„Panna młoda” Odc. 224 — streszczenie
Derya stanęła w progu gabinetu Engina. Na twarzy miała uprzejmy uśmiech, lecz w jej spojrzeniu czaiła się determinacja. Cicho zapukała w otwarte drzwi.
— Dzień dobry.
Engin oderwał wzrok od dokumentów i spojrzał na nią z lekkim zaskoczeniem.
— Dzień dobry, pani Deryo. Proszę wejść.
Wskazał jej krzesło po drugiej stronie biurka. Derya weszła do środka, poprawiła torebkę na kolanach i usiadła, jakby przyszła w zupełnie niewinnej sprawie.
— Zajmę tylko pięć minut — oznajmiła łagodnym tonem.
— Oczywiście. W czym mogę pomóc?
Derya pochyliła się lekko do przodu.
— Hancer miała porozmawiać z tobą o mnie. Zrobiła to?
Engin pokręcił głową.
— Nie. Nic mi nie wspominała.
Na twarzy Deryi pojawił się cień udawanego zawodu.
— Tak właśnie myślałam. Jest zbyt skrępowana, żeby o tym mówić. Chodzi o jej stanowisko w fundacji. Hancer twierdzi, że jako prezeska nie może pomagać osobom ze swojej rodziny. Czy to naprawdę tak działa?
Engin przez chwilę milczał, jakby od razu zrozumiał, dokąd zmierza ta rozmowa.
— Prezes fundacji nie może wykorzystywać jej środków do prywatnych celów — odpowiedział rzeczowo.
— Ale to nie są prywatne cele — zaprotestowała Derya natychmiast. — Znasz przecież moją sytuację. Ja też potrzebuję wsparcia. Chcę tylko, żeby fundacja mi pomogła. Nie widzę w tym nic złego.
Engin westchnął cicho i splótł dłonie na biurku.
— Nie zajmuję się bezpośrednio sprawami fundacji, więc nie chciałbym wprowadzać cię w błąd. Ale Hancer ma rację. Pomaganie bliskim z pieniędzy fundacji może zostać bardzo źle odebrane. To nie byłoby etyczne.
— Ale ja nie proszę o pomoc jako jej krewna — odparła szybko Derya. — Proszę jako kobieta, która znalazła się w trudnym położeniu. Poza tym, formalnie rzecz biorąc, wcale nie jesteśmy spokrewnione.
— To nie zmienia faktu, że jesteście rodziną.
Derya spuściła wzrok i przybrała najbardziej zmartwioną minę, na jaką było ją stać.
— To niesprawiedliwe. Obce kobiety mogą dostać pomoc, a ja nie, tylko dlatego, że jestem bratową Hancer? Panie Enginie, czy przyszłość mojego dziecka naprawdę nie ma znaczenia?
— Ma. I to ogromne — odpowiedział spokojnie. — Ale reputacja fundacji również ma znaczenie. Jej zasady są jasne. W takiej sytuacji nie można ich naginać.
Derya nie zamierzała jednak odpuścić.
— W filmach zawsze znajduje się jakaś luka. Tu też na pewno istnieje jakiś wyjątek. Wystarczy, że mi go wskażesz, a resztą zajmę się sama.
Engin spojrzał na nią uważniej. Jego twarz pozostała uprzejma, ale głos stał się stanowczy.
— Jestem adwokatem, pani Deryo. Nie będę szukał furtki tam, gdzie jej nie ma. Tak jak powiedziałem, nie reprezentuję fundacji. Najrozsądniej będzie, jeśli porozmawiasz bezpośrednio z Hancer.
Derya zacisnęła palce na rączce torebki.
— Czyli mi nie pomożesz?
— Przykro mi. Naprawdę chciałbym pomóc, ale w tej sprawie nie mogę.
Przez krótką chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Potem wstała, starając się ukryć irytację pod cienką warstwą grzeczności.
— Nieważne. Znajdę kogoś, kto będzie chciał mi pomóc. Bądź zdrowy.
Odwróciła się i wyszła z gabinetu.
