Panna młoda odc. 76: Stało się! Cihan i Hancer idą do łóżka!

Cihan i Hancer leżą razem w łóżku pod fioletowym kocem. Intymna, spokojna chwila w przytulnej sypialni.

„Panna młoda” Odc. 76 – streszczenie

Po słowach Beyzy w pokoju zapada martwa cisza.

Mukadder cofa się o krok, jakby ktoś odebrał jej grunt pod nogami. Powoli opada na ramę łóżka, chwytając się jej kurczowo, jakby tylko to trzymało ją przy świadomości. Jej oddech przyspiesza.

— Jesteśmy zniszczeni… — szepcze drżącym głosem. — Nusret zrobi to, co powiedział. On… on zabije mojego syna…

Na moment spuszcza wzrok, ale nagle jej twarz twardnieje. Unosi głowę i wbija spojrzenie w Beyzę.

— To ty? — mówi coraz ostrzej. — To ty go do tego doprowadziłaś? Sprowokowałaś własnego ojca?!

Beyza cofa się gwałtownie, aż plecami uderza o ścianę.

— Jak możesz tak mówić?! — jej głos łamie się ze wzburzenia. — Myślisz, że chciałabym, żeby Cihanowi stała się krzywda?!

Mukadder podnosi się powoli, ale w jej ruchach nie ma już słabości — jest gniew i rozpacz.

— Więc po co tu przyszłaś?! — podnosi głos. — Dlaczego nie powstrzymałaś swojego ojca?!

— Bo mnie nie słucha! — wybucha Beyza. — Zwariował! Kiedy zobaczył mnie w takim stanie… coś w nim pękło. Jakby zapadła w nim ciemność!

Robi krok w stronę Mukadder, z desperacją w oczach.

— Musimy ochronić Cihana. Musimy coś zrobić, zanim będzie za późno!

Mukadder odwraca się nerwowo, przeczesując dłonią włosy.

— Co ja mam mu powiedzieć?! — krzyczy. — Jak mam spojrzeć własnemu synowi w oczy i powiedzieć, że jego wujek chce go zabić?!

Jej głos odbija się echem od ścian. Nie wie, że tuż za drzwiami ktoś się zatrzymał.

— Nie rozumiesz?! — Beyza niemal błaga. — Musisz mu to powiedzieć!

— A potem co?! — Mukadder odwraca się gwałtownie. — Nawet jeśli powstrzymamy twojego ojca, myślisz, że Cihan to tak zostawi?! Dojdzie do rozlewu krwi!

Po drugiej stronie drzwi rozlega się nagły, gwałtowny ruch. Klamka drży.

— Mamo?! — głos Cihana jest napięty, ostry. — Co się tam dzieje?!

Szarpie za drzwi.

— Otwórz!

Drzwi pozostają zamknięte.

W środku zapada cisza. Gęsta, dusząca.

Cihan zaciska szczękę, po czym odwraca się gwałtownie i rusza korytarzem. Jego kroki odbijają się echem na marmurowej posadzce.

***

W holu stoi już służba — Fadime, Gulsum i Aysu. Zebrane w napięciu, wymieniają niespokojne spojrzenia.

Cihan zatrzymuje się przed nimi.

— Dlaczego tu stoicie? — pyta chłodno, ale w jego głosie słychać narastającą wściekłość. — Kto jest w pokoju mojej mamy?

Zapada cisza. Kobiety milczą, wyraźnie skrępowane.

Cihan robi krok do przodu.

— To Beyza, prawda?

Fadime spuszcza wzrok.

— Tak… — przyznaje cicho. — Próbowałyśmy ją zatrzymać, ale…

— Dość.

Jedno słowo. Twarde jak wyrok.

— Pożałuje tego.

Odwraca się gwałtownie i rusza w stronę schodów. Jego kroki są szybkie, ciężkie, pełne gniewu.

Echo niesie je po całej rezydencji. A napięcie rośnie z każdą sekundą.

***

Kamera wraca do pokoju na górze. Powietrze jest ciężkie, jakby każde słowo miało zaraz wywołać burzę.

Mukadder stoi nieruchomo, wsłuchując się w ciszę za drzwiami. Jej dłonie lekko drżą.

— Cihan zamilkł — szepcze, jakby bardziej do siebie niż do Beyzy.

Nagle odwraca się gwałtownie. W jej oczach pojawia się chłodna determinacja.

— Wyjdziesz stąd natychmiast — mówi ostro. — I powstrzymasz swojego ojca. Jeśli naprawdę kochasz Cihana, zrobisz to.

Beyza patrzy na nią przez chwilę, jakby ważyła każde słowo. Jej twarz powoli twardnieje.

— Jest tylko jeden sposób, żeby go powstrzymać. — Robi krótką pauzę. — Musimy wyrzucić tę dziewczynę z rezydencji.

Słowa spadają jak cios.

