„Panna młoda” Odc. 183 — streszczenie
Derya wróciła do salonu piękności następnego ranka, dokładnie tak, jak umówiła się z właścicielką. Już od progu poczuła zapach kosmetyków, lakierów do paznokci i świeżo parzonej kawy. Wnętrze wyglądało schludnie i profesjonalnie: na półkach stały rzędy kolorowych produktów, przy lustrach leżały szczotki, prostownice i suszarki, a fotele dla klientek czekały w idealnym porządku.
Tym razem jednak w salonie panowała dziwna cisza.
Nie było klientek. Nie słychać było szumu suszarek ani rozmów kobiet, które dzień wcześniej wypełniały całe pomieszczenie. Derya siedziała na fotelu z ręcznikiem owiniętym wokół głowy, a właścicielka spokojnie robiła jej manicure, jakby miała dla niej cały dzień.
Derya rozejrzała się uważnie.
— Wygląda na to, że klientki nie przychodzą z samego rana — zauważyła ostrożnie.
Kobieta nawet na moment nie przestała piłować jej paznokcia.
— Przychodzą — odpowiedziała z uśmiechem. — Zwłaszcza te, które idą później do pracy albo mają ważne spotkanie. Rano zwykle jest największy ruch.
Derya zmarszczyła brwi.
— To dlaczego dziś nikogo nie ma?
Właścicielka uniosła wzrok i spojrzała na nią przez chwilę z łagodną pewnością siebie.
— Odwołałam terminy z twojego powodu.
— Z mojego?
— Tak. Nie chciałam, żeby ktoś nam przeszkadzał. Jeśli mamy rozmawiać o poważnych sprawach, potrzebujemy spokoju.
Ujęła dłoń Deryi nieco delikatniej.
— To mój pierwszy lokal. Zaczynałam tutaj od zera. W ciągu sześciu miesięcy zarobiłam tyle, że mogłam pozwolić sobie na otwarcie kolejnego salonu w znacznie lepszej dzielnicy.
Derya wyprostowała się odruchowo.
— W ciągu sześciu miesięcy? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Naprawdę zarobiłaś tyle w tak krótkim czasie?
Właścicielka uśmiechnęła się, jakby dokładnie takiej reakcji oczekiwała.
— Jeśli człowiek wie, co robi, ten biznes potrafi być bardzo dochodowy.
Derya spojrzała na swoje dłonie, potem na lustra, kosmetyki i stanowiska pracy.
— Och… szkoda, że ja tak nie umiem.
— A skąd wiesz, że nie umiesz?
Derya parsknęła cichym, niepewnym śmiechem.
— Bo nigdy nie prowadziłam salonu piękności.
— Ale masz w sobie coś ważniejszego.
— Co takiego?
Właścicielka pochyliła się nad jej dłonią i powiedziała spokojnie:
— Ambicję. Energię. Głód sukcesu. A to w biznesie znaczy więcej niż dyplomy wiszące na ścianie.
Derya słuchała jej coraz uważniej.
— Pracując w tym zawodzie, nauczyłam się czytać ludzi — ciągnęła kobieta. — Wystarczy mi kilka minut rozmowy, żeby zrozumieć, z kim mam do czynienia. Ty jesteś zdolna. Masz intuicję. Widać to od razu.
Derya poczuła, jak po jej twarzy rozlewa się zadowolony uśmiech.
— Cóż… kilka razy obcinałam włosy synowi i mężowi — przyznała z udawaną skromnością. — Farbowanie też nie jest mi całkiem obce. Kiedyś robiłam kolor sąsiadce.
— Wiedziałam — odparła właścicielka z entuzjazmem. — Od razu wyczułam, że masz doświadczenie.
— Doświadczenie to może za dużo powiedziane…
— Nie bądź taka skromna. Reszty nauczysz się bardzo szybko. Teraz wszystko jest w internecie. Obejrzysz kilka filmów instruktażowych i będziesz wiedziała, co robić.
Derya spojrzała na nią niepewnie.
— Makijaż może jeszcze tak. Ale fryzury? Kobiety przychodzą tu z oczekiwaniami. Jedna chce cięcie, druga koloryzację, trzecia upięcie na wesele. Jeśli coś zepsuję, stracę klientki, zanim w ogóle zacznę zarabiać.
