Panna młoda odc. 164: Cihan znajduje nieprzytomną Hancer!

Cihan niesie Hancer na rękach.

„Panna młoda” Odc. 164 – streszczenie

Sinem gwałtownie otworzyła drzwi i weszła do salonu. Na jej twarzy malowało się napięcie, a w oczach błyszczał gniew pomieszany z niepokojem. Przez chwilę patrzyła kolejno na ojca i Meliha, próbując zrozumieć sens usłyszanych przed chwilą słów.

— Jaka kobieta? — zapytała chłodno. — Dlaczego nic o tym nie wiem, tato? To dlatego kazałeś Melihowi tu przyjść?

Mahmut westchnął ciężko.

— Córko, wróć do swojego pokoju. Porozmawiamy później.

— Nie.

Jej odpowiedź padła natychmiast.

— Jeśli sprawa dotyczy mojego narzeczonego, to dotyczy również mnie. Nie chcę żadnych rozmów później. Chcę usłyszeć wszystko teraz.

Odwróciła się do Meliha.

— Spójrz mi w oczy i odpowiedz.

Melih podniósł wzrok. Wiedział, że nie ma już dokąd uciekać.

— Sinem, posłuchaj mnie…

— Słucham cię od tygodni — przerwała mu. — Tym razem chcę usłyszeć prawdę.

Przez chwilę milczał.

— To nie jest tak, jak myślisz.

— Naprawdę? — zaśmiała się gorzko. — Bo mam wrażenie, że właśnie tak jest.

Melih przeczesał dłonią włosy.

— Już ci kiedyś wspominałem, że pewna moja przyjaciółka ma poważne problemy i potrzebuje pomocy.

— Tak, wspominałeś.

Sinem zrobiła krok w jego stronę.

— Ale nigdy nie powiedziałeś, kim jest.

Jej głos zadrżał.

— Za każdym razem mówiłeś tylko: „moja przyjaciółka”, „bliska osoba”, „ktoś, kto potrzebuje wsparcia”. Czy ta kobieta naprawdę nie ma imienia?

Melih spuścił wzrok.

— Nie mogę ci tego powiedzieć.

— Nie możesz?

— Spójrz, ona przechodzi przez bardzo trudny okres. Nie mam prawa opowiadać o jej życiu innym ludziom.

— Innym ludziom? — powtórzyła z niedowierzaniem. — Tak mnie właśnie postrzegasz? Jako „innych ludzi”?

W pokoju zrobiło się cicho.

— Jestem twoją narzeczoną, Melihu.

Te słowa zabrzmiały niemal jak wyrzut.

— Człowiekiem, z którym planujesz przyszłość. A jednak bardziej chronisz sekrety obcej kobiety niż uczucia własnej narzeczonej.

— To nie o to chodzi.

— Więc o co?!

Mahmut obserwował ich w milczeniu. W końcu nie wytrzymał.

— Nie rozumiem cię, chłopcze.

Jego głos był twardy.

— Jeśli nie masz nic do ukrycia, dlaczego nie powiesz prawdy?

Melih odwrócił się w jego stronę.

— Bo złożyłem komuś obietnicę.

— A narzeczonej nie złożyłeś żadnej?

To pytanie uderzyło go mocniej niż wszystkie wcześniejsze. Mahmut pokręcił głową z rozczarowaniem.

— Czy naprawdę uważasz, że najlepszym sposobem na budowanie zaufania jest wzbudzanie kolejnych podejrzeń?

Melih zacisnął szczęki.

— Wujku Mahmucie… jeśli Sinem mi nie ufa, nie mogę jej do tego zmusić. Zaufania nie buduje się pod presją.

Słowa ledwie opuściły jego usta, gdy zobaczył, jak twarz Sinem tężeje.

Kobieta przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Potem powoli skinęła głową.

— Rozumiem.

Melih zmarszczył brwi.

— Sinem…

— Nie.

Powstrzymała go gestem dłoni. W jej oczach pojawił się ból.

— Właśnie dostałam odpowiedź, której potrzebowałam.

— To nie tak…

— Nie musisz już nic tłumaczyć.

Na jej ustach pojawił się smutny uśmiech.

