„Panna młoda” Odc. 163 – streszczenie
Melih zawiózł Hancer do szpitala. Kiedy lekarze zajęli się kobietą, został sam na korytarzu, nerwowo krążąc tam i z powrotem. Co chwilę zerkał w stronę sali, próbując odgadnąć po minach personelu, czy dziecku i Hancer nic nie grozi.
Nagle jego telefon zawibrował. Melih spojrzał na ekran i westchnął ciężko.
— Sinem… — mruknął pod nosem.
Odszedł kilka kroków dalej i odebrał połączenie.
— Słucham, Sinem?
— Gdzie jesteś? — zapytała kobieta bez żadnych wstępów. W jej głosie wyraźnie pobrzmiewało rozdrażnienie. — Powiedziałeś mojemu ojcu, że przyjdziesz, a nadal cię nie ma.
Melih przymknął oczy. Dopiero teraz przypomniał sobie o umówionym spotkaniu.
— Ach… na śmierć zapomniałem — przyznał ze skruchą. — Mam klienta i nie mogę teraz przyjechać. Dzisiaj na postoju brakuje jednego kierowcy, więc nie mam szans wyrwać się wcześniej.
— Gdybym nie zadzwoniła, wszyscy siedzielibyśmy i czekali na ciebie — odparła chłodno. — Nawet nie raczyłeś dać znać.
— Naprawdę myślałem, że uda mi się skończyć szybciej. Właśnie miałem do ciebie zadzwonić, ale mnie ubiegłaś.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Dobrze — powiedziała w końcu Sinem. — Porozmawiam z ojcem. Miłej pracy.
Rozłączyła się, nie czekając na odpowiedź.
Melih opuścił telefon i przez chwilę patrzył w pustkę.
— Jak mogłem o tym zapomnieć? — wyrzucił sobie cicho.
Schował telefon do kieszeni i wrócił pod salę. Właśnie wtedy zauważył lekarza stojącego przy łóżku Hancer. Kobieta była blada i wyraźnie osłabiona, ale przytomna. Melih zatrzymał się przy wejściu, nie chcąc przeszkadzać.
— Miała pani dużo szczęścia, że trafiła do szpitala na czas — mówił lekarz spokojnym, rzeczowym tonem. — Istniało realne ryzyko poronienia.
Twarz Hancer momentalnie pobladła jeszcze bardziej.
— Moje dziecko… — wyszeptała drżącym głosem. — Wszystko będzie dobrze, prawda?
Lekarz spojrzał na nią uspokajająco.
— Zastosowaliśmy odpowiednie leczenie i na tę chwilę sytuacja jest opanowana. Jednak musi pani pamiętać, że przechodzi obecnie przez bardzo wrażliwy okres ciąży.
Hancer odruchowo położyła dłoń na brzuchu.
— Co powinnam robić?
— Przede wszystkim odpoczywać — odpowiedział lekarz. — Przepisałem pani leki, które należy przyjmować regularnie i zgodnie z zaleceniami. Proszę unikać stresu, wysiłku fizycznego i długiego chodzenia. Im więcej będzie pani odpoczywać, tym większe szanse, że ciąża będzie rozwijała się prawidłowo.
Hancer skinęła głową, starając się opanować wzruszenie.
— Rozumiem.
— Przez najbliższy czas musi pani szczególnie o siebie dbać. Organizm daje sygnał, że potrzebuje spokoju. Jeśli pojawią się jakiekolwiek niepokojące objawy, proszę natychmiast zgłosić się do szpitala.
Lekarz zamknął teczkę z dokumentacją i posłał jej życzliwy uśmiech.
— Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
Po tych słowach ruszył do wyjścia. W drzwiach minął Meliha, który od dłuższej chwili nasłuchiwał rozmowy. Gdy lekarz odszedł korytarzem, mężczyzna spojrzał na Hancer z wyraźną ulgą, ale też niepokojem. Wiedział, że najgorsze być może jeszcze się nie skończyło.


***



***
Po niespełna godzinie Hancer została wypisana ze szpitala. Lekarz jeszcze raz przypomniał jej o konieczności odpoczynku i regularnym przyjmowaniu leków, po czym pozwolił wrócić do domu.
Kilka minut później siedziała już w taksówce Meliha. Samochód stał zaparkowany przy spokojnej ulicy niedaleko szpitala. W kabinie panowała cisza, przerywana jedynie odgłosami przejeżdżających samochodów.
Melih spojrzał na siedzącą obok Hancer. Kobieta wpatrywała się nieruchomo w przestrzeń za szybą, jakby wciąż nie mogła uwierzyć w to, jak blisko była tragedii. Jej twarz pozostawała blada, a dłonie kurczowo spoczywały na kolanach.
Mężczyzna bez słowa opuścił szybę po stronie pasażera. Do wnętrza samochodu wdarł się chłodny podmuch jesiennego powietrza.
— Odetchnij trochę — powiedział cicho. — Dobrze ci to zrobi.
Chłodny podmuch wiatru wdarł się do wnętrza samochodu. Hancer zamknęła na chwilę oczy i pozwoliła sobie na głęboki oddech. Miała wrażenie, że dopiero teraz zaczyna odzyskiwać panowanie nad własnymi myślami.
Po chwili Melih odezwał się ponownie:
— Co teraz zamierzasz?
Hancer spojrzała przez okno na ludzi mijających się na chodniku.
— Nie wiem — przyznała cicho. — Najpierw muszę zebrać myśli. Dopiero potem zdecyduję, co dalej.
Melih skinął głową ze zrozumieniem.
— A może tym razem pozwolisz, żebym to ja coś zaplanował?
Na ustach Hancer pojawił się blady, zmęczony uśmiech.
— Zrobiłeś już dla mnie więcej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać. Naprawdę nie musisz się mną dłużej zajmować.
— Właśnie w tym problem, że muszę — odpowiedział stanowczo. — Bo jeśli zostawię cię teraz samą, za godzinę znowu wpakujesz się w jakieś kłopoty.
Hancer spojrzała na niego z wyrzutem.
— To miało być pocieszenie?
— Nie. To miała być prawda.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu, po czym Melih westchnął ciężko.
— Posłuchaj mnie uważnie. Podróżowanie w twoim stanie jest niebezpieczne. Zapomnij o Nazilli.
— Melihu…
— Nie. Tym razem nie będę słuchał żadnych protestów.
Jego głos złagodniał.
— Sama słyszałaś lekarza. Ryzyko nadal istnieje. Powinnaś leżeć, odpoczywać i unikać stresu, a nie jechać przez pół kraju.
Hancer odruchowo położyła dłoń na brzuchu.
— Wiem.
— Dlatego musimy znaleźć ci bezpieczne miejsce.
Przez chwilę zastanawiał się nad czymś, po czym zapytał:
— Masz w tym mieście jakiegoś krewnego? Przyjaciółkę? Kogoś, komu naprawdę ufasz?
Hancer pokręciła głową.
— Znam kilka osób, ale to nic nie da.
— Dlaczego?
— Bo prędzej czy później powiadomiliby mojego brata.
Jej głos stał się bardziej napięty.
— Cemil już pewnie mnie szuka. Może nawet odwiedził część z nich. Wystarczyłby jeden telefon i wiedziałby, gdzie jestem.
Melih zamyślił się.
Palcami wystukiwał rytm o kierownicę, analizując kolejne możliwości.
W końcu jego twarz lekko się rozjaśniła.
— W takim razie przechodzimy do planu B.
Hancer odwróciła głowę.
— Planu B?
— Dokładnie.
Na jego ustach pojawił się tajemniczy uśmiech.
— I, co najważniejsze, mam już nawet odpowiednie miejsce.
— Jakie miejsce?
— Na razie nie pytaj.
— Melihu…
— Najpierw musisz mi coś obiecać.
Hancer zmarszczyła brwi.
— Co takiego?
Melih spojrzał na nią poważnie.
— Że nie zaczniesz protestować, zanim wysłuchasz mnie do końca.
— To zależy od tego, co wymyśliłeś.
— Nie. To nie zależy od niczego.
Po raz pierwszy od dłuższego czasu w jego głosie zabrzmiała stanowczość.
— Obiecaj mi, że nie odmówisz od razu.
Hancer zamilkła.
Zmęczenie, strach i niepewność mieszały się w niej z poczuciem bezradności. Nie miała dokąd pójść. Nie mogła wrócić do domu brata. Nie mogła wyjechać do Nazilli. Nie mogła też narażać dziecka.
Spojrzała na Meliha.
Po raz kolejny to właśnie on wyciągał do niej pomocną dłoń, kiedy cały jej świat rozpadał się na kawałki.
— Dobrze — powiedziała w końcu cicho. — Obiecuję, że cię wysłucham.
Na twarzy Meliha pojawił się wyraźny cień ulgi.
— To już coś.
Uruchomił silnik.
A Hancer, patrząc przez okno na przesuwające się powoli budynki, miała przeczucie, że za chwilę usłyszy jakąś szaloną propozycję.
***
Wieczorną ciszę spowijającą rezydencję nagle rozdarł donośny, pełen furii krzyk:
— DEVELIOGLU!
Głos odbił się echem od murów i rozległ po całej posesji.
Przed wejściem stał Cemil. W jednej ręce trzymał plastikowy kanister, a jego rozpalone gniewem oczy były utkwione w oświetlonej fasadzie rezydencji.
— Słyszysz mnie?! — ryknął. — Wyjdź! Mówię do ciebie! Natychmiast wyjdź!
Drzwi wejściowe otworzyły się po chwili i na dziedziniec wyszedł Cihan. Zatrzymał się kilka kroków od intruza i zmierzył go chłodnym spojrzeniem.
— Dlaczego urządzasz sceny w środku nocy? — zapytał spokojnie. — I dlaczego przyszedłeś pod mój dom?
— Szukam Hancer! — wycedził Cemil. — Gdzie ona jest?!
— Nie wiem.
— Nie kłam! Wiem, że jest tutaj! Ukrywasz ją przede mną!
Podszedł bliżej i wskazał palcem wejście do rezydencji.
— Natychmiast ją przyprowadź! Hancer! Słyszysz mnie?! Wyjdź! Jeśli sama nie wyjdziesz, znajdę cię!
Ruszył w stronę drzwi, zamierzając wejść do środka, ale Cihan zagrodził mu drogę.
— Hancer tu nie ma.
— Przestań kłamać! — wrzasnął Cemil. — Myślisz, że jestem idiotą? Znowu ją tu przyprowadziłeś! Dowiedziałeś się, że zamknąłem ją w domu, więc postanowiłeś ją stamtąd wyciągnąć!
Na twarzy Cihana pojawiło się zaniepokojenie.
— Kiedy zniknęła?
— Nie zmieniaj tematu!
— Pytam poważnie. Kiedy opuściła dom?
Cemil prychnął pogardliwie.
— Naprawdę sądzisz, że nabiorę się na tę grę?
— Szukałeś jej gdzie indziej? — naciskał Cihan. — Dzwoniłeś do znajomych? Do krewnych?
— Oczywiście, że szukałem! Ale wiem, że jest tutaj!
Cihan zacisnął szczękę.
— Posłuchaj mnie uważnie. Hancer nie ma w tej rezydencji. Jeśli zniknęła, powinniśmy jej szukać, a nie tracić czas na tę bezsensowną awanturę.
— Dosyć!
Cemil gwałtownie uniósł kanister.
— Albo natychmiast mi ją przyprowadzisz…
Odkręcił korek i zaczął rozlewać benzynę na bruk przed wejściem. Wokół rozszedł się ostry zapach paliwa.
Cihan zesztywniał.
Cemil wyjął z kieszeni zapalniczkę i odpalił ją jednym ruchem. Mały płomień zatańczył w ciemności.
— …albo spalę tę rezydencję razem z tobą!
W drzwiach pojawiły się przerażone służące. W głębi domu dało się słyszeć poruszenie. Wszyscy zamarli, patrząc na szaleństwo, które rozgrywało się przed ich oczami.



***
Kamera przeniosła się do starego domu.
Na piętrze, w słabo oświetlonym pokoju, tuż przy oknie stała Hancer.
Obok niej znajdował się Melih.
Przez szczelinę między zasłonami kobieta obserwowała scenę rozgrywającą się przed rezydencją. Każdy krzyk brata sprawiał, że jej serce ściskało się coraz mocniej.
— Mój brat oszalał… — wyszeptała.
W jej oczach pojawiły się łzy.
— Nie powinnam była cię słuchać, Melihu. To wszystko zaszło za daleko.
Odwróciła się gwałtownie od okna.
— Idę tam. Muszę zakończyć ten obłęd.
Ruszyła w stronę drzwi, ale Melih natychmiast zastąpił jej drogę.
— Hancer, nie.
— Odsuń się.
— Nie pozwolę ci tam pójść.
— Widzisz, co on wyprawia?!
— Właśnie dlatego nie możesz tam wrócić.
Kobieta spojrzała na niego bezradnie.
— To mój brat.
— A ty jesteś w ciąży i przed kilkoma godzinami lekarze walczyli o to, żebyś nie straciła dziecka.
Słowa Meliha sprawiły, że Hancer zamilkła.
— Wiem, że cierpisz — mówił już łagodniej. — Wiem, że martwisz się o niego. Ale teraz nie możesz podejmować decyzji pod wpływem emocji.
— Więc co mam zrobić? Ukrywać się tutaj bez końca?
— Na razie zostań tam, gdzie jesteś.
— A potem?
Melih spojrzał na nią poważnie.
— Potem znajdziemy rozwiązanie.
— Jakie?
— Takie, które nie narazi ani ciebie, ani dziecka.
Przez chwilę milczeli.
Za oknem nadal słychać było podniesione głosy. Hancer bezradnie opadła na fotel.
— Co ja teraz zrobię, Melihu?
Mężczyzna usiadł naprzeciwko niej.
— Na razie zostaniesz tutaj.
Rozejrzał się po wnętrzu domu i lekko się uśmiechnął.
— W swoim własnym domu. W domu ojca twojego dziecka.
Przez moment patrzyła na niego bez słowa. Dopiero teraz w pełni dotarło do niej, dlaczego Melih przywiózł ją właśnie tutaj.
— Nie wyobrażam sobie bezpieczniejszego miejsca — dokończył spokojnie. — Wszyscy będą szukać cię wszędzie, tylko nie tutaj. Jak mówi stare powiedzenie… najciemniej jest pod latarnią. I właśnie dlatego nikt nie domyśli się, że ukrywasz się tak blisko.

***
Cihan rzucił się na Cemila, zanim ten zdążył wykonać kolejny ruch.
— Zwariowałeś?! — krzyknął.
Chwycił go za nadgarstek i próbował wyrwać mu zapalniczkę. Mężczyźni zaczęli się szarpać. W pewnej chwili zapalniczka wyślizgnęła się z dłoni Cemila i upadła na nasiąknięty benzyną bruk.
Wystarczył ułamek sekundy.
Rozległ się głuchy huk, a spod nóg obu mężczyzn wystrzeliła ściana ognia.
Płomienie błyskawicznie rozlały się po dziedzińcu, tworząc ognistą barierę przed wejściem do rezydencji.
— Boże! — krzyknęła jedna z pokojówek.
— Ogień! — pisnęła inna.
W drzwiach stanęła przerażona Beyza. Obok niej zgromadziły się służące, które patrzyły na rozgrywającą się scenę z rosnącą paniką.
Przez kilka sekund wszyscy byli sparaliżowani strachem.
Cihan odskoczył od płomieni i spojrzał na Cemila z niedowierzaniem.
— Oszalałeś?! — ryknął. — Chcesz nas wszystkich spalić żywcem?!
Ogień tańczył coraz wyżej, odbijając się w szybach rezydencji. Gorąco było tak intensywne, że stojące najbliżej osoby musiały cofnąć się o kilka kroków.
Cemil również zamarł. Dopiero teraz dotarło do niego, co naprawdę zrobił.
W tym samym momencie z bocznej części ogrodu wybiegł Osman. Ogrodnik niósł w rękach dużą gaśnicę.
— Odsunąć się! Wszyscy się odsunąć! — zawołał.
Nie tracąc ani chwili, skierował dyszę w stronę ognia.
Z gaśnicy wystrzelił potężny strumień białej piany. Gęsta chmura natychmiast przykryła płomienie. Przez kilka sekund słychać było jedynie syk gaszonego ognia.
Wreszcie płomienie zaczęły słabnąć.
Po chwili zgasły całkowicie.
Na dziedzińcu pozostały jedynie czarne ślady spalenizny i duszący zapach benzyny.
Wszyscy odetchnęli z ulgą.
Cihan przez moment stał nieruchomo, próbując opanować emocje. Potem gwałtownie odwrócił się do Cemila.
— Nadal uważasz, że Hancer jest tutaj?
Nie czekając na odpowiedź, chwycił go za marynarkę.
— Chodź. Wejdź do środka i sprawdź sam!
Pchnął go w stronę wejścia.
— Przeszukaj każdy pokój. Każdy kąt. Otwórz wszystkie drzwi. Przekonaj się raz na zawsze, że Hancer nie ma w tym domu!
— Cihan! — oburzyła się Beyza, stojąc w wejściu jak barykada. — Co ty wyprawiasz?!
Jej twarz była blada ze strachu.
— Jak możesz pozwolić temu szaleńcowi wejść do środka?! Przed chwilą próbował podpalić rezydencję! Tam jest nasze dziecko! A jeśli zrobi coś jeszcze?!
— Beyzo, nie teraz! — uciął ostro Cihan.
— Jak to nie teraz?!
— Powiedziałem, nie wtrącaj się!
Jego głos zabrzmiał stanowczo. Beyza zamilkła, zaskoczona jego reakcją.
Cihan ponownie spojrzał na Cemila.
— Idziemy.
Mocno zacisnął dłoń na jego ramieniu i siłą poprowadził go do środka. Nie zamierzał pozwolić, by ten człowiek jeszcze kiedykolwiek pojawił się pod jego drzwiami z podobnymi oskarżeniami. Jeśli Cemil chciał mieć pewność, musiał zobaczyć wszystko na własne oczy.
Dopiero wtedy, być może, zrozumie, że Hancer naprawdę nie ma w rezydencji.


***
Hancer siedziała na kanapie z rękami splecionymi na kolanach. Wpatrywała się w podłogę, raz po raz przecząco kręcąc głową. Nie potrafiła odnaleźć spokoju.
Za oknami panowała nocna cisza, ale świadomość, że zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej znajduje się rezydencja Cihana, nie pozwalała jej złapać oddechu.
— Muszę się stąd wydostać — powiedziała w końcu cicho. — Nie mogę tu zostać.
W jej głosie pobrzmiewał lęk.
Bała się nie tylko tego, że ktoś ją odnajdzie. Bała się także samej siebie i emocji, które mogły odżyć, gdyby przypadkiem stanęła twarzą w twarz z Cihanem.
Melih usiadł naprzeciwko niej i oparł łokcie na kolanach.
— Wiem — powiedział spokojnie. — I uwierz mi, doskonale zdaję sobie sprawę, że ten plan nie jest idealny.
Na chwilę zamilkł.
— W pobliżu jest mężczyzna, którego kochasz. Jest jego żona. Jest ich dziecko. A ty siedzisz tutaj, nosząc pod sercem jego dziecko.
Hancer spuściła wzrok.
— Właśnie dlatego nie mogę tu zostać.
— Ale niestety to wciąż najlepsze rozwiązanie, jakie mamy.
— Najlepsze? — powtórzyła z niedowierzaniem.
— Tak.
Melih westchnął ciężko.
— Mógłbym zabrać cię do przyczepy na postoju taksówek, ale kierowcy kręcą się tam o każdej porze dnia i nocy. Nie miałabyś chwili prywatności. Poza tym szybko zaczęłyby się pytania.
— A hotel?
— Myślałem o tym.
— Więc?
— W każdym hotelu poproszą cię o dokument tożsamości. Wystarczy, że ktoś zacznie cię szukać i ślad pojawi się natychmiast. Prędzej czy później Cihan albo twój brat dowiedzieliby się, gdzie jesteś.
Hancer odwróciła wzrok w stronę okna.
— Wciąż wydaje mi się to szalone.
— Bo jest szalone.
Na jego twarzy pojawił się słaby uśmiech.
— Ale czasami najbardziej szalone rozwiązania okazują się najskuteczniejsze.
— Dobrze, ale jak to ma wyglądać? — zapytała z rosnącym niepokojem. — Co jeśli ktoś mnie zobaczy? Co jeśli ktoś zorientuje się, że tu mieszkam? Nie chcę ukrywać się jak przestępca.
— Nie jesteś przestępcą.
— W takim razie dlaczego czuję się, jakbym nim była?
Melih przez chwilę nie odpowiadał.
— Bo uciekasz przed ludźmi, którzy nie pozwalają ci żyć po swojemu.
Hancer zacisnęła dłonie.
— Mimo wszystko to nie zmienia faktu, że siedzę tutaj w ukryciu.
— Posłuchaj mnie.
Pochylił się lekko w jej stronę.
— To nie jest obcy dom.
Rozejrzał się po pokoju.
— To dom ojca twojego dziecka.
Na twarzy Hancer pojawił się bolesny grymas.
— Nie mów tak.
— Dlaczego?
— Bo zrobiłam wszystko, żeby już nigdy więcej go nie zobaczyć.
Jej głos drżał.
— Uciekłam. Okłamałam go. Próbowałam zniknąć z jego życia. A teraz jestem bliżej niego niż kiedykolwiek.
— I właśnie dlatego jesteś bezpieczna.
— Nie rozumiem.
— Bo wszyscy szukają cię daleko stąd.
Melih wskazał okno.
— Twój brat przeczesuje całe miasto. Cihan pewnie robi to samo. Szukają cię na zewnątrz. Szukają cię wszędzie, tylko nie tutaj.
Na jego twarzy pojawił się cień satysfakcji.
— Paradoksalnie, im bliżej jesteś celu poszukiwań, tym trudniej cię znaleźć.
Hancer milczała.
— Nie zostaniesz tu na zawsze — dodał łagodniej. — Odpoczniesz. Będziesz regularnie przyjmować leki. Dojdziesz do siebie. A kiedy lekarz uzna, że podróż nie stanowi już zagrożenia, zabiorę cię stąd.
— Dokąd?
— Znajdę jakieś inne miejsce.
— Naprawdę?
— Obiecuję.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu Hancer pokręciła głową.
— Jestem dla ciebie ogromnym ciężarem.
Melih przewrócił oczami.
— Hancer…
— To prawda.
— Czy możesz przestać powtarzać to samo?
Po raz pierwszy zabrzmiał odrobinę surowiej.
— Gdybyś naprawdę była ciężarem, nie siedziałbym teraz tutaj.
Na ustach Hancer pojawił się cień uśmiechu.
— Jutro rano przyjdę pod pretekstem spotkania z Aysu — ciągnął Melih. — Przyniosę ci jedzenie i wszystko, czego będziesz potrzebowała.
Sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął telefon. Położył go obok niej na kanapie.
— Weź go.
Hancer spojrzała zdziwiona.
— Nie mogę.
— Możesz.
— A ty?
— Poradzę sobie.
— Bez telefonu?
— Mam jeszcze stary aparat. Kupię nową kartę SIM i po problemie.
Wcisnął urządzenie w jej dłonie.
— Wyślę ci numer. Jeśli będziesz czegokolwiek potrzebowała, zadzwonisz.
— Melihu…
— I nie ma znaczenia, czy będzie środek nocy, czy świt.
Uśmiechnął się lekko.
— Będę tutaj w pięć minut.
W oczach Hancer pojawiło się wzruszenie.
— Naprawdę nie wiem, jak mam ci dziękować.
— Nie musisz.
— Ale…
— Nie musisz — powtórzył stanowczo. — Po prostu dbaj o siebie i o dziecko. To wystarczy.
Przez chwilę bawił się kluczykami, jakby zastanawiał się, czy powiedzieć coś jeszcze. W końcu spojrzał na nią uważnie.
— Wiesz, tak naprawdę przechodzisz teraz bardzo ważną próbę.
— Jaką próbę?
— Próbę własnego serca.
Hancer zmarszczyła brwi.
— Jeśli będziesz potrafiła mieszkać tak blisko Cihana, widzieć jego rodzinę, wiedzieć, że jest obok, i mimo to nie zmienisz swojej decyzji…
Urwał na moment.
— Wtedy będziesz miała pewność, że postąpiłaś właściwie.
Kobieta zamilkła.
— Nie wiem, czy uciekając od niego, zrobiłaś dobrze czy źle — powiedział cicho Melih. — Ale wiem jedno. Nigdy nie będziesz miała lepszej okazji, żeby się o tym przekonać.
Hancer ciężko westchnęła. Słowa Meliha bolały, bo były prawdziwe.
Przez całe życie próbowała uciekać przed problemami. Teraz po raz pierwszy nie mogła uciec ani od Cihana, ani od własnych uczuć.
I właśnie dlatego wiedziała, że Melih ma rację.


***
Nazajutrz Melih wreszcie pojawił się w domu Sinem.
Od progu wyczuł napiętą atmosferę. W salonie panowała cisza, a twarze domowników były poważniejsze niż zwykle. Mahmut przywitał go chłodnym skinieniem głowy, po czym poprosił żonę, córkę i wnuczkę, by zostawiły ich samych.
Gdy drzwi się zamknęły, w pokoju zapadła ciężka, niemal przytłaczająca cisza.
Mahmut usiadł na kanapie naprzeciwko Meliha. Nie spieszył się z rozpoczęciem rozmowy. Przez chwilę przyglądał się młodemu mężczyźnie uważnym, badawczym spojrzeniem, jakby chciał odczytać odpowiedzi jeszcze zanim padną pytania.
W końcu odezwał się spokojnym, lecz stanowczym głosem:
— Dzwoniłem do ciebie dzisiaj. Dlaczego nie odebrałeś?
Melih splótł dłonie.
— Zmieniłem telefon — odpowiedział. — Mam też nowy numer. Zaraz ci go podam.
Mahmut pokręcił głową.
— Nie ma takiej potrzeby.
Jego ton był chłodny.
— Na tę chwilę nie jest mi potrzebny.
Melih wyprostował się lekko.
— Rozumiem.
— Oczekiwaliśmy cię wczoraj.
— Wiem.
— I nie przyszedłeś.
— Miałem pilną sprawę do załatwienia. Nie mogłem się wyrwać.
— A jednak dzisiaj znalazłeś czas.
— Bo wszystko już uporządkowałem.
Mahmut nie odpowiedział od razu.
— Przepraszam za wczoraj — dodał Melih. — Nie chciałem nikogo urazić.
Starszy mężczyzna oparł łokcie na kolanach i pochylił się nieco do przodu.
— Wczoraj zadzwoniłem na postój taksówek.
Melih znieruchomiał.
— Kiedy nie przychodziłeś, postanowiłem sprawdzić, co się stało.
Przez twarz Meliha przemknął cień niepokoju.
— Powiedziano mi, że nie było cię w pracy. Że miałeś wolne.
W pokoju zapadła cisza. Melih spuścił wzrok.
— Cóż… ostatnio wiele spraw się skomplikowało.
— Jakich spraw?
— Życie czasami przyspiesza. Jedno wydarzenie pociąga za sobą kolejne. Nie wszystko da się przewidzieć.
Mahmut pokiwał głową.
— To już wiem.
Jego spojrzenie stwardniało.
— Interesuje mnie coś innego.
— Co takiego?
— Czy była to jednorazowa sytuacja.
Melih zmarszczył brwi.
— Nie rozumiem.
— Chcę wiedzieć, czy wczoraj był wyjątek… czy może tak wygląda twoje życie od dawna. I czy będzie wyglądało tak również po ślubie.
Słowa zawisły między nimi niczym oskarżenie. Melih odetchnął głęboko.
— Wujku Mahmucie… jesteśmy tylko ludźmi. Popełniamy błędy. Potykamy się, ale potem się podnosimy. Sam dobrze o tym wiesz.
— Owszem.
Mahmut skinął głową.
— Jestem człowiekiem starej daty, jak sam powiedziałeś.
Na jego twarzy pojawił się gorzki uśmiech.
— I właśnie dlatego zaprosiłem cię dziś tutaj.
Melih poczuł, jak serce zaczyna bić szybciej.
— Chciałem dać ci ostatnią szansę, zanim podejmę decyzję.
— Decyzję?
— Tak.
Mahmut wyprostował się.
— Powiedz mi, dlaczego nie wynająłeś domu, który spodobał się Sinem?
Melih milczał.
— Dlaczego nie pojawiłeś się wczoraj, mimo że miałeś wolne?
Cisza.
— I dlaczego okłamałeś moją córkę?
Każde pytanie było cięższe od poprzedniego.
Melih odwrócił wzrok. Po raz pierwszy od początku rozmowy nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.
Przełknął ślinę.
Mahmut obserwował go bez mrugnięcia okiem.
— Milczysz.
Nie było w tym gniewu. To brzmiało znacznie gorzej — jak rozczarowanie.
— Nie masz odpowiedzi?
Melih zacisnął szczękę.
— Mam, ale…
— Ale nie chcesz ich wypowiedzieć.
Młody mężczyzna nie zaprzeczył. Mahmut westchnął ciężko.
— Dobrze.
Odchylił się na oparcie kanapy.
— Zostawmy na chwilę te kwestie.
Melih podniósł wzrok, czując, że najgorsze być może już minęło.
Mylił się.
Mahmut spojrzał mu prosto w oczy.
— Powiedz mi zatem, kim jest czarnowłosa dziewczyna, która odwiedzała cię na postoju taksówek.
Melih zamarł. Serce niemal zatrzymało mu się w piersi.
Mahmut uniósł palec wskazujący w ostrzegawczym geście.
— Tym razem nie próbuj zmieniać tematu.
Jego głos był spokojny, ale nie pozostawiał miejsca na unik.
— Musisz odpowiedzieć na to pytanie.
W salonie zapadła cisza tak głęboka, że słychać było jedynie tykanie zegara wiszącego na ścianie.
Melih wiedział, że od następnych słów może zależeć wszystko.



Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 119.Bölüm i Gelin 120.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






