„Panna młoda” Odc. 182 — streszczenie
Sinem wciąż przyciskała Beyzę do łóżka. Jedną dłonią trzymała ją za ramię, drugą zaciskała boleśnie na jej włosach, zmuszając ją, by nie odwracała wzroku. Beyza wiła się z bólu, ale tym razem nie miała nad nią przewagi. Nie mogła już zastraszyć Sinem jednym spojrzeniem ani kilkoma jadowitymi słowami.
— Milczałam przez cały ten czas nie dlatego, że jestem głupia — powiedziała Sinem niskim, drżącym od gniewu głosem. — I nie dlatego, że się ciebie bałam. Milczałam, bo nie wiedziałam, co powiedzieć Cihanowi. Nie chciałam, żeby stracił nad sobą panowanie. Nie chciałam, żeby przez ciebie zrobił coś, czego później nie dałoby się naprawić.
Nachyliła się nad Beyzą jeszcze niżej. Jej twarz była blada, ale oczy płonęły furią.
— Ale posłuchaj mnie uważnie. Jeśli dziś wieczorem przez ciebie stracę córkę, ty stracisz Cihana. I przysięgam, że nie zawaham się ani przez chwilę.
Beyza zacisnęła zęby, próbując ukryć ból i upokorzenie.
— To puste groźby — wysyczała. — Powiem Cihanowi, że rezydencja była prezentem od cioci. Poza tym jesteśmy mężem i żoną. Czy naprawdę ma znaczenie, czyje nazwisko widnieje na akcie własności?
Na ustach Sinem pojawił się gorzki, pozbawiony radości uśmiech.
— Mężem i żoną? — powtórzyła cicho. — Naprawdę chcesz o tym rozmawiać?
Mocniej szarpnęła jej włosy. Beyza jęknęła.
— Skoro jesteście takim szczęśliwym małżeństwem, dlaczego nadal nie śpicie w jednym łóżku? Dlaczego Cihan patrzy na ciebie tak, jakbyś była obcą kobietą? Dlaczego za każdym razem, gdy pojawia się Hancer, tracisz rozum?
Beyza zamarła.
Sinem patrzyła na nią bez litości.
— Mówisz, że nazwisko na akcie własności nie ma znaczenia. Dobrze. Zapytaj samą siebie o to samo w dniu, w którym Cihan od ciebie odejdzie. Zobaczymy wtedy, czy nadal będziesz taka pewna siebie.
Przez kilka sekund w pokoju słychać było tylko urywany oddech Beyzy.
— Zamiast tracić czas na mnie — dodała Sinem chłodno — lepiej zastanów się, jak rozliczysz się z Hancer. Bo to nie ja jestem twoim największym problemem. I doskonale o tym wiesz.
Po tych słowach puściła ją gwałtownie, odpychając na materac. Beyza opadła na łóżko, oszołomiona i upokorzona. Przez chwilę leżała nieruchomo, jakby nie potrafiła uwierzyć, że to właśnie Sinem ośmieliła się ją tak potraktować.
Sinem wyprostowała się i wskazała drzwi.
— A teraz wyjdź.
Beyza powoli uniosła głowę. W jej oczach płonęła nienawiść, ale po raz pierwszy nie odważyła się odpowiedzieć.
— Słyszałaś mnie — powiedziała Sinem twardo. — Wyjdź. I nigdy więcej nie wchodź do mojego pokoju bez pukania.
Beyza podniosła się z łóżka. Drżącymi dłońmi poprawiła potargane włosy, wygładziła żakiet i próbowała odzyskać resztki godności. Nie powiedziała ani słowa. Nie dlatego, że nie chciała. Po prostu tym razem nie miała czym uderzyć.
Ruszyła do drzwi, czując, jak gniew pali ją od środka.
Została pokonana przez kobietę, którą przez lata lekceważyła. Przez cichą, ustępliwą Sinem, którą uważała za zbyt słabą, by kiedykolwiek się jej przeciwstawić.
Teraz jednak wiedziała już jedno: Sinem miała w ręku broń. I jeśli Beyza posunie się choć o krok za daleko, nie zawaha się jej użyć.



