„Panna młoda” Odc. 247 — streszczenie
Cihan skończył zupę i odłożył łyżkę na talerz.
— Naleję ci jeszcze, jeśli chcesz — zaproponowała Hancer.
— Nie, dziękuję.
Hancer zebrała puste naczynia i zaniosła je do kuchni. Kiedy wróciła do salonu, Cihan spojrzał na nią uważniej. Na stole nadal stały przygotowane przez nią potrawy, ale między nimi pojawiło się napięcie, którego żadne z nich nie potrafiło już zignorować.
— Czy są jakieś wieści o Melihu? — zapytał. — Rozmawiałaś z nim? Kiedy wraca?
Hancer wzruszyła ramionami.
— Nie mamy o czym rozmawiać. W przyszłym tygodniu mamy rozprawę.
— Jedno wciąż jest dla mnie niezrozumiałe. Jak mógł tak po prostu odejść, skoro jesteś tak blisko porodu?
Ponieważ to dziecko nie jest jego — odpowiedziała w myślach. — To dziecko jest twoje. Nasze.
— Hancer, spójrz na mnie — ciągnął Cihan. — Wiesz, że nie ma rzeczy, której Beyza nie zrobiła. Mimo wszystko milczałem dla dobra naszego syna. Zgodziłem się nawet, żebyśmy mieszkali pod jednym dachem. Ty też wiele poświęciłaś dla tego dziecka. Zerwałaś ze mną. Dlatego nie rozumiem Meliha. Nie rozumiem, jak mógł tak łatwo pogodzić się z rozwodem.
— Po prostu oboje wiedzieliśmy, że to małżeństwo nie ma przyszłości.
— Nie chcę, żebyś w przyszłości miała jakiekolwiek problemy. Wiesz, co sam przeszedłem z Beyzą. Nie chcę, żeby ciebie spotkało to samo.
— Melih by tego nie zrobił.
— Skąd możesz to wiedzieć? — zapytał poważnie. — Kiedy wziąłem Cihana Gurura na ręce, już nigdy nie potrafiłem go puścić. Nie znoszę nawet chwili, w której go nie widzę. Melih może dziś akceptować rozwód, ale co, jeśli pewnego dnia zechce odebrać ci dziecko?
Hancer zamarła. To było dokładnie to, o czym zamierzała z nim porozmawiać.
— Właśnie o tym chciałam ci powiedzieć.
Cihan przyjrzał jej się uważniej.
— Słucham cię, Hancer. Wygląda na to, że nie zaprosiłaś mnie tylko na kolację.
— Cihanie, ja… — Przełknęła ślinę. — Czym według ciebie jest miłość?
Mężczyzna na chwilę zamilkł.
— Miłość jest wtedy, gdy szczęście ukochanej osoby staje się twoim szczęściem. Gdy chcesz być przy niej, wspierać ją i chronić, choćby trzeba było spalić cały świat za jeden włos z jej głowy. To niemożność odwrócenia się od niej, bez względu na to, jak bardzo się pokłócicie. To zagubienie się w jej spojrzeniu. A według ciebie?
— Miłość jest zaufaniem — odpowiedziała cicho. — Jest tym, że kiedy popełnisz błąd i cały twój świat się zawali, ukochana osoba weźmie cię pod swoje skrzydła. Przytuli cię. Otrze łzy i opatrzy ranę, zamiast ją pogłębiać.
Cihan nie spuszczał z niej wzroku.
— W takim razie ja też o coś zapytam. Prawdziwa miłość rodzi się w sercu tylko raz. Czy kochałaś jego tak samo jak mnie? Tego jednego chcę się dowiedzieć. Czy zakochałaś się w Melihu tak, jak zakochałaś się we mnie?
Hancer milczała.
— Czy naprawdę tak trudno odpowiedzieć na to pytanie? — ponaglił ją. — Powiedz.
