„Panna młoda” Odc. 119 – streszczenie
Na dziedzińcu rezydencji panowała cisza, przerywana jedynie szelestem liści poruszanych lekkim wiatrem. Słońce oświetlało jasną fasadę budynku, a wśród zieleni krzewów wszystko wydawało się spokojne — pozornie spokojne.
Hancer przekroczyła bramę powoli, jakby każdy krok kosztował ją więcej niż poprzedni. Właśnie wtedy dostrzegła Sinem, która stała przy wejściu.
— Cihan powiedział mi, że byłaś u brata — odezwała się łagodnie Sinem, przyglądając się jej uważnie. — Udało wam się porozmawiać?
Hancer na moment odwróciła wzrok, jakby szukała odpowiedzi gdzieś poza sobą.
— Byłam… ale nie tak, jak myślisz — odpowiedziała cicho. — Poszłam najpierw do firmy. Chciałam zobaczyć się z Cihanem, ale był na spotkaniu. Nie chciałam go niepokoić… więc wróciłam.
Westchnęła ciężko, a jej ramiona lekko opadły.
— Wszystko mnie przytłacza, siostro Sinem… Mam wrażenie, że nigdzie już nie należę. — Jej głos zadrżał. — Czy potrafisz sobie wyobrazić, że mój własny brat… wymazał mnie ze swojego życia? Wyrzucił wszystkie moje rzeczy. Jakby mnie nigdy nie było…
Sinem zrobiła krok bliżej i delikatnie położyła dłoń na jej ramieniu.
— Kochana… — powiedziała ciepło. — Nie zrobiłaś nic złego. Wybrałaś miłość. Zostałaś przy mężczyźnie, którego kochasz. To nie jest powód do wstydu.
Hancer uśmiechnęła się blado, lecz w jej oczach nie było ulgi.
— Może dla ciebie… ale nikt inny tak nie uważa. — Pokręciła głową. — Wróciłam tu, ryzykując wszystko… i mam wrażenie, że zapłaciłam za to najwyższą cenę. Straciłam brata. A Beyza… — zacisnęła usta — ona patrzy na mnie tak, jakbym była nikim. Każde jej spojrzenie to prowokacja. Każde słowo… jest jak cios. Nie mam już siły tego znosić.
— To trudny czas dla was wszystkich — odpowiedziała spokojnie Sinem. — Ale to minie. Musi minąć.
Nieopodal, za gęstymi krzewami, poruszyła się gałąź. Gulsum, ukryta w cieniu liści, przystanęła i nachyliła się, wstrzymując oddech. Jej oczy błyszczały ciekawością.
Hancer zawahała się przez chwilę, po czym odezwała się ciszej:
— Właściwie… jest jeszcze coś.
Sinem uniosła lekko brwi.
— Co takiego?
— Bratowa powiedziała mi… że jest sposób. — Hancer zacisnęła dłonie. — Uważa, że powinnam zajść w ciążę. Że w ten sposób mogłabym uratować nasze małżeństwo.
Sinem spojrzała na nią uważniej.
— A ty? Co o tym myślisz?
Hancer zamyśliła się, a jej spojrzenie powędrowało gdzieś w dal.
— Nie wiem… Może to ma sens. Mówiła, żebym przestała skupiać się na Beyzie i zaczęła żyć własnym życiem… — Na jej twarzy pojawił się cień czułości. — Widziałam dziś rzeczy, które Cihan kupił dla swojego syna. Małe ubranka… takie delikatne… — urwała, uśmiechając się smutno. — Ukrył je przede mną. Jakby bał się, że będę zazdrosna.
Podniosła wzrok na Sinem.
— Czy on naprawdę mnie nie zna? Nie rozumie, że to nie zazdrość mnie boli, tylko to, że mnie od tego odcina? — Jej głos znów zadrżał. — Czy coś by się zmieniło, gdybym zaszła w ciążę? Czy wtedy byłoby inaczej…?
Zapadła cisza, ciężka od niewypowiedzianych lęków.
— Nie wiem… — dodała szeptem. — Nie chcę wciągać w to dziecka. Nie chcę, żeby przyszło na świat w środku tego wszystkiego…
Sinem ścisnęła lekko jej dłoń.
— To bardzo poważna decyzja, Hancer. I tylko twoja. — Spojrzała jej prosto w oczy. — Tak, Cihan pewnie byłby szczęśliwy… ale w tej chwili i tak dźwiga więcej, niż powinien. Dziecko niczego nie naprawi, jeśli wy sami tego nie uporządkujecie.
Za krzewami Gulsum uśmiechnęła się pod nosem, cofając się cicho, by nikt jej nie zauważył. W jej spojrzeniu pojawił się błysk — jakby właśnie usłyszała coś, co mogło zmienić bieg wydarzeń.


***
Słońce stało wysoko, a powietrze było ciężkie od upału, który zdawał się przytłaczać jeszcze bardziej niż myśli kłębiące się w głowie Yoncy. Wyszła z kliniki chwiejnym krokiem, jakby każdy ruch wymagał od niej ogromnego wysiłku. Jej dłonie drżały, a łzy płynęły bez przerwy, rozmazując makijaż i odbierając jej resztki sił.
Przy wejściu czekał Tayar. Gdy tylko ją zobaczył, natychmiast się wyprostował, a na jego twarzy pojawił się niepokój.
— Yonca… co się stało? — zapytał, podchodząc bliżej. — Lekarz powiedział coś złego?
Nie odpowiedziała. Jej spojrzenie było puste, jakby nie do końca była obecna.
— Chodź, usiądźmy — dodał łagodniej, ujmując ją pod ramię.
Zaprowadził ją na pobliską ławkę, skrytą w cieniu drzew. Posadził ją ostrożnie, jakby bał się, że rozsypie się w jego dłoniach. Usiadł obok i pochylił się w jej stronę.
— Hej… spokojnie… — powiedział ciszej. — Chcesz, żebym przyniósł ci wody?
Yonca potrząsnęła głową, ale jej oddech wciąż był nierówny, urywany. Zacisnęła palce na materiale swojej koszuli, jakby próbowała się czegoś uchwycić.
Tayar westchnął i spojrzał przed siebie, jakby układał w myślach słowa.
— Wiem, że to nie jest łatwe — zaczął ostrożnie. — Nosisz w sobie nowe życie… i to naturalne, że wszystko wydaje się teraz przytłaczające. Ale spróbuj spojrzeć na to inaczej… — zawahał się na moment. — To dziecko… będzie miało dobre życie. Stabilność. Wychowa się w bogatej rodzinie, niczego mu nie zabraknie.
Słowa zawisły w powietrzu ciężko, niemal obco.
Yonca nagle zadrżała jeszcze mocniej. Jakby każde jego zdanie zamiast przynieść ukojenie, wbijało się w nią głębiej. Z jej ust wyrwał się cichy, bolesny szloch. Oparła głowę na jego ramieniu, szukając choć odrobiny oparcia, choć odrobiny ciszy.
— Ja… ja nie wiem, czy potrafię… — wyszeptała przez łzy. — To moje dziecko…
Jej dłonie powoli przesunęły się na brzuch, jakby instynktownie chciała je ochronić.
— Co mam zrobić, Tayarze? — zapytała z rozpaczą, unosząc na niego załzawione oczy. — Powiedz mi… bo ja już naprawdę nie wiem…
Tayar milczał przez chwilę. Jego twarz stężała, a spojrzenie uciekło gdzieś w bok. Po raz pierwszy wyglądał na kogoś, kto również nie ma odpowiedzi.
Tym razem nie było prostych słów. Tylko cisza, która mówiła więcej niż wszystko inne.

***
Gulsum zamknęła za sobą drzwi i niemal natychmiast ruszyła w stronę Beyzy. W jej oczach czaiło się podniecenie — jakby niosła wiadomość, która mogła wszystko zmienić.
Beyza siedziała wygodnie w fotelu, z pozoru spokojna, niemal znudzona. Uniosła jednak wzrok, dostrzegając wyraz twarzy pokojówki.
— No? — zapytała chłodno. — Co znowu podsłuchałaś?
Gulsum nachyliła się lekko, jakby ściany mogły mieć uszy.
— Hancer i Sinem rozmawiały na dziedzińcu… — zaczęła półgłosem. — Hancer myśli o dziecku. O tym, żeby zajść w ciążę z Cihanem.
W jednej chwili spokój Beyzy prysnął. Zerwała się z fotela tak gwałtownie, że nóżki zaskrzypiały o podłogę.