Słowa Engina były jasne, ale nie ostudziły jej zapału. Wręcz przeciwnie — tylko utwierdziły ją w przekonaniu, że musi znaleźć inną drogę. Derya za wszelką cenę chciała zdobyć pieniądze na salon fryzjerski i spełnić marzenie o własnym biznesie.
A najłatwiejszą drogą do tego wciąż była Hancer.
Naiwna, wrażliwa Hancer, u której wystarczyło poruszyć odpowiednią strunę, by obudzić poczucie winy.
***
Zirytowana Derya szła korytarzem firmy, mijając kolejne przeszklone biura. Jej kroki odbijały się od lśniącej posadzki, a w głowie wciąż brzmiały słowa Engina.
— Wielki adwokat nie zajmuje się sprawami fundacji… — mruknęła pod nosem z pretensją. — Chciał się mnie pozbyć jak najszybciej, żebym tylko mu nie przeszkadzała.
Im dłużej o tym myślała, tym bardziej rosła w niej złość.
— Wszystko przez Hancer — ciągnęła, zaciskając palce na rączce torebki. — Jakbym prosiła ją o akcje firmy albo o jakieś wielkie bogactwo… Co to w ogóle za prezeska, skoro nie potrafi znaleźć kilku kuruszy na salon dla własnej bratowej?
Właśnie wtedy z bocznego korytarza wyszła Hilal. Stanęła przed Deryą z uprzejmym uśmiechem, jakby od dawna czekała na odpowiedni moment.
— Jeśli przyszła pani odwiedzić panią Hancer, to dziś jej nie ma — oznajmiła spokojnie.
Derya natychmiast przywołała na twarz niewinny wyraz.
— Nie, byłam u adwokata Engina. Już wychodzę.
Hilal jednak nie zamierzała pozwolić jej tak łatwo odejść.
— Skoro już pani jest, możemy przy okazji dokończyć sprawę darowizny na rzecz fundacji.


Derya zamarła.
— Jakiej darowizny? — zapytała, marszcząc brwi.
— Tej, którą zadeklarowała pani podczas wieczoru charytatywnego.
Na ułamek sekundy z twarzy Deryi zniknął pewny siebie uśmiech. Zaraz jednak opanowała się i lekko uniosła brodę.
— Ach, tak. Oczywiście, pamiętam. Nie musisz mi przypominać. Pójdę tylko do toalety, a ty w tym czasie przygotuj dokumenty, dobrze?
Hilal uśmiechnęła się z zadowoleniem.
— Wie pani, gdzie jest moje biurko. Będę czekała.
Sekretarka odwróciła się i ruszyła w stronę swojego stanowiska. Derya odprowadziła ją wzrokiem, ledwo powstrzymując irytację.
— Ma pamięć jak słonica — syknęła z pogardą, gdy została sama. — Na pewno pamięta też kwotę. Boże, przyszłam tu po pomoc, a oni jeszcze chcą wyciągnąć pieniądze ode mnie. Co za los!
Rozejrzała się szybko po korytarzu, po czym ruszyła przed siebie zdecydowanym krokiem. Oczywiście nie kierowała się do toalety.
Szła prosto do wyjścia, zanim Hilal zdążyłaby wrócić do tematu nieszczęsnej darowizny.

***

***
Hancer nie przyjechała sama. Niżej, przy drodze prowadzącej do domu, czekał na nią Melih. Stał pod zarośniętym wzgórzem, u stóp starych, omszałych schodów, które wspinały się ku drewnianemu ogrodzeniu i werandzie. Co chwilę spoglądał w stronę domu, nie potrafiąc ukryć niepokoju.
Wciąż brzmiały mu w głowie słowa Sinem:
„A jeśli Cihan po rozwodzie nie będzie chciał wrócić do Hancer? Jeśli nie wybaczy jej tego, że ukryła przed nim prawdę o dziecku? Co wtedy zrobimy, Melihu?”
Po chwili Hancer zeszła po nierównych, zarośniętych schodach. Zatrzymała się przed Melihem, wyraźnie poruszona i zakłopotana.