— Możesz to zrobić? — dodaje chłodno.

Mukadder zaciska szczękę.

— Nie mogę — odpowiada z goryczą. — Nie doceniłam tej żmii. Cihan… zakochał się w niej. Nie widzi świata poza nią.

Nagle ciszę rozdziera głos zza drzwi.

— Mamo! — woła Cihan. — Beyza jest u ciebie, prawda? Otwórz drzwi!

Mukadder zamiera.

Sekunda.

Dwie.

Trzask!

Drzwi uderzają o ścianę, gdy Cihan wpada do środka. Jego obecność natychmiast wypełnia całe pomieszczenie napięciem.

Mukadder i Beyza cofają się odruchowo.

Cihan nie zatrzymuje się ani na chwilę. Podchodzi prosto do Beyzy, chwyta ją mocno za ramię i zmusza, by spojrzała mu w oczy.

— Co ty wyprawiasz?! — jego głos jest niski, ale pełen gniewu. — Co robisz w moim domu?

Jego uścisk się zacieśnia.

— Ile razy mam ci to powtarzać? Nie obchodzisz mnie! Słyszysz?! Nic dla mnie nie znaczysz!

Beyza zaciska usta, ale nie odwraca wzroku.

— Nie masz pojęcia, co się dzieje… — mówi drżącym, ale stanowczym głosem. — Czy mam ci powiedzieć, dlaczego tu jestem?

Robi krótką pauzę.

— Przyszłam uratować ci życie.

Mukadder natychmiast wchodzi jej w słowo.

— Beyza, przestań! — rzuca ostro, próbując ją uciszyć. — Idź już stąd!

— Mamo! — Cihan ucina ją jednym słowem, nie odrywając wzroku od Beyzy. — Nie wtrącaj się.

Marszczy brwi, a jego spojrzenie staje się jeszcze bardziej przenikliwe.

— Co masz na myśli?

Beyza otwiera usta, ale Mukadder działa szybciej. Chwyta ją za rękę i niemal siłą ciągnie w stronę drzwi.

— Wychodź! Natychmiast! — krzyczy, wskazując wyjście.

Beyza jeszcze przez chwilę patrzy na Cihana, jakby chciała coś powiedzieć… ale milknie. Odwraca się i wychodzi.

Zapada cisza.

Cihan odwraca się powoli w stronę matki.

— Mamo… — mówi chłodno. — Co ona chciała powiedzieć?

Mukadder unika jego wzroku.

— Jak to co? — odpowiada z pozornym spokojem. — Chciała cię „uratować” przed tą dziewczyną. Uważa, że nie jest dla ciebie odpowiednia.

Cihan patrzy na nią z niedowierzaniem.

— Naprawdę? — jego głos staje się ostrzejszy. — Przyprowadzasz ją do domu, w którym mieszka moja żona, żeby wysłuchiwać tych bzdur?

— Nie przyprowadziłam jej! — broni się szybko Mukadder. — Wdarła się tutaj bez pozwolenia. Chciałam ją od razu wyrzucić, ale była uparta!

Cihan robi krok w jej stronę.

— Myślisz, że w to uwierzę?

Jego głos jest już lodowaty.

— Tobie zależy tylko na jednym — na konfliktach. Chcesz, żeby Hancer o wszystkim się dowiedziała i odeszła.

Mukadder milknie.

— Nie ma podłości, której byś się nie dopuściła — ciągnie dalej. — Zmusiłaś ją nawet, żeby umyła ci stopy! Wiesz, w jakiej sytuacji mnie stawiasz?!

— Nie obwiniaj mnie! — wybucha Mukadder. — Gdybyś nie przyprowadził jej do tego domu, nic by się nie stało! Nie chcę jej tutaj! Rozumiesz?! Nawet gdyby dwa światy miały się połączyć — nie chcę jej!

Cihan patrzy na nią przez długą chwilę. W jego oczach widać gniew i rozczarowanie. Bez słowa odwraca się i wychodzi.

Drzwi zamykają się cicho, ale napięcie w pokoju pozostaje.

***

W pokoju Hancer panuje cisza, przerywana jedynie cichym szelestem zasłon. Światło wpada przez okno, miękko oświetlając jej twarz — spokojną na pierwszy rzut oka, ale w oczach widać zmęczenie i smutek.

Hancer stoi nieruchomo, jakby przytłoczona ciężarem własnych myśli.

Sinem podchodzi do niej powoli. Jej spojrzenie jest ciepłe, pełne zrozumienia. Delikatnie kładzie dłoń na jej ramieniu.

— Hancer… — mówi łagodnie. — Widzę, jak bardzo jesteś przygnębiona.

Hancer opuszcza wzrok.

— To wszystko cię przerasta, prawda?

Zapada krótka cisza.

— Tak się nie da żyć… — dodaje Sinem ciszej. — W ciągłym strachu, w niepewności… bez miejsca, które możesz nazwać swoim.

