkowicie.

— Dlaczego mówisz do mnie w ten sposób?

— Bo zastanawiasz się teraz tylko nad jednym — ciągnął Cihan, robiąc krok w jej stronę. — Czy twój plan zadziałał. Prawda?

Beyza uniosła brwi, udając zaskoczenie.

— Plan? Nie rozumiem. O czym ty mówisz?

Cihan zaśmiał się krótko, bez cienia rozbawienia.

— Naprawdę? Nadal zamierzasz grać? Nawet teraz?

— Nie wiem, do czego zmierzasz — odparła spokojnie, choć jej spojrzenie na ułamek sekundy uciekło w bok. — Może zamiast rzucać oskarżenia, powiesz mi wprost, o co ci chodzi.

Cihan zbliżył się jeszcze bardziej. Górował nad nią, a w jego twarzy nie było już śladu zmęczenia. Zastąpił je gniew, ostry i zimny.

— Mówię o darczyńcach fundacji — powiedział. — O telefonach, które nagle wykonali jeden po drugim. O ludziach, którzy przez lata wspierali fundację Yasemin, a teraz w ciągu jednej nocy postanowili się wycofać. Bardzo ciekawe, prawda?

Beyza zacisnęła usta.

— Skąd mam wiedzieć, dlaczego zmienili zdanie?

— Bo to ty im pomogłaś je zmienić.

Na korytarzu zapadła ciężka cisza. W oddali lśniły złote drzwi windy, kryształowe kinkiety odbijały światło, a eleganckie wnętrze rezydencji tylko mocniej podkreślało brud tej rozmowy.

Cihan nagle klasnął w dłonie. Raz. Głośno. Pogardliwie.

— Brawo, Beyzo. Naprawdę sprytne posunięcie. Coś takiego mogło przyjść do głowy tylko tobie.

Beyza przestała udawać niewinną. Jej twarz stwardniała.

— Poskarżyli ci się? — zapytała z ironią. — A przecież wyraźnie prosiłam, żeby nikomu nie mówili.

Cihan spojrzał na nią z takim rozczarowaniem, że przez moment nawet ona straciła pewność siebie.

— Nikt mi nic nie powiedział. Dotrzymali słowa. Nie zdradzili cię. Ale ja nie potrzebuję dowodów, żeby rozpoznać twoje metody. Znam osobę, która stoi przede mną.

Beyza prychnęła.

— Skoro Hancer tak bardzo chciała zostać prezeską, niech teraz pokaże, co potrafi. Niech zacznie od zera. Niech udowodni, że naprawdę zasłużyła na to stanowisko.

— To miała być nauczka? — zapytał Cihan coraz ostrzejszym głosem.

— Tak — odpowiedziała bez wahania. — Dla niej. Dla wszystkich. Chciałam, żeby zrozumiała, że nie wystarczy złapać okazji i usiąść na miejscu, które do niej nie należy.

— Nie chodziło ci o fundację — przerwał jej Cihan. — Nigdy nie chciałaś jej prowadzić. Nigdy nie interesowała cię praca, odpowiedzialność ani ludzie, którym ta fundacja pomaga. Chodziło ci tylko o jedno: żeby Hancer nie pracowała tutaj. Żeby nie była blisko mnie.

Twarz Beyzy drgnęła. Trafił dokładnie w miejsce, które próbowała ukryć.

— A co w tym dziwnego? — rzuciła. — Mam spokojnie patrzeć, jak ta kobieta codziennie kręci się obok ciebie? Jak siedzi w twoim gabinecie, rozmawia z tobą, zdobywa zaufanie wszystkich wokół? Nie, Cihanie. Nie pozwolę na to.

— Więc postanowiłaś zniszczyć fundację? — Cihan podniósł głos. — Czy ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś? Czy wiesz, ile kobiet i dzieci korzysta z tych darowizn? Ile rodzin czeka na pomoc? Ile osób przeżywa dzięki temu, co ty potraktowałaś jak narzędzie zemsty?

Beyza odwróciła wzrok, ale tylko na chwilę.

— Przesadzasz. Fundacja należy do rodziny Develioglu. Poradzicie sobie.

— Nie zemściłaś się na Hancer — powiedział Cihan twardo. — Zemściłaś się na ludziach, którzy nie zrobili ci nic złego. Na dzieciach. Na kobietach, które i tak mają w życiu wystarczająco dużo cierpienia. To, co zrobiłaś, jest podłe. Okrutne. I niewybaczalne.

Beyza spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Jak możesz mówić do mnie w ten sposób? Jestem twoją żoną.

— Żoną? — powtórzył z gorzkim uśmiechem. — Żona nie niszczy wszystkiego wokół tylko dlatego, że nie potrafi znieść własnej zazdrości.

— Robię to, bo chcę chronić nasze małżeństwo!

— Nie. Robisz to, bo nie potrafisz pogodzić się z tym, że nie możesz kontrolować każdego człowieka w tym domu.

Beyza pobladła.

— Cihanie…

— Posłuchaj mnie uważnie — przerwał jej. — Każdy, kto próbuje zniszczyć reputację firmy Develioglu, każdy, kto szkodzi fundacji „Jedno życie” i uderza w ludzi, którym obiecaliśmy pomoc, staje przeciwko mnie.

— Co to ma znaczyć?

Cihan pochylił się lekko, patrząc jej prosto w oczy.

— To znaczy, że od tej chwili nie jesteś po mojej stronie.

Beyza zamarła.

— Jak możesz tak mówić?

— Mogę. Bo to ty wybrałaś tę drogę. Jeśli ktoś próbuje zniszczyć coś, co należy do mojej rodziny, nie może jednocześnie uważać się za jej część. Zrozumiałaś?

Słowa uderzyły w nią mocniej, niż się spodziewała. Przez chwilę wyglądała tak, jakby naprawdę zabrakło jej odpowiedzi. Ale Cihan nie czekał. Posłał jej ostatnie, pełne pogardy spojrzenie, po czym minął ją i ruszył korytarzem w stronę swojego pokoju.

Beyza została sama przy windzie.

Jej twarz powoli się zmieniała. Zniknęło udawane zdziwienie, zniknął urażony ton skrzywdzonej żony. Została tylko wściekłość. Czysta, paląca, bezsilna nienawiść.

Zacisnęła dłonie w pięści i odwróciła głowę w stronę korytarza, którym odszedł Cihan.

— Za każdym razem, gdy próbuję pozbyć się tej żmii, wszystko obraca się przeciwko mnie — syknęła przez zęby. — Zawsze ona. Zawsze Hancer.

Oddychała ciężko, jakby gniew dławił ją od środka. W jej oczach nie było już ani śladu łez, żalu czy skruchy. Była tylko zimna determinacja.

— Ale to jeszcze nie koniec — wyszeptała. — Nie pozwolę jej wygrać. Nie pozwolę, żeby odebrała mi wszystko.

Skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała przed siebie z nienawiścią tak ostrą, że gdyby mogła ranić, Hancer już dawno upadłaby u jej stóp.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 136.Bölüm i Gelin 137.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy