„Panna młoda” Odc. 115 – streszczenie
Po prysznicu droga z łazienki do łóżka wydawała się Cihanowi nieskończenie długa. Opierał się na Hancer całym ciężarem, a jego kroki były chwiejne, jakby każdy z nich wymagał resztek sił, które jeszcze w nim zostały.
Gdy tylko dotarli do łóżka, niemal osunął się na materac. Nie czekając ani chwili, naciągnął na siebie kołdrę aż po brodę, jakby chciał odciąć się od chłodu, który przenikał go do kości. Jego ciało wciąż drżało — nie z gorączki, lecz z nagłego zimna, które przyszło po niej.
Hancer poprawiła poduszkę pod jego głową i nachyliła się nad nim, uważnie obserwując każdy jego oddech.
— Lepiej? — zapytała cicho.
Cihan spojrzał na nią spod ciężkich powiek. Jego wargi lekko zadrżały.
— Pamiętasz… co powiedziała Mine? — wyszeptał, a jego głos był chropowaty i słaby. — Że… powinniśmy się przytulać…
Na moment zamknął oczy, jakby samo mówienie było dla niego wysiłkiem.
— Jest mi bardzo zimno… — dodał po chwili. — Zamarzam…
Hancer zawahała się tylko ułamek sekundy.
Potem obeszła łóżko i bez słowa wsunęła się pod kołdrę obok niego.
Materac lekko się ugiął, gdy się położyła, a ciepło jej ciała natychmiast wypełniło przestrzeń, którą jeszcze przed chwilą zajmował chłód. Cihan nie czekał — jakby kierowany instynktem, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.
Mocno. Zbyt mocno jak na kogoś tak osłabionego.
Przylgnął do niej całym ciałem, chowając twarz w jej włosach. Jego oddech wciąż był nierówny, ale powoli zaczynał się uspokajać.
Hancer zesztywniała na krótką chwilę, zaskoczona tą nagłą bliskością. Potem jednak jej ciało miękko się rozluźniło. Ostrożnie uniosła dłoń i położyła ją na jego plecach, jakby chciała upewnić się, że naprawdę tam jest.
— Już dobrze… — szepnęła.
Cihan nie odpowiedział. Może nie miał już siły.
A może po prostu pierwszy raz od dawna poczuł się bezpiecznie.
Jego uścisk nieco zelżał, ale nie puścił jej ani na chwilę. Jakby bał się, że jeśli to zrobi, chłód wróci… i zabierze ze sobą coś więcej niż tylko ciepło.
W ciszy, która zapadła, słychać było tylko ich oddechy — powoli synchronizujące się, coraz spokojniejsze.


***
W pokoju panowała ciężka, napięta cisza.
Mukadder siedziała sztywno w fotelu, z dłońmi splecionymi na podłokietnikach, jakby samą siłą woli chciała zapanować nad sytuacją. Naprzeciwko niej Beyza krążyła nerwowo po pokoju — od toaletki do drzwi, od drzwi do łóżka — nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Każdy jej krok był szybki, urywany, zdradzający rosnący niepokój.
— Jak możesz być tak spokojna? — wyrzuciła w końcu, zatrzymując się gwałtownie. — Przecież coś jest nie tak. Ta maść… Cihan… Ja muszę go zobaczyć.
Mukadder uniosła na nią chłodne, surowe spojrzenie.
— Beyzo, powiedziałam ci, żebyś była cierpliwa.
— Nie potrafię! — odpowiedziała ostrzej, niż zamierzała. — Nie będę siedzieć tutaj i czekać, aż stanie się coś złego.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę drzwi. Jej ruch był gwałtowny, niemal impulsywny.
— Beyza! — zawołała Mukadder, podnosząc się z fotela.
Ale tamta już wyszła.
Mukadder westchnęła ciężko i ruszyła za nią.
***
Zatrzymały się pod drzwiami sypialni Cihana.
Korytarz był cichy, aż nienaturalnie cichy.
Mukadder zmarszczyła brwi i zbliżyła ucho do drzwi, nasłuchując.
— Nic nie słychać… — mruknęła podejrzliwie.
Delikatnie nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi.
Obraz, który zobaczyły, zatrzymał je w miejscu.
Cihan i Hancer leżeli razem w łóżku, ciasno w siebie wtuleni. Jego ramię obejmowało ją ochronnie, a jej głowa spoczywała na jego piersi. Oboje spali spokojnie, jakby odcięci od całego świata.