— Gdybyś naprawdę chciał, znalazłbyś sposób, żeby mnie uspokoić. Zamiast tego bronisz tajemnic tej kobiety bardziej niż naszego związku.

Odwróciła się i ruszyła w stronę swojego pokoju.

— Sinem! — zawołał Melih.

Nie zatrzymała się.

Po chwili drzwi zamknęły się z głuchym trzaskiem. W salonie zapadła ciężka cisza.

Mahmut powoli podniósł się z kanapy. W jego oczach nie było już wątpliwości. Było tylko rozczarowanie.

Spojrzał na Meliha długo i chłodno.

— Wystarczy.

Melih również wstał.

— Wujku Mahmucie, proszę…

— Nie nazywaj mnie tak.

Te słowa przecięły powietrze niczym nóż. Mahmut wskazał drzwi.

— Dałem ci szansę. Więcej niż jedną.

Jego głos był spokojny, ale właśnie dlatego brzmiał tak ostatecznie.

— Broniłeś swoich sekretów, zamiast zawalczyć o zaufanie mojej córki.

Melih otworzył usta, lecz nie zdążył nic powiedzieć.

— To koniec.

Starszy mężczyzna wyprostował się.

— Od tej chwili nic cię już nie łączy z moją córką.

Słowa zawisły między nimi niczym wyrok.

Melih stał nieruchomo, niezdolny do odpowiedzi.

***

Po tym, jak Mahmut wyrzucił go z domu Sinem, Melih długo nie potrafił zebrać myśli. Ostatecznie pojechał na targ, kupił wszystko, co uznał za potrzebne, a potem skierował się w stronę rezydencji.

Zaparkował ulicę dalej. Nie chciał ryzykować, że ktoś zauważy jego samochód w pobliżu posesji. Obładowany siatkami, ostrożnie obszedł stary dom od tyłu i wspiął się na mur. Wkrótce znalazł się na podwórzu.

Podszedł do drzwi, a Hancer wpuściła go do środka. Wniósł siatki na górę i zapytał:

— Jak się dziś czujesz? Wszystko w porządku?

Hancer skinęła głową.

— Dzięki Bogu, tak. Odpoczywałam przez cały dzień. Krwawienie ustało, a ból jest dużo mniejszy.

Melih odetchnął z ulgą.

— To dobrze. Naprawdę dobrze.

Przez chwilę przyglądała mu się uważnie.

— A jak ty się tu dostałeś? Przecież wszędzie kręcą się ludzie.

— Przeskoczyłem przez mur od strony ogrodu.

— Co zrobiłeś?

— Przeskoczyłem mur.

— Zwariowałeś?

Na jego twarzy pojawił się rozbawiony uśmiech.

— Spokojnie. Jeszcze żyję.

— A jeśli ktoś cię zobaczy?

— Nie zobaczył.

— Skąd ta pewność?

— Bo gdyby zobaczył, już dawno siedzielibyśmy tutaj w większym towarzystwie.

Hancer pokręciła głową z niedowierzaniem.

— Naprawdę jesteś niemożliwy.

— Możliwe, ale skuteczny.

Postukał palcem w siatki.

— A teraz koniec przesłuchania. Najpierw coś zjedz, a potem weź lekarstwa.

— Nie musiałeś robić takich zakupów.

— Musiałem.

Wyciągnął pierwszą reklamówkę.

— Nie zostawiłaś mi żadnej listy, więc musiałem improwizować.

— Bo nie chciałam sprawiać ci kłopotu.

— Za późno. Już sprawiasz.

Hancer spojrzała na niego z wyrzutem.

— Melihu…

— Żartuję.

Uśmiechnął się łagodnie.

— Poszperałem trochę w internecie i przeczytałem, co powinny jeść kobiety w ciąży.

— Doprawdy?

— Tak. Spędziłem pół nocy na czytaniu artykułów medycznych. Jestem już prawie specjalistą.

Wyjął z torby awokado i uniósł je jak trofeum.

— Osobiście uważam, że smakuje jak mokra trawa.

Hancer parsknęła śmiechem.

— To dlaczego je kupiłeś?

— Ponieważ podobno zawiera mnóstwo potasu i kwasu foliowego. A ja jestem odpowiedzialnym opiekunem.

— Opiekunem?