Hancer zaciska dłonie.

— Dopóki nie staniesz obok Cihana i sama nie powiesz głośno, że jesteś jego żoną — kontynuuje Sinem — nic się nie zmieni. To wszystko będzie wracać.

Hancer unosi na nią spojrzenie, w którym miesza się ból i bezradność.

— Siostro Sinem… przecież słyszałaś jego matkę — mówi cicho. — Ona mnie tutaj nie chce. Nigdy mnie nie zaakceptuje.

Sinem uśmiecha się lekko, ale w jej oczach pojawia się powaga.

— Mama Mukadder doskonale wie, gdzie uderzyć — mówi spokojnie. — Zna ludzkie słabości i wykorzystuje je bez wahania.

Zbliża się jeszcze trochę.

— Liczy na to, że się złamiesz. Że odejdziesz sama… dlatego ciągle na ciebie naciska.

Hancer wzdycha ciężko.

— Więc co mam zrobić, siostro Sinem? — pyta bezradnie. — Naprawdę nie wiem już, jak mam walczyć.

Sinem ujmuje jej dłonie i ściska je delikatnie.

— Hancer… — mówi miękko, ale stanowczo. — Jeśli naprawdę kochasz Cihana, jeśli wierzysz, że to właściwy mężczyzna dla ciebie…

Patrzy jej prosto w oczy.

— …to nie pochylaj głowy. Ani przed mamą Mukadder, ani przed nikim innym.

Na jej twarzy pojawia się ciepły, dodający otuchy uśmiech.

— Masz prawo tu być. I masz prawo walczyć o swoje miejsce.

Hancer milczy, ale w jej oczach pojawia się iskra odwagi.

***

W sypialni Mukadder panuje napięcie, które niemal da się wyczuć w powietrzu. Ciężkie, klasyczne meble i czerwony fotel tylko podkreślają powagę chwili. Kobieta chodzi nerwowo po pokoju, ściskając telefon przy uchu. Jej kroki są szybkie, niespokojne.

— Nusrecie… — zaczyna, próbując zapanować nad drżeniem głosu. — Naprawdę chciałam wierzyć, że to, co powiedziałeś, było tylko gniewem. Że nie jesteś zdolny skrzywdzić własnego siostrzeńca.

Zatrzymuje się nagle przy łóżku. Jej twarz twardnieje.

— Nie naciskałam na ciebie. Dałam ci czas, żebyś się opamiętał… ale ty posunąłeś się za daleko!

Jej głos podnosi się.

— Dlaczego postawiłeś uzbrojonego człowieka pod bramą?! Czy ty oszalałeś?!

Nie czekając na odpowiedź, zaczyna mówić dalej, coraz szybciej:

— Posłuchaj mnie uważnie. Jeśli mojemu synowi spadnie choć włos z głowy… zniszczę cię. Słyszysz?! Zniszczę wszystko — ciebie, siebie… wszystko!

Opada ciężko na czerwony fotel, jakby nagle zabrakło jej sił. Jednak w jej oczach wciąż płonie gniew.

— Pójdę na policję — dodaje lodowatym tonem. — Powiem im wszystko. Każdy szczegół z naszej przeszłości. Zapłacisz za to!

Po drugiej stronie zapada krótka cisza.

Głos Nusreta jest spokojny. Zbyt spokojny.

— Nie unoś się tak, pani Mukadder… — mówi z lekkim rozbawieniem. — Wciąż masz szansę uratować swojego syna.

Mukadder zaciska palce na telefonie.

— Co masz na myśli?

— To proste. — Jego ton staje się chłodny. — Wyrzuć tę dziewczynę z rezydencji. Sprowadź moją córkę z powrotem, a nikomu nic się nie stanie.

Mukadder zamiera. Jej oddech przyspiesza, ale nie odpowiada.

Nusret uśmiecha się po drugiej stronie linii — słychać to w jego głosie.

— Milczysz… bo wiesz, że nie jesteś w stanie tego zrobić, prawda?

Krótka pauza.

— Dlatego tylko cud może uratować twojego syna.

Klik.

Połączenie zostaje przerwane.

Mukadder powoli opuszcza telefon. Wpatruje się w pustą przestrzeń przed sobą. Jej dłonie drżą.

Tym razem to nie gniew dominuje w jej oczach.

To strach.

***

W nowoczesnym salonie domu Nusreta panuje chłodna, napięta atmosfera. Minimalistyczne wnętrze, jasne ściany i eleganckie meble kontrastują z ciężarem emocji, które unoszą się w powietrzu.

Drzwi otwierają się i w progu staje Yonca. Jej twarz jest spokojna, ale w oczach widać napięcie. W ręku trzyma torebkę — przyszła tylko po swoje rzeczy.

Beyza mierzy ją wzrokiem od stóp do głów. Opiera się lekko o ścianę przy schodach, jakby chciała podkreślić swoją przewagę.

