„Panna młoda” Odc. 132 – streszczenie
Beyza była śmiertelnie blada. Siedziała nieruchomo w aksamitnym fotelu, ubrana jedynie w granatową satynową piżamę, a jej ciało drżało tak mocno, jakby znalazła się pośrodku śnieżnej zamieci. Jednak to nie chłód wprawiał ją w ten stan.
To świadomość tego, co zrobiła.
Świadomość, że odebrała życie nie tylko znienawidzonej Hancer, ale również mężczyźnie, którego kochała obsesyjnie, rozpaczliwie i bez granic.
Pokój tonął w ciszy. Za ogromnymi oknami powoli zaczynał świtać dzień, ale Beyza wyglądała tak, jakby noc wciąż trwała w jej wnętrzu.
Jej oczy były zaczerwienione od płaczu. Oddychała nierówno, z trudem łapiąc powietrze. Co chwilę zaciskała dłonie na podłokietnikach fotela, jakby próbowała utrzymać kontrolę nad własnym umysłem.
W końcu podniosła się powoli.
Nogi miała miękkie, niemal odmawiały jej posłuszeństwa. Zgarbiona ruszyła w stronę toaletki. Głowę trzymała nisko, jakby bała się spojrzeć na swoje odbicie.
Zatrzymała się dopiero przed lustrem.
Przez dłuższą chwilę patrzyła na kobietę stojącą po drugiej stronie szkła — roztrzęsioną, wyniszczoną, z rozmazanym makijażem i pustką w oczach.
— Ja… nie byłam taka… — wyszeptała.
Jej głos drżał.
— To wy mnie do tego doprowadziliście. — Pokręciła głową, jakby chciała przekonać samą siebie. — Nie jestem niczemu winna. To wszystko wasza wina… tylko wasza…
W jej spojrzeniu błysnęło coś niepokojącego — mieszanina bólu, obłędu i desperackiej potrzeby usprawiedliwienia samej siebie.
Odwróciła się gwałtownie i podeszła do łóżka. Leżały na nim porozrzucane ubrania. Beyza sięgnęła po czarną sukienkę i przyłożyła ją do swojego ciała, oglądając się w lustrze.
Po chwili założyła ciemne okulary, jakby już przygotowywała się do odegrania kolejnej roli.
Wyprostowała się i nabrała powietrza.
— Jestem bardzo smutna… — powiedziała cicho, niemal teatralnym tonem, jakby przemawiała do tłumu ludzi składających jej kondolencje. — Cihana i mnie łączyła wyjątkowa więź. Nawet jeśli nie byliśmy małżeństwem… nigdy tak naprawdę się nie rozstaliśmy…
Urwała i dotknęła dłonią swojego brzucha. Jej palce zadrżały.
— On… — wyszeptała z obłędem w oczach. — Teraz będzie żył wiecznie we mnie.
Przez chwilę patrzyła na swoje odbicie w absolutnym bezruchu.
A potem powoli się uśmiechnęła.
Był to uśmiech tak zimny i niepokojący, że bardziej przypominał pęknięcie w człowieku niż oznakę szczęścia.


***
Beyza od rana żyła w napięciu. Każdy dźwięk dochodzący z korytarza sprawiał, że gwałtownie podnosiła głowę. Nie rozumiała, dlaczego w rezydencji wciąż panuje spokój.
Minęło już tyle czasu.
Jeśli plan się powiódł, wiadomość o tragedii powinna była dawno dotrzeć do domu. Powinien rozlec się płacz, krzyki, chaos. Tymczasem wszystko wyglądało tak, jakby świat nadal toczył się swoim zwykłym rytmem.
To było niemożliwe.
Nie mogą żyć… pomyślała, czując jak lodowaty niepokój rozlewa się po jej ciele.
W końcu nie wytrzymała. Wstała gwałtownie i zeszła na dół. Każdy stopień pokonywała powoli, jakby nogi nagle zrobiły się z waty.
Gdy tylko postawiła stopę na parterze, rozległ się dzwonek do drzwi.
Beyza zatrzymała się w pół kroku.
Serce zabiło jej mocniej.
— Wygląda na to, że ktoś przyszedł z wiadomością o śmierci… — szepnęła do siebie.
Przez chwilę stała nieruchomo, po czym ruszyła w stronę wejścia. Jej dłonie drżały, gdy naciskała klamkę.
Otworzyła drzwi… i zamarła.
Oczy rozszerzyły jej się z przerażenia, a usta lekko rozchyliły.
Przed nią stał Cihan. Żywy. Cały i zdrowy.
Nie miał nawet najmniejszego śladu osłabienia.