— Tymczasowym.

Wyciągnął kolejne produkty.

— Mleko. Dużo wapnia.

Potem położył na stole kilka innych zakupów.

— Owoce. Warzywa. Jajka.

Wyjął zawinięty w papier burek.

— I coś konkretnego, żebyś nie zemdlała z głodu. No i najważniejsze.

Wyciągnął batonik czekoladowy.

— Deser.

Hancer uniosła brwi.

— To też zalecenie z internetu?

— Oczywiście.

— Naprawdę?

— Nie.

Usiadł naprzeciwko niej.

— To dla dziecka.

— Dla dziecka?

— Tak.

— A odkąd nienarodzone dzieci jedzą batoniki?

— Nie wiem. Ale uznałem, że skoro matka będzie szczęśliwa, dziecko też skorzysta.

Hancer spojrzała na niego z rozbawieniem.

— Twoja wiedza medyczna jest naprawdę imponująca.

— Dziękuję.

— I całkowicie zmyślona.

— To również możliwe.

Przez chwilę oboje się uśmiechali.

Po raz pierwszy od wielu dni Hancer poczuła, że mimo strachu, niepewności i wszystkich problemów nie jest całkiem sama. A Melih, widząc ten uśmiech, uznał, że wspinaczka przez mur była tego warta.

***

Cihan od chwili, gdy pojawił się w firmie, nie potrafił usiedzieć w miejscu. Nerwowo przeglądał dokumenty leżące na biurku, ale jego myśli nieustannie uciekały gdzie indziej. Żadna liczba, żaden raport ani żadne służbowe obowiązki nie były w stanie odwrócić jego uwagi od Hancer.

Engin obserwował go przez dłuższą chwilę. W końcu usiadł naprzeciwko niego i pokręcił głową z wyraźną troską.

— Myślę, że nie powinieneś dziś przyjeżdżać do pracy.

Cihan odłożył dokumenty i spojrzał na przyjaciela zmęczonym wzrokiem.

— Enginie, żadne miejsce nie daje mi spokoju. Żadne! — powiedział, bezradnie rozkładając ręce. — Pani Hancer nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Nawet kiedy nie ma jej obok, wciąż docierają do mnie kolejne wiadomości na jej temat.

— Co tym razem usłyszałeś?

— Wczoraj w nocy uciekła z domu swojego brata. — Na jego twarzy pojawiło się napięcie. — I jestem pewien, że pomaga jej ten mężczyzna. Hancer sama nie byłaby w stanie tego zrobić.

Engin westchnął ciężko.

— Nadal nie wierzę, że istnieje jakikolwiek mężczyzna. Ale nawet jeśli twoje podejrzenia są słuszne, powinieneś potraktować to jako znak, żeby wreszcie pozwolić jej odejść. Naprawdę nie widzisz, jak bardzo sam siebie wyniszczasz? Odpuść.

Cihan zacisnął szczękę tak mocno, że aż drgnął mu mięsień na policzku.

— Nie uspokoję się, dopóki nie dowiem się, kim jest ten człowiek. Chcę wiedzieć, co ma takiego, czego nie mam ja.

Na ustach Engina pojawił się smutny uśmiech.

— Powiem ci.

Cihan spojrzał na niego pytająco.

— Wolność.

Przez chwilę w gabinecie zaległa cisza.

— Jest wolnym człowiekiem, tak samo jak Hancer — kontynuował Engin spokojnie. — Nikt nie stoi między nimi. Nie muszą się przed nikim tłumaczyć, nie muszą walczyć z całym światem o prawo do własnych decyzji.

Słowa przyjaciela wyraźnie zabolały Cihana, ale Engin nie zamierzał ich cofnąć.

— Dlatego po raz kolejny mówię ci to samo: pozwól jej odejść. W przeciwnym razie skrzywdzisz nie tylko ją, ale także siebie. A z każdym dniem będzie to bolało coraz bardziej.

***

Wieczorny spokój rezydencji został całkowicie zagłuszony przez płacz niemowlęcia. Fadime chodziła powoli po pokoju dziecięcym, kołysząc malca w ramionach i próbując go uspokoić. Chłopiec jednak nie przestawał płakać. Jego drobne ciałko drżało od szlochu.