— Co takiego?! — jej głos przeciął powietrze jak ostrze. — Ona? Chce urodzić dziecko Cihanowi? — prychnęła z pogardą. — Bezwstydna…
— Jeszcze nie podjęła decyzji — wtrąciła szybko Gulsum, unosząc dłonie w obronnym geście. — Ale jej bratowa ją do tego namawia. I… szczerze mówiąc… to sprytne. Dziecko mogłoby wszystko zmienić. Zwłaszcza że ty…
Nie zdążyła dokończyć.
Beyza podeszła do niej w dwóch szybkich krokach i chwyciła ją za włosy, szarpiąc boleśnie w dół. Gulsum jęknęła, tracąc równowagę.
— Uważaj, co mówisz! — syknęła Beyza, pochylając się nad nią. Jej oczy płonęły gniewem. — Jeszcze jedno takie zdanie…
— Przepraszam! — wysapała Gulsum, próbując uwolnić się z uścisku. — Nie to miałam na myśli! Nie masz własnego dziecka… ale przecież masz cudze…
Beyza nagle ją puściła. Pokojówka cofnęła się, poprawiając włosy drżącymi dłońmi.
W pokoju zapadła napięta cisza.
Beyza odwróciła się powoli, jakby próbowała opanować oddech. Przez chwilę stała nieruchomo, a potem uniosła głowę z chłodną determinacją.
— Nieważne, co ona planuje — powiedziała cicho, ale stanowczo. — I tak będę mieć dziecko z Cihanem.
Jej usta wygięły się w ledwie dostrzegalnym, twardym uśmiechu.
— I nikt… — dodała, akcentując każde słowo — nie odbierze mi tego, co jest moje.
Gulsum zamilkła. Po raz pierwszy nie miała nic do dodania. W spojrzeniu Beyzy było coś, co nie pozostawiało miejsca na sprzeciw.
***
Następnego dnia sypialnię wypełniało chłodne światło poranka. Ciężkie zasłony przepuszczały jedynie rozproszone promienie, które miękko osiadały na ścianach i podłodze. W powietrzu unosiła się cisza — napięta, niemal dusząca.
Cihan stał przy lustrze, poprawiając mankiety koszuli i układając kołnierzyk marynarki z precyzją, która zdradzała nie tylko przyzwyczajenie, ale i próbę opanowania myśli. Kątem oka spojrzał w stronę Hancer.
Siedziała w fotelu, nieruchoma, z rękami splecionymi na kolanach. Jej twarz była zamknięta, chłodna — a jednak coś w spojrzeniu zdradzało burzę.
— Hancer… — odezwał się w końcu. — Co się stało?
Podniosła się powoli i podeszła do niego. Każdy krok był pewny, choć napięty.
— W końcu mnie zauważyłeś — powiedziała cicho, ale z wyraźną ironią.
Cihan odwrócił się do niej, marszcząc lekko brwi.
— Co masz na myśli?
— To, że nawet nie zapytałeś, jak poszła moja rozmowa z bratem.
Na moment zapadła cisza.
— Powiedziałem ci, żebyś poczekała, aż skończę spotkanie — odpowiedział spokojnie. — Ale nie poczekałaś. A kiedy wróciłem, nie było już okazji.
— To twoja wymówka? — uniosła brwi.
— Nie. Po prostu stwierdzam fakt.
Hancer pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Oczywiście… nie było okazji. — Jej głos nabrał ostrości. — Bo nie położyłeś się spać, dopóki nie zasnęłam. Nawet wtedy mnie unikałeś.
Cihan westchnął ciężko, jakby rozmowa zaczynała go przerastać.
— Hancer, co ty mówisz? — spojrzał na nią z irytacją. — Próbujesz wmówić mi jakieś winy? Naprawdę zaczyna mnie to męczyć.
Odwrócił się, jakby chciał zakończyć rozmowę, lecz Hancer natychmiast chwyciła go za ramię i pociągnęła z powrotem.
— Męczy cię? — jej głos zadrżał. — Ja sprzeciwiłam się własnemu bratu dla ciebie… straciłam go… a ty mówisz, że jesteś mną znudzony?
— Nie o to chodzi — odpowiedział szybciej, niż zamierzał. — Myślę o Beyzie… o dziecku. O moim synu. Odliczam dni do jego narodzin. To wszystko.
Na twarzy Hancer pojawił się uśmiech. Zimny, krótki, niemal obcy.