— Nie martw się — mówi Yonca cicho. — Nie zajmę ci dużo czasu.

Beyza unosi brew, a na jej ustach pojawia się chłodny uśmiech.

— Mam taką nadzieję — odpowiada z wyraźną ironią. — I radzę ci: nie pokazuj się mojemu ojcu. On nie będzie tak wyrozumiały jak ja.

Robi krok bliżej.

— Naprawdę mi cię szkoda… — dodaje, choć w jej głosie nie ma ani odrobiny współczucia. — Zadomowiłaś się tutaj, miałaś swoje marzenia… a teraz wszystko się rozpadło.

Yonca bierze głęboki oddech.

— Beyzo… Nusret mnie źle zrozumiał. To dziecko…

— Daruj sobie — przerywa jej ostro Beyza. — Nie mam siły słuchać cudzych dramatów. Wystarczą mi własne.

Wskazuje ręką w głąb domu.

— Spakuj się i zniknij.

Yonca jednak nie rusza się z miejsca. Przez chwilę patrzy na Beyzę w milczeniu, jakby podjęła jakąś decyzję.

— Wiesz… — zaczyna spokojnie. — Tak naprawdę jesteśmy do siebie bardziej podobne, niż myślisz.

Beyza marszczy brwi.

— Obie straciłyśmy mężczyznę, którego kochałyśmy… przez dziecko.

Słowa zawisają w powietrzu. Yonca delikatnie kładzie dłoń na brzuchu.

— Ja… bo zaszłam w ciążę. A ty… bo nie mogłaś.

Beyza nieruchomieje.

— Gdyby moje dziecko było twoje… — ciągnie Yonca, patrząc jej prosto w oczy — obie byłybyśmy dziś szczęśliwe.

Cisza staje się ciężka, niemal dusząca.

— Ale życie nie jest sprawiedliwe — kończy spokojnie. — Nieważne. Pójdę się spakować.

Odwraca się i odchodzi w głąb domu.

Jej kroki cichną.

Beyza zostaje sama. Jej twarz powoli traci pewność siebie, a w oczach pojawia się coś nowego — niepokojąca myśl.

Gdyby moje dziecko było twoje…

Słowa Yoncy odbijają się echem w jej głowie.

Beyza powoli prostuje się, a jej spojrzenie staje się twardsze.

Jakby właśnie narodził się plan.

***

Akcja przeskakuje do wieczora.

Nusret wraca do domu. Wchodzi do salonu powoli, jakby każdy krok był przemyślany. Na jego twarzy nie ma gniewu — jest coś znacznie gorszego. Chłodna pewność.

Beyza natychmiast podrywa się z kanapy. Jej serce bije jak oszalałe, a dłonie drżą.

— Nic nie zrobiłeś Cihanowi, prawda? — pyta szybko, niemal bez tchu.

Nusret zatrzymuje się na moment, spogląda na nią z góry, a potem powoli zdejmuje płaszcz.

— Nie martw się — odpowiada spokojnie. — Nadal żyje.

Robi pauzę, jakby smakował te słowa.

— Ale to jego ostatnie godziny.

Opada ciężko na kanapę, jak człowiek, który właśnie dopiął swego.

Beyza cofa się o krok, jakby ktoś ją uderzył.

— Proszę cię, tato… — jej głos się łamie. — Nic mu nie rób. Błagam cię.

Podchodzi bliżej, z desperacją chwytając go za rękę.

— Zrezygnuj z tej zemsty. Dla mnie… dla swojej córki.

Nusret nawet na nią nie patrzy. Wyciąga rękę z jej uścisku i odkłada ją na oparcie kanapy.

— Beyzo, wystarczy — mówi chłodno. — Bądź cicho.

Odwraca w końcu głowę i wbija w nią spojrzenie.

— To, co się stało, już się nie odstanie. Myślisz, że możemy zmienić twój los?

Jego głos staje się twardszy.

— Nie mogłaś urodzić dziecka. To koniec.

Słowa spadają między nimi jak ciężar nie do uniesienia.

Beyza zastyga. Przez chwilę nie mówi nic. Patrzy na ojca, a w jej oczach pojawia się coś nowego — nie tylko ból… ale i decyzja.

Powoli prostuje się.

— A… — zaczyna cicho, jakby ostrożnie dobierała słowa — co jeśli powiem ci… że jestem w ciąży?

Cisza.

Nusret gwałtownie podnosi wzrok. Jego twarz na ułamek sekundy zdradza prawdziwe zaskoczenie.

— Co powiedziałaś?

Beyza patrzy mu prosto w oczy. Na jej ustach pojawia się lekki, niemal niezauważalny uśmiech.

Zbyt spokojny. Zbyt pewny.

Nusret mruży oczy. Zna swoją córkę. Wie, kiedy mówi prawdę, a kiedy gra.