— Co się stało? — zapytał od razu. — Powiedziała ci coś złego? Czego od ciebie chciała?
Hancer odwróciła wzrok, jakby sama wciąż nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.
— Nie uwierzysz, jeśli ci powiem…
***
Hancer weszła do gabinetu Cihana w rezydencji. Mężczyzna siedział za biurkiem, pogrążony w myślach. Wiedział już, gdzie była. Chwilę wcześniej odwiedziła go matka i przyznała, dokąd wysłała Hancer.
— Wybacz — powiedział chłodno, nie podnosząc od razu wzroku. — Wygląda na to, że moja matka zmusiła cię do rozmowy z Beyzą.
Hancer zatrzymała się przy biurku. W jej twarzy widać było zmęczenie, ale nie uległość.
— Nie poszłam do niej dlatego, że ktoś mnie zmusił. Poprowadziło mnie sumienie.
Cihan powoli odwrócił fotel w jej stronę.
— Dziwne, że potraktowałaś żądanie Beyzy poważnie. Ale nieważne. — Spojrzał na nią uważnie. — Czego chce?
***

Godzinę wcześniej Beyza i Hancer siedziały naprzeciwko siebie w niewielkim salonie domu Yoncy. Przez koronkowe firanki wpadało blade światło, a w pokoju panowała ciężka, duszna atmosfera. Beyza wyglądała na spokojną, ale w jej spojrzeniu kryło się napięcie i satysfakcja.
— Słyszałam, że żałujesz tego okropnego oszczerstwa — zaczęła. — Tylko nie wiem, czy naprawdę jesteś szczera. Jakoś trudno mi w to uwierzyć. Gdybyś była na moim miejscu, czułabyś dokładnie to samo.
— Beyzo, nie chciałam cię oczerniać — odpowiedziała Hancer cicho, lecz stanowczo. — Źle zrozumiałam to, co zobaczyłam. Nie wiem, czy to cokolwiek dla ciebie znaczy, ale przepraszam. Zrobię wszystko, żeby naprawić swój błąd.
Beyza przyglądała jej się przez chwilę z chłodnym uśmiechem.
— Zobaczymy. Zobaczymy, czy potrafisz kochać Cihana tak samo mocno jak ja.
Hancer zmarszczyła brwi.
— Co to ma znaczyć? Przypominam ci, że jestem mężatką. Moim mężem jest Melih.
— Ale to na mojego męża patrzysz — odparła Beyza z jadem w głosie. — Wykorzystujesz każdą okazję, żeby znaleźć się blisko niego.
— Nie przyszłam tu, żeby się kłócić. Powiedz, co mam przekazać Cihanowi, a zrobię to.
— Najpierw udowodnij mi, że nie interesuje cię mój mąż.
— Jak mam to udowodnić?
— Musisz mnie przekonać, że już nigdy nie będziesz kręcić się obok nas.
Hancer powoli traciła cierpliwość.
— Beyzo, czego ty właściwie ode mnie chcesz? Powiedz to wprost.
Beyza wyprostowała się i spojrzała jej prosto w oczy.
— Kiedy przyszliśmy prosić o twoją rękę dla Cihana, nie wiedziałaś, że jestem jego byłą żoną. Mogłam ci wtedy powiedzieć prawdę i wszystko zniszczyć, ale tego nie zrobiłam. Kocham Cihana tak bardzo, że nie chciałam skazywać go na życie bez dziecka. Oddałam ci go własnymi rękami. Teraz twoja kolej. Zrobisz dokładnie to samo dla mnie.
***
— Czego chce Beyza? — powtórzył Cihan.
Hancer wzięła głębszy oddech.
— Wiesz, że Beyza kiedyś przyszła do mojego domu, żeby prosić o moją rękę dla ciebie. Teraz chce, żebyś ty pojechał do jej ojca i poprosił o jej rękę.
Cihan powoli wstał. Podszedł do komody, oparł się o nią i skrzyżował ręce na piersi. Na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, a po chwili złość. Spodziewał się kolejnej groźby, szantażu. Nie tego.