Do pokoju wszedł Cihan. Zatrzymał się w progu i natychmiast zmarszczył brwi.

— Siostro Fadime, co się dzieje? Dlaczego on tak płacze? Czy coś go boli? — zapytał z niepokojem.

Kobieta spojrzała na niego ze zmęczeniem.

— Nie sądzę. Myślę, że jest po prostu głodny. Od dłuższego czasu nic nie jadł. Szukam mamki, ale jak dotąd nie udało mi się znaleźć odpowiedniej osoby.

Cihan zacisnął usta.

— A gdzie jest Beyza? Nie słyszy własnego dziecka?

Fadime zawahała się przez chwilę.

— Poszła odpocząć. Kiedy widziałam ją ostatnim razem, spała w pokoju gościnnym.

— Spała? — powtórzył z niedowierzaniem. — Dziecko zanosi się od płaczu, a ona śpi?

Oburzenie natychmiast pojawiło się na jego twarzy. Bez słowa odwrócił się na pięcie i ruszył szybkim krokiem przez korytarz.

***

Drzwi pokoju gościnnego otworzyły się gwałtownie. Beyza spała skulona pod kołdrą, z opaską na oczach. Cihan podszedł do łóżka i jednym ruchem ściągnął ją z jej twarzy.

Dziewczyna poderwała się przestraszona.

— Cihan? Co się stało?

— To ja powinienem zapytać, co się stało! — wybuchł. — Jak możesz spokojnie spać, kiedy twoje dziecko płacze?

Beyza przetarła oczy i usiadła na łóżku.

— Czego ode mnie oczekujesz? Mam nie spać wcale? Od kilku dni ledwo trzymam się na nogach.

— Jesteś jego matką! — odparł ostro. — Zwłaszcza kiedy płacze, powinnaś być przy nim.

W oczach Beyzy błysnęła złość.

— Naprawdę? Ty zamierzasz pouczać mnie o obowiązkach rodzica? A gdzie byłeś wczoraj? Jak szalony szukałeś swojej zaginionej kochanki! Może najpierw spojrzysz na siebie?

Słowa uderzyły w niego jak policzek.

— Beyza! — syknął. — Mścisz się na mnie przez dziecko?

— Nie mszczę się na nikim! Po prostu jestem wykończona!

— Wystarczy. — Jego głos stał się lodowato chłodny. — Skoro nie potrafisz zająć się własnym synem, zostaniesz tutaj. Od tej chwili będziesz spała w pokoju gościnnym. Ja zajmę się dzieckiem.

Beyza spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Czy ja kiedykolwiek powiedziałam, że tego chcę? Zasnęłam, bo byłam wyczerpana!

— To idź do lekarza. Odpocznij. Rób, co uważasz za stosowne. Ale dopóki się nie opanujesz, nie zbliżaj się do dziecka. I nie wystawiaj więcej mojej cierpliwości na próbę.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy. W spojrzeniu Cihana nie było ani odrobiny ustępstwa.

Odwrócił się i wyszedł, zostawiając Beyzę samą w pokoju.

***

Wrócił do pokoju dziecięcego, gdzie Fadime nadal kołysała płaczącego chłopca.

— Od dziś Beyza będzie spała w pokoju gościnnym — oznajmił stanowczo. — A ja zajmę się małym tej nocy.

Fadime spojrzała na niego z troską.

— Dopiero wróciłeś z pracy. Sam jesteś zmęczony.

Cihan podszedł do kołyski i delikatnie pogładził dziecko po główce.

— Miliony ludzi pracują i wychowują dzieci jednocześnie. Nie jestem wyjątkiem.

Na twarzy kobiety pojawił się łagodny uśmiech.

— Mimo wszystko nie zamierzam dziś spać. Zostanę przy nim. Jeśli wydarzy się coś niepokojącego, od razu cię zawołam.

Cihan skinął głową.

— Dobrze. W takim razie zabiorę ze sobą elektroniczną nianię.

Sięgnął po odbiornik stojący na komodzie i schował go do kieszeni marynarki.

— Gdy tylko się odezwie, będę tutaj.

Jeszcze raz spojrzał na płaczącego syna. W jego oczach pojawiło się zmęczenie, ale też coś znacznie silniejszego — determinacja, by nie zostawić dziecka samego, nawet jeśli cały jego świat właśnie rozpadał się na kawałki.