***
Sila zmywała podłogę w niewielkim pokoju, który Hancer oddała jej do dyspozycji. Poruszała mopem spokojnie, niemal rytmicznie, cicho nucąc pod nosem melodię. Przez uchylone okno wpadało blade światło dnia, odbijając się od jasnych ścian i skromnych mebli. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwyczajna dziewczyna, która próbuje odwdzięczyć się gospodarzom za okazaną dobroć.
Jednak spokój tej sceny był złudny.
Kiedy skończyła, oparła mop o wiadro i sięgnęła po swoją czarną torebkę, leżącą na kanapie. Chciała przełożyć ją na komodę, lecz w tej samej chwili pasek wysunął jej się z dłoni. Torebka przewróciła się na bok, a z jej wnętrza wypadło niewielkie zawiniątko owinięte w biały materiał.
Sila zamarła.
Uśmiech natychmiast zniknął z jej twarzy.
Rozejrzała się gwałtownie, nasłuchując, czy ktoś nie idzie korytarzem. W domu panowała cisza. Dopiero wtedy przykucnęła i ostrożnie podniosła zawiniątko z podłogi.
Przez chwilę trzymała je w dłoniach, jakby ważyło znacznie więcej, niż powinno. Potem powoli rozchyliła materiał.
W środku znajdował się rewolwer.
Twarz Sili stężała. Nie było w niej już niepewności ani zagubienia, które pokazywała Hancer i Melihowi. Jej spojrzenie stało się zimne, skupione i dziwnie dojrzałe. Ujęła broń pewnym ruchem, jak ktoś, kto doskonale wie, z czym ma do czynienia. Obróciła ją w dłoni i sprawdziła, czy wszystko jest na swoim miejscu.
Odetchnęła z ulgą.
— Dzięki Bogu… — wyszeptała. — Nic mu się nie stało.
Przez moment patrzyła na rewolwer w milczeniu. W jej oczach pojawił się cień strachu, ale nie przed samą bronią. Bardziej przed tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby ktoś ją znalazł.
— Nie powinnam trzymać go w torebce — mruknęła do siebie. — To zbyt ryzykowne.
Zawahała się i ponownie rozejrzała po pokoju.
— Tylko gdzie mam go schować?
Jej wzrok przesunął się po kanapie, komodzie, dywanie, szafce i czarnej torbie leżącej obok. Wszystko w tym pokoju należało do ludzi, którzy okazali jej dobroć. Do ludzi, którzy wpuścili ją pod swój dach, choć nie wiedzieli o niej prawie nic.
Sila zacisnęła usta.
— To uczciwi ludzie — powiedziała cicho, jakby próbowała uspokoić własne sumienie. — Nie będą grzebać w moich rzeczach.
Ponownie owinęła rewolwer białym materiałem, starannie zakrywając każdy fragment metalu. Potem włożyła zawiniątko do reklamówki i podeszła do komody. Przez chwilę stała przed nią nieruchomo, z dłonią na uchwycie szuflady.
Otworzyła ją i wsunęła reklamówkę głęboko między inne rzeczy.
Zamknęła szufladę powoli, bezszelestnie.
Dopiero wtedy wyprostowała się i wypuściła powietrze z płuc. Jednak napięcie nie zniknęło z jej twarzy. Sila spojrzała na zamkniętą komodę, jakby schowała w niej nie tylko broń, ale i część swojej przeszłości.
Kim naprawdę była dziewczyna, którą Hancer przyjęła pod swój dach? Przed kim uciekała? I czy tajemnica, którą ukrywała, mogła sprowadzić niebezpieczeństwo na ludzi, którzy okazali jej serce?


***
Yonca siedziała skulona na kanapie, wpatrując się nieruchomo w okno. Za szybą dzień toczył się zwyczajnym rytmem, ale jej myśli były daleko stąd. W dłoniach obracała telefon, jakby sam jego ciężar przypominał jej o wszystkim, co jeszcze musiała zrobić, żeby odzyskać dziecko.
Do pokoju weszła Derya. Trzymała w ręku swój telefon, a na jej twarzy malowało się podniecenie kogoś, kto właśnie odkrył nowy sposób na szybkie bogactwo.
