„Panna młoda” Odc. 112 – streszczenie
Jadalnia była jasna i elegancka, lecz panowała w niej dziwna pustka — jakby coś nie pasowało do idealnie nakrytego stołu.
Mukadder weszła pewnym krokiem, zatrzymując się nagle przy stole. Jej spojrzenie przesunęło się po starannie ułożonych talerzach, serwetkach i sztućcach… i zatrzymało na pustych półmiskach.
Jej twarz natychmiast stężała.
— Co to ma znaczyć? — zapytała chłodno, a w jej głosie zabrzmiała narastająca irytacja.
Sinem stała obok stołu, spokojna, choć wyraźnie spięta. Obok niej krzątała się mała Mine, z powagą właściwą tylko dzieciom, układając sztućce tak, jakby to była najważniejsza czynność na świecie.
— Co robisz? — kontynuowała Mukadder ostrzej, zwracając się do Sinem, jakby rozmawiała ze służącą. — Dlaczego kolacja jeszcze nie jest gotowa? Cihan wrócił ze szpitala. Jest głodny. Pospiesz się!
Mine na chwilę podniosła głowę, spoglądając niepewnie na dorosłych, po czym znów skupiła się na swojej pracy, starannie prostując widelec przy talerzu.
W tej samej chwili do jadalni weszła Gulsum, rozglądając się nerwowo.
— Czy widziałyście sweter pani Beyzy? — zapytała, jakby nie dostrzegała napięcia w pomieszczeniu.
Mukadder odwróciła się do niej gwałtownie.
— Czy twoim zadaniem jest teraz szukanie jej ubrań? — rzuciła ostro. — Po co się tu kręcisz? I w ogóle… dlaczego jeszcze tu jesteś? Czy nie powiedziałam jasno, że jesteście zwolnione?
Gulsum nie spuściła wzroku. Przeciwnie — uniosła lekko podbródek, jakby pierwszy raz w życiu postanowiła się nie cofnąć.
— Nigdzie się nie wybieram — odpowiedziała spokojnie, ale stanowczo. — A Fadime i Aysu czekały na powrót pana Cihana.
Mukadder zmrużyła oczy.
— Co to znaczy, że się nie wybierasz?
Na ustach Gulsum pojawił się uśmiech — nieco zbyt pewny, nieco zbyt chłodny.
— Zostałam awansowana — oznajmiła, przeciągając słowa z wyraźną satysfakcją. — Czy pani Beyza ci nie powiedziała? Od teraz jestem jej osobistą asystentką.
W jadalni zapadła krótka, ciężka cisza.
— Awansowałaś? — powtórzyła Mukadder z niedowierzaniem. — A od kiedy to Beyza rozdaje stanowiska w tym domu?
Zanim Gulsum zdążyła odpowiedzieć, Mine zerwała się nagle od stołu i pobiegła do salonu. Po chwili wróciła, trzymając w dłoniach sweter.
— Proszę — powiedziała cicho, podając go Gulsum.
Kobieta wzięła go bez słowa, rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Mukadder i odwróciła się, jakby zamierzała odejść.
— Zatrzymaj się — padło ostro.
Gulsum przystanęła, ale się nie odwróciła.
— Pomóż w kuchni — poleciła Mukadder. — Która już godzina, a kolacja nadal nie jest gotowa. Cihan potrzebuje jedzenia. Jeśli masz choć odrobinę rozsądku, zacznij pomagać.
Gulsum powoli obróciła głowę.
— Chyba się nie zrozumiałyśmy — powiedziała spokojnie, lecz z wyraźnym chłodem. — Jestem osobistą asystentką pani Beyzy. Nie zajmuję się pracami domowymi.
Mukadder spojrzała na nią z rosnącą wściekłością.
— W takim razie powiedz mi, czym się zajmujesz?
Na ustach Gulsum znów pojawił się ten sam, nieprzyjemnie uprzejmy uśmiech.
— Wykonuję polecenia pani Beyzy — odpowiedziała. — Na przykład teraz… przynoszę jej sweter. Dbam o komfort i spokój twojego nienarodzonego wnuka.
Te słowa zawisły w powietrzu jak prowokacja.
Gulsum przeniosła spojrzenie na Sinem i uśmiechnęła się do niej z udawaną serdecznością.
— Życzę miłej pracy, pani Sinem.
Odwróciła się na pięcie i wyszła, zostawiając za sobą ciężką ciszę.
Mukadder zamknęła oczy na moment, jakby próbowała opanować narastającą frustrację.
— Boże… — westchnęła z rezygnacją, unosząc dłoń do skroni. — Mam ochotę wyrwać sobie włosy.
Po chwili otworzyła oczy i spojrzała ostro na Sinem.
— No dalej. Nie stój tak. Przygotuj jedzenie.
Sinem skinęła lekko głową. Bez słowa odwróciła się i ruszyła w stronę kuchni.
Tylko Mine została przy stole — wciąż ustawiając sztućce, jakby próbowała przywrócić porządek w miejscu, gdzie już dawno go nie było.


***
Korytarz był cichy, niemal nienaturalnie spokojny — jakby ściany rezydencji wstrzymywały oddech po tym, co wydarzyło się wcześniej. Drzwi pokoju Cihana otworzyły się powoli.
Hancer wyszła na zewnątrz, zamykając je za sobą z ostrożnością, jakby nie chciała zakłócić jego odpoczynku. Przez chwilę stała nieruchomo, zbierając myśli… aż nagle jej spojrzenie zatrzymało się na postaci stojącej naprzeciwko.
Beyza.
Obie zamarły, jakby ktoś nagle zatrzymał czas.
Między nimi rozciągnęła się cisza — ciężka, napięta, wypełniona niewypowiedzianymi pretensjami.
Beyza uniosła podbródek, a na jej ustach pojawił się chłodny, pogardliwy uśmiech.
— Co z ciebie za bezwstydnica? — rzuciła cicho, ale ostro. — Pod tą niewinną twarzą kryje się diabeł.
Hancer zmarszczyła brwi, prostując się.
— Uważaj, jak się do mnie zwracasz, Beyzo.
— Tak, jak na to zasługujesz — odpowiedziała natychmiast. Jej oczy błysnęły gniewem. — Wyglądasz jak anioł, ale od samego początku działasz za naszymi plecami.
Zrobiła krok bliżej.
— Myślisz, że jestem taka jak ty? Że nie widzę, co robisz?
Hancer milczała, ale jej spojrzenie stwardniało.
Beyza mówiła dalej, coraz szybciej, jakby długo tłumione słowa wreszcie znalazły ujście:
— Broniłam cię. Rozumiesz? Powiedziałam wszystkim, że jesteś ofiarą. Że nic nie wiedziałaś. Że jesteś tylko kobietą, która znalazła się w złym miejscu. — Jej głos zadrżał od emocji. — Nie chciałam cię upokarzać. Mogłam powiedzieć głośno, kim jestem. Że to ja jestem byłą żoną Cihana. Mogłam cię zniszczyć jednym zdaniem.
Na chwilę zawiesiła głos, po czym dodała ciszej, ale z jadem:
— Mogłam wzbudzić w tobie zazdrość. Ale tego nie zrobiłam. Chciałam, żebyś sama zrozumiała… i odeszła.
Jej oczy zwęziły się.
— A ty? Przez cały czas udawałaś niewinną. Udawałaś głupią.
Hancer wciągnęła powoli powietrze.
— Nie zostanę tu na zawsze — powiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewało zmęczenie. — Jak tylko rana Cihana się zagoi, wrócę do domu brata.
Beyza prychnęła cicho.
— Jak możesz być tak bezczelna, żeby myśleć, że bez ciebie ta rana się nie zagoi?
— To nie o to chodzi — odpowiedziała Hancer, patrząc jej prosto w oczy. — Chcę, żeby mi wybaczył. Prawie go zabiłam. Jestem mu to winna.
Na twarzy Beyzy pojawił się kpiący uśmiech.
— Gratuluję. Kolejne kłamstwo? Naprawdę zaczynasz być w tym dobra.
Tym razem to Hancer zrobiła krok do przodu.
Jej spojrzenie było twarde, nieustępliwe.
— Lepiej nie zaczynajmy rozmowy o kłamstwach — powiedziała cicho, ale z wyraźnym naciskiem. — Bo twoja księga jest znacznie grubsza.
Przez moment obie mierzyły się wzrokiem. Powietrze między nimi niemal iskrzyło.
— Możesz oszukać Cihana — syknęła Beyza — ale mnie nigdy. Zrobisz wszystko, żeby tu zostać.
Hancer pokręciła lekko głową.
— Obiecuję, że odejdę. Ale nie dla ciebie. — Jej głos złagodniał, choć pozostał stanowczy. — Zrobię to dla dziecka. Nie chcę, żeby dorastało bez ojca.
Na moment zapadła cisza.
— Więc nie utrudniaj mi tego, Beyzo.
Beyza patrzyła na nią jeszcze chwilę, jakby próbowała ją przejrzeć na wskroś.
W końcu pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Niczego się nie nauczyłaś — powiedziała chłodno. — Za pierwszym razem ciocia Mukadder nie była w stanie pociągnąć za spust.
Jej spojrzenie stwardniało.
— Ale nie sądzę, by zawahała się po raz kolejny.
Słowa zawisły w powietrzu jak groźba.
Beyza odwróciła się gwałtownie i ruszyła w stronę schodów. Jej kroki były szybkie, zdecydowane.
***
Cihan podniósł się z łóżka z wyraźnym wysiłkiem. Na moment przymknął oczy, jakby ciało sprzeciwiało się każdemu ruchowi. Hancer natychmiast znalazła się przy nim — jej dłoń pewnie objęła jego ramię.
— Uważaj — szepnęła cicho.
Nie odpowiedział. Oparł się na niej i ruszył powoli przed siebie. Każdy krok był ciężki, ale zdecydowany.
Tak, krok po kroku, dotarli do gabinetu.
Hancer rozejrzała się po pomieszczeniu, nie kryjąc zdziwienia.
— Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś? — zapytała w końcu.
Cihan podszedł do biurka, opierając się o jego krawędź. Przez chwilę milczał, jakby zbierał myśli, po czym sięgnął po ołówek.
— Twoim zadaniem jest opiekować się mną w ciągu dnia — powiedział spokojnie, bez cienia emocji. — Nie ma potrzeby, żebyś czuwała przy mnie także w nocy.
Uniósł wzrok na nią tylko na ułamek sekundy.
— Połóż się i odpocznij.
W jego tonie nie było troski. Była chłodna decyzja.
— Lekarz powiedział, że potrzebuję tygodnia — dodał. — Minął pierwszy dzień.
Podszedł do ściany i, nie wahając się ani chwili, narysował prostą, nieco pochyloną kreskę.
— Od teraz będę odliczał.
Krótka pauza.
— Do końca.
Ołówek stuknął o blat biurka, gdy odłożył go bezceremonialnie.
— Dobranoc.
Odwrócił się, jakby zamierzał wyjść bez słowa więcej.
W tej samej chwili Hancer chwyciła go za rękę. Jej ruch był szybki, niemal gwałtowny.
Zatrzymał się.
— Jaki jest twój problem? — zapytała cicho, ale jej głos był napięty jak struna. — Dlaczego tak się zachowujesz?
Cihan odwrócił głowę i spojrzał na nią chłodno.
— Jak niby?
— Jakbyś mnie winił — odpowiedziała natychmiast. — Jestem tutaj, bo złożyłam obietnicę. Próbuję ją wypełnić.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu.
— Nie ma w tym nic złego — powiedział w końcu Cihan. — To dla twojego dobra.
Uniósł lekko brodę, wskazując ścianę.
— Żebyś nie zapomniała dnia, w którym stąd odejdziesz.
Słowa uderzyły ją mocniej, niż się spodziewała.
Hancer cofnęła rękę.
— Nie martw się — odpowiedziała spokojniej, ale w jej oczach pojawił się cień bólu. — Te dni miną szybciej, niż myślisz. Nie musisz mi o tym przypominać… jakbyś tylko na to czekał.
— Więc nie zachowuj się tak, jakbym cię tu trzymał siłą — odparł chłodno. — Jeśli będziesz chciała odejść, nikt cię nie zatrzyma.
Te słowa zawisły między nimi ciężko.
Hancer skinęła głową.
— Dobrze. Miło to słyszeć.
Cihan nie odpowiedział.
— Dobranoc — rzucił tylko krótko.
Tym razem nie zatrzymała go. Wyszedł z gabinetu sam, powoli, ale uparcie — jakby każdy krok był aktem siły woli.
Hancer została sama. Jej spojrzenie powoli przesunęło się na ścianę.
Jedna kreska.
Początek końca.


***
Melih stał przy samochodzie i wkładał ostatnią walizkę do bagażnika. Jego ruchy były mechaniczne, jakby chciał jak najszybciej zakończyć tę chwilę — nie patrzeć, nie myśleć.
Wtedy drzwi rezydencji otworzyły się gwałtownie.
— Mine! Dokąd biegniesz? — zawołała Sinem, wychodząc za córką. — Najpierw śniadanie!
Ale dziewczynka już jej nie słuchała.
Jej małe kroki szybko pokonały dziedziniec. Zatrzymała się dopiero przy Melihu, łapiąc oddech, z szeroko otwartymi oczami.
— Dzień dobry, bracie Melihu…
Mężczyzna odwrócił się. Na widok Mine jego twarz złagodniała. Zamknął bagażnik i lekko się uśmiechnął.
— Dzień dobry, księżniczko.
Dziewczynka spojrzała na walizki, potem znów na niego.
— Dokąd jedziesz? — zapytała z dziecięcą ciekawością. — Na wakacje?
Uśmiech Meliha zgasł niemal natychmiast.
Zawahał się.
— Nie… — odpowiedział cicho. — My… już tu nie pracujemy. Wyjeżdżamy.
Słowa zawisły w powietrzu ciężko, jak coś, czego nie da się cofnąć.
Mine zmarszczyła brwi.
— A ciocia Fadime? I siostra Aysu? — dopytała szybko. — One też?
Melih skinął głową.
— Tak… wszyscy wyjeżdżamy.
Dziewczynka patrzyła na niego przez chwilę, jakby próbowała zrozumieć coś, co nie mieściło się w jej świecie.
— Czyli… zostawiacie nas?
Jej głos zadrżał.
— Dlaczego?
Oczy zaczęły jej się szklić, a po chwili łzy popłynęły po policzkach.
Melih natychmiast uklęknął przed nią, jakby chciał być bliżej, na jej wysokości.
Delikatnie ujął jej małe dłonie.
— Kochanie… — powiedział miękko. — Twoja mama ma mój numer. Możesz do mnie zadzwonić, kiedy tylko zechcesz. Zawsze odbiorę.
Ale Mine pokręciła głową gwałtownie.
— Nie chcę! — zaprotestowała, wyrywając dłonie. — Ty mnie zostawiasz!
Odwróciła się i chwyciła Sinem za rękę, szukając w niej ratunku.
— Mamo, proszę… powiedz im, żeby nie wyjeżdżali…
Sinem spojrzała na Meliha, potem na zapłakaną córkę. W jej oczach było współczucie, ale i bezradność.
— Nic nie możemy zrobić, kochanie — powiedziała cicho. — Tak zdecydowali.
Mine cofnęła się o krok, jakby te słowa ją odepchnęły.
— Nie… — wyszeptała.
A potem nagle odwróciła się i pobiegła z powrotem do domu, dławiąc się płaczem.
Sinem ruszyła za nią natychmiast.
Na dziedzińcu znów zapadła cisza.
Melih został sam.
Stał nieruchomo przez dłuższą chwilę, patrząc w stronę drzwi, za którymi zniknęła dziewczynka.
A potem powoli odwrócił wzrok… i zamknął oczy.



***
W przestronnym holu rezydencji panował ciężki, niemal duszny nastrój. Marmurowa posadzka odbijała kroki Fadime i Aysu, które zatrzymały się przy wejściu, ciągnąc za sobą walizki. Ich twarze były napięte — jakby każdy kolejny oddech kosztował je więcej niż zwykle.
Drzwi otworzyły się z impetem.
Do środka wbiegła Mine, zapłakana, roztrzęsiona.
— Mine, chodź… pozwól, że cię przytulę — powiedziała Aysu, wyciągając do niej ręce.
Dziewczynka nawet na nią nie spojrzała. Minęła ją jak cień i pobiegła dalej, tłumiąc szloch.
Aysu opuściła ręce, jakby nagle zabrakło jej sił.
— Co się stało? — zapytała Fadime cicho, zwracając się do Sinem, która weszła tuż za córką.
Sinem westchnęła ciężko.
— Melih powiedział jej, że wyjeżdżacie… — odpowiedziała. — Bardzo to przeżyła.
Fadime zamknęła oczy na krótką chwilę.
— Ach, moje dziecko… — szepnęła z bólem. — Nam też nie jest łatwo ją zostawić.
W tym momencie drzwi znów się otworzyły. Do środka wszedł Melih. Jego spojrzenie od razu powędrowało w stronę korytarza, gdzie zniknęła Mine.
Z głębi domu dobiegł stuk obcasów.
Mukadder pojawiła się w holu, a za nią Beyza. Obie zatrzymały się naprzeciw służby.
Mukadder zmierzyła Fadime lodowatym wzrokiem.
— Wreszcie — powiedziała chłodno. — Naprawdę trzeba mieć tupet, żeby zostawać tam, gdzie nikt cię nie chce.
Aysu prychnęła z oburzeniem.
— Spójrz na nią, mamo… — rzuciła półgłosem do Fadime. — Nawet teraz nie potrafi przestać.
— Cicho, córko — upomniała ją stanowczo Fadime. — Nie chcemy kolejnych problemów.
Po czym spojrzała prosto na Mukadder.
— Dzięki Bogu pan Cihan wraca do zdrowia. Chciałybyśmy się z nim pożegnać… i od razu wyjedziemy.
— Nie ma takiej potrzeby — ucięła Mukadder. — Przekażę mu, że niewdzięcznicy w końcu odeszli.
Melih zrobił krok do przodu. Jego głos był spokojny, ale napięty jak struna.
— Chcemy powiedzieć to osobiście — powiedział stanowczo. — Jeśli pan Cihan ma chwilę, zapytam go sam.
Mukadder odwróciła się ku niemu powoli, z wyraźną pogardą w oczach.
— Kim ty jesteś, żeby podważać moje słowa? — syknęła. — Wynoście się stąd.
— Mamo, proszę… — odezwała się Sinem, robiąc krok naprzód. — Jeśli Cihan się dowie, że nie pozwoliłaś im się pożegnać, będzie zły.
Mukadder spojrzała na nią ostro.
— Bronisz ich? — jej głos podniósł się niebezpiecznie. — Tych, którzy zdradzili naszą rodzinę? I ja mam słuchać twoich rad?!
— Dość! — wybuchł nagle Melih.
Wszyscy zamarli.
— Nikt normalny nie traktuje ludzi w ten sposób — dodał, patrząc jej prosto w oczy.
— Jak śmiesz! — wycedziła Mukadder. — Wynoś się natychmiast!
I wtedy…
Z góry rozległ się głos. Głęboki, stanowczy, przeszywający ciszę jak ostrze.
— Mamo!
Wszyscy odwrócili się jednocześnie.
Na schodach stał Cihan.
Powoli, z widocznym wysiłkiem, zaczął schodzić w dół. Każdy krok był ciężki, ale jego spojrzenie — twarde i nieustępliwe.
Zatrzymał się naprzeciw Mukadder. Wbił w nią zimny, przenikliwy wzrok.
— Co się tu dzieje? — zapytał cicho.
Ale w jego głosie nie było ani odrobiny łagodności.



***
W niewielkim, skromnie urządzonym przedpokoju panowała cisza, przerywana jedynie tykaniem zegara i cichym szelestem materiału. Derya siedziała na kanapie, lekko pochylona do przodu, jakby chciała ukryć się przed własnymi myślami. Na jej nadgarstkach połyskiwały złote bransoletki — jedyne, co w tej chwili przyciągało całe jej skupienie.
Obracała je powoli między palcami, pozwalając, by światło odbijało się od ich powierzchni.
— Łatwo powiedzieć… — mruknęła pod nosem, nie odrywając wzroku od biżuterii. — Oddaj komuś potrzebującemu…
Westchnęła ciężko.
— Kto doceni je bardziej ode mnie? — dodała ciszej, niemal czule. — Jak pięknie błyszczą… jak wtedy, gdy słońce pada prosto na mnie…
Na moment zamknęła oczy, jakby próbowała zatrzymać ten obraz.
— Nie… nie mogę się z nimi rozstać.
Podniosła głowę, a w jej spojrzeniu pojawił się cień buntu.
— Wujek Ertugrul mówi, jakby to było takie proste. Prosiłam go o rozwiązanie, a on chce mnie ograbić z tego, co mam najcenniejsze…
Zacisnęła dłonie.
— Bransoletki… czy Cemil? — wyszeptała. — Cemil… czy bransoletki…?
Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i niewygodne.
I wtedy…
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Do środka wpadł Emir, pełen energii, z błyskiem w oczach. W rękach trzymał plastikowy pistolet, który wymierzył prosto w matkę.
— Ręce do góry, mamo!
Derya zamarła.
— Boże! — krzyknęła, unosząc ręce niemal odruchowo. — Co ty wyprawiasz?! Co to jest?!
Emir uśmiechnął się szeroko, dumny ze swojego „ataku”.
— Tata Hamzy kupił nam takie same! — oznajmił z ekscytacją.
Derya szybko się otrząsnęła. Jej twarz stężała.
— Daj mi to — powiedziała ostro, wyciągając rękę.
Chłopiec bez sprzeciwu oddał zabawkę. Kobieta obejrzała ją uważnie, marszcząc brwi.
— A twoja twarz? — dodała nagle, spoglądając na niego uważniej. — Co to za brud? Idź natychmiast się umyć.
— Dobrze… — mruknął Emir i pobiegł w głąb domu.
Drzwi do łazienki zamknęły się z cichym trzaskiem.
Derya została sama.
Powoli opuściła ręce i jeszcze raz spojrzała na przedmiot w dłoni.
Obróciła pistolet w palcach.
— Wygląda… prawie jak prawdziwy — szepnęła.
W jej oczach coś błysnęło.
Najpierw niepewność.
Potem… coś znacznie bardziej niepokojącego.
Na jej ustach pojawił się powolny, ledwo dostrzegalny uśmiech.
— A gdyby…
Zamilkła.
Myśl dopiero się rodziła — jeszcze nie w pełni ukształtowana, ale już wystarczająco niebezpieczna.




Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 81.Bölüm i Gelin 82.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