***

Cihan nie mógł zasnąć. Siedział na łóżku, oparty plecami o wezgłowie, i wpatrywał się w ciemność. Na nocnym stoliku paliła się niewielka lampka, lecz jej ciepłe światło nie było w stanie rozproszyć chaosu, który panował w jego głowie.

Myślał o Hancer.

Odkąd zniknęła, każde pytanie rodziło kolejne.

— Gdzie jesteś? — wyszeptał w pustkę. — Z kim jesteś?

Przymknął oczy i ciężko westchnął.

— Jeśli jesteś niewinna, dlaczego uciekasz? Dlaczego nie wrócisz i nie spojrzysz mi w oczy? Dlaczego nie powiesz mi prawdy?

Poczuł bolesny ucisk w piersi.

— Nie potrafię bez ciebie żyć… — dodał cicho. — Jak ty potrafisz żyć beze mnie?

Wtedy z elektronicznej niani leżącej obok niego dobiegł cichy trzask.

Cihan natychmiast podniósł głowę.

Najpierw usłyszał skrzypnięcie drzwi. Potem czyjeś ostrożne kroki. Chwilę później rozległ się cichy płacz dziecka.

A zaraz po nim kobiecy głos.

Delikatny, łagodny, niemal szeptany.

— Kochanie… moje maleństwo…

Cihan zmarszczył brwi. Nie rozpoznawał tego głosu.

Przez głośnik popłynęła kołysanka:

Posłuchaj, dokąd prowadzi cię twój sen…
Twój sen tuli cię i szepcze:
„Zaśnij, mój skarbie…
zamknij zmęczone oczka…”

Cihan podniósł się gwałtownie z łóżka. Zaintrygowany wyszedł z sypialni i skierował się do pokoju dziecka.

Gdy otworzył drzwi, zatrzymał się w progu.

Malec płakał w łóżeczku, jednak w pokoju nie było nikogo.

Cihan rozejrzał się uważnie.

Nikogo.

Jakby śpiewająca kobieta rozpłynęła się w powietrzu.

Zmarszczył czoło i podszedł do łóżeczka.

— No już, spokojnie… — powiedział cicho.

Wziął synka na ręce i usiadł z nim na stojącym obok łóżku.

Ku jego zaskoczeniu dziecko niemal natychmiast się uspokoiło.

Płacz ucichł, a mała rączka zacisnęła się na marynarce Cihana.

W tej samej chwili do pokoju wbiegła Fadime. Miała na sobie piżamę, a rozpuszczone włosy opadały jej na ramiona.

— Dopiero teraz usłyszałam płacz — powiedziała zdyszana. — Mam nadzieję, że nie płakał długo.

Spojrzała na dziecko i odetchnęła z ulgą.

— Dobrze, że tu jesteś.

Cihan spojrzał na nią uważnie.

— Przyszedłem, bo usłyszałem kołysankę.

Fadime zamrugała zaskoczona.

— Kołysankę?

— Tak. Ktoś śpiewał ją dziecku. Byłem przekonany, że to ty.

Kobieta pokręciła głową.

— Nie. Dopiero przed chwilą się obudziłam.

Przez moment oboje milczeli.

— Może to była pani Beyza — powiedziała w końcu Fadime. — Widocznie przyszła zobaczyć dziecko i próbowała je uspokoić.

Cihan nie wyglądał na przekonanego, ale nie skomentował jej słów. W rezydencji nie było innej kobiety, która mogłaby śpiewać kołysankę. 

— Przygotuj mu mleko — powiedział po chwili. — Ja z nim posiedzę.

Fadime uśmiechnęła się łagodnie.

— Kiedy wziąłeś go na ręce, od razu przestał płakać — zauważyła. — Jest w dobrym humorze. Idź spać, ja sobie ze wszystkim poradzę. 

Na twarzy Cihana pojawił się cień wzruszenia.

— Jesteś pewna, że sobie poradzisz?

— Oczywiście. Idź odpocząć. Jeśli wydarzy się coś niepokojącego, natychmiast cię zawołam.

Delikatnie odebrała od niego dziecko.

