„Złoty chłopak” Odc. 277 – streszczenie
Suna wchodzi do sypialni, którą razem z Abidinem zajęli w rezydencji. W pokoju panuje półmrok rozświetlany jedynie ciepłym światłem lamp stojących po obu stronach łóżka. Na ścianie za wezgłowiem rozciąga się dekoracyjna tapeta przedstawiająca ciemny, spokojny las, a cisza panująca w pomieszczeniu sprawia wrażenie ciężkiej i pełnej napięcia.
Abidin siedzi na brzegu łóżka. Ma pochyloną głowę, a jego dłonie spoczywają bezwładnie na kolanach. Wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka godzin wcześniej. Z jego twarzy zniknął gniew, który wcześniej pchał go do kolejnych konfliktów. Teraz pozostał tylko smutek — głęboki, przytłaczający.
Suna podchodzi powoli i siada obok niego. Trzyma ręce splecione na kolanach i przez chwilę patrzy w podłogę, jakby zbierała odwagę.
— Podjąłeś decyzję? — pyta cicho, nie odwracając w jego stronę głowy.
Abidin przysuwa się bliżej. Delikatnie ujmuje jej podbródek i zmusza ją, by spojrzała na niego.
— Spójrz na mnie — mówi spokojnie. — Co teraz widzisz w moich oczach? Bezdenną ciemność czy siebie?
Suna przez chwilę przygląda mu się uważnie. W jej spojrzeniu nie ma już złości, jest tylko zmęczenie.
— Widzę tylko ból.
Abidin powoli opuszcza dłoń.
— Mój gniew osłabł — przyznaje cicho. — Ale ból jest ogromny, Suna. Zniosę każdy ból, naprawdę… ale nie dam rady bez ciebie. Jeśli odejdziesz, nie będę w stanie żyć.
Jego głos łamie się na chwilę.
— Obiecuję, że nic już nie stanie między nami. Ani Korhanowie, ani mój gniew, ani nic innego.
Suna wzdycha ciężko.
— Łatwo to powiedzieć. Trudniej zrobić.
Abidin patrzy na nią z determinacją.
— Zrobię to. Przysięgam. Zrozumiałem swój błąd. Jeśli mi nie wybaczysz, nigdy nie wyzdrowieję.
Suna marszczy lekko brwi.
— A jeśli znowu zbłądzisz?
Abidin odpowiada bez wahania:
— Wtedy się ze mną rozwiedziesz.
Na twarzy Suny pojawia się delikatny uśmiech, pierwszy od długiego czasu. Patrzy mu prosto w oczy.
— Teraz widzę siebie w twoich oczach.
Abidin odwzajemnia jej spojrzenie.
— I będziesz w nich aż do mojej śmierci. Przyrzekam.
Suna nachyla się i delikatnie go całuje. Abidin zamyka oczy i opiera głowę na jej ramieniu, jakby wreszcie pozwolił sobie na chwilę wytchnienia.
Po chwili dziewczyna zaczyna przesuwać palcami po jego trzydniowym zaroście.
— Co powiedziała ciocia? — pyta cicho.
Abidin przez moment milczy.
— Mój ojciec… strzelił panu Halisowi w plecy.
Suna gwałtownie podnosi głowę.
— Strzelił?
— Pan Halis dawał mojemu ojcu pieniądze za każdym razem, gdy ten o nie prosił — wyjaśnia Abidin. — A jeśli było mało, dawał jeszcze więcej. Ale mój ojciec nigdy nie był usatysfakcjonowany. W końcu spróbował przejąć jego majątek.
Suna patrzy na niego z niedowierzaniem.
— Co ty mówisz, Abidinie?
— Halis kazał Latifowi pójść do niego i go ostrzec. Powiedział: „Powiedz mu, że jeśli jeszcze raz spróbuje do mnie strzelić, już mu nie wybaczę”.
Abidin spuszcza wzrok.
— A Latif… chyba postanowił rozwiązać ten problem raz na zawsze. Bał się, że mój ojciec spróbuje ponownie.
— O Boże… — szepcze Suna.
Abidin zaciska dłonie.
— Co mam zrobić z tym bólem, Suna? Wszyscy już nie żyją, a ja zostałem sam z tym wszystkim. Z tymi wspomnieniami. Z samotnym dzieciństwem.
Podnosi na nią wzrok.
— Czy powinienem pójść do niego jeszcze raz i przeprosić? Przytulić go?
Suna delikatnie potrząsa głową.
— Najpierw zdejmij ten ciężar ze swoich ramion. Ciesz się, że mieszkasz pod jednym dachem ze swoją rodziną. Reszta z czasem się ułoży.
Abidin patrzy na nią długo. W jego oczach wciąż widać smutek, ale pojawia się w nich także coś nowego.
Maleńka iskra nadziei.
***
Rozmowa z Diyar nie przebiega tak, jak Ferit sobie wyobrażał. Zamiast przynieść ulgę, pozostawia w nim jeszcze większy ciężar. Zrezygnowany wychodzi z domu i kieruje się do ogrodu. Noc jest chłodna i cicha, a światła rezydencji odbijają się w wodzie basenu.
Ferit zatrzymuje się przy ozdobnej altanie. Siada przy niewielkim, metalowym stoliku, opierając łokcie o blat. Jego ramiona są napięte, a wzrok wbity w ziemię. Wygląda, jakby cała energia nagle z niego uleciała.