— Wiesz, jakie szalone rzeczy robią teraz ludzie? — zagadnęła, nie czekając na odpowiedź. — Malują zwykłe liście, wkładają je w ramki i sprzedają jako sztukę. A inni to kupują! Wyobrażasz sobie?
Yonca nawet na nią nie spojrzała.
— Nie mam teraz głowy do liści, Deryo.
— A powinnaś mieć głowę do pieniędzy — odparła Derya, siadając obok niej. — Bo kiedy Mukadder w końcu zapłaci, musimy mądrze wykorzystać ten kapitał. Możemy zostać influencerkami. Wyobraź sobie: filmiki, makijaże, piękne ubrania, góra pieniędzy na stole… Ludzie będą nas oglądać z otwartymi ustami.
Yonca powoli odwróciła głowę.
— Nie, Deryo. Ja zabiorę swoje dziecko i zniknę.
Derya zamilkła.
— Co?
— Dokładnie to, co słyszysz. Zacznę nowe życie. Daleko od wszystkiego i wszystkich. Chcę tylko mojego dziecka i spokoju.
Na twarzy Deryi pojawiło się niezadowolenie.
— Czyli chcesz powiedzieć, że kiedy dostaniemy pieniądze, każda z nas pójdzie własną drogą?
— Tak. Mamy różne plany.
— Różne plany? — powtórzyła Derya z niedowierzaniem. — Ja myślę o przyszłości, a ty zachowujesz się tak, jakby pieniądze były tylko biletem ucieczki.
— Bo dla mnie właśnie tym są.
Yonca wstała z kanapy.
— Idę zrobić herbatę.
Ruszyła do kuchni, zostawiając Deryę samą. Ta przez chwilę patrzyła za nią z urażoną miną. Potem chwyciła torebkę i zawiesiła ją na ramieniu.
— Ja wszystkim się zajmuję, ja ryzykuję, ja rozmawiam z Mukadder, a ona zgarnie największą część — mruknęła pod nosem. — Od początku powinnyśmy były podzielić wszystko po równo.
Zacisnęła palce na pasku torebki.
— Muszę znaleźć sposób, żeby to nadrobić.
Obróciła się na pięcie i wyszła z domu.
***
Szła przez miasto bez większego celu, pochłonięta myślami o pieniądzach, które miały wkrótce trafić w jej ręce. Ulica była jasna, ruchliwa, pełna zwyczajnych ludzi załatwiających zwyczajne sprawy. Derya jednak patrzyła na wszystko inaczej. Każdy sklep, każda witryna i każdy szyld nagle wydawały jej się obietnicą lepszego życia.
Wtedy jej wzrok zatrzymał się na salonie piękności.
Na szybie wisiała kartka informująca o zamknięciu lokalu. Derya zwolniła kroku, a potem podeszła bliżej. Przez przeszklone drzwi zobaczyła wnętrze pełne klientek. Jedna kobieta miała właśnie układane włosy, druga siedziała przy stanowisku manicure, ktoś inny przeglądał magazyn na kanapie. W środku panował ruch, jakiego Derya zupełnie się nie spodziewała po miejscu przeznaczonym do zamknięcia.
— Zamykają? — mruknęła do siebie. — Przy tylu klientkach?
W tej samej chwili drzwi otworzyły się i ze środka wyszła elegancka brunetka. Była zadbana, pewna siebie i uśmiechała się w sposób, który od razu budził zaufanie.
Derya wykorzystała okazję.
— Przepraszam — zagadnęła, zerkając jej przez ramię do wnętrza salonu. — Na szybie jest informacja, że zamykacie lokal, ale w środku macie pełno klientek. To nie wygląda jak interes, który upada.
Kobieta uśmiechnęła się szerzej.
— Bo nie upada. Wręcz przeciwnie. Mamy tyle pracy, że właśnie dlatego się przenosimy. Proszę wejść, sama pani zobaczy.
Derya zawahała się tylko przez moment, po czym przekroczyła próg.
Wnętrze salonu było jasne i zadbane. Na półkach stały kosmetyki, przy lustrach pracowały fryzjerki i manicurzystki, a rozmowy klientek mieszały się z cichym szumem suszarek. Wszystko sprawiało wrażenie dobrze zorganizowanego, dochodowego miejsca.
— Pierwszy raz słyszę, żeby ktoś zamykał dobrze prosperujący salon — powiedziała Derya, rozglądając się z rosnącym zainteresowaniem.
— Nie zamykam go z powodu strat — wyjaśniła właścicielka. — Wynajęłam większy lokal w lepszej dzielnicy. Ten salon ma już stałe klientki, dobrą opinię i zespół, który wie, co robi. Szkoda byłoby go porzucić. Chcę przekazać go komuś, kto potrafiłby wykorzystać jego potencjał.
Derya od razu uniosła brwi.
— A czynsz? Pensje? Opłaty? Ile właściwie zostaje po odliczeniu kosztów?
Kobieta spojrzała na nią z aprobatą.
— Widzę, że myśli pani praktycznie. To dobrze. Około jedna trzecia przychodów idzie na bieżące wydatki: czynsz, pensje, rachunki, dostawy. Reszta zostaje dla właściciela.
Derya poczuła przyjemny dreszcz.
— Reszta?
— Oczywiście. A prawdziwą wisienką na torcie jest sprzedaż kosmetyków do pielęgnacji włosów. Szampony, odżywki, maski, olejki… Klientki kupują je bardzo chętnie. Nawet po rabatach sprzedajemy je z podwójną przebitką.
Wzięła z półki elegancką butelkę szamponu i podała ją Deryi.
— Proszę. To prezent.
Derya przyjęła kosmetyk, jakby trzymała w dłoniach pierwszy element przyszłego imperium.
— Dziękuję, ale… — uśmiechnęła się zakłopotana — nie mam pieniędzy na zakup salonu.
— Pieniądze można zdobyć. A dobrego nosa do interesu nie da się kupić.
Właścicielka spojrzała jej prosto w oczy.
— Pani ma w sobie energię kobiety, która nie boi się ryzyka.
Derya wyprostowała się odruchowo.
— Naprawdę tak pani myśli?
— Tak. Proszę przyjść jutro rano. Zrobimy pani makijaż, wypijemy kawę i porozmawiamy spokojnie. Może znajdziemy rozwiązanie dobre dla nas obu.
Derya wyszła z salonu z prezentem w dłoni i sercem bijącym szybciej niż zwykle. W jej głowie natychmiast zaczęły układać się obrazy: ona jako właścicielka, klientki czekające w kolejce, pracownice słuchające jej poleceń, pieniądze wpływające każdego dnia niemal bez wysiłku.
Własny biznes.
Własne miejsce.
Własna przyszłość.
To było dokładnie to, o czym marzyła od dawna.
A jednak gdzieś głęboko pojawił się cichy, niepokojący głos.
Czy coś, co wyglądało tak pięknie, naprawdę mogło być aż tak proste?



***
Engin wszedł do gabinetu Cihana bez dawnej swobody, z jaką przez lata przekraczał próg tego pomieszczenia. Tym razem od razu wyczuł chłód. Nie ten płynący z jasnych ścian, dużych okien i idealnie uporządkowanego wnętrza, lecz chłód bijący od człowieka siedzącego za biurkiem.
Cihan uniósł na niego wzrok tylko na krótką chwilę.
Wystarczyło jedno spojrzenie, by Engin zrozumiał, że przyjaciel nie chce go widzieć. Cihan natychmiast wrócił do dokumentów rozłożonych na blacie, jakby papiery były ważniejsze od rozmowy, która wisiała między nimi od zakończenia głosowania.
Engin mimo to podszedł bliżej i usiadł w fotelu naprzeciwko. Przez kilka sekund milczał, pozwalając, by napięcie nieco opadło. Cihan jednak nawet nie podniósł głowy.
— Możemy porozmawiać? — zapytał w końcu Engin.
Cihan odłożył pióro na biurko. Zrobił to powoli, z przesadną dokładnością, jak człowiek, który próbuje zapanować nad gniewem.
— O czym? — zapytał lodowato. — O tym, jak mnie zdradziłeś?
Engin zacisnął usta.
— Cihanie…
— Nie. — Cihan uniósł dłoń, przerywając mu. — Naprawdę, brawo. Doskonale to rozegrałeś. Ty, Hancer i Melih. Wszyscy razem. Wbiliście mi nóż w plecy i jeszcze nazwaliście to spełnieniem ostatniej woli Yasemin.
— To nie tak.
— A jak? — Cihan gwałtownie podniósł wzrok. — Powiedz mi, jak mam to rozumieć? Wiedziałeś, przez co przechodzę. Wiedziałeś, jak wygląda sytuacja między mną a Hancer. Wiedziałeś, że jej obecność w firmie tylko wszystko skomplikuje. A mimo to ułożyłeś całą tę grę za moimi plecami.
Engin pochylił się lekko do przodu.
— Pozwól mi wyjaśnić.
Cihan uderzył dłonią w blat biurka.
— Tu nie ma czego wyjaśniać! Wszystko widziałem na własne oczy. Najpierw sprowadzasz Hancer na zebranie, potem wyciągasz głos Yasemin, a na końcu wprowadzasz Meliha jak asa z rękawa. I chcesz mi wmówić, że to nie była gra?
— To była próba ocalenia czegoś, co należało do mojej siostry.
— Nie zasłaniaj się Yasemin!
Słowa Cihana zabrzmiały ostro, niemal okrutnie. Engin zesztywniał, ale nie odpowiedział od razu. W jego oczach pojawił się ból.
Cihan odetchnął ciężko i odwrócił wzrok w stronę okna.
— Wiesz co? Może nawet dobrze się stało — powiedział po chwili ciszej, lecz z jeszcze większą goryczą. — Teraz przynajmniej wiem, kto stoi po której stronie. Będę miał okazję rozliczyć się z nią i z Melihem. Oboje pożałują, że w ogóle przekroczyli próg tego miejsca.
Engin potrząsnął głową.
— Cihanie, to nie jest wojna.
— Dla mnie jest.
— Nie. To fundacja. Miejsce stworzone po to, żeby pomagać kobietom i dzieciom. Yasemin nie chciałaby, żeby jej ostatnia wola stała się początkiem kolejnej bitwy.
Cihan parsknął gorzko.
— Nie mów mi, czego chciałaby Yasemin.
— A właśnie że będę mówił. — Głos Engina nagle stwardniał. — Bo była moją siostrą. Znałem ją lepiej niż ktokolwiek inny. I wiem jedno: naprawdę szanowała Hancer. Wierzyła w nią. Widziała w niej siłę, której inni nie potrafili dostrzec.
Cihan zacisnął szczęki.
— Ty też w nią wierzysz?
— Tak.
Odpowiedź padła bez wahania.
— Wierzę, że Hancer zrobi dla fundacji wiele dobrego. Może teraz tego nie widzisz, bo zasłania ci to gniew, ale pewnego dnia sam przyznasz, że Yasemin się nie pomyliła.
Cihan spojrzał na niego ostro.
— Nie chcę już o tym rozmawiać.
Engin przez chwilę patrzył na przyjaciela w milczeniu. Wiedział, że każde kolejne słowo może tylko pogłębić przepaść między nimi.
W końcu wstał.
— Dobrze. Nie rozmawiajmy.
Ruszył w stronę drzwi, ale po kilku krokach zatrzymał się. Zacisnął palce na teczce, jakby walczył ze sobą, czy powinien powiedzieć coś jeszcze. Po chwili odwrócił się i wrócił do biurka.
— Przy okazji — powiedział spokojniej. — Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć.
Cihan spojrzał na niego niechętnie.
— Co jeszcze?
— Melih chce jak najszybciej przepisać udziały z powrotem na Hancer.
Twarz Cihana natychmiast stężała.
— Co?
— Dobrze słyszałeś. Nie zamierza ich zatrzymywać. Nie jest podstępnym oportunistą, jak go nazwałeś. Nie wszedł do tej gry dla pieniędzy ani dla wpływów. Zgodził się tylko dlatego, że chciał pomóc Hancer.
Cihan powoli podniósł się z fotela.
— Bronisz go?
Engin westchnął.
— Nie bronię. Przekazuję ci fakt.
— Jesteś jego adwokatem? A może już przyjacielem?
— Nie jestem ani jego przyjacielem, ani jego prawnikiem. Ale wiem, co zrobił i dlaczego to zrobił. Nie zależy mu na udziałach. Zależy mu na Hancer.
To ostatnie zdanie zawisło między nimi ciężko i drażniąco.
Cihan obszedł biurko i stanął naprzeciwko Engina. W jego spojrzeniu było napięcie, którego nie potrafił już ukryć.
— Hancer jeszcze zobaczy jego prawdziwą twarz — powiedział nisko. — I ty też.
Engin nie cofnął się ani o krok.
— W porządku. Zobaczymy.
Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. Kiedyś wystarczyłoby jedno słowo, by zakończyć podobną sprzeczkę. Teraz między nimi stało zbyt wiele: Yasemin, Hancer, Melih, zdradzone zaufanie i gniew, którego Cihan nie chciał wypuścić z rąk.
Engin pierwszy odwrócił wzrok.
— Powiedziałem to, co miałem powiedzieć.
Tym razem naprawdę ruszył do wyjścia. Nie zatrzymał się już ani razu.
Drzwi gabinetu zamknęły się za nim cicho, ale dla Cihana zabrzmiało to jak ostateczne trzaśnięcie. Został sam pośród jasnego, eleganckiego wnętrza, w którym jeszcze chwilę temu wszystko wydawało się pod jego kontrolą.
Teraz jednak coraz wyraźniej czuł, że ta kontrola zaczyna wymykać mu się z rąk.
***
Wieczorem Cihan wezwał Hancer do swojego gabinetu w rezydencji. Dziewczyna nie miała najmniejszej ochoty tam iść, ale wiedziała, że od chwili, gdy została prezeską fundacji „Jedno Życie”, podobnych spotkań nie będzie już mogła unikać.
Zapukała krótko i weszła do środka.
Cihan siedział za masywnym biurkiem, przeglądając dokumenty w czerwonej teczce. Gabinet, pełen ciężkich mebli, modeli statków i obrazów przedstawiających wzburzone morze, zdawał się idealnie pasować do atmosfery tej rozmowy. Wszystko było tu chłodne, uporządkowane i przytłaczające.
Hancer zatrzymała się po drugiej stronie biurka. Nie usiadła.
— Zakładam, że chcesz porozmawiać o fundacji — powiedziała spokojnie.
Cihan przez chwilę nie odpowiadał. Dopiero po kilku sekundach podniósł wzrok znad papierów.
— Właśnie.
Sięgnął po przygotowany plik dokumentów i przesunął go w jej stronę.
— To lista darczyńców z ostatnich pięciu lat. Salda, płatności, wysokość wpłat, terminy, zaległości… wszystko, czego będziesz potrzebować.
Hancer wzięła teczkę do ręki i spojrzała na pierwszą stronę.
— Rozumiem.
— Chcę, żebyś przygotowała plan finansowy fundacji na ten rok — ciągnął Cihan. — Nowe darowizny, przewidywane wpływy, planowane cele, propozycje wydatków. Wszystko ma być przejrzyste, uporządkowane i przedstawione w tabelach.
Zrobił krótką pauzę.
— Przygotujesz to w arkuszu kalkulacyjnym.
Hancer uniosła wzrok.
— W porządku. Zajmę się tym.
Odwróciła się, sądząc, że rozmowa dobiegła końca, ale głos Cihana zatrzymał ją przy drzwiach.
— Ma być gotowe na jutro.
Zamarła. Powoli spojrzała przez ramię.
— Na jutro?
— Tak.
— To niemożliwe.
Cihan odsunął fotel i wstał od biurka.
— Dlaczego?
— Bo nigdy wcześniej tego nie robiłam — odpowiedziała, starając się zachować spokój. — Najpierw muszę zrozumieć dokumenty, sprawdzić dane, nauczyć się programu…
— A więc nie wiedziałaś, na co się piszesz?
Podszedł do niej powoli. Jego głos był spokojny, ale chłodny i celowo prowokujący.
— Zanim zgłosiłaś swoją kandydaturę, chyba zdawałaś sobie sprawę, że to nie jest honorowy tytuł ani miejsce przy stole, które można zajmować dla zasady.
Hancer mocniej zacisnęła palce na teczce.
— Wiem, czym jest odpowiedzialność.
— Naprawdę? — Cihan zatrzymał się tuż przed nią. — W takim razie pozwól, że ci przypomnę. Fundacja to nie tylko piękne słowa, wzruszające historie i dobre intencje. To niekończące się spotkania, dokumenty, sprawozdania, budżety, przelewy, darczyńcy i ludzie, którzy każdego dnia czekają na pomoc.
Patrzył jej prosto w oczy.
— Jedna pomyłka może kosztować czyjeś zaufanie. Jedna źle podjęta decyzja może odebrać komuś wsparcie. Ta praca wymaga doświadczenia.
Hancer milczała.
Cihan zrobił krok bliżej.
— Rozumiem, że zostałaś namówiona. Engin uwierzył w testament Yasemin, Melih chciał odegrać bohatera, a ty dałaś się ponieść emocjom. Szkoda tylko, że nikt nie powiedział ci, co naprawdę będziesz musiała robić.
— Skończyłeś?
— Nie.
Jego spojrzenie stwardniało.
— Nie chcę, żeby fundacja związana z moją firmą stała się polem do nauki dla kogoś, kto dopiero teraz odkrywa, czym jest arkusz kalkulacyjny.
Te słowa zabolały, choć Hancer nie pozwoliła, by było to po niej widać.
Cihan mówił dalej:
— Jeszcze nie jest za późno. Możesz odłożyć dumę na bok, wycofać się i pozwolić komuś bardziej kompetentnemu przejąć tę funkcję.
Przez chwilę w gabinecie panowała ciężka cisza.
— Więc? — zapytał w końcu. — Poddajesz się czy nadal chcesz walczyć? Czekam na twoją odpowiedź. Mam nadzieję, że tym razem będzie rozsądna.
Hancer powoli wyprostowała plecy.
Nie zamierzała dać mu tej satysfakcji.
Nie pierwszego dnia.
Nie po tym, ile kosztowała ją decyzja o spełnieniu ostatniej woli Yasemin.
Podniosła wzrok i spojrzała mu prosto w oczy.
— Dziękuję za radę.
Na twarzy Cihana pojawił się cień zaskoczenia.
— Będę o niej pamiętać za każdym razem, kiedy popełnię błąd — dodała spokojnie. — A ponieważ pewnie popełnię ich wiele, twoje słowa na pewno często do mnie wrócą.
Ścisnęła teczkę pod pachą.
— Dostaniesz raport jutro.
Cihan zmrużył oczy.
— Jesteś pewna?
— Tak.
Odwróciła się i wyszła, zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze.
Na korytarzu odetchnęła głębiej, ale nie zwolniła kroku. Dopiero przy windzie drogę zastąpiła jej Beyza.
Stała tam w czerwonej bluzce, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała i uśmiechem, który od pierwszej chwili zdradzał złośliwą satysfakcję.
— Co się stało? — zapytała słodko. — Czyżbyś poddała się już pierwszego dnia?
Hancer zatrzymała się przed nią.
— Przykro mi, ale będziesz musiała jeszcze trochę poczekać, żeby zająć moje miejsce.
Uśmiech Beyzy lekko zesztywniał.
— Naprawdę myślisz, że sobie poradzisz?
— Nie wiem — odpowiedziała Hancer szczerze. — Ale wiem, że ty bardzo liczysz na to, że mi się nie uda. A to wystarczający powód, żebym spróbowała.
Beyza zacisnęła usta. Hancer uniosła lekko teczkę.
— Dam ci znać, jeśli zdecyduję się odejść.
Po tych słowach minęła rywalkę i ruszyła korytarzem.
Beyza odprowadziła ją spojrzeniem. Dopiero wtedy zauważyła podpis na czerwonej teczce: „Lista darczyńców”.
W jej oczach pojawił się błysk.
Nie był to gniew.
Nie była to nawet zazdrość.
Było to nagłe olśnienie.
Na ustach Beyzy powoli zakwitł uśmiech. Hancer właśnie nieświadomie pokazała jej coś, co mogło stać się pierwszym krokiem do nowego planu.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 134.Bölüm i Gelin 135.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