Właścicielka zaśmiała się lekko.
— W strzyżeniu naprawdę nie ma nic tak strasznego, jak się wydaje. Weźmiesz nożyczki do ręki i sama zobaczysz. Poza tym nie zostaniesz z tym sama.
— Nie?
— Moja pracownica zostanie tutaj przez trzy miesiące. Nauczy cię wszystkiego, krok po kroku. Pokaże ci, jak obsługiwać klientki, jak umawiać terminy, jak sprzedawać kosmetyki i jak prowadzić kasę. A ty w tym czasie zapiszesz się na kurs i zdobędziesz certyfikat.
Derya powoli kiwała głową. Słowa kobiety brzmiały tak prosto, tak kusząco, że zaczynała wierzyć, że naprawdę stoi przed życiową szansą.
— A ile… — zaczęła ostrożnie — ile właściwie chcesz za to miejsce?
Właścicielka odłożyła pilnik i spojrzała na nią uważnie.
— Lokal, wyposażenie, meble, sprzęt, baza klientek, kosmetyki, wszystko, co widzisz… milion.
Derya zamarła.
— Milion?
— Tylko dla ciebie — dodała szybko kobieta. — Dla kogoś innego cena byłaby znacznie wyższa. Ale tobie chcę pomóc. Czuję, że jesteś właściwą osobą.
Derya przełknęła ślinę.
Milion brzmiał jak ogromna suma, ale jednocześnie w jej głowie od razu pojawiły się pieniądze, które miała dostać od Mukadder. Przy takiej kwocie milion wydawał się już tylko inwestycją. Pierwszym krokiem do czegoś większego.
W oczach wyobraźni zobaczyła siebie jako właścicielkę salonu.
Elegancko ubraną, pewną siebie, siedzącą za biurkiem. Pracownice pytały ją o decyzje, klientki umawiały się z wyprzedzeniem, a pieniądze wpływały codziennie do kasy. Już nie musiałaby nikogo prosić, kombinować ani żyć z dnia na dzień.
Byłaby kimś. Kobietą sukcesu.
— Milion… — powtórzyła cicho, ale tym razem bez wcześniejszego przerażenia.
Właścicielka uśmiechnęła się, widząc błysk w jej oczach.
— Pomyśl o tym nie jak o wydatku, ale jak o początku nowego życia.
Derya spojrzała na swoje paznokcie, na kosmetyki ustawione na półkach i na odbicie w lustrze. Całe jej ciało wypełniło podekscytowanie.
Nawet przez chwilę nie przyszło jej do głowy, że ta piękna opowieść może być tylko starannie zastawioną pułapką.
Była zbyt zajęta marzeniem o przyszłości, w której wreszcie to ona rozdawała karty.


***
Dzięki pomocy Engina Hancer zdołała do świtu uporać się z tabelami w arkuszu kalkulacyjnym. Spała zaledwie chwilę, a mimo to nie pozwoliła sobie na słabość. Nie spodziewała się jednak, że Cihan zjawi się wcześnie rano w starym domu. Gdy stanął w progu i chłodnym tonem zażądał, by pojechała z nim do firmy, nie miała czasu ani na protest, ani na przygotowanie wymówki. Chwyciła teczkę z dokumentami oraz pożyczony od Engina laptop i w milczeniu ruszyła za nim do samochodu.
Droga mijała w napiętym milczeniu.
Cihan prowadził pewnie, lecz jego twarz pozostawała surowa. Hancer siedziała obok niego wyprostowana, z dokumentami przyciśniętymi do piersi. Co jakiś czas zerkała na laptopa, jakby w myślach jeszcze raz sprawdzała wszystko, nad czym pracowała przez całą noc.
W pewnej chwili Cihan oderwał wzrok od drogi i spojrzał na komputer.
— Czy to nie laptop Engina?
Hancer nawet nie odwróciła głowy.
— Nie mam własnego komputera, więc poprosiłam go o pomoc.
Na twarzy Cihana pojawił się cierpki grymas.
— Powiedz swojemu mężowi, żeby ci kupił. Jego żona jest teraz bizneswoman. Chyba stać go na taki gest, skoro nie przepuścił okazji, żeby wzbogacić się na udziałach.