I właśnie teraz widzi to wyraźnie.

To nie jest wyznanie. To jest ruch w grze.

— W co ty grasz, Beyzo? — pyta cicho, ale w jego głosie pojawia się cień zainteresowania.

Beyza nie odpowiada od razu. Pozwala, by napięcie zawisło między nimi.

Bo po raz pierwszy od dawna… to ona ma coś w ręku.

***

Cihan zatrzymuje się przed drzwiami pokoju Sinem. Przez chwilę stoi nieruchomo, jakby próbował opanować narastający niepokój. W końcu podnosi rękę i zdecydowanie puka.

Drzwi otwierają się niemal natychmiast. Sinem wychodzi na korytarz, a jej twarz od razu zdradza czujność.

— Cihanie, czy coś się stało? — pyta, marszcząc lekko brwi.

Mężczyzna nie traci czasu.

— Hancer nie ma w swoim pokoju. — Jego głos jest napięty. — Jest u ciebie?

Sinem kręci głową.

— Nie, nie ma jej tutaj.

Cihan zaciska szczękę. Już chce odejść, zrobić krok w stronę schodów, ale Sinem zatrzymuje go delikatnym, ale stanowczym gestem.

— Poczekaj.

Cihan odwraca się do niej, wyraźnie zirytowany.

— Nie mam czasu…

— Masz — przerywa mu spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. — Bo to dotyczy Hancer.

Zapada chwila ciszy.

— Oczekujesz od niej zbyt wiele — zaczyna cicho, ale zdecydowanie. — Im bardziej na nią naciskasz, tym bardziej się zamyka, a ty później tylko się na nią złościsz.

Cihan marszczy brwi.

— Co mam więc zrobić? Udawać, że nic się nie dzieje?

— Nie. — Sinem robi krok bliżej. — Spróbować ją zrozumieć.

Cihan milknie.

— Powiedz mi — kontynuuje — jak ona ma się zachowywać, kiedy żyje pod taką presją? Z jednej strony ty, z drugiej twoja matka.

Cihan odwraca wzrok.

— Czy słyszała, że Beyza tu była? — pyta po chwili.

— Nie. — Sinem kręci głową. — Ale słyszała coś gorszego.

Cihan znów na nią patrzy.

— Słyszała, jak twoja mama krzyczała, że jej tu nie chce.

Słowa uderzają w niego mocniej, niż się spodziewał.

— A nawet gdyby nie słyszała… — dodaje ciszej Sinem — mama Mukadder wystarczająco pokazuje to każdego dnia.

Cihan spuszcza wzrok.

— Hancer milczy, spuszcza głowę… bo nie chce znaleźć się między wami. — Sinem mówi coraz łagodniej, ale każde słowo trafia w punkt. — A ty oczekujesz, że będzie się uśmiechać, rzuci ci się w ramiona, jakby nic się nie działo.

Cihan zaciska dłonie.

— Ona taka nie jest — dodaje Sinem. — Jest dobra. Wrażliwa… może nawet zbyt naiwna. Nie potrafi udawać. Wszystko, co czuje, widać na jej twarzy.

Cisza między nimi staje się ciężka.

— Czy naprawdę nie widzisz, jak bardzo ją to wszystko przytłacza? — kończy cicho.

Cihan nie odpowiada. Przez chwilę stoją naprzeciw siebie w milczeniu.

W końcu Sinem odzywa się ponownie:

— Gdzie ona może być? Myślisz, że wyszła?

Cihan podnosi wzrok. Tym razem jego spojrzenie jest inne — spokojniejsze, ale zdecydowane.

— Wiem, gdzie jest.

Nie czeka na reakcję. Odwraca się i odchodzi szybkim krokiem korytarzem.

***

Hancer siedzi na brzegu kanapy w starym domu. Wnętrze jest ciche, niemal puste — tylko ciężkie zasłony i przygaszone światło tworzą przytłaczającą atmosferę. Dziewczyna obejmuje się ramionami, jakby próbowała powstrzymać narastające emocje. Po jej policzkach spływają łzy, które co chwilę ociera drżącą dłonią.

Nagle ciszę przerywa odgłos otwieranych drzwi.

Hancer zamiera. Szybko ociera twarz, próbuje się opanować, choć jej oddech wciąż jest nierówny.

Na górze pojawia się Cihan. Zatrzymuje się na moment w progu, patrząc na nią uważnie. Jego spojrzenie łagodnieje, gdy dostrzega ślady łez.

Hancer podnosi się powoli. Staje naprzeciw niego, ale nie potrafi spojrzeć mu w oczy — spuszcza wzrok i splata dłonie przed sobą.

— Wróciłaś do starego domu — mówi Cihan spokojnie.

— Mój brat i bratowa wyjechali… — odpowiada cicho. — Pomyślałam, że posprzątam. Że… trochę tu ogarnę.