— Nie martw się.

Cihan skinął głową i jeszcze przez chwilę patrzył na syna, zanim opuścił pokój.

***

Kamera przeniosła się na zewnątrz rezydencji.

W ciemności, ostrożnie i tak cicho, jak tylko potrafiła, przez frontowe drzwi wymknęła się Yonca.

Raz jeszcze obejrzała się za siebie.

W jej oczach pojawił się smutek.

To ona przed chwilą była w pokoju dziecka.

To ona śpiewała kołysankę.

I to ona odeszła, zanim ktokolwiek zdążył ją zobaczyć.

***

Cihan wrócił do swojej sypialni, lecz o śnie nie mogło być mowy. Myśli wciąż krążyły wokół Hancer. Podszedł do niewielkiego aneksu i nastawił ekspres, licząc, że gorzka kawa choć na chwilę uspokoi jego rozbiegane myśli.

Czekając, aż filiżanka się napełni, mimowolnie spojrzał przez okno.

I wtedy to zauważył.

W jednym z okien starego domu błysnęło światło.

Krótki, słaby refleks, jakby ktoś przesunął latarkę albo ekran telefonu.

Cihan natychmiast się wyprostował.

Przez kilka sekund wpatrywał się w budynek, próbując upewnić się, że nic mu się nie przywidziało.

Nie.

Ktoś tam był.

Serce zabiło mu mocniej.

Bez chwili wahania odstawił filiżankę i wybiegł z pokoju.

Kilka minut później był już przed starym domem. Otworzył drzwi kluczem i wszedł do środka.

— Jest tu ktoś? — zawołał.

Odpowiedziała mu cisza.

Zapalił światło i ruszył schodami na górę.

Przeskakiwał po dwa stopnie naraz.

Gdy znalazł się na piętrze, nagle stanął jak wryty.

Na środku pokoju leżała Hancer.

Nieruchoma.

Obok niej spoczywał telefon komórkowy.

— Hancer!

W jednej chwili znalazł się przy niej.

Upadł na kolana i drżącymi dłońmi uniósł jej głowę.

Twarz dziewczyny była śmiertelnie blada.

— Hancer, słyszysz mnie? Otwórz oczy! — powiedział z narastającym niepokojem.

Delikatnie poklepał ją po policzku.

— Hancer!

Jej powieki drgnęły.

Po chwili uchyliła oczy, lecz spojrzenie miała zamglone i nieobecne.

— Moje dziecko… — wyszeptała ledwie słyszalnie.

Słowa te przeszyły go niczym nóż.

— Nic mu nie będzie — odpowiedział szybko, próbując opanować panikę. — Słyszysz mnie? Wszystko będzie dobrze. Zaraz zawiozę cię do szpitala.

Hancer chciała coś jeszcze powiedzieć, ale zabrakło jej sił.

Jej głowa bezwładnie opadła na jego ramię.

— Nie zamykaj oczu! Hancer, patrz na mnie! — rzucił gorączkowo.

Nie czekając ani chwili dłużej, wsunął jedno ramię pod jej plecy, drugie pod kolana i podniósł ją z podłogi.

Dopiero wtedy zauważył, jak nienaturalnie lekka wydawała się w jego ramionach.

Ruszył w stronę schodów.

Ogarniała go tylko jedna myśl — jak najszybciej dotrzeć do szpitala.

Nie spojrzał za siebie.

Nie zauważył drobnych czerwonych plam znaczących jasną podłogę.

Nie widział kropel krwi, które spadły z sukienki Hancer.

Dziewczyna krwawiła.

A każda kolejna sekunda mogła zadecydować o życiu jej i nienarodzonego dziecka.

Powyższy tekst stanowi autorskie streszczenie i interpretację wydarzeń z serialu Gelin. Inspiracją do jego stworzenia były filmy Gelin 120.Bölüm i Gelin 121.Bölüm dostępne na oficjalnym kanale serialu w serwisie YouTube. W artykule zamieszczono również zrzuty ekranu pochodzące z tych odcinków, które zostały użyte wyłącznie w celach informacyjnych i ilustracyjnych. Wszystkie prawa do postaci, fabuły i materiału źródłowego należą do ich prawowitych właścicieli.

Podobne wpisy