Hancer zacisnęła palce na krawędzi laptopa.
— Melih nie jest taki.
— Nie?
— Nie interesują go dobra materialne.
Cihan prychnął cicho.
— Doprawdy? A ja jakoś nie wierzę, że kierował się wyłącznie dobrem fundacji. Zobaczył akcje holdingu i nagle stał się wielkim obrońcą twojej misji.
Hancer spojrzała na niego ostro.
— Przyszedłeś po mnie z samego rana tylko po to, żeby wygadywać takie bzdury?
— Przyszedłem, bo jestem twoim przełożonym w sprawach fundacji — odpowiedział chłodno. — I chcę wiedzieć, czy przygotowałaś to, o co cię poprosiłem.
— Przygotowałam.
— Wszystko?
— Tak.
— Niczego nie brakuje?
Hancer zawahała się przez ułamek sekundy. Cihan natychmiast to zauważył.
— Czyli jednak czegoś brakuje.
— Nie powiedziałam tego.
— Ale właśnie tak to zabrzmiało.
Hancer odetchnęła głębiej, próbując nie dać się sprowokować.
— Dałam z siebie wszystko. Pracowałam nad tym całą noc. Ale robiłam to pierwszy raz, więc mogą pojawić się jakieś niedociągnięcia. Sam ocenisz, kiedy zobaczysz dokument.
Cihan zacisnął dłoń na kierownicy.
Przez chwilę milczał. Samochód sunął jeszcze kawałek pustawą drogą, aż nagle mężczyzna zjechał na pobocze i gwałtownie zahamował.
Hancer drgnęła.
— Co robisz?
Cihan patrzył przed siebie.
— Wysiądź.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Co?
— Wysiądź z auta.
— Chciałeś, żebym pojechała z tobą do firmy. Dlaczego teraz każesz mi wysiadać?
Dopiero wtedy odwrócił głowę. Jego spojrzenie było zimne, niemal bezlitosne.
— Mam ważne spotkanie. Muszę jechać gdzie indziej.
— I przypomniałeś sobie o tym właśnie teraz?
— Tak. Właśnie teraz.
— Naprawdę? — zapytała z goryczą. — Czy po prostu znalazłeś pretekst, żeby mnie upokorzyć?
Cihan zmrużył oczy.
— Nie muszę się przed tobą tłumaczyć.
— Oczywiście. Zapomniałam. Jesteś moim szefem.
— Właśnie. A skoro jesteś prezeską fundacji, zacznij zachowywać się jak osoba na tym stanowisku. Nie jesteś stażystką, po której ktoś będzie poprawiał każdy błąd.
Hancer pobladła, ale nie spuściła wzroku.
— Przynajmniej próbuję.
— Próby nie wystarczą, kiedy odpowiadasz za ludzi i pieniądze. Chcę dostać nieskazitelny dokument. Nie wymówkę. Nie tłumaczenie, że robiłaś coś pierwszy raz. Raport ma być kompletny, przejrzysty i gotowy do przedstawienia.
— Mogłeś powiedzieć mi to przy drzwiach domu.
— Mogłem.
Zrobił krótką pauzę.
— Ale postanowiłem inaczej.
Hancer patrzyła na niego przez kilka sekund w milczeniu. W jej oczach mieszały się gniew, rozczarowanie i upokorzenie. Wiedziała, że Cihan robi to celowo. Chciał ją złamać. Chciał, żeby pożałowała decyzji o objęciu fundacji. Ale nie zamierzała dać mu tej satysfakcji.
Odpięła pas.
— Dobrze.
Chwyciła laptop i teczkę z dokumentami.
— Jeśli myślisz, że w ten sposób mnie przestraszysz, bardzo się mylisz.
Cihan nie odpowiedział.
Hancer otworzyła drzwi i wysiadła na pobocze. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz, ale nie cofnęła się. Mocno zamknęła drzwi samochodu, aż dźwięk odbił się od pustej drogi.
Stanęła na chodniku, przyciskając dokumenty do piersi.
Samochód ruszył niemal od razu.
Hancer odprowadziła go wzrokiem, czując, jak złość powoli wypiera upokorzenie. Została sama na poboczu, z pożyczonym laptopem, teczką pełną danych i raportem, który Cihan za wszelką cenę chciał wykorzystać przeciwko niej.