— Nie będę kłamać. Melih nigdy mnie nie zranił. Nigdy nie zostawił mnie w połowie drogi. A ty bardzo mnie skrzywdziłeś, Cihanie. Przez ciebie wiele wycierpiałam. Ale zrozumiałam, że miłość czasem właśnie tym jest — cierpieniem, którego mimo wszystko nie potrafi się wyrzec. Po wszystkim, co między nami zaszło, nadal potrafimy usiąść przy jednym stole. Żałuję tylko jednej rzeczy. I to jest moja wina, nie twoja. Ale musisz wiedzieć, że byłam w sytuacji bez wyjścia. Tak musiało się stać.
Cihan zesztywniał.
— Co chcesz mi powiedzieć, Hancer? Okłamałaś mnie?
— Musiałam cię okłamać. Zrobiłam to, żeby cię chronić. Gdybym postąpiła inaczej, nasze życie zostałoby zniszczone.
— Co przede mną ukryłaś?
Hancer nabrała powietrza.
— Ukryłam to, że…
***
W tej samej chwili na dziedziniec rezydencji wjechał biały SUV, a zaraz za nim radiowóz policyjny. Z osobówki wysiadły Beyza i jej adwokatka, a z radiowozu dwaj funkcjonariusze. Cała grupa ruszyła do rezydencji.
Fadime otworzyła drzwi i zbladła na widok policji.
— Pani Beyzo? Co się dzieje?
Beyza spojrzała na nią chłodno.
— Zawołaj moją ciocię.
Pokojówka pobiegła do jadalni, gdzie domownicy siedzieli przy kolacji. Chwilę później w holu pojawiły się Mukadder i Sinem, zaniepokojone nagłym zamieszaniem.
— Beyza? — spytała Mukadder, patrząc ostrym wzrokiem na bratanicę. — Co to ma znaczyć?
Adwokatka podała jej sądowy dokument.
— Przyszłyśmy po Cihana Gurura Develioglu.
Mukadder spojrzała na pismo z niedowierzaniem.
— Gdzie jest pokój dziecka? — zapytał jeden z policjantów.
— Co wy robicie? — wtrąciła zszokowana Sinem.
— Wykonujemy swoje obowiązki. Proszę wskazać pokój.
— Tam, na górze — odpowiedziała Beyza, wskazując schody.
Adwokatka i policjanci ruszyli we wskazanym kierunku. Mukadder odwróciła się gwałtownie do Beyzy.
— Jak możesz nam to robić?
Beyza uśmiechnęła się z satysfakcją i podeszła bliżej.
— Zapytaj swojego syna, ciociu. Nie mnie. Gdzie teraz jest Cihan?


***
— Co przede mną ukryłaś, Hancer? — powtórzył Cihan. — Powiedz.
— Ja…
W tej samej chwili zadzwonił jego telefon. Cihan zerknął na ekran. Widząc imię Sinem, uznał, że to nic pilnego, i odrzucił połączenie.
Telefon natychmiast rozdzwonił się ponownie.
— Wygląda na to, że to coś ważnego — powiedziała Hancer.
Choć jeszcze przed chwilą była gotowa wyznać mu prawdę, teraz strach znów zacisnął jej gardło.
Cihan odebrał.
— Co się stało, bratowo?
Przez kilka sekund słuchał w milczeniu. Nagle jego twarz stężała. Zerwał się z miejsca i bez słowa zbiegł po schodach.
Zaniepokojona Hancer ruszyła za nim.
***
Taksówka zatrzymała się na wąskiej, wiejskiej drodze, która opadała łagodnie w stronę morza. Wokół panowała cisza małej, nadmorskiej osady: kilka niskich domów z czerwonymi dachami, nagie jeszcze drzewa, zarośnięte pobocza i rozległa, szarobłękitna tafla wody majacząca za zabudowaniami.