Przez ułamek sekundy żadna z kobiet się nie poruszyła.
Szok odebrał im głos.
Potem twarz Mukadder stwardniała.
Bez słowa weszła do środka. Jej kroki były ciche, ale stanowcze. Podeszła do łóżka i bez cienia delikatności odsunęła rękę syna z ramion Hancer. Następnie nachyliła się i brutalnie zakryła dziewczynie usta dłonią, budząc ją.
Hancer otworzyła oczy gwałtownie, zdezorientowana.
Zanim zdążyła zareagować, Mukadder chwyciła ją za włosy i szarpnęła w górę.
— Wstawaj! — syknęła.
Wyciągnęła ją z łóżka i niemal siłą wyprowadziła z pokoju. Beyza ruszyła za nimi, wciąż oszołomiona tym, co zobaczyła.
Dopiero w gabinecie Mukadder puściła Hancer.
— Ty bezwstydnico! — wybuchła, a jej głos drżał od gniewu. — Pod pretekstem opieki wślizgnęłaś się do jego łóżka?! W takiej chwili?! Kiedy on jest chory?!
Hancer, choć jeszcze chwilę temu zaspana, teraz stała wyprostowana. W jej oczach pojawił się upór.
— To nie tak…
— Milcz! — przerwała jej ostro Mukadder. — Doskonale wiem, co robisz! Myślisz, że tego nie widzę? Że nie rozumiem twojej gry?!
Uniosła rękę, gotowa uderzyć.
W tej samej chwili Hancer chwyciła jej nadgarstek.
Pewnie.
Bez wahania.
— Wystarczy — powiedziała spokojnie, ale stanowczo. — Nie robię nic złego. Dbam o niego. Tylko tyle.
Ich spojrzenia skrzyżowały się — ostre, nieustępliwe.
— Dbam o niego — powtórzyła ciszej. — Dotrzymuję złożonej obietnicy.
— Ty… — Mukadder aż zadrżała z oburzenia.
— Ciociu, wystarczy — odezwała się nagle Beyza.
Jej głos był zaskakująco spokojny.
— Nie chcemy, żeby Cihan się obudził — dodała chłodno. — Idź. Ja z nią porozmawiam.
Mukadder zawahała się przez moment, mierząc Hancer spojrzeniem pełnym gniewu i pogardy. W końcu jednak odwróciła się i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
W gabinecie zapadła cisza. Gęsta. Niewygodna.
Beyza powoli podeszła bliżej.
— Robisz wszystko, żeby osiągnąć swój cel, prawda? — powiedziała cicho.
Jej wzrok powędrował ponad ramieniem Hancer, na ścianę. Kilka ukośnych kresek, odliczających dni, rzucało się w oczy.
— Odliczasz dni do swojego odejścia… — dodała z lekkim uśmiechem. — Sprytne. Chcesz wzbudzić w nim litość.
Sięgnęła po ołówek leżący na biurku.
Jednym zdecydowanym ruchem przekreśliła wszystkie kreski.
— Ale się mylisz — powiedziała, odwracając się do niej. — Nie staraj się na próżno.
Stanęła tuż przed nią.
— Twój czas właśnie się skończył — dodała lodowato. — Pakuj się i wynoś z mojego domu.
Odwróciła się i wyszła, zostawiając za sobą ciszę.
Hancer przez chwilę stała nieruchomo. Potem jej kolana ugięły się pod ciężarem emocji.
Osunęła się na podłogę. Dłonie zaczęły jej drżeć.
Z jej ust wyrwał się cichy, zduszony szloch — jakby bała się, że nawet to ktoś usłyszy.



***
Poranek przyszedł cicho, niemal niezauważalnie, niosąc ze sobą świeże, chłodne światło.
Cihan otworzył oczy i przez krótką chwilę leżał nieruchomo, jakby próbował zrozumieć, co się zmieniło. Gorączka ustąpiła. Ciężar, który jeszcze wczoraj przygniatał jego ciało, zniknął. Oddychało mu się lżej.
Powoli uniósł się na łokciach, a potem wstał. Jego ruchy były jeszcze ostrożne, ale pewne. Podszedł do okna i jednym ruchem rozsunął zasłony.
Do pokoju wlało się światło dnia — jasne, bezlitosne, odsłaniające wszystko.
W tej samej chwili drzwi się otworzyły.
Do środka weszła Mukadder, a tuż za nią Gulsum, niosąc tacę ze śniadaniem. Filiżanka lekko zadźwięczała o spodek przy każdym kroku pokojówki.