— Wiem. Widać to. — Spojrzała mu prosto w oczy. — Kupiłeś już dla niego ubranka.
Cihan zmrużył lekko oczy.
— Teraz rozumiem… — powiedział ciszej. — Jesteś zazdrosna. O kilka ubranek?
— Zazdrosna? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Nie jestem zazdrosna o nic i o nikogo. — Zrobiła krok bliżej. — Ale dlaczego wszystko przede mną ukrywasz? Dlaczego mnie wykluczasz?
— Nie miałem takiego zamiaru — odparł chłodno. — Ale kiedy zaczęłaś robić sceny, przestałem z tobą rozmawiać. To wszystko.
Te słowa zawisły między nimi jak cios.
Hancer nagle odepchnęła go, uderzając dłońmi w jego pierś.
— W takim razie rób dalej swoje tajemnice! — rzuciła ostro.
Odwróciła się do niego plecami, krzyżując ramiona, jakby chciała odgrodzić się od wszystkiego — od niego, od bólu, od własnych emocji.
Cihan patrzył na nią przez chwilę, a jego twarz wyraźnie stwardniała.
— Jesteś wobec mnie niesprawiedliwa, Hancer.
— Nie trać czasu — odpowiedziała bez odwracania się. — Idź do niej. Zjedz z nią śniadanie. Sam na sam. Na pewno na ciebie czeka… i bardzo się ucieszy.
Cihan milczał przez ułamek sekundy.
— To rzeczywiście brzmi jak dobry pomysł — powiedział chłodno. — Ale nie jestem takim człowiekiem, za jakiego mnie uważasz.
Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i ruszył do drzwi.
Chwilę później rozległ się ich głośny trzask.
Hancer nawet nie drgnęła. Stała nieruchomo, wpatrzona w pustą przestrzeń przed sobą — jakby razem z tym dźwiękiem coś w niej ostatecznie pękło.



***


***


***
Kilka godzin później ciszę rezydencji przerwał dźwięk dzwonka. Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Cihan, znużony po całym dniu pracy. Ledwo przekroczył próg, gdy usłyszał dochodzące z piętra krzyki — ostre, rozedrgane, pełne desperacji.
— Zostawcie mnie! — rozległ się głos Beyzy. — Naprawdę nie rozumiecie, przez co przechodzę?!
Cihan zatrzymał się w miejscu, marszcząc brwi. Odwrócił się w stronę Fadime, która stała nieopodal z wyraźnym niepokojem na twarzy.
— Co się tu dzieje? — zapytał stanowczo. — Dlaczego Beyza krzyczy?
— Panie Cihanie… — zaczęła niepewnie służąca. — Pani Beyza od kilku dni nie chce się kąpać. Pani Mukadder i Gulsum próbują zaprowadzić ją do łazienki, ale ona… robi sceny. Nie możemy sobie z nią poradzić.
Z góry znów dobiegł krzyk, jeszcze bardziej rozpaczliwy:
— Nie rozumiecie, co do was mówię?! Nie chcę się myć! Zostawcie mnie w spokoju!
Cihan nie czekał ani chwili. Szybkim krokiem ruszył po schodach, a echo jego kroków mieszało się z kolejnymi wybuchami Beyzy.
Gdy wszedł do pokoju, zobaczył chaos. Mukadder i Gulsum stały przy łóżku, próbując uspokoić roztrzęsioną Beyzę, która szarpała się i odpychała ich ręce.
Na widok Cihana jej twarz natychmiast się zmieniła — jakby nagle znalazła ratunek.
— Cihanie! — zawołała błagalnie, wyciągając do niego ręce. — Uratuj mnie! Powiedz im, że nie chcę się kąpać… proszę!
Cihan podszedł bliżej. Jego głos był twardy i podszyty napięciem.
— Mamo, Gulsum… — spojrzał na nie ostro. — Czy nie słyszycie, co mówi? Zostawcie nas samych.
Mukadder westchnęła ciężko, kręcąc głową.
— Synu, w ten sposób jej nie pomożesz — powiedziała z wyrzutem. — Ona potrzebuje…
— Nie chcę niczego od nikogo! — przerwała jej Beyza, niemal krzycząc. — Nie chcę jeść, nie chcę się kąpać! Zostawcie mnie!
W powietrzu zawisło napięcie, gęste i duszące.