Sila wysiadła z samochodu i spojrzała w kierunku starego domu stojącego nieco poniżej drogi. Był parterowy, pomalowany na wyblakły róż, z dachem z czerwonej dachówki i niewielkimi oknami zasłoniętymi firankami. Przed wejściem stała niebieska beczka, obok suszyło się pranie, a z boku przylegała do budynku krzywa, sklecona naprędce szopa. Na podwórzu kręcił się pies, jakby pilnował tego zapomnianego miejsca.

Sila ciężko westchnęła. Obeszła taksówkę i otworzyła tylne drzwi.
— Chodź, bracie — powiedziała cicho.
Metin wysiadł powoli. Rozejrzał się wokół niepewnie i zadrżał. Po latach spędzonych w zamknięciu świat zewnętrzny wydawał mu się obcy, zbyt szeroki i zbyt głośny. Patrzył na drogę, domy, drzewa i morze tak, jakby z każdej strony mogło nadejść zagrożenie.
— Już dobrze, bracie — szepnęła Sila łagodnie, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Wszystko minęło. Jestem przy tobie. Uspokój się.
Taksówkarz wyjął z bagażnika jej torbę i zerknął z niepokojem na Metina.
— To twój brat, siostro? Jeśli chcesz, zawiozę was do szpitala.
Sila szybko pokręciła głową.
— Nic mu nie jest. Miał tylko lekki atak padaczki.
Zapłaciła kierowcy i odebrała torbę. Taksówka odjechała, zostawiając ich samych na pustej drodze. Sila chwyciła Metina pod ramię i ostrożnie poprowadziła go w stronę różowego domu, który miał stać się ich pierwszym schronieniem po ucieczce.
***

Sila otworzyła przed Metinem drzwi niewielkiego pokoju i ostrożnie wprowadziła go do środka. Mężczyzna zatrzymał się tuż za progiem. Był wysoki, ubrany na czarno, z czapką naciągniętą nisko na czoło, ale mimo postawnej sylwetki wyglądał jak ktoś całkowicie bezbronny. Stał sztywno, z opuszczonymi ramionami, i rozglądał się po wnętrzu z narastającym lękiem.
Pokój był skromny i stary, ale jasny. Przez dwie zasłonięte koronkowymi firankami szyby wpadało blade światło dnia. Drewniany sufit przyciemniał przestrzeń, a nagie żarówki zwisały bez kloszy. Przy jednej ze ścian stał prosty stół przykryty niebieską ceratą w kwiaty, obok niego krzesło z kremowym pokrowcem. Po drugiej stronie znajdował się niski tapczan przykryty pomarańczowym kocem w pasy i starymi poduszkami. W kącie wznosiła się czarna rura pieca, a przy drzwiach stała duża niebieska beczka. Ściany, miejscami popękane i zawilgocone, zdradzały, że dom od dawna nie widział prawdziwego remontu.
— Dalej, bracie. Wejdź, nie bój się — zachęcała go Sila, lekko popychając go do środka. Sama wyglądała na zmęczoną, ale zdeterminowaną. Miała na sobie niebieski szpitalny strój, krótki jasnoszary płaszcz i białe buty, a w dłoni ściskała dużą torbę. — To dom mojej mamy. Tutaj nic ci nie grozi. Uspokój się i usiądź, proszę.
Metin posłusznie opadł na tapczan. Nadal wykonywał nerwowe ruchy, jakby nie potrafił odnaleźć się w nowej przestrzeni. Jego wzrok błądził po pokoju, zatrzymywał się na oknach, drzwiach i ciemnym piecu, a potem znów wracał do Sili.
Dziewczyna odstawiła torbę na stół, sięgnęła do środka i wyjęła strzykawkę. Podeszła do Metina powoli, starając się nie przestraszyć go jeszcze bardziej.
— Daj mi rękę, bracie — powiedziała łagodnie. — To dla twojego dobra.