— Dzień dobry, synu — odezwała się Mukadder, uważnie mu się przyglądając. — Wyglądasz lepiej. Jak się czujesz?
Cihan nie odwrócił się od razu. Wpatrywał się przez chwilę w światło wpadające przez okno, jakby czegoś w nim szukał.
— Gdzie jest Hancer? — zapytał w końcu.
W pokoju zapadła krótka cisza.
— Odeszła — odpowiedziała Mukadder spokojnie.
Cihan odwrócił się gwałtownie.
— Co to znaczy: odeszła?
Mukadder wzruszyła lekko ramionami, jakby była to sprawa zupełnie błaha.
— Wstała o świcie i wyszła. Bez słowa. — Jej głos nabrał chłodu. — Wilcza natura nie zmienia się nigdy.
Cihan zmarszczył brwi. W jego spojrzeniu pojawiło się napięcie.
— Wyjdźcie — powiedział krótko, ostrzej niż zwykle. — Chcę zostać sam.
Gulsum drgnęła i natychmiast skierowała się do drzwi. Taca lekko zadrżała w jej dłoniach.
Mukadder jednak nie ruszyła się z miejsca.
Zamiast tego sięgnęła do kieszeni i wyjęła niewielki, metalowy przedmiot. Przez chwilę obracała go między palcami, aż światło odbiło się od jego powierzchni.
Pocisk.
— Widzisz to? — zapytała cicho, podchodząc bliżej.
Cihan spojrzał na nią z niechęcią, ale nie odpowiedział.
— To wyjęto z twojego ciała — mówiła dalej, podnosząc kulę na wysokość jego oczu. — Lekarz powiedział, że gdyby przesunęła się o centymetr… nie byłoby cię tutaj.
Jej głos zadrżał, ale nie od emocji — raczej od gniewu, który w niej narastał.
— Tak samo jak twój ojciec… — dodała ciszej. — Zginął przez kobietę. Przez coś, co nazywał miłością.
Wzięła jego dłoń i położyła na niej pocisk.
— Bóg się nade mną zlitował — ciągnęła, patrząc mu prosto w oczy. — Dał ci drugą szansę. Nie zmarnuj jej.
Zacisnęła jego palce wokół metalu.
— Trzymaj to przy sobie. Patrz na to, ilekroć zapomnisz, do czego prowadzi miłość.
Na moment zawiesiła głos.
— Na szczęście ta dziewczyna już odeszła — dodała chłodno. — Oby na zawsze.
Poklepała go po ramieniu, jakby zakończyła rozmowę, i odwróciła się w stronę drzwi.
Został sam.
Cihan spojrzał na pocisk spoczywający na jego dłoni.
Przez chwilę tylko na niego patrzył.
Potem nagle odrzucił go na stolik, jakby metal nagle zaczął go parzyć.
Dźwięk uderzenia był krótki, ostry.
I nienaturalnie głośny w ciszy, która po nim zapadła.


***
Cihan wszedł do gabinetu powoli, jakby każdy krok prowadził go w miejsce, którego podświadomie chciał uniknąć.
W powietrzu unosiła się cisza — ciężka, gęsta, nienaturalna.
Jego spojrzenie najpierw zatrzymało się na ścianie.
Kreski.
Te same, które widział wcześniej — odliczające dni.
Teraz były przekreślone. Brutalnie, jednym zdecydowanym ruchem, jakby ktoś chciał nie tylko zatrzymać czas… ale całkowicie go wymazać.
Cihan zmarszczył brwi.
Coś ścisnęło go w środku.
Podszedł bliżej biurka.
Dopiero wtedy zauważył dokument.
Formularz rozwodowy.
Kartka leżała równo, jakby ktoś odłożył ją z przesadną starannością — jakby chciał nadać tej chwili pozory spokoju, którego w rzeczywistości nie było.
Cihan sięgnął po papier.
Jego palce zatrzymały się w miejscu, gdzie Hancer miała wpisać swoje żądania.
Zamiast kwoty — był tekst.
List.
Jego wzrok przesuwał się po słowach coraz szybciej, ale każde z nich wbijało się w niego coraz głębiej.
Zrozumiałam i poddałam się. Walczyłam na próżno. Nigdy nie uleczę tej rany. Nie da się cofnąć czasu ani zacząć wszystkiego od nowa…
Ale wiedz jedno. Nie chcę twoich pieniędzy, twojego bogactwa ani twojej reputacji.
Chciałam tylko być z tobą szczęśliwa.