Ale im dłużej patrzyła za odjeżdżającym autem, tym wyraźniej rozumiała jedno.
Nie zawróci.
Nie teraz.
Nie po pierwszej przeszkodzie.
Nie po pierwszym upokorzeniu.
Jeśli Cihan chciał wojny, właśnie dał jej kolejny powód, by nauczyć się walczyć.


***
Mukadder siedziała przy stoliku ustawionym na tarasie, tuż przed basenem. Tafla wody była spokojna, niemal nieruchoma, a za balustradą majaczyło zamglone morze. Widok powinien koić nerwy, lecz ona nie czuła ani odrobiny spokoju.
Otulona szarym płaszczem, siedziała sztywno na krześle, z zaciśniętymi ustami i spojrzeniem wbitym przed siebie. Od kilku godzin w jej głowie powracały te same słowa.
Dziesięć milionów lir.
Kwota brzmiała absurdalnie, a jednak była prawdziwa. Szantażysta nie żartował. Mukadder wiedziała, że jeśli nie zapłaci, jej tajemnica trafi prosto do Cihana. A wtedy straciłaby nie tylko spokój. Straciłaby syna.
Usłyszała kroki za plecami.
Na tarasie pojawił się mężczyzna w ciemnym garniturze, z neseserem w dłoni. Zatrzymał się ostrożnie kilka kroków od stolika, jakby już po samej atmosferze wyczuł, że nie jest to zwykła wizyta.
— Szybkiego powrotu do zdrowia, pani Mukadder — powiedział uprzejmie. — Mam nadzieję, że czuje się pani lepiej.
Mukadder nawet nie próbowała się uśmiechnąć.
— Wracam do zdrowia — odparła krótko, po czym westchnęła z irytacją. — Ale nie wezwałam cię tutaj po to, żeby rozmawiać o moim samopoczuciu.
Wskazała mu krzesło naprzeciwko.
— Usiądź.
Agent nieruchomości posłusznie odsunął krzesło i zajął miejsce przy stole. Położył neseser obok siebie, splótł dłonie i pochylił głowę z zawodową uprzejmością.
— Oczywiście. Słucham pani.
Mukadder przez chwilę patrzyła na basen. Dopiero potem odwróciła się w jego stronę.
— Chodzi o działki, które posiadam w Isparcie.
Mężczyzna od razu spoważniał.
— Tak?
— Chcę wiedzieć, ile są teraz warte.
Agent zamrugał, zaskoczony nagłością pytania.
— Trudno mi powiedzieć bez dokładnej analizy. Musiałbym sprawdzić lokalizację, aktualne ceny w okolicy, popyt, stan prawny gruntów…
— Więc sprawdź — przerwała mu chłodno. — I natychmiast mnie poinformuj.
— Oczywiście, zrobię to jak najszybciej.
Zawahał się jednak, zamiast od razu wstać. Mukadder natychmiast to zauważyła.
— Masz jeszcze coś do powiedzenia?
Mężczyzna poruszył się niespokojnie na krześle.
— Jeśli wolno mi zapytać… czy wydarzyło się coś pilnego?
Jej spojrzenie stwardniało.
— Jakim prawem zadajesz mi takie pytania?
— Proszę mnie źle nie zrozumieć…
— Wzywam cię w konkretnej sprawie, a ty zaczynasz węszyć? — syknęła. — Nie zadzwoniłam po ciebie po to, żebyś potem chodził po mieście i rozsiewał plotki, że rodzina Develioglu ma problemy finansowe.
Agent natychmiast spuścił wzrok.
— Nie miałem tego na myśli, pani Mukadder. Chciałem tylko powiedzieć, że obecna sytuacja na rynku nieruchomości nie jest najlepsza. Jeśli sprzedaż nie jest pilna, rozsądniej byłoby poczekać. W przeciwnym razie może pani być zmuszona zejść z ceny.
Mukadder zmrużyła oczy.
— Czy prosiłam cię o radę?
— Nie, ale…
— W takim razie daruj ją sobie. Masz zrobić dokładnie to, co powiedziałam. Sprawdzisz wartość działek i przekażesz mi informację. Bez komentarzy. Bez pytań. Bez opóźnień.
Mężczyzna skinął głową.
— Rozumiem.
Już miał się podnieść, ale znów zawahał się przez moment.
— Pani Mukadder… proszę mi wybaczyć, ale czy pan Cihan wie o tej sprawie?
Jej twarz natychmiast się zmieniła. W oczach pojawił się błysk gniewu.
— Nie wie.
Agent zamilkł.
Mukadder pochyliła się lekko nad stołem i wypowiedziała każde kolejne słowo powoli, z naciskiem:
— I nie może się dowiedzieć.
Mężczyzna przełknął ślinę.
— Oczywiście.
— Jeśli choć jedno słowo na ten temat wyjdzie poza ten taras, nie będziesz musiał martwić się rynkiem nieruchomości — powiedziała lodowato. — Będziesz martwił się tym, czy znajdziesz jeszcze jakąkolwiek pracę.
Agent natychmiast zrozumiał, że Mukadder nie rzuca pustych gróźb.
— Proszę się nie obawiać. Zachowam pełną dyskrecję.
— Mam taką nadzieję.
Mężczyzna wstał ostrożnie, sięgnął po neseser i lekko skłonił głowę.
— Skontaktuję się z panią, gdy tylko będę miał dokładne informacje.
Mukadder nie odpowiedziała. Odprowadziła go jedynie chłodnym spojrzeniem.
Gdy agent odszedł, znów odwróciła twarz w stronę basenu. Woda nadal była spokojna. Tylko w niej samej narastał coraz większy lęk.
Dziesięć milionów lir.
Musiała je zdobyć.
Szybko.
I przede wszystkim tak, żeby Cihan nigdy nie odkrył, dlaczego naprawdę była zmuszona sprzedać ziemię.
***
Hancer dotarła do firmy sama. Droga zajęła jej więcej czasu, niż planowała, ale nie pozwoliła sobie na wahanie. Kiedy wreszcie weszła do budynku, mocniej przycisnęła do piersi teczkę z dokumentami i pożyczonego laptopa. Nadal czuła w sobie złość po tym, jak Cihan zostawił ją na poboczu, lecz nie zamierzała pokazać nikomu, że ją to zabolało.
Przy recepcji zatrzymała ją sekretarka.
— Pani Hancer? — zapytała uprzejmie. — Pan Cihan przekazał, że dotychczasowe pomieszczenie fundacji będzie od dziś remontowane.
Hancer zmarszczyła brwi.
— Remontowane? Nic mi o tym nie wiadomo.
— Takie dostałam polecenie — odpowiedziała Hilal ostrożnie. — Do czasu zakończenia prac będzie pani korzystać z gabinetu pana Cihana. Przygotowano tam dla pani osobne biurko.
Hancer przez chwilę patrzyła na sekretarkę w milczeniu.
A więc o to chodziło.
Cihan nie zamierzał jedynie utrudniać jej pracy. Chciał mieć ją tuż obok. Chciał widzieć każdy jej ruch, każdą pomyłkę, każde zawahanie.
Uśmiechnęła się chłodno.
— Rozumiem. Dziękuję.
Nie powiedziała nic więcej. Ruszyła korytarzem w stronę gabinetu, choć każdy krok kosztował ją coraz więcej siły.
***
Kilka minut później siedziała już przy niewielkim biurku ustawionym z boku przestronnego gabinetu Cihana. Pomieszczenie było jasne, eleganckie i chłodne. Po jednej stronie stało masywne biurko właściciela firmy, po drugiej rozłożono dla niej skromniejsze miejsce pracy. Za jej plecami wisiały próbki tkanin i dywanów, na półkach leżały katalogi, a w powietrzu unosił się zapach papieru, kurzu i nowo otwartych segregatorów.
Hancer otworzyła teczkę z dokumentami, ale jej myśli wciąż uciekały do porannej rozmowy z Cihanem. Do jego rozkazującego tonu. Do drzwi samochodu zamykających się za nią na poboczu.
Nie zamierzała się poddać.
Nawet jeśli on zrobi wszystko, by ją do tego zmusić.
Drzwi gabinetu otworzyły się po cichu.
Do środka wszedł Engin. Pod ramieniem niósł laptopa i teczkę. Zatrzymał się na moment, rozglądając się po pomieszczeniu. Gdy zobaczył Hancer przy bocznym biurku, na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie.
— Dzień dobry — powiedział, podchodząc bliżej. — Hilal wspomniała, że pracujesz tutaj, ale przyznam, że myślałem, że źle ją zrozumiałem.
Hancer uniosła wzrok znad dokumentów.
— Niestety dobrze zrozumiałeś.
Engin położył laptop na blacie i usiadł naprzeciwko niej.
— Cihan naprawdę kazał przenieść cię do swojego gabinetu?
— Podobno mój gabinet jest w remoncie — odpowiedziała spokojnie, choć w jej głosie pobrzmiewała gorycz. — Oczywiście to tylko pretekst. Cihan chce mnie obserwować. Czekać, aż się potknę. A kiedy popełnię pierwszy błąd, powie głośno, że od początku miał rację.
Hancer spojrzała w stronę głównego biurka Cihana.
— Będę pracować z nim niemal ramię w ramię. Nie będę kłamać, Enginie. To mnie denerwuje. Sama jego obecność wystarczy, żeby człowiek poczuł, że robi wszystko źle.
Engin pochylił się lekko do przodu.
— Nie pozwól mu tego osiągnąć. Właśnie o to mu chodzi. Chce, żebyś zwątpiła w siebie, zanim naprawdę zaczniesz. Postaram się przyspieszyć remont. Jeśli rzeczywiście jakiś remont istnieje, potrwa najwyżej kilka dni.
Zawahał się, po czym dodał z cieniem ironii:
— O ile Cihan nie postanowi go przypadkiem przedłużyć.
Hancer uśmiechnęła się słabo.
— Nie zdziwiłoby mnie to.
Engin przesunął laptop w jej stronę.
— Przy okazji, przyniosłem ci coś.
Hancer spojrzała na komputer.
— Co to?
— Laptop mojej siostry.
Jej twarz od razu spoważniała. Engin przez chwilę patrzył na urządzenie, jakby sam ten widok poruszył w nim coś bardzo bolesnego.
— Przeniosłem wszystkie prywatne pliki Yasemin i dokumenty związane z kliniką. Zostawiłem tylko materiały dotyczące fundacji: stare raporty, listy darczyńców, notatki, projekty, wszystko, co może ci się przydać.
Hancer delikatnie położyła dłoń na obudowie laptopa.
— Jesteś pewien, że chcesz mi go dać?
— Tak. Yasemin chciała, żebyś kontynuowała jej pracę. Myślę, że ucieszyłaby się, gdybyś korzystała z jej komputera.
Hancer spuściła wzrok. Przez moment nie potrafiła nic powiedzieć.
W tym prostym geście było coś więcej niż pomoc techniczna. Engin nie dawał jej tylko narzędzia do pracy. Przekazywał jej kawałek świata swojej siostry. Cząstkę kobiety, która zaufała Hancer, zanim ona sama nauczyła się ufać własnym siłom.
— Dziękuję — powiedziała cicho. — Naprawdę.
Engin skinął głową.
— Mam nadzieję, że dobrze ci posłuży.
Hancer uśmiechnęła się łagodnie.
— Na pewno. To tak, jakbym miała siostrę Yasemin obok siebie.
Przesunęła palcami po krawędzi laptopa.
— Myślę, że dzięki temu łatwiej będzie mi wytrwać. Zwłaszcza tutaj.
Engin spojrzał na nią uważnie.
— Wytrwasz.
— Skąd ta pewność?
— Bo już zaczęłaś walczyć. A ktoś, kto mimo strachu siada przy biurku i otwiera dokumenty, zamiast uciec, jest silniejszy, niż myśli.
Hancer odetchnęła głębiej i otworzyła laptop.
Na ekranie pojawił się pulpit Yasemin.
Przez kilka sekund patrzyła na niego w milczeniu. Potem wyprostowała się, sięgnęła po teczkę z raportem i położyła ją obok komputera.
— W takim razie zaczynajmy — powiedziała spokojnie. — Mam dużo do nadrobienia.


Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 135.Bölüm i Gelin 136.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