Podwinęła rękaw jego płaszcza i bluzy, odsłaniając przedramię. Metin nie zaprotestował. Patrzył przed siebie pustym, zmęczonym wzrokiem, jakby nie miał już siły walczyć nawet ze strachem.
Sila wbiła igłę i podała mu lek. Po chwili ciało mężczyzny zaczęło tracić napięcie. Oparł się ciężko o poduszki, zamknął oczy i położył się na tapczanie. Jego oddech uspokoił się, a twarz, dotąd spięta i przestraszona, złagodniała.
Sila stała przy nim jeszcze przez moment. Patrzyła na śpiącego Metina z troską i bólem, jakby dopiero teraz w pełni dotarło do niej, ile musiał przejść. Potem cicho odsunęła się od tapczanu, zostawiając go w pierwszym bezpiecznym miejscu, jakie udało jej się dla niego znaleźć.

***
Cemil wrócił do domu i od progu zawołał Deryę. Odpowiedziała mu jednak tylko cisza.
W niewielkim przedpokoju panował dziwny bezruch. Przez okno osłonięte jasnymi, kwiecistymi firankami wpadało blade światło dnia. Przy ścianie stała szara kanapa z brązową poduszką, a obok niej stół przykryty jasną ceratą w kwiaty. Na błękitnej ścianie wisiał stary, wzorzysty kilim z motywem jeleni, który jeszcze bardziej podkreślał skromny, domowy charakter wnętrza. Wszystko wyglądało tak zwyczajnie, a jednak Cemil od razu poczuł, że coś było nie tak.
— Boże, gdzie jest ta kobieta? — mruknął z narastającym niepokojem. — Może poszła po Emira do szkoły? Nie… Przecież lekcje skończyły się już dawno. Gdzie ona mogła zniknąć?
Wtedy dostrzegł telefon Deryi leżący na stole. Obok niego znajdowała się złożona kartka. Cemil zbliżył się powoli, jakby już przeczuwał, że za chwilę przeczyta coś, czego wcale nie chciał wiedzieć. Wziął list do ręki, rozłożył go i zaczął czytać.
Nic dla ciebie nie znaczę. Ciągle trzymasz się mojego wroga i zupełnie nie przejmujesz się mną ani tym, co czuję. Życzę ci sukcesów w pracy. Niech wszystkie kolory świata należą do ciebie. Mnie już nie ma w twoim życiu. Wyjeżdżam z Emirem.
Cemil pobladł. Przez chwilę stał nieruchomo nad stołem, wpatrzony w kartkę, jakby litery mogły nagle zmienić sens. Potem ciężko opadł na krzesło. Telefon Deryi leżał tuż obok jego dłoni, niemy i bezużyteczny, a cisza w domu stała się jeszcze bardziej dotkliwa.
— Nie… Nie… — wyszeptał zdławionym głosem. — Moja Derya by tego nie zrobiła. Nie zostawiłaby mnie…
Ścisnął kartkę drżącymi palcami i spuścił głowę. Dopiero teraz dotarło do niego, że Derya naprawdę odeszła, a razem z nią zabrała Emira i cały spokój, który jeszcze chwilę wcześniej próbował w sobie ocalić.
***
Gdy Cihan dopadł do rezydencji, policjanci wynosili już Cihana Gurura w foteliku. Na dziedzińcu panowało napięcie. Przed białą, okazałą willą stali domownicy, Beren, Beyza i funkcjonariusze. W pobliżu czekały samochody, a szum fontanny ginął wśród podniesionych głosów.
— Co wy robicie?! Dokąd zabieracie mojego syna?! — krzyknął Cihan, rzucając się w stronę policjanta, który trzymał fotelik z dzieckiem. Drugi funkcjonariusz natychmiast zastąpił mu drogę i odepchnął go od kolegi. — Jestem jego ojcem! Nie pozwalam na to!


— Cihanie Develioglu — odezwała się stanowczo Beren. — Po skardze złożonej przez twoją żonę, Beyzę Develioglu, dotyczącej niemoralnego trybu życia i możliwego negatywnego wpływu na rozwój psychiczny dziecka, twój syn, Cihan Gurur Develioglu, zostaje przekazany pod tymczasową opiekę państwa. Proszę, podpisz tutaj.
Wyciągnęła w jego stronę dokument i długopis, ale Cihan nawet na nie nie spojrzał. Całą uwagę skupił na Beyzie. Patrzył na nią z taką wściekłością, jakby z trudem powstrzymywał się przed najgorszym.
— Co z ciebie za matka? — syknął. — Sprawiasz cierpienie własnemu dziecku tylko po to, żeby się na mnie zemścić. Dlaczego to robisz, Beyzo?
— To twoja wina — odpowiedziała z chłodną powagą. — Sam mnie do tego zmusiłeś. Odebrałeś mi syna siłą, a teraz próbujesz udzielać mi lekcji na temat macierzyństwa? Wszyscy widzieliśmy, skąd przyszedłeś. Z domu swojej kochanki. Nie pozwolę, żeby mój syn dorastał w takim środowisku.
Podeszła do policjanta trzymającego fotelik i pochyliła się nad dzieckiem.
— Przepraszam, synku — powiedziała głosem pełnym udawanego bólu. — Byłam do tego zmuszona. Serce mi krwawi, ale musiałam cię chronić. Nie mogłam pozwolić, żebyś dorastał wśród takiego brudu.
— Zamknij się, Beyzo! — Cihan stracił panowanie nad sobą. — Zabiję cię!
Szarpnął się w jej stronę, czym tylko pogorszył swoją sytuację. Policjant natychmiast chwycił go za poły płaszcza i odciągnął, nie pozwalając mu zbliżyć się do Beyzy.
— Opanuj się! — krzyknął funkcjonariusz. — Jeszcze jeden taki ruch, a zabiorę cię na komisariat.
— To mój syn! — Cihan krzyczał rozpaczliwie, próbując wyrwać się z uścisku. — Oddajcie mi mojego syna!
— Nie zmuszaj mnie, żebym cię aresztował.
— Cihanie, proszę, nie rób tego — odezwała się Sinem łagodnym, drżącym głosem. — Twój syn cię potrzebuje. Nie daj im tego wykorzystać.
Beren zrobiła krok naprzód. Na jej twarzy nie było współczucia, tylko zimna satysfakcja.
— Radzę ci więcej nie zbliżać się do mojej klientki — powiedziała. — Może nie masz zasad moralnych, ale zakładam, że nie jesteś szalony. Przy najmniejszym incydencie sąd nie tylko pozbawi cię prawa do opieki, ale również ograniczy twoje kontakty z dzieckiem. Wiesz o tym, prawda?
— Cihanie, nie słuchaj jej — poprosiła Sinem. — Ona chce cię sprowokować.
Ale rozsądek był ostatnią rzeczą, jaka mogła teraz dotrzeć do Cihana. Gniew całkowicie nim zawładnął, jak zawsze wtedy, gdy tracił kontrolę nad sytuacją.
— To się tak nie skończy — warknął, mierząc palcem w Beren. — Przysięgam, że to się tak nie skończy.
Adwokatka tylko uśmiechnęła się pod nosem.
Po chwili policjanci wsiedli do radiowozu z małym Cihanem Gururem. Samochód ruszył, zostawiając za sobą osłupiałych domowników i Cihana, który stał na środku dziedzińca bezradny, upokorzony i zdruzgotany.
Na drodze, tuż przed bramą, stało dwoje reporterów. Kobieta i mężczyzna z aparatem zdążyli sfotografować całą scenę: policję przed rezydencją, płaczącą rodzinę, triumfującą Beyzę i Cihana, którego publicznie pozbawiono syna.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia był film Gelin 183.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