Okazało się, że to były nierealne marzenia.
Dlatego nie chcę niczego od ciebie.
Noszę w sobie tylko jedno marzenie… i twoje ciepło.
Zostawiam ci moje serce, bo i tak nie będzie należeć do nikogo innego.
Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
Dłoń Cihana zadrżała.
Kartka wysunęła się z jego palców i powoli opadła na blat biurka, niemal bezgłośnie.
W tej samej chwili w tle rozległ się dźwięk muzyki.
Cichy. Melancholijny.
Kobiecy głos rozlał się w przestrzeni, jak echo czegoś, co już się skończyło.
Ach, mój drogi… ta nasza piosenka jest już tylko wspomnieniem…
Byłam twoją narzeczoną, kochanie…
Gdzie jest teraz mój pan młody?
Po co mi wiosna i jesień…
Kwiat mojej miłości zwiędł…
Moje serce płonęło dla ciebie…
Zatrzymało się w dniu, w którym odszedłeś…
Cihan stał nieruchomo.
Jego twarz pozostała kamienna, ale w oczach pojawiło się coś nowego — coś, czego nie było tam wcześniej.
Nie ból.
Nie żal.
Coś ostrzejszego.
Decyzja.
Odwrócił się gwałtownie i ruszył do drzwi.
Kiedy wyszedł z gabinetu, jego krok był pewny.
Zbyt pewny jak na człowieka, który właśnie wszystko stracił.
Bo Cihan nie wyglądał jak ktoś, kto się poddaje.
Wyglądał jak ktoś, kto właśnie podjął walkę.
***
Cihan biegł, jakby od tego zależało jego życie. Każdy krok rozdzierał jeszcze nie do końca zagojone rany, szwy ciągnęły i paliły, ale nie zwalniał ani na moment. Ból przestawał mieć znaczenie — liczyło się tylko to, by zdążyć.
Dopadł przystanku, łapiąc oddech. Autobus właśnie odjeżdżał, jego tylne światła znikały za zakrętem.
A ona… wciąż tam była.
Hancer stała nieruchomo, z opuszczonym wzrokiem, jakby walczyła sama ze sobą. Wiatr poruszał delikatnie jej włosami, a dłonie zaciskała nerwowo na materiale sukienki.
— Hancer… — odezwał się cicho, niemal z niedowierzaniem.
Podniosła głowę. Ich spojrzenia się spotkały.
— Jesteś tu… — dodał, podchodząc bliżej, wolniej, jakby bał się, że zniknie, jeśli zrobi zbyt gwałtowny ruch.
Jej wargi zadrżały.
— Nie mogłam… — wyszeptała. — Nie mogłam odejść.
W jej oczach błyszczały łzy, ale nie spływały. Trzymała je w sobie tak długo, jak tylko potrafiła.
Cihan zatrzymał się tuż przed nią. Przez chwilę patrzył tylko — jakby chciał upewnić się, że to nie złudzenie.
— Wiem — powiedział w końcu miękko. — Bo ja też nie potrafię cię puścić.
Zrobił jeszcze jeden krok.
— Nie chcę tylko twojego serca… — dodał ciszej, głosem, w którym drżało wszystko, czego nie umiał wcześniej powiedzieć. — Chcę ciebie. Całą. Taką, jaka jesteś.
To wystarczyło.
Hancer rzuciła się w jego ramiona, jakby przez cały ten czas tylko na to czekała. Objęła go mocno, rozpaczliwie, a on natychmiast odwzajemnił uścisk, przyciągając ją do siebie z całą siłą, na jaką było go stać.
Jakby bali się, że jeśli choć na chwilę się rozluźnią — znowu się zgubią.
Cihan oparł policzek o jej włosy, zamykając oczy. Jej ciepło było prawdziwe. Była tutaj.
— Już nigdzie nie idziesz — wyszeptał.
Hancer tylko mocniej wtuliła się w jego pierś.
I tym razem żadne z nich nie próbowało się odsunąć.


***
Mukadder opadła ciężko na kanapę, jakby nagle zabrakło jej sił. Jej dłonie z impetem uderzyły o kolana, a twarz wykrzywiła się w gniewie i bezsilności.
— Nie udało mi się… — wysyczała przez zęby. — Nie udało mi się zatrzymać własnego syna. Poszedł za nią. Za tą dziewczyną!
W salonie panowała napięta cisza, którą przerwał dźwięk kroków.
Do środka weszła Beyza i bez słowa usiadła obok niej. Przyjrzała się jej uważnie.
— Co się stało, ciociu?
Mukadder odwróciła do niej twarz, w której gniew mieszał się z rozpaczą.
— Nie mogłam go powstrzymać — powtórzyła ciszej, jakby dopiero teraz dotarło do niej znaczenie tych słów. — Poszedł za nią… jakby nic innego się nie liczyło.
Beyza prychnęła pod nosem, z gorzkim uśmiechem.
— Czemu się dziwisz? Nawet kula go nie zatrzymała. Myślałaś, że tobie się uda? — Spojrzała w bok, jakby próbowała ukryć własne emocje. — Nie wiemy, co w niej jest, co go tak przyciąga.
Do salonu weszła Gulsum. Jej krok był niepewny, a w dłoni trzymała kartkę, którą ściskała zbyt mocno.
— Znalazłam to… podczas sprzątania gabinetu — powiedziała ostrożnie, podchodząc bliżej. — Pani Hancer zostawiła wiadomość dla pana Cihana.
Podała papier Beyzie.
Ta chwyciła go niemal natychmiast i przebiegła wzrokiem po tekście. Jej twarz w jednej chwili stwardniała.
Bez słowa.
Bez wahania.
Porwała kartkę na strzępy.
Skrawki papieru opadły na podłogę jak coś bez znaczenia.
I wtedy…
Drzwi rezydencji otworzyły się szeroko.
W progu stanęli Cihan i Hancer.
Razem.
Ich dłonie były splecione, jakby ten prosty gest był teraz najważniejszą deklaracją. Weszli powoli, spokojnie — pewni każdego kroku.
W salonie zapadła cisza.
Gęsta.
Niewiarygodna.
Mukadder, Beyza i Gulsum zamarły, wpatrując się w nich, jakby nie były pewne, czy to, co widzą, jest rzeczywistością.
Cihan nie puścił dłoni Hancer ani na chwilę.
— Próbowaliśmy — powiedział spokojnie, ale stanowczo. — Ale to nie działa.
Spojrzał przed siebie, na zebrane kobiety.
— Nie możemy się rozwieść.
Jego głos był pewny. Ostateczny.
— Od tej chwili… — dodał — w tym domu będzie mieszkać moja żona. Hancer.
Na te słowa Hancer spojrzała na niego. W jej oczach pojawiło się ciepło, którego nie potrafiła już ukryć.
Uśmiechnęli się do siebie.
Cicho. Prawie nieśmiało.
Jakby mimo wszystkiego… wciąż byli po tej samej stronie.
Gulsum odwróciła wzrok i niemal natychmiast ruszyła w stronę wyjścia. Jej kroki były szybkie — jakby chciała zniknąć, zanim wybuchnie burza.
Mukadder wyprostowała się powoli. Jej spojrzenie przesunęło się z syna na Hancer.
— Wygląda na to… — powiedziała cicho, z gorzkim uśmiechem — że zarówno kat, jak i ofiara są zadowoleni.
Zrobiła krok do przodu.
— Cokolwiek powiem… i tak niczego to nie zmieni.
Jej głos zadrżał, choć próbowała to ukryć.
— Róbcie więc, co chcecie.
Odwróciła się gwałtownie i odeszła, mijając ich bez spojrzenia. Jej ramiona były napięte, jakby ledwo powstrzymywała łzy.
Beyza zawahała się tylko chwilę, po czym ruszyła za nią.
— Beyzo… — odezwała się nagle Hancer.
Jej głos zatrzymał ją w pół kroku.
Beyza odwróciła się powoli.
— Jeśli pozwolisz… chciałabym z tobą porozmawiać.
Na jej ustach pojawił się chłodny uśmiech.
— Nie musisz mi się tłumaczyć — odpowiedziała ostro. — Kim ja właściwie jestem? Byłą żoną Cihana.
Spojrzała na niego znacząco. Cihan uniósł lekko brodę.
— Powinnaś jej wysłuchać — powiedział spokojnie. — To ważne.
Po tych słowach puścił dłoń Hancer.
Spojrzał na nią jeszcze raz — krótko, ale znacząco.
A potem odszedł.
Zostawiając je same.
Naprzeciw siebie.
Z całym ciężarem tego, co niewypowiedziane.



***
Hancer i Beyza siedziały naprzeciw siebie na dwóch oddzielnych kanapach — Hancer po lewej, lekko pochylona, z dłońmi splecionymi na kolanach, a Beyza po prawej, wyprostowana, chłodna i opanowana. Między nimi stał niski stolik, ale prawdziwy dystans tworzyło napięcie, które wyraźnie unosiło się w powietrzu.
Hancer splatała dłonie na kolanach, jakby próbowała w ten sposób opanować drżenie.
— Wiem, że złożyłam ci wiele obietnic… — zaczęła cicho, unosząc na nią wzrok. — Powiedziałam, że odejdę. Że nie zostanę tutaj.
Beyza nawet nie drgnęła. Jej spojrzenie było chłodne, niemal obojętne.
— Nie mnie to obiecywałaś — odpowiedziała spokojnie, lecz z wyraźnym ostrzem w głosie. — Obiecałaś to mojemu nienarodzonemu synowi. Więc swoje wyjaśnienia zachowaj dla niego.
Słowa uderzyły mocniej, niż Hancer była gotowa przyznać. Na moment spuściła wzrok, po czym odetchnęła głęboko.
— Masz prawo mówić, co chcesz — przyznała cicho. — I pewnie w wielu rzeczach masz rację. Myślałam, że jestem wystarczająco silna, żeby odejść… ale myliłam się.
Podniosła głowę. W jej oczach było zmęczenie, ale i szczerość.
— Proszę, spróbuj mnie zrozumieć, Beyzo. Nie chcę utrudniać życia ani tobie, ani twojemu dziecku.
Na ustach Beyzy pojawił się cień uśmiechu — zimnego, pozbawionego ciepła.
— Naprawdę? — uniosła lekko brew. — To powiedz mi… jaki właściwie jest twój cel?
Pochyliła się nieco do przodu, jakby chciała skrócić dystans.
— Chcesz być szczęśliwa z Cihanem, prawda? — kontynuowała z wyraźną ironią. — Zbudowałaś sobie piękny, różowy świat… i nawet nie przeszkadza ci, że jego była żona mieszka pod tym samym dachem. Była żona… w ciąży.
Jej głos stwardniał.
— Nie możesz być aż tak naiwna.
Hancer zacisnęła palce, ale nie spuściła wzroku.
— Wiem, że to nie będzie łatwe — odpowiedziała spokojniej, choć kosztowało ją to wysiłek. — Dlatego właśnie chciałam z tobą porozmawiać. Żeby nie było jeszcze trudniej, niż musi być.
Beyza zaśmiała się krótko — bez radości.
— Dziękuję. To naprawdę… wzruszające.
Wyprostowała się powoli.
— Ale wiesz co? — dodała, a jej ton nagle stał się lodowaty. — Ty już podjęłaś decyzję. Wróciłaś do tego domu. Przekroczyłaś próg, wiedząc dokładnie, co robisz.
Zawiesiła na niej spojrzenie, ostre i nieustępliwe.
— To jest wojna.
Cisza, która zapadła po tych słowach, była ciężka.
— I ta wojna nie skończy się, dopóki jedna z nas się nie podda — mówiła dalej spokojnie, niemal szeptem. — A na wojnie… wszystkie chwyty są dozwolone.
Zrobiła krok w stronę Hancer.
— Więc od teraz… bądź bardzo ostrożna.
Ich spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy — wystarczająco długo, by było jasne, że żadna z nich nie zamierza ustąpić.
Beyza odwróciła się bez słowa i ruszyła w stronę wyjścia. Jej kroki odbijały się cicho o podłogę.
Drzwi zamknęły się za nią spokojnie.
A jednak po jej odejściu w powietrzu wciąż wisiała zapowiedź burzy.
***
Cihan siedział na skraju łóżka, opierając łokcie na udach i wpatrując się w podłogę, jakby próbował uporządkować myśli. Pokój był cichy, rozświetlony miękkim światłem dnia, które wpadało przez okno i odbijało się od jasnych ścian.
Drzwi otworzyły się cicho.
Hancer weszła do środka powoli, jakby nie chciała zakłócić tej chwili. Zatrzymała się na moment przy progu, ściskając w dłoni małą torebkę, po czym ruszyła w jego stronę.
Cihan podniósł głowę i od razu ją zauważył. W jego spojrzeniu pojawiła się troska.
— Nigdy nie pozwoliłbym ci rozmawiać z Beyzą — odezwał się, wstając z łóżka. Jego głos był spokojny, ale stanowczy. — Zgodziłem się tylko dlatego, żeby było ci łatwiej.
Hancer pokręciła lekko głową i podeszła bliżej.
— Nie martw się… — odpowiedziała cicho. — Nie powiedziałam nic, co mogłoby pogorszyć sytuację. Ale byłam jej winna wyjaśnienie, Cihanie.
Zatrzymała się tuż przed nim i uniosła wzrok.
— Nosi twoje dziecko. To nie jest coś, co można zignorować. Nawet jeśli to tylko pewien etap… i tak będziemy mieszkać pod jednym dachem. — Jej głos zadrżał, ale nie cofnęła się. — Nie chcę więcej niepokoju. Dość już tego wszystkiego.
Cihan westchnął cicho i zrobił krok w jej stronę.
— Hancer… — powiedział łagodniej.
Ujął jej ramiona i spojrzał jej prosto w oczy, jakby chciał, by każde słowo naprawdę do niej dotarło.
— Przestań się obwiniać. Zakochaliśmy się w sobie. To wszystko. — Jego głos nabrał ciepła. — Jesteś moją żoną. Nie masz powodu czuć się winna.
Hancer przez chwilę milczała, wpatrując się w jego twarz.
— Ja już tak nie myślę… — przyznała cicho. — Ale Beyza… ona widzi to inaczej. W jej oczach wciąż jestem przeszkodą między wami.
Cihan pokręcił głową z lekkim, spokojnym uśmiechem.
— Ona też w końcu zrozumie, że to nieprawda. Po prostu potrzebuje czasu. Tak samo jak moja mama.
Zsunął dłonie z jej ramion i ujął jej ręce, splatając ich palce.
— A jeśli ktoś będzie próbował stanąć nam na drodze… zobaczy, jak bardzo jesteśmy zdeterminowani.
Na jego ustach pojawił się cień pewności.
— Dzisiaj zrobiliśmy pierwszy krok.
Ścisnął jej dłonie nieco mocniej.
— I teraz pójdziemy dalej. Razem. Trzymając się za ręce.
Hancer spojrzała na splecione dłonie, a potem znów na niego. W jej oczach pojawił się spokój, którego wcześniej brakowało.
Przysunęła się bliżej i wtuliła w niego, opierając głowę o jego pierś.
Cihan objął ją mocno, zamykając oczy, jakby chciał zatrzymać tę chwilę jak najdłużej.
W tej ciszy nie było już napięcia.
Tylko ciepło.
I cicha, uparta wiara, że tym razem naprawdę może się udać.


***
W pokoju panował półmrok, rozpraszany jedynie ciepłym światłem lampki nocnej. Beyza siedziała na łóżku, podciągnąwszy nogi, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Nie zeszła na kolację. Nie zamierzała. To miało być przedstawienie — cisza, demonstracja, która miała wzbudzić wyrzuty sumienia w Hancer i niepokój w Mukadder.
Ale głodówka była tylko pozorem.
Drzwi uchyliły się cicho i do środka wsunęła się Gulsum, trzymając w dłoniach zawiniętą w papier bułkę. Rozejrzała się szybko, jakby upewniała się, że nikt jej nie śledził, po czym podeszła do łóżka.
Beyza natychmiast wyciągnęła rękę.
— Umierałam z głodu — rzuciła z pretensją. — Gdzie ty byłaś tyle czasu?
— Nie mogłam wyjść z kuchni — odpowiedziała szeptem Gulsum. — Czekałam, aż wszyscy się rozejdą.
Beyza wyrwała jej zawiniątko i zaczęła rozprostowywać papier.
— Co tam włożyłaś? — zapytała, marszcząc lekko brwi.
— Salami i ser… tylko to udało mi się znaleźć.
Beyza prychnęła cicho.
— Mogłaś dać więcej mięsa — mruknęła, ale już po chwili wgryzła się w bułkę z wyraźnym apetytem. — Nieważne…
Przeżuła szybko kęs i spojrzała na Gulsum uważniej.
— Powiedz lepiej, co się działo na dole. Przy stole.
Gulsum splatała nerwowo palce.
— Pani Mukadder w ogóle nie usiadła do kolacji. Poszła prosto do swojego pokoju.
Na twarzy Beyzy pojawił się cień satysfakcji.
— I bardzo dobrze. Może jej to wyjdzie na zdrowie — rzuciła chłodno. — A reszta?
— Kiedy wyszła… wszyscy wstali niemal od razu. Nikt nie miał ochoty jeść. Stół został prawie nietknięty.
Beyza uśmiechnęła się pod nosem, powoli, z wyraźnym zadowoleniem.
— Świetnie… — powiedziała cicho. — Rozproszyli się jak mrówki.
Oparła się wygodniej o zagłówek, wciąż trzymając bułkę w dłoni.
— Skoro pani Hancer tak bardzo chce walczyć… — dodała, unosząc lekko brodę — zadbam o to, żeby naprawdę poczuła, co to znaczy.
Jej spojrzenie stwardniało.
— To są jeszcze jej dobre dni.
Po tych słowach znów wgryzła się w bułkę — tym razem wolniej, jakby delektowała się nie tylko jedzeniem, ale i własnymi planami.
***
Hancer i Cihan leżeli już pod kołdrą, w ciszy, która tylko z pozoru była spokojna. Szerokie łóżko, miękkie poduszki i ciepłe światło lamp nie potrafiły zagłuszyć napięcia unoszącego się w powietrzu. Leżeli obok siebie — jak mąż i żona — a jednak między nimi wciąż tlił się niepokój po wydarzeniach minionego dnia.
Cihan odwrócił głowę i spojrzał na Hancer. Leżała sztywno, wpatrzona w sufit, jakby jej myśli były gdzieś daleko.
— Dlaczego jesteś tak daleko? — zapytał cicho, po czym bez wahania objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. — Przysuń się…
Hancer pozwoliła się przytulić, ale jej ciało pozostało napięte.
— Jestem bardzo zdenerwowana… — wyszeptała. — Nie potrafię się uspokoić.
Cihan westchnął ciężko i oparł brodę o jej włosy.
— Ja też nie jestem spokojny. Ale to było do przewidzenia. Wiedzieliśmy, że tak będzie… — jego głos nabrał stanowczości. — Najważniejsze, żebyśmy byli na to gotowi. Na wszystko.
Na chwilę zapadła cisza. Ich oddechy zaczęły się wyrównywać…
Nagle rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi.
— Panie Cihanie! — dobiegł z korytarza zduszony, przerażony głos Gulsum.
Cihan natychmiast poderwał się z łóżka. Otworzył drzwi, a do środka niemal wpadła zdyszana pokojówka.
— Panie Cihanie… pani Beyza… — próbowała mówić, łapiąc powietrze. — Poszłam sprawdzić, czy wszystko w porządku… Ona… upadła w łazience… Proszę, pomóż jej!
Nie czekając ani sekundy, Cihan wybiegł z pokoju. Hancer ruszyła za nim.
W łazience Beyza leżała bezwładnie na zimnych płytkach, jej włosy rozsypały się wokół twarzy, a skóra była nienaturalnie blada.
— Beyza! — Cihan uklęknął przy niej i ostrożnie uniósł jej głowę. — Słyszysz mnie?
Nie było reakcji.
Bez chwili wahania wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. W ciągu kilku sekund w pokoju zebrała się reszta domowników — zaniepokojeni, przestraszeni, mówiący jednocześnie.
Mukadder dopadła do łóżka.
— Beyzo, otwórz oczy… — jej głos zadrżał. — Proszę cię, kochanie… co się stało?
— To pewnie z głodu… — odezwała się Gulsum, niemal ze łzami w oczach. — Nic dziś nie jadła… nawet wody nie piła…
Mukadder odwróciła się gwałtownie.
— Na co czekasz?! Przynieś natychmiast wodę z cukrem!
Po chwili szklanka była już w jej dłoniach. Drżącymi rękami zwilżyła wargi Beyzy. Kropla po kropli.
Powieki dziewczyny zadrżały… w końcu powoli się uniosły.
Cihan obserwował to w napięciu, po czym wyprostował się i spojrzał na wszystkich ostro.
— Wszyscy wyjdźcie.
Zapadła cisza.
— Ja z nią porozmawiam.
Jeden po drugim zaczęli opuszczać pokój. Hancer ruszyła ostatnia. Zatrzymała się jeszcze na moment przy drzwiach.
Ich spojrzenia się spotkały.
Beyza patrzyła na nią słabo, ale w jej oczach błysnęło coś zupełnie innego niż bezradność. Kącik jej ust uniósł się nieznacznie — w cieniu, niemal niezauważalnie.
Zwycięski uśmiech.
Krótki. Wystarczający.
Hancer zrozumiała.
Nie powiedziała ani słowa. Nie zareagowała. Odwróciła się spokojnie i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
W jej oczach nie było już wahania.
Znała prawdę.
I wiedziała, że od tej chwili nie będzie już ustępować.



Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 83.Bölüm i Gelin 84.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.