Beyza poczuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg.
Cihan wszedł do środka spokojnym krokiem i zamknął za sobą drzwi. Uważnie przyjrzał się jej twarzy.
— Co się stało, Beyzo? — zapytał chłodno. — Dlaczego wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha?
— Ja… — zająknęła się. — Nie spodziewałam się ciebie.
W tym momencie w holu pojawiła się Mukadder.
— Ach, to ty, Cihanie — powiedziała zaskoczona. — Skąd się tu nagle wziąłeś?
Cihan spojrzał na matkę bez cienia emocji.
— Czy to nie jest mój dom?
Mukadder prychnęła.
— Więc nagle sobie o tym przypomniałeś? Wczoraj, kiedy wychodziłeś z żoną, mówiłeś, że to miejsce nie jest już twoim domem.
— Mamo, nie przyszedłem się kłócić.
— W takim razie po co przyszedłeś? I gdzie jest Hancer?
— To nieważne. Przyszedłem po Beyzę.
Beyza gwałtownie zbliżyła się do niego.
— Po mnie? — zapytała, próbując ukryć drżenie głosu. — Dlaczego?
Cihan spojrzał jej prosto w oczy. Jego wzrok był lodowaty i nieprzenikniony.
— Nie zadawaj głupich pytań. Wiem, że nie zrobiłaś żadnych badań.
Mukadder natychmiast odwróciła się do Beyzy.
— Co?! — krzyknęła. — To prawda?
Beyza spuściła wzrok.
— Przecież pojechałaś z ojcem do lekarza — ciągnęła wzburzona Mukadder. — Powiedziałaś Yasemin, że wyniki są dobre! Wszystko było kłamstwem?!
Jej głos stawał się coraz ostrzejszy.
— Dziewczyno, odpowiedz mi! Nie zrobiłaś żadnych badań?!
Beyza zacisnęła dłonie. Czuła, że grunt zaczyna palić ją pod stopami.
— Ja… nie czuję się dobrze — wyrzuciła z siebie drżącym głosem. — Moja psychika jest w rozsypce. Dlatego nie poszłam do lekarza.
Mukadder patrzyła na nią z niedowierzaniem.
— Co ty opowiadasz, córko? Tu chodzi o zdrowie mojego wnuka!
— Tyle się wydarzyło… — mówiła Beyza coraz bardziej nerwowo. — Nie wiedziałam, co robić. Pogubiłam się. Nie potrafię normalnie funkcjonować po tym wszystkim…
— Dość. — Głos Cihana przeciął jej tłumaczenia jak nóż. — Nie mam zamiaru słuchać twoich wymówek. Zdrowie mojego syna jest najważniejsze.
Zrobił krok w jej stronę.
— Przygotuj się. Wychodzimy.
Beyza zamarła.
— Dokąd?
— Yasemin już na nas czeka. Zrobi wszystkie badania i testy kontrolne.
Przez moment Beyza nie mogła oddychać.
Poczuła się jak zwierzę zamknięte w pułapce bez wyjścia.
— Dalej — powiedział Cihan stanowczo.
Beyza odwróciła się powoli i ruszyła w stronę schodów. Każdy krok był cięższy od poprzedniego. Miała wrażenie, że wokół jej szyi zaciska się niewidzialna obręcz strachu.
W głowie wciąż dudniło jej tylko jedno pytanie.
Jak to możliwe, że Cihan żyje?
Przecież zostawiła jego i Hancer śpiących w domu pełnym gazu…


***
Roztrzęsiona Beyza niemal wbiegła do swojego pokoju. Drzwi uderzyły o ścianę z taką siłą, że aż zadrżały szyby w oknach. Kobieta podeszła chwiejnym krokiem do fotela i ciężko w niego opadła.
Oddychała szybko, nierówno. Jej dłonie drżały tak mocno, że musiała zacisnąć je na podłokietnikach.
Tuż za nią do pokoju weszła Gulsum. Pokojówka wyglądała na równie przerażoną. Nerwowo splatała dłonie i co chwilę zerkała w stronę drzwi, jakby bała się, że Cihan zaraz wejdzie za nimi.
— Czy… czy pan Cihan naprawdę zabierze cię teraz do szpitala? — zapytała cicho, niemal szeptem.
Beyza uniosła głowę i spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Sama słyszałaś! — rzuciła ostro. — Po co jeszcze pytasz?!
Gulsum pobladła jeszcze bardziej.
— O Boże… — wyszeptała, przykładając dłoń do ust. — Co teraz będzie, pani Beyzo? Podczas USG lekarz każe odsłonić brzuch, zobaczy protezę… Wtedy wszystko wyjdzie na jaw. Zrozumieją, że nie ma żadnego dziecka…
Słowa pokojówki uderzyły w Beyzę jak policzek.