I wtedy…
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Do środka weszła Hancer.
Nikt nie zdążył zareagować. W jej rękach znajdowało się plastikowe wiadro, z którego w następnej sekundzie wylała lodowatą wodę prosto na Beyzę.
Plusk rozdarł ciszę.
Wszyscy zamarli.
Beyza stała nieruchomo, przemoczona do suchej nitki. Krople wody spływały po jej twarzy i włosach. Jej oczy rozszerzyły się z szoku, a usta lekko się rozchyliły, jakby zapomniała, jak się oddycha.
Mukadder i Gulsum patrzyły osłupiałe.
Cihan zastygł w miejscu.
Hancer przez ułamek sekundy stała nieruchomo, ciężko oddychając. Woda wciąż spływała po Beyzie, krople uderzały o podłogę w rytmie, który tylko potęgował napięcie.
Jej spojrzenie było zimne, twarde — pozbawione wahania.
— Skończyliście? — zapytała cicho, ale wyraźnie. — Teraz jest już wykąpana.
W następnej chwili cisnęła wiadrem o podłogę z całą swoją furią. Plastik uderzył z ogłuszającym hukiem, odbijając się i tocząc kawałek po panelach.
Dźwięk rozszedł się po pokoju jak wystrzał.
Hancer odwróciła się gwałtownie i wyszła, zostawiając za sobą ciężką, przytłaczającą ciszę i spojrzenia pełne szoku.



***
Drzwi do sypialni otworzyły się z impetem. Cihan wpadł do środka tuż za Hancer, wciąż wzburzony, z twarzą napiętą i oczami pełnymi gniewu.
— Czy ty oszalałaś? — wyrzucił z siebie, zatrzymując się kilka kroków od niej. — Co to miało być? Co to za absurd?!
Hancer odwróciła się gwałtownie. W jej oczach palił się ogień.
— Zasłużyła na to! — odpowiedziała bez wahania. — Naprawdę niczego nie widzisz, Cihanie? Ona się tobą bawi!
Zrobiła krok w jego stronę, zaciskając dłonie.
— Udaje, że nic nie je, że jest słaba, bezradna… a to wszystko kłamstwo! Zajrzałam do kosza. Widziałam na własne oczy — pełno opakowań po słodyczach, czekoladach, sokach. A teraz mówi, że to Gulsum wszystko zjadła! I wy… wszyscy w to wierzycie!
Cihan spojrzał na nią z niedowierzaniem, jakby nie poznawał kobiety stojącej przed nim.
— O czym ty mówisz? — jego głos stwardniał. — Od kiedy śledzisz Beyzę? Od kiedy grzebiesz w śmieciach? Kim ty się stałaś?
Zawahał się na moment, po czym dodał ciszej, ale boleśnie:
— To nie jest Hancer, którą znam.
Słowa te uderzyły ją mocniej niż krzyk.
— Beyza dręczy mnie od samego początku! — wyrzuciła, chwytając się za skronie, jakby próbowała powstrzymać napierające myśli. — Ona chce doprowadzić mnie do szaleństwa!
— Hancer, przestań — przerwał jej ostro. — Nie mów bzdur.
— To nie są bzdury! — jej głos zadrżał, ale nie stracił siły. — Ona was wszystkich okłamuje! Każdy jej krok, każde słowo jest zaplanowane. Nie widzisz, jak na mnie patrzy, kiedy ty nie patrzysz? Jak gra przed tobą ofiarę?
Zbliżyła się jeszcze bardziej.
— Wykorzystuje ciebie, twoją matkę… wykorzystuje nawet to dziecko, żeby tobą manipulować!
— Dość, Hancer! — jego głos przeciął powietrze jak ostrze. — Dość!
Zapadła krótka, napięta cisza.
Cihan odwrócił wzrok, jakby walczył ze sobą, po czym powiedział już chłodniej:
— Wszystko ci wyjaśniłem. Ale widzę, że nie chcesz tego zrozumieć. Nie mam zamiaru ciągnąć tej rozmowy dalej… tylko po to, żeby jeszcze bardziej cię zranić.
Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i ruszył do drzwi. Wyszedł równie gwałtownie, jak wszedł, zostawiając Hancer samą — z ciszą, która nagle stała się nie do zniesienia.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 86.Bölüm i Gelin 87.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