Jej głos lekko się łamie.

Cihan przygląda jej się przez chwilę.

— To twój dom — mówi łagodniej. — Zawsze nim będzie. Nie mam nic przeciwko.

Krótka cisza.

— A jeśli chodzi o moją mamę…

Hancer unosi lekko głowę, przerywając mu.

— Wiem. — Jej głos jest spokojniejszy, ale wciąż pełen emocji. — To nie twoja wina.

W końcu odważa się spojrzeć mu w oczy.

— To ja powinnam była być silniejsza. Powinnam była to wszystko przewidzieć, zanim tam zamieszkałam.

Robi krok w jego stronę.

— Zrzuciłam na ciebie cały ciężar. Oczekiwałam, że wszystko naprawisz… że mnie ochronisz.

Jej głos staje się bardziej stanowczy.

— Ale to było niesprawiedliwe.

Cihan marszczy lekko brwi, zaskoczony.

— Już tak nie będzie — dodaje Hancer ciszej, ale pewnie. — Nie chcę więcej uciekać.

Delikatny uśmiech pojawia się na jej twarzy, choć oczy wciąż ma wilgotne.

— Jestem gotowa… być przy tobie. Naprawdę. Gotowa zmierzyć się ze wszystkim.

Krótka pauza.

— Jestem gotowa być twoją żoną.

Cihan milczy. Patrzy na nią długo, jakby próbował upewnić się, że to nie tylko chwila słabości. W jego oczach pojawia się cień niepewności.

— Nie mów tego pochopnie — odpowiada w końcu cicho. — Dajmy sobie czas.

Hancer lekko kręci głową.

— To nie jest pochopne — mówi z przekonaniem. — Ja już wiem.

Odwraca się i rusza w stronę sypialni. Jej kroki są spokojne, zdecydowane.

Zatrzymuje się przy łóżku. Czeka.

Cihan przez chwilę stoi w miejscu. Jakby się wahał. Jakby walczył sam ze sobą.

Po chwili jednak wchodzi do sypialni.

Zatrzymuje się tuż przed nią.

Powoli unosi dłoń i ujmuje jej twarz. Jego palce delikatnie przesuwają się po jej policzku, zatrzymując się przy skroni.

Hancer patrzy na niego z cichą nadzieją.

Ich spojrzenia się splatają.

Cihan pochyla się powoli.

Ich oddechy mieszają się, a dystans między nimi znika.

Kamera odsuwa się, zostawiając ich w półcieniu, w tej jednej, zawieszonej chwili.

Chwilę później obraz przenosi się na zewnątrz.

Stary dom tonie w ciszy nocy. Okna na piętrze jeszcze przez moment są oświetlone, po czym światło w sypialni gaśnie.

Noc, spokojna i cicha, otula dom, w którym po raz pierwszy naprawdę stali się dla siebie mężem i żoną.

***

Nazajutrz poranek wpada do sypialni miękkim, ciepłym światłem. Cisza jest spokojna, niemal kojąca.

Cihan budzi się pierwszy.

Przez chwilę leży nieruchomo, jakby nie chciał spłoszyć tej chwili. Potem opiera się na łokciu i patrzy na Hancer. Jej włosy rozsypane są na poduszce, a twarz ma spokojną, rozluźnioną — zupełnie inną niż jeszcze wczoraj.

Na jego ustach pojawia się delikatny uśmiech.

Ostrożnie przesuwa dłonią po jej ramieniu, jakby chciał upewnić się, że naprawdę tu jest.

Po chwili Hancer porusza się lekko i powoli otwiera oczy. Przez moment patrzy na niego z zaskoczeniem, a potem jej spojrzenie mięknie.

— Dzień dobry — mówi cicho.

— Dzień dobry — odpowiada łagodnie Cihan.

Hancer nagle prostuje się nieco, jakby coś sobie przypomniała. Rozgląda się nerwowo.

— Która godzina? — pyta szybko. — Czy jest już bardzo późno?

Cihan uśmiecha się szerzej.

— Spałaś tak spokojnie… — mówi, muskając palcami jej policzek. — Nie miałem serca cię budzić.

Zbliża się jeszcze bardziej i obejmuje ją ramieniem, przyciągając do siebie.

— Zostańmy jeszcze chwilę… tylko my.

Hancer nie protestuje. Przeciwnie — wtula się w niego, opierając głowę o jego klatkę piersiową. Przez moment po prostu słucha jego oddechu.

— Nie chcę, żeby to się skończyło — dodaje cicho Cihan. — Chcę, żebyśmy byli daleko od wszystkiego… od wszystkich.

Hancer zamyka oczy, jakby chciała zatrzymać tę chwilę na dłużej.

Ich splecione dłonie spoczywają na pościeli — naturalnie, swobodnie, jakby od zawsze tak było.

Nagle ciszę przerywa pukanie do drzwi na dole. Hancer lekko się odsuwa.