— Czy Beyza ma jeszcze jakieś życzenia? — zapytał z ironią.
— Tak. Chce, żebym ja też tam była, kiedy będziesz prosił o jej rękę. Chce, żeby wyglądało to tak, jakbym oddała ciebie jej.
Cihan wyprostował się gwałtownie i zrobił krok w jej stronę.
— Chce, żebym prosił o jej rękę w twojej obecności? — Jego głos stwardniał. — Co to za absurd?
— Kwestionowaniem jej logiki nie osiągniemy kompromisu, Cihanie. Po prostu przemyśl to spokojnie. Jestem gotowa zapłacić za swój błąd.
— Beyza uwielbia robić zamieszanie. Przykro mi, ale nie zamierzam jej się podporządkowywać.
Hancer spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Powinieneś być gotów zrobić wszystko dla swojego dziecka.
Cihan wrócił za biurko i usiadł, odwracając się do niej plecami.
— Wykonałaś swoją część. Reszta jest moim problemem. Nie mieszaj się już w to.
Hancer zacisnęła usta. Przez chwilę patrzyła na jego plecy, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale ostatecznie tylko odwróciła się na pięcie.
— Jak chcesz.
Wyszła z gabinetu bez słowa więcej.
Cihan został sam. Zacisnął dłoń w pięść i przycisnął ją do czoła. Czuł, jak narasta w nim gniew i bezsilność. Nikt tak skutecznie nie potrafił doprowadzić go do granic wytrzymałości jak Beyza.


***
Hancer i Melih weszli do salonu starego domu. W jasnym pokoju, przysłoniętym ciężkimi brązowymi zasłonami, panowała cisza. Hancer opadła na różową kanapę i splecionymi dłońmi ścisnęła palce tak mocno, jakby próbowała utrzymać w ryzach własne emocje. Torebkę odłożyła obok siebie. Melih usiadł naprzeciwko, na sąsiedniej szarej sofie, pochylając się ku niej z niepokojem.
— Cihan zareagował właściwie — powiedział stanowczo. — Nie ma mowy, żebyś zgodziła się na coś takiego.
Hancer przez chwilę milczała. Patrzyła przed siebie pustym wzrokiem, jakby wciąż widziała przed sobą Beyzę i jej okrutny uśmiech.
— Będę tam stała i patrzyła, jak wkładają sobie obrączki — odezwała się w końcu cicho. — Własnymi rękami oddam mężczyznę, którego kocham, innej kobiecie. Wiem, że to będzie bardzo trudne, ale muszę to zaakceptować.
Melih spojrzał na nią z niedowierzaniem. W jego twarzy pojawił się gniew, ale nie był skierowany przeciwko niej. Bardziej przeciwko temu, co była gotowa sobie zrobić.
— Czyli naprawdę zaakceptowałaś tę diabelską grę Beyzy? — zapytał. — Nic dziwnego, że Cihan się wściekł. Tym razem miał rację, Hancer. Powtórzę ci to jeszcze raz: tej kobiecie nie zależy ani na dziecku, ani na rodzinie. Ona chce tylko, żebyś raz na zawsze zrezygnowała z Cihana. Cała ta propozycja ma jeden cel: zranić cię i upokorzyć. Dlaczego tego nie widzisz? Dlaczego sama siebie karzesz?
Hancer spuściła wzrok.
— Ponieważ jestem to winna temu dziecku.
— Hancer, przestań — powiedział łagodniej, ale nadal stanowczo. — Poświęcasz się dla tego dziecka od samego początku. Wystarczy. Naprawdę wystarczy. Pomyśl wreszcie o sobie. O swoim dziecku też. Nikomu niczego nie jesteś winna.
Dziewczyna zacisnęła usta, jakby każde jego słowo dotykało miejsca, którego sama bała się dotknąć.
Melih pochylił się jeszcze bardziej.
— Obiecaj mi coś. Cihan zachował się jak mężczyzna i odrzucił ten absurd. Powiedział ci jasno, żebyś się nie wtrącała. Więc tego nie rób. Nie patrz tak na mnie, Hancer. Obiecaj mi, że nie dasz Beyzie wciągnąć się w tę grę.
Hancer nie odpowiedziała. Odwróciła wzrok ku oknu, za którym białe firanki łagodnie rozpraszały światło. Milczała, ale jej twarz zdradzała, że serce wciąż nie pozwalało jej odejść od Cihana tak łatwo, jak oczekiwał tego Melih.
***
Cihan nie tracił ani chwili. Wsiadł do samochodu i pojechał prosto do domu Yoncy. W niewielkim salonie, gdzie turkusowa kanapa stała tuż obok łóżka przykrytego jasną narzutą w liście, stanął naprzeciwko Beyzy. W jego spojrzeniu nie było już miejsca na cierpliwość. Patrzył na nią twardo, jak człowiek, który zrozumiał, że po drugiej stronie nie czeka rozmowa, lecz kolejna gra.
— Wiem, co próbujesz zrobić — powiedział lodowatym tonem. — Chcesz rozdrapać stare rany i się zemścić. Beyzo, dostałaś już to, czego chciałaś. Znowu jesteś moją żoną. Jesteś matką mojego dziecka. Te gierki są niepotrzebne.
Beyza uniosła podbródek. W jej oczach błysnęła przekora.
— Nie gram w żadne gry.
— Posłuchaj mnie uważnie. Czy naprawdę uważasz, że Cihan Gurur powinien wychowywać się w tym domu, w takich warunkach? Karzesz własne dziecko i nawet tego nie widzisz.
— Nosiłam go pod sercem przez dziewięć miesięcy — odparła stanowczo. — Nikt nie może kochać go bardziej niż ja. Jest szczęśliwy przy swojej matce.
Cihan zacisnął szczękę.
— Ty i dziecko musicie wrócić ze mną.
— Nie zamierzam siedzieć w kącie i patrzeć, jak tamta kobieta kręci się wokół ciebie.
— Nie mam już nic wspólnego z Hancer — powiedział ostro. — Przestań wciągać ją w sprawy między nami. Twoim jedynym celem jest zemsta na niej. Wszyscy to widzą.
— Nie próbuję się mścić. Chcę tylko, żebyś udowodnił, że między wami nic nie ma. Dlatego spełnisz mój warunek.
Cihan zmrużył oczy. Przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu, jakby chciał odczytać każdy szczegół z jej twarzy: ten pewny siebie uśmiech, błysk satysfakcji, przekonanie, że trzyma go w garści.
— To twoje ostatnie słowo? — zapytał w końcu. — Nadal upierasz się, żeby Hancer wzięła w tym udział?
Beyza skinęła głową.
— Tak.
Ku jej zaskoczeniu Cihan nie wybuchnął. Nie podniósł głosu. Tylko wyprostował się powoli, a na jego twarzy pojawił się chłodny, trudny do rozszyfrowania wyraz.
— W porządku — powiedział. — Jesteś wolna dziś wieczorem?
Beyza zamrugała, wyraźnie zbita z tropu. Nie spodziewała się, że Cihan ustąpi tak szybko. Tym bardziej nie przypuszczała, że zechce załatwić wszystko natychmiast.
Po chwili na jej ustach pojawił się zwycięski uśmiech.
— Tak, jestem. Poczekaj. Zaraz się przygotuję. Zabierzesz mnie do mojego ojca, bo to jego musisz poprosić o moją rękę.
— Dobrze. Jak chcesz.
Beyza chwyciła telefon ze stolika i niemal pobiegła do pokoju. Była pewna, że wygrała.
Cihan został sam w salonie. Zmarszczył brwi i spuścił wzrok, jakby w myślach układał już kolejne posunięcie.
— Beyza… Beyza… — mruknął cicho, z niepokojąco spokojnym gniewem.
Zacisnął usta. Nie wyglądał jak człowiek, który się poddał. Wyglądał raczej tak, jakby właśnie postanowił wejść do gry na własnych zasadach.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 166.Bölüm i Gelin 167.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