Po chwili słyszy kroki.
Podnosi głowę i widzi zbliżającą się Gülgün.
— Mamo? Co tu robisz o tej porze? — pyta zaskoczony.
Kobieta siada naprzeciwko niego. W jej spojrzeniu widać troskę.
— Martwiłam się o ciebie. — Przygląda mu się uważnie. — Co zrobiłeś?
Ferit wzdycha ciężko.
— Nie udało mi się z nią rozstać…
Gülgün marszczy brwi.
— A więc podjąłeś decyzję. Dlaczego w takim razie masz taką minę?
Ferit opuszcza wzrok.
— To nie ja podjąłem decyzję, mamo.
Opiera łokcie o stół i chowa twarz w dłoniach. Gülgün patrzy na niego przez chwilę w milczeniu.
— Tylko mi nie mów, że utknąłeś między dwiema kobietami — mówi w końcu, nie kryjąc złości. — Bo przysięgam, wrzucę cię do basenu, żebyś oprzytomniał.
Nachyla się w jego stronę.
— Podnieś głowę i spójrz na mnie. Co czujesz?
Ferit powoli podnosi wzrok. W jego oczach widać zmęczenie.
— Nie mogę tego wytrzymać, mamo. Naprawdę nie daję rady. Nie potrafię utrzymać związku z Diyar. Za każdym razem, kiedy pojawia się Seyran… wszystko się zmienia. Moje oczy, moje myśli… wszystko wędruje w jej stronę.
Wypuszcza powoli powietrze.
— Nie potrafię tego powstrzymać.
Gülgün patrzy na niego poważnie.
— Jeśli tak jest, to dlaczego nadal jesteś z Diyar? Musisz to zakończyć. Czy nie jest ci jej szkoda?
Ferit unosi brwi.
— Co to ma wspólnego z litością?
— Bardzo dużo — odpowiada stanowczo. — Nie możesz prowadzić jej za rękę jak dziecka i udawać, że wszystko jest w porządku. To brak szacunku. — Kręci lekko głową. — Czy ty w tym wieku naprawdę jeszcze niczego się nie nauczyłeś?
Ferit patrzy na nią z frustracją.
— Jeśli chcesz mnie uderzyć, to uderz mnie w głowę, mamo. Najpierw Diyar, potem Seyran, a teraz jeszcze ty. Przynajmniej ty nie wywieraj na mnie presji.
— Będę wywierać presję — odpowiada spokojnie, ale stanowczo Gülgün. — Nie jesteś nastolatkiem. Jeśli zamierzasz zerwać z Diyar, zrób to. Ludzi nie wolno wodzić za nos.
Ferit zaciska szczękę.
— Nie mogę z nią zerwać. Ona się załamie. Będzie bardzo cierpieć, a ja umrę z poczucia winy.
Gülgün spogląda na niego z lekkim niedowierzaniem.
— Naprawdę przypisujesz sobie aż taką wagę? Diyar jest dorosłą kobietą. Poradzi sobie.
Ferit kręci głową.
— Naprawdę zrobiłaś ze mnie najgorszego człowieka na świecie.
— Bo sam do tego doprowadziłeś — odpowiada spokojnie. — Jeśli ktoś jest odpowiedzialny za tę sytuację, to tylko ty. Diyar jest wrażliwą i odpowiedzialną dziewczyną. Przyzwyczaiłeś się do tego, że możesz na niej polegać.
Patrzy mu prosto w oczy.
— I właśnie dlatego ją krzywdzisz. Bo nie chcesz zrezygnować z tej wygody.
Ferit marszczy brwi.
— Czy poleganie na kimś i ufanie mu jest przestępstwem?
Gülgün wzdycha cicho.
— Rozumiem, chcesz powiedzieć, że to my jesteśmy winni? Ja i twój ojciec? — Jej głos łagodnieje. — Byliśmy zajęci własnymi problemami, własnymi kłótniami. A ty znalazłeś w Diyar to, czego nie znalazłeś u nas.
Ferit kiwa lekko głową.
— Z nią wszystko jest spokojniejsze. Pewniejsze. Bezpieczniejsze. — Patrzy w dal. — Ale to nie jest miłość, prawda?
Gülgün przez chwilę milczy.
— Właśnie to chciałam ci powiedzieć, synu. — Jej głos staje się ciepły. — Życie to długa podróż. I można ją przejść tylko z właściwą osobą. Zwiąż się z kobietą, którą naprawdę kochasz.
Spogląda na niego poważnie.
— Nie idź drogą swojego ojca. W przeciwnym razie skończycie tak jak my. Nieszczęśliwi.
Po tych słowach obejmuje syna ramieniem. Ferit opiera głowę na jej ramieniu jak mały chłopiec, który na chwilę znalazł schronienie.
Gülgün gładzi go po plecach.
— Podejmij decyzję, synu. I nie rań żadnej z nich.
Robi krótką pauzę.
— Bo niezdecydowanie… jest najgorszą z możliwych decyzji.
Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Yalı Çapkını. Inspiracją do jego stworzenia był film Yalı Çapkını 83.Bölüm dostępny na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tego odcinka, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.