— Ja otworzę — mówi Cihan, niechętnie wypuszczając ją z objęć.

***

Gulsum stoi przed wejściem do starego domu, nerwowo splatając dłonie. Gdy drzwi się otwierają, na progu staje Cihan — w spodniach od piżamy i białym podkoszulku, z lekko potarganymi włosami.

Ich spojrzenia spotykają się na ułamek sekundy.

Gulsum natychmiast spuszcza wzrok, wyraźnie speszona. Atmosfera mówi sama za siebie — nie musi o nic pytać.

— Wszystko już gotowe, panie Cihanie — mówi ciszej niż zwykle.

Cihan kiwa głową, spokojny, ale wyraźnie w dobrym nastroju.

— Dobrze. Zaraz przyjdziemy.

Zamyka drzwi i wraca na górę.

***

Hancer siedzi już na łóżku, poprawiając włosy. Gdy go widzi, uśmiecha się nieśmiało.

— Kto to był? — pyta.

Cihan zatrzymuje się w progu, przez chwilę jej się przygląda — jakby widział ją na nowo.

— Przygotuj się — odpowiada. — Wychodzimy.

Hancer unosi brwi, zaciekawiona.

— Dokąd?

Cihan podchodzi bliżej, nachyla się lekko i mówi z nutą tajemnicy:

— Żadnych pytań.

Na jego twarzy pojawia się lekki, pewny siebie uśmiech.

— To niespodzianka.

Hancer odwzajemnia uśmiech — tym razem już bez cienia niepewności.

***

Powietrze jest rześkie, pachnie wilgocią i morzem. Słońce dopiero wznosi się nad horyzontem, barwiąc niebo delikatnym różem.

Cihan i Hancer wychodzą razem ze starego domu. Ich dłonie niemal odruchowo odnajdują się w drodze — naturalnie, bez wahania.

Hancer kieruje się ścieżką w stronę rezydencji, ale nagle czuje lekki opór. Cihan zatrzymuje ją, nie puszczając jej ręki.

— Nie idziemy do rezydencji? — pyta, unosząc brwi i spoglądając na niego z zaciekawieniem.

Cihan uśmiecha się tajemniczo.

— Żadnych pytań — odpowiada cicho. — Po prostu mi zaufaj.

Delikatnie splata ich palce i prowadzi ją w przeciwną stronę — ku bramie, a potem dalej, w dół ścieżki.

Hancer patrzy na niego ukradkiem. W jego spojrzeniu jest coś nowego… coś ciepłego i spokojnego, czego wcześniej nie znała.

Po chwili schodzą po kamiennych schodach w dół, gdzie otwiera się przed nimi widok na spokojne morze. Fale cicho uderzają o brzeg, a na piasku, tuż przy wodzie, stoi niewielki stolik nakryty czerwono-białą serwetą.

Obok dwa krzesła.

Na stole — świeże pieczywo, oliwki, sery, owoce… i cienkie szklanki na herbatę. Fadime właśnie nalewa gorącą herbatę, z której unosi się para.

Hancer zatrzymuje się, zaskoczona.

— Cihan… — szepcze, nie kryjąc wzruszenia.

On spogląda na nią uważnie.

— Podoba ci się niespodzianka?

Jej oczy błyszczą.

— Bardzo… — odpowiada miękko. — Jest pięknie.

Przez chwilę po prostu patrzy na to wszystko, jakby nie dowierzała, że to dla niej.

Cihan robi krok bliżej i delikatnie odgarnia kosmyk włosów z jej twarzy.

— Chciałem, żeby pierwszy dzień naszego wspólnego życia był wyjątkowy — mówi spokojnie, ale w jego głosie słychać emocje.

Hancer przełyka ślinę, poruszona.

— Ja… nie wiem, co powiedzieć…

Cihan lekko kręci głową i uśmiecha się.

— Nie musisz nic mówić.

Na moment ich spojrzenia się zatrzymują. Wszystko inne jakby znika — zostają tylko oni i szum morza.

***

Siadają przy stoliku. Krzesła skrzypią lekko na piasku.

— Siostra Fadime pomogła mi wszystko przygotować — mówi Cihan, sięgając po szklankę.

Hancer odwraca się do kobiety z ciepłym, wdzięcznym uśmiechem.

— Dziękuję, siostro Fadime. To naprawdę wyjątkowe.

Fadime odwzajemnia uśmiech, z wyraźnym zadowoleniem.

— Smacznego wam życzę — mówi i dyskretnie się oddala, zostawiając ich samych.

Przez chwilę zapada cisza — nie niezręczna, lecz miękka i spokojna.

Cihan przygląda się Hancer z lekkim rozbawieniem.

— I co? — pyta. — Spodziewałaś się tego po człowieku o sercu z kamienia?

Hancer opuszcza wzrok, uśmiechając się nieśmiało.