Kobieta gwałtownie poderwała się z fotela i podeszła do Gulsum. Chwyciła ją mocno za szczękę, zmuszając, by spojrzała jej w oczy.
— Zamknij się! — syknęła przez zaciśnięte zęby. — Ja już wariuję, a ty jeszcze bardziej mnie pogrążasz!
W oczach Beyzy pojawił się niemal obłędny strach.
Gulsum skuliła się, przerażona jej reakcją.
Po chwili Beyza odepchnęła ją gwałtownie i odwróciła się, chwytając za biodra. Zaczęła nerwowo chodzić po pokoju.
— Muszę znaleźć jakieś wyjście… — mamrotała do siebie drżącym głosem. — Muszę…
Stanęła nagle przy toaletce i spojrzała na swoje odbicie w lustrze.
Wyglądała okropnie. Rozczochrane włosy, blada twarz i oczy pełne paniki.
— Będę skończona… — wyszeptała. — Jeśli położę się na tym stole, wszystko się skończy.
Jej oddech przyspieszył jeszcze bardziej.
Przed oczami zaczęły jej stawać obrazy — twarz Cihana, spojrzenie Mukadder, szok wszystkich domowników, chwila, w której prawda wyjdzie na jaw.
Nie tylko straci Cihana.
Straci wszystko.
Beyza zacisnęła dłonie tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę.
— Nie… — powiedziała nagle stanowczo, unosząc głowę. — Nie mogę do tego dopuścić. Za żadną cenę.
Gulsum patrzyła na nią w milczeniu, coraz bardziej przerażona błyskiem, który pojawił się w oczach Beyzy.


***
Beyza siedziała na leżance w gabinecie Yasemin, blada jak ściana. Jej dłonie były lodowate, choć całe ciało oblewały fale gorąca. Nerwowo zaciskała palce na materiale błękitnej koszuli, starając się opanować drżenie.
Gabinet wydawał się nagle zbyt mały, zbyt duszny. Tykanie zegara rozbrzmiewało w jej uszach jak odliczanie do egzekucji.
„Nie mam już dokąd uciec” — pomyślała z paniką. — „To koniec. Gdy tylko każe mi się położyć… wszystko wyjdzie na jaw.”
Przed oczami stanęła jej twarz Cihana. Potem Mukadder. Hancer.
Wszyscy patrzący na nią z pogardą.
Yasemin przygotowała aparat do badania i spojrzała na nią spokojnie.
— Dalej, połóż się — powiedziała łagodnym tonem.
W tej samej chwili Beyza gwałtownie poderwała się z leżanki, jak oparzona. Stanęła naprzeciw lekarki, wyprostowana i spięta do granic możliwości.
— Masz obsesję na moim punkcie, prawda? — wysyczała. — Od początku próbujesz mnie zniszczyć. Udajesz troskliwą lekarkę, ale tak naprawdę chcesz mnie upokorzyć przed Cihanem.
Yasemin uniosła brwi, zaskoczona wybuchem.
— Beyzo… o czym ty mówisz?
— Myślisz, że nie wiem, co robisz?! — ciągnęła coraz bardziej roztrzęsiona. — Śledzisz mnie jak detektyw. Węszyłaś za moimi badaniami, wydzwaniałaś do lekarzy, a potem doniosłaś wszystko Cihanowi!
— Nie zrobiłam nic złego — odpowiedziała spokojnie Yasemin. — Martwię się o ciebie i o dziecko. Tylko tyle. Nie ma powodu, żebyś reagowała w ten sposób.
— Nie jestem zdenerwowana! — wybuchła Beyza. — Po prostu cię nie znoszę! Nie rozumiesz? Jak mam ci ufać, skoro jesteś po stronie Hancer? Pomagasz jej, wspierasz ją, a potem udajesz, że zależy ci także na mnie!
Zrobiła krok bliżej i spojrzała Yasemin prosto w oczy.
— Każdy, kto stoi przy Hancer… jest moim wrogiem.
Przez chwilę w gabinecie zapadła ciężka cisza.
Yasemin nie straciła jednak opanowania. Powoli skrzyżowała ręce na piersi i westchnęła cicho.
— Dobrze. W takim razie powiedz mi jedno: czego ode mnie oczekujesz? — zapytała spokojnie. — Bo naprawdę nie rozumiem, dlaczego robisz z tego wojnę. Musisz wykonać badania. To wszystko. Nie chodzi o Hancer ani o ciebie. Chodzi o zdrowie dziecka.
Beyza odwróciła wzrok.
— Nie powiedziałam, że ich nie zrobię — mruknęła po chwili. — Zrobię. Ale nie tutaj. Nie u ciebie.
Znów spojrzała na Yasemin, próbując odzyskać kontrolę nad sytuacją.
— Wyjdziesz teraz do Cihana i powiesz mu, że wszystko jest w porządku. A jutro pójdę do swojego lekarza i wykonam wszystkie badania. Wtedy będziesz mogła dalej mnie śledzić.
Na ustach Yasemin pojawił się cień rozbawienia.
— Naprawdę myślisz, że o to chodzi? — zapytała cicho.
Po chwili odwróciła się w stronę drzwi.
— Dobrze więc. Zaraz poproszę Cihana do środka i sama mu to powiesz.
Beyza momentalnie pobladła.
— Yasemin, zaczekaj!
Szybko chwyciła ją za ramię. W jej głosie po raz pierwszy zabrzmiał autentyczny strach.
— Nie wołaj Cihana… proszę.
Yasemin spojrzała na nią uważnie. Teraz była już pewna, że problem jest znacznie poważniejszy, niż przypuszczała.
— Beyzo… — powiedziała łagodniej. — Nie rozumiem, przed czym tak uciekasz. Nie torturujmy się nawzajem. Cihan i tak już wystarczająco wycierpiał. Obiecuję, że badanie potrwa tylko chwilę.
Wskazała leżankę.
— Połóż się.
Beyza poczuła, jak miękną jej nogi.
Powoli usiadła z powrotem na brzegu leżanki. Miała wrażenie, że serce zaraz rozerwie jej klatkę piersiową.
— Możesz odsłonić brzuch — powiedziała Yasemin, przygotowując rękawiczki.
Dla Beyzy świat nagle zaczął wirować.
Zrobiło jej się duszno. W uszach słyszała jedynie własny, przyspieszony oddech.
„To już…” — pomyślała spanikowana. — „Jeszcze sekunda i wszystko się skończy.”
Drżącymi dłońmi sięgnęła do materiału koszuli.
I wtedy nagle drzwi gabinetu otworzyły się z impetem.
Do środka weszła młoda pielęgniarka, trzymając w dłoni telefon. Na jej twarzy malowało się wyraźne napięcie.
— Pani doktor, dzwonią ze szpitala — powiedziała szybko. — Nagły przypadek. Przywieźli rodzącą pacjentkę.
Yasemin natychmiast odebrała telefon. Jej twarz momentalnie spoważniała. Przez chwilę słuchała w milczeniu, po czym westchnęła ciężko.
— Dobrze. Już jadę.
Rozłączyła się i spojrzała na Beyzę.
— Wybacz mi. Muszę natychmiast wracać do szpitala. To pilny poród.
Zdjęła rękawiczki i odłożyła je na blat.
— Powiem Cihanowi, że dziś nie dam rady dokończyć badania. Ale pamiętaj, żeby przyjść jutro. Bez wymówek.
Beyza poczuła, jak z jej piersi wyrywa się głęboki oddech ulgi.
Na chwilę odzyskała powietrze.
Na chwilę uniknęła katastrofy.
Ale tylko na chwilę.
Bo gdy Yasemin wyszła z gabinetu, Beyza doskonale wiedziała jedno — prawda nie zniknęła.
Została jedynie odroczona o jeden dzień.


***
Drzwi gabinetu otworzyły się i do środka wszedł Cihan.
Jego obecność sprawiła, że Beyza momentalnie zesztywniała. Stała nieruchomo przy leżance, zaciskając dłonie tak mocno, że paznokcie wbijały się w skórę.
Cihan spojrzał najpierw na nią, potem na pusty gabinet.
— Yasemin musiała wyjść — odezwała się szybko Beyza. — Na pewno już ci powiedziała.
— Rozmawialiśmy — odpowiedział spokojnie. — Wiem.
Podszedł kilka kroków bliżej. Jego twarz była poważna, ale głos pozostawał opanowany.
— Beyzo… tak jak ci powiedziałem, od teraz nie będziesz już radzić sobie sama. Koniec z ukrywaniem problemów, kłamstwami i wymówkami. Razem zajmiemy się wszystkim, co dotyczy dziecka.
Beyza poczuła, jak serce zaczyna walić jej jeszcze mocniej.
— Musisz teraz pójść na pobranie krwi — dodał Cihan.
Przez sekundę miała wrażenie, że źle usłyszała. Powoli uniosła wzrok.
— Pobranie… krwi? — powtórzyła cicho. — Ale przecież miałam wrócić jutro…
— To rutynowa kontrola — wyjaśnił spokojnie. — Yasemin o to poprosiła.
Beyza poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg.
Boże… — przemknęło jej przez myśl. — Uciekłam z jednej pułapki tylko po to, żeby wpaść w następną.
Nie wiedziała już, co jest gorsze — badanie USG czy analiza krwi.
Miała wrażenie, że każda kolejna minuta zaciska wokół niej niewidzialną pętlę.
Drzwi gabinetu ponownie się otworzyły. Do środka weszła młoda pielęgniarka w malinowym uniformie. Ta sama, która wcześniej przerwała badanie Yasemin.
Spojrzała na Beyzę z uprzejmym uśmiechem.
— Pani Beyzo, muszę pobrać pani krew — powiedziała łagodnie. — Proszę przejść ze mną do sąsiedniego pokoju.
Beyza zamarła. Przez chwilę nie była w stanie się poruszyć.
To już koniec — pomyślała z przerażeniem. — Dosłownie stoję na szubienicy i czekam, aż ktoś wybije mi stołek spod nóg.
Spojrzała ukradkiem na Cihana.
Stał spokojnie, nieświadomy chaosu, który rozdzierał ją od środka. Patrzył na nią z troską, a jednocześnie z tym chłodnym uporem, którego nie dało się złamać.
Beyza przełknęła ślinę.
Czuła, że jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, wszystko runie.
Jej kłamstwa.
Ciąża.
Całe życie, które budowała na oszustwie.
Na drżących nogach ruszyła za pielęgniarką. Każdy krok wydawał jej się coraz cięższy, jakby szła prosto ku własnemu wyrokowi.
***
Sinem pochylała się nad rabatą kwiatów, ostrożnie podlewając kolorowe dalie i róże rosnące przy tarasie. W powietrzu unosił się zapach mokrej ziemi i świeżo skoszonej trawy, ale jej myśli były daleko stąd. Od rana próbowała zagłuszyć niepokój pracą, choć każde wspomnienie rozmowy z Fadime wracało do niej niczym bolesne echo.
Nagle za plecami usłyszała znajomy, ciepły głos:
— Znasz się na kwiatach. Spójrz tylko, jak pięknie zakwitły.
Znieruchomiała.
Powoli odwróciła głowę i zobaczyła Meliha stojącego kilka kroków dalej. Patrzył na nią z łagodnym uśmiechem, ale w jego oczach kryło się napięcie.
Sinem szybko podniosła konewkę, chcąc odejść, jednak Melih natychmiast zastąpił jej drogę.
— Sinem… dlaczego jesteś wobec mnie taka chłodna? — zapytał cicho. — Wczoraj widziałaś mnie z balkonu. Wiem o tym. Spojrzałaś na mnie… a potem odwróciłaś się i odeszłaś. Dzisiaj zrobiłaś dokładnie to samo, kiedy przyszedłem zobaczyć się z Mine.
Przyglądał jej się uważnie, jakby próbował odczytać odpowiedź z samego wyrazu jej twarzy.
— Myślałem, że pokonaliśmy już wszystkie przeszkody między nami — mówił dalej. — Że zaczęliśmy coś nowego. Więc co się stało? Co zmieniło się po tamtym dniu?
Sinem spuściła wzrok.
Palce mocniej zacisnęły się na uchwycie konewki.
— Pomyliłam się — odpowiedziała stanowczo, choć głos lekko jej drżał. — Nie powinnam była pozwolić sobie na takie uczucia. Nie mam do tego prawa.
Melih zmarszczył brwi.
— Co to znaczy?
— Jestem matką, Melihu. Mam córkę. Zanim pomyślę o sobie, muszę myśleć o niej.
— Rozmawialiśmy już o tym — przypomniał spokojnie. — Wszystko sobie wyjaśniliśmy. Dlaczego znowu wracamy do początku?
Sinem pokręciła głową.
— Bo są rzeczy, których nie da się tak po prostu przezwyciężyć.
Melih zrobił krok w jej stronę.
— Nie. — Spojrzał jej prosto w oczy. — To nie są twoje słowa. Widzę to. Moja mama coś ci powiedziała, prawda?
Sinem milczała.
To wystarczyło.
Melih westchnął ciężko i odwrócił na moment wzrok.
— Wiedziałem… — mruknął. — Musiała coś powiedzieć, skoro nagle zaczęłaś przede mną uciekać.
— Twoja mama ma rację — odpowiedziała cicho Sinem. — Ten związek od początku był…
— Nie kończ. — Przerwał jej stanowczo. — Jest już za późno, żeby się wycofać, pani Sinem.
W jego głosie nie było złości. Była za to niezwykła pewność.
Sinem spojrzała na niego zaskoczona.
Melih sięgnął do kieszeni spodni, a potem wyjął małe czerwone pudełeczko.
Serce Sinem zabiło gwałtowniej.
Mężczyzna otworzył je powoli.
W środku, na czarnym aksamicie, błyszczał delikatny pierścionek zaręczynowy.
Sinem aż zamarła.
— Na dobre i na złe… — powiedział Melih cicho, ale pewnie. — Nawet jeśli moja mama będzie próbowała nas rozdzielić. Nawet jeśli cały świat stanie przeciwko nam…
Zrobił kolejny krok bliżej.
— Czy chcesz być ze mną, Sinem?
Kobieta patrzyła to na pierścionek, to na jego twarz, jakby nie mogła uwierzyć w to, co słyszy.
— Ale… ja…
— Nie mów teraz nic — przerwał jej łagodnie. — Po prostu się zgódź. Resztę zostaw mnie.
Przez chwilę wokół nich panowała absolutna cisza. Słychać było jedynie delikatny szum wody przelewającej się z przechylonej konewki i przyspieszony oddech Sinem, która czuła, jak mur budowany wokół serca zaczyna powoli pękać.


***
Pokojówka sprzątała parter domu letniskowego, ścierając kurz z półek i zbierając pozostawione drobiazgi. W pewnym momencie, schylając się przy schodach prowadzących na piętro, zauważyła coś wsuniętego głęboko pod drewnianą szafkę.
Zmarszczyła brwi i ostrożnie wyciągnęła przedmiot.
Był miękki, wykonany z dziwnej gąbki, o nietypowym kształcie.
— Co to takiego? — mruknęła do siebie, obracając znalezisko w dłoniach. — Pierwszy raz widzę coś podobnego…
Przyjrzała się mu dokładniej, coraz bardziej skonfundowana.
— Może to jakiś medyczny pas? Albo poduszka? — zastanawiała się na głos. — Wyrzucić to czy zostawić?
Niepewnie spojrzała w stronę schodów.
— Lepiej zapytam panią Hancer. Może to coś ważnego.
Powoli weszła na górę.
W salonie panował spokój. Hancer siedziała na jasnej kanapie przy oknie, pogrążona w myślach. Delikatne światło wpadające przez zasłony oświetlało jej twarz, która po ostatnich wydarzeniach nadal była blada i zmęczona.
Pokojówka podeszła bliżej i wyciągnęła znalezisko.
— Pani Hancer, znalazłam to w spiżarni pod schodami. Nie mam pojęcia, co to jest. Mam to wyrzucić czy zostawić?
Hancer spojrzała na przedmiot z wyraźnym zdziwieniem. Wzięła go do rąk i przez chwilę obracała w milczeniu.
— Rzeczywiście wygląda dziwnie… — powiedziała cicho. — Nie wiem nawet, do czego to służy.
Zmarszczyła lekko czoło, próbując sobie coś przypomnieć, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
Nagle jej telefon zawibrował. Hancer spojrzała na ekran i od razu się uśmiechnęła. Wiadomość pochodziła od Cihana.
„Mam dla ciebie niespodziankę. Przyjdź do kawiarni, w której zawsze się spotykamy. Czekam na ciebie.”
Jej serce zabiło szybciej.
Natychmiast nacisnęła ikonę połączenia, jednak po kilku sygnałach telefon Cihana pozostał nieosiągalny.
Hancer spojrzała na ekran z lekkim zaskoczeniem.
— Dziwne… — szepnęła. — Wysłał wiadomość, ale nie odbiera telefonu.
— Co mam zrobić z tym przedmiotem? — przypomniała nieśmiało pokojówka.
Hancer oddała jej gąbkową protezę.
— Połóż to na stole. Przyjrzę się temu później, kiedy wrócę.
Na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
— Teraz muszę się szybko przygotować. Cihan na mnie czeka.
Wstała z kanapy i ruszyła w stronę swojego pokoju lekkim, niemal podekscytowanym krokiem.
Nie miała pojęcia, że wiadomość mogła wcale nie zostać wysłana przez Cihana.
Że ktoś celowo zwabił ją z domu.
Ktoś, kto życzył jej jak najgorzej.
Ktoś, kto od dawna żył nienawiścią i obsesją.
Beyza.

***
Drzwi wejściowe otworzyły się z cichym skrzypnięciem. Cemil wszedł do domu zmęczonym krokiem, po czym bez słowa wsunął kapcie na stopy. Na jego twarzy malowało się napięcie, którego nie potrafił ukryć.
Derya od razu to zauważyła.
— Cemil? Co się stało? — zapytała z niepokojem.
Mężczyzna spojrzał w stronę korytarza prowadzącego do pokoi.
— Derya, zawołaj lokatorkę.
Kobieta zmarszczyła brwi.
— Dlaczego? O co chodzi?
Cemil westchnął ciężko i przetarł dłonią kark.
— Choć raz nie zadawaj pytań i po prostu mnie posłuchaj. Dalej.
Ton jego głosu był na tyle poważny, że Derya bez dalszych protestów ruszyła do pokoju Yoncy.
Po chwili cała trójka siedziała już w przedpokoju. Cemil i Derya na starej kanapie pod oknem, Yonca naprzeciw nich, na drewnianym krześle. Dziewczyna wyglądała na spiętą jeszcze zanim padły pierwsze słowa.
Cemil oparł dłonie na kolanach i przez moment milczał, jakby zastanawiał się, od czego zacząć.
— Byłem dziś w moim dawnym sklepie — powiedział w końcu. — Kręcił się tam jakiś facet. Wypytywał wszystkich o ciebie. Pokazywał twoje zdjęcie.
Yonca natychmiast pobladła.
— Co? — wyszeptała.
— Twierdził, że jest twoim mężem.
Dziewczyna gwałtownie wyprostowała się na krześle. W jej oczach pojawił się czysty strach.
— Nie powiedziałeś mu, że tu jestem… prawda?
— Nie panikuj — odpowiedział spokojnie Cemil. — Oczywiście, że nie powiedziałem.
Yonca odetchnęła płytko, ale napięcie wcale z niej nie zeszło.
Derya patrzyła na nią podejrzliwie.
— Więc to prawda? — zapytała chłodno. — Naprawdę masz męża? Jakie jeszcze problemy za sobą ciągniesz?
Yonca zacisnęła dłonie na brzegu krzesła.
— Czy mogą istnieć większe problemy od niego? — odpowiedziała gorzko.
W salonie zapadła ciężka cisza.
Cemil spojrzał na nią uważnie.
— Powiedział, że się pokłóciliście — odezwał się po chwili. — Twierdził, że chce cię przeprosić. Naprawić wszystko i zabrać cię do domu.
Yonca nerwowo pokręciła głową.
— Oczywiście, że tak powiedział. On zawsze potrafi pięknie mówić. Ale to kłamstwo.
Jej głos zadrżał.
— Gdybyście wiedzieli, jaki naprawdę jest…
Urwała, jakby samo wspomnienie odbierało jej siły.
Cemil wymienił spojrzenie z żoną.
— I właśnie dlatego mu nie uwierzyłem — powiedział stanowczo. — Ten człowiek od początku wydał mi się podejrzany. W oczach miał coś… niedobrego.
Pochylił się lekko w stronę Yoncy.
— Posłuchaj mnie uważnie. Przez jakiś czas nie wychodź sama z domu. Nie pokazuj się w okolicy, dopóki ten typ nie przestanie cię szukać.
Derya westchnęła ciężko.
— Obyśmy tylko przez to wszystko sami nie wpakowali się w kłopoty…
Yonca spuściła wzrok.
Ciężar strachu znów zaczął zaciskać się wokół jej serca. Miała nadzieję, że udało jej się uciec od przeszłości, ale ona najwyraźniej właśnie stanęła pod drzwiami tego domu.
I nie zamierzała odejść.
***
Tayar powoli szedł wąską, cichą drogą biegnącą między domami i zarośniętymi ogrodami. Słońce chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie na asfalt, ale on zdawał się tego nie zauważać. Co chwilę rozglądał się na boki, lustrując okna, furtki i podjazdy z rosnącą irytacją.
Zatrzymał się na środku drogi i ciężko westchnął.
— Dokąd ty uciekłaś…? — mruknął pod nosem.
Przeczesał dłonią włosy, po czym rozejrzał się jeszcze raz, coraz bardziej poirytowany.
— Szukam cię od rana jak idiota… — powiedział już głośniej, rozkładając ręce ze zmęczeniem. — Jakbyś zapadła się pod ziemię.
Jego spojrzenie zatrzymało się na jednym z domów stojących przy ulicy. Przez chwilę wpatrywał się w niego podejrzliwie, jakby próbował wyczuć obecność Yoncy.
Potem uśmiechnął się pod nosem.
Był to jednak chłodny, niepokojący uśmiech człowieka, który nie zamierza odpuścić.
— Nieważne — powiedział cicho. — Musisz być gdzieś tutaj. Nie mogłaś zniknąć daleko.
Powoli ruszył dalej przed siebie.
— Wcześniej czy później cię znajdę, pani Yonco — dodał półgłosem. — I wtedy już nigdzie mi nie uciekniesz.
Minął dom Cemila i Deryi, nawet nie podejrzewając, że kobieta, której szukał z taką obsesją, znajduje się zaledwie kilkanaście metrów od niego — ukryta za ścianami tego spokojnego domu, sparaliżowana strachem przed chwilą, w której ich drogi znów się przetną.
***
Hancer stała niedaleko kawiarni, co chwilę spoglądając na ekran telefonu. Z każdą minutą jej niepokój narastał. Cihan nigdy się nie spóźniał. A jeśli już coś go zatrzymywało, zawsze dawał jej znać.
Objęła się ramionami i rozejrzała po ulicy.
— Gdzie jesteś…? — szepnęła pod nosem.
W tej samej chwili przy krawężniku zatrzymał się stary, wysłużony samochód. Silnik pracował ciężko, a karoseria nosiła ślady czasu. Po chwili szyba po stronie kierowcy powoli opadła.
Za kierownicą siedziała Beyza.
Hancer zmarszczyła brwi i ostrożnie podeszła bliżej.
— Co ty tutaj robisz, Beyzo? — zapytała z wyraźnym zdziwieniem.
Beyza spojrzała na nią chłodno.
— Nie zadawaj zbędnych pytań. Wsiadaj do samochodu.
Ton jej głosu był dziwnie spokojny. Zbyt spokojny.
— Dlaczego miałabym to zrobić?
— Cihan kazał mi po ciebie przyjechać.
Hancer zawahała się.
— Dobrze… ale dlaczego sam nie przyjechał?
Beyza wzruszyła lekko ramionami.
— Zapytasz go, kiedy się spotkacie. Dalej, wsiadaj. Przecież cię nie zjem.
Na jej ustach pojawił się cień uśmiechu, który zamiast uspokoić, wzbudził w Hancer jeszcze większy niepokój.
Dziewczyna przez chwilę stała bez ruchu, próbując uporządkować myśli. Coś jej się w tym wszystkim nie podobało. Coś było nie tak.
Ale zaraz zganiła się w duchu.
„To środek dnia. Co mogłaby mi zrobić?”
Nie chcąc okazać strachu przed Beyzą, obeszła samochód i zajęła miejsce obok kierowcy.
Drzwi zatrzasnęły się z głuchym hukiem.
Samochód ruszył.
***
Beyza prowadziła szybko, niemal agresywnie. Pewnie pokonywała kolejne zakręty, ani na moment nie zdejmując nogi z gazu. Drzewa i zabudowania migały za szybami coraz szybciej.
Hancer coraz mocniej zaciskała dłonie na torebce.
— Dokąd jedziemy? — zapytała w końcu. — Gdzie Cihan na nas czeka?
— Nie bądź niecierpliwa — odpowiedziała Beyza spokojnym tonem. — Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie.
Hancer spojrzała na nią z rosnącym napięciem.
— Powiedz mi prawdę, Beyzo. Dokąd jedziemy? Gdzie jest Cihan?
Beyza tylko pokręciła głową.
— Naprawdę nie masz do mnie ani odrobiny zaufania?
— Przestań się wygłupiać! — wybuchnęła Hancer. — Powiedz, gdzie jedziemy!
Ale Beyza milczała.
Jej dłonie mocniej zacisnęły się na kierownicy, a wskazówka prędkościomierza przesunęła się jeszcze wyżej.
Serce Hancer zaczęło bić szybciej.
— Dobrze… skoro nie chcesz powiedzieć, sama do niego zadzwonię.
Drżącymi palcami sięgnęła po telefon i wybrała numer Cihana.
Beyza kątem oka spojrzała na ekran.
— Dzwoń — powiedziała cicho. — Mam nadzieję, że odbierze.
Po kilku sekundach w samochodzie rozległ się zimny, automatyczny komunikat:
— Wybrany abonent jest niedostępny. Spróbuj ponownie później.
Hancer zamarła.
Powoli odwróciła głowę w stronę Beyzy.
— Co ty zrobiłaś…? — wyszeptała z przerażeniem.
Czuła, jak gardło zaciska jej się ze strachu.
Beyza nie odpowiedziała.
Na jej twarzy pojawił się jedynie dziwny, niepokojący spokój.
Po chwili jeszcze mocniej nacisnęła pedał gazu.
Samochód wyrwał do przodu, jakby pędził prosto ku katastrofie.
Jakby Beyza jechała na spotkanie z samą śmiercią.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 96.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