— Jak długo jeszcze będziesz mnie zawstydzać?

Cihan pochyla się lekko w jej stronę.

— Nawet nie wiesz, co zrobiłaś — mówi ciszej, poważniej. — Zmieniłaś mnie.

Hancer podnosi na niego spojrzenie.

— Dzięki tobie — kontynuuje — przestałem walczyć sam ze sobą. Po raz pierwszy od dawna wiem, czego chcę.

Sięga po jej dłoń leżącą na stole i ściska ją delikatnie.

— Chcę ciebie. Spokoju, który mi dajesz. Tego… — zerka na morze — zwyczajnego szczęścia.

Hancer czuje, jak jej oczy zachodzą łzami, ale tym razem są to łzy wzruszenia.

— A ja chcę być przy tobie — odpowiada szeptem. — Bez uciekania. Bez strachu.

Cihan uśmiecha się i unosi jej dłoń do ust, składając na niej krótki, czuły pocałunek.

Fale rozbijają się o brzeg, a słońce wspina się coraz wyżej.

Ich dłonie pozostają splecione na stole — jak obietnica tego, co dopiero przed nimi.

***

Schody skrzypią cicho pod ciężarem kroków Nusreta. Schodzi powoli, poprawiając mankiet koszuli, jakby każdy jego ruch był częścią porannego rytuału.

W salonie czeka już Beyza.

Siedzi na kanapie z filiżanką kawy, ale widać, że od dawna jej nie pije. Gdy tylko go dostrzega, natychmiast odkłada filiżankę na niski stolik i wstaje.

— Dzień dobry, tatusiu — mówi miękko, z wymuszonym spokojem. — Zrobiłam sobie kawę. Może też się napijesz?

Nusret nawet nie zwalnia kroku.

— Dziękuję, ale wychodzę — rzuca krótko.

Mija ją, jakby rozmowa była zbędna.

Beyza jednak nie odpuszcza.

— Tato… — Zatrzymuje go jej głos. — Myślałeś o tym, o czym wczoraj rozmawialiśmy?

Nusret zamyka na chwilę oczy, jakby próbował opanować irytację. Odwraca się powoli.

— Beyza, nie zaczynaj od rana — mówi chłodno. — To niemożliwe.

Ton jego głosu nie pozostawia miejsca na dyskusję.

Ale Beyza robi krok w jego stronę.

— Dlaczego tak mówisz? — jej głos drży, ale w oczach pojawia się determinacja. — Czy nie zgodziliśmy się na dziecko obcej dziewczyny ze slumsów? Dlaczego więc teraz tak bardzo przeszkadza ci dziecko Yoncy? To chłopiec… Rozumiesz, co to znaczy?

Zbliża się jeszcze bardziej, jakby chciała go zmusić do wysłuchania.

— To dziecko może być moim powrotem do rezydencji. Moją jedyną szansą.

Nusret prycha z niedowierzaniem.

— Znowu oszalałaś…

Beyza prostuje się, urażona.

— Nie — odpowiada ostro. — Właśnie teraz jestem najbardziej trzeźwa.

Jej głos nabiera siły.

— Spójrz na to logicznie. Ile możemy zyskać jednym ruchem. Yonca pozbędzie się niechcianego dziecka, a ja odzyskam swoje miejsce. Swój dom.

Na jej twarzy pojawia się chłodny uśmiech.

— To idealne rozwiązanie.

— Beyza, dość! — przerywa jej gwałtownie Nusret.

Jego głos rozbrzmiewa w salonie jak uderzenie.

— Nie zmuszaj mnie do rzeczy, których nie chcę zrobić.

Przez chwilę patrzą na siebie w napiętej ciszy.

Beyza zaciska szczęki. Jej oczy błyszczą z gniewu i upokorzenia.

— Jak chcesz… — rzuca lodowato.

Odwraca się gwałtownie i odchodzi w stronę schodów. Jej kroki są szybkie, nerwowe. Po chwili znika na górze.

W salonie zapada cisza.

Nusret stoi nieruchomo przez moment, a potem sięga po telefon. Jego twarz znów jest nieprzenikniona. Wybiera numer.

— Jak wygląda sytuacja? — pyta bez zbędnych wstępów.

Po drugiej stronie odzywa się spokojny głos:

— Czekam przed rezydencją. Nikt jeszcze nie wyszedł.

Nusret podchodzi do okna i spogląda w dal, jakby widział coś, czego inni nie dostrzegają.

— Wyjdzie — mówi cicho, z zimną pewnością. — W końcu wyjdzie.

Krótka pauza.

— Zrób to w dogodnym miejscu.

Jego głos staje się jeszcze chłodniejszy.

— Zabij go.

Na moment milknie, po czym dodaje:

— I zakończmy to raz na zawsze.

Rozłącza się powoli. W jego oczach nie ma wahania.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 53.Bölüm i Gelin 54.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